Pisarzom nie wolno milczeć

Pisarzom nie wolno milczeć

Za skomentowanie „dobrej zmiany” Instytut Polski w Wiedniu zerwał współpracę, na którą najpierw bardzo nalegał

Martin Pollack – syn esesmana, topograf i archiwista pamięci, przełożył m.in. na niemiecki wszystkie książki Ryszarda Kapuścińskiego. Polskim czytelnikom znane są jego „Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach”, „Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu”, za którą otrzymał Literacką Nagrodę Europy Środkowej ANGELUS 2007, oraz reportaże „Dlaczego rozstrzelali Stanisławów” i „Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”. W 2011 r. odebrał Lipską Nagrodę Książkową na rzecz Porozumienia Europejskiego, a w 2012 r. tytuł Ambasadora Nowej Europy. Jest laureatem Nagrody im. Karla Dedeciusa przyznawanej najlepszym tłumaczom literatury polskiej na język niemiecki i niemieckiej na język polski oraz Nagrody Kulturalnej Górnej Austrii w dziedzinie literatury.

Dziś szczególnie potrzeba nam pisarzy i poetów, byśmy odzyskali widzenie i możność odróżniania prawdy od postprawdy. Widzi pan taką rolę dla siebie?
– Bardzo słabo to widzę. Nie mamy dużo do gadania. Nas się nie pyta o zdanie albo pyta bardzo rzadko, i słusznie. Nasza rola polega więc na tym, żeby otwarcie mówić, jakie są fakty, jaka jest prawda, chociaż trudno ustalić, co jest prawdą, co nieprawdą, a co półprawdą. Pomijając to, jednego nam nie wolno – milczeć. Chować się ze względów bezpieczeństwa czy wygody, bo zwykle w naszym wypadku chodzi o wygodę. Nam teraz nic nie grozi, a jeśli, to bardzo rzadko. Najważniejsze jest więc mówić prawdę. To już nie te czasy, że pisarz jest wieszczem czy sumieniem narodu, ale jest bardzo ważne, żeby otwarcie mówił, co myśli o Europie, o jej kursie. Czy żebym ja mógł wypowiadać swoją opinię o tym, co się dzieje w Polsce. Mnie tu szczególnie o to pytają. Więc jednak nasza rola jest ważna.

Z chaosu informacji, zewsząd płynących wypowiedzi zostaje śmietnik i wymaga selekcji „odpadów”. A tej dokonać mogą myśliciele, którzy nie muszą nikomu się wysługiwać.
– Zostaje też myśl, prawda? Ma pani rację, to wszystko jest lawiną informacji, już nie potrafimy ustalić, co jest prawdą. Mamy to choćby przy codziennej poczcie elektronicznej: już nie wiem, czy wolno mi w ogóle otwierać mejle, nie chodzi nawet o fake news, ale o atak na mój komputer. Nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować i każdy jest skazany na siebie. Sam muszę ustalić, co jest prawdą, co myślę. Kiedy byłem młody i należałem do lewicy, myśleliśmy: „Trzeba kupić tę książkę, przeczytać i już wiemy”. Kiedy przez krótki czas byłem trockistą, mieliśmy guru, Ernesta Mandela, filozofa niemiecko-belgijsko-żydowskiego. Jeśli mieliśmy problem tu, w Wiedniu, czekaliśmy na Ernesta i on nam wyjaśniał. Wiedzieliśmy, dokąd iść, gdzie jest prawda. Dzisiaj już nie mam takiego Ernesta…

Albo rabina mędrca… To był komfort.
– Albo takiego rabina, który weźmie mnie za rękę i powie: idziemy tędy, tam jest światło. W Polsce też jest bardzo dużo takich ludzi, jak Adam Michnik, Adam Zagajewski czy Ryszard Krynicki. Wymieniam niesprawiedliwie, bo tych nazwisk, które trzymają się swojej drogi, bez względu na presję z tej czy tamtej strony, jest wiele. Nie odzywać się – tego nie wolno nam zrobić za żadną cenę.

Pan skomentował polską „dobrą zmianę” i miał z tego tytułu nieprzyjemności.
– Instytut Polski w Wiedniu zerwał współpracę, na którą najpierw bardzo nalegał, a ja nie bardzo chciałem. Mam dużo pracy, stary jestem. Zerwali, tym lepiej. Miałem wcześniej wątpliwości, czy w ogóle wolno mi z nimi współpracować, radziłem się w Polsce. Usłyszałem: „Czekaj, niedługo cię wyrzucą. Ty nie musisz zrywać, niech oni to zrobią”. Żal mi tego dyrektora, który musiał to zrobić, bo to nie jego wina, wierzę, że nie chciał. Dostał z Warszawy polecenie telefoniczne czy mejlowe. Co mógł zrobić? Przecież jest urzędnikiem.

Bardzo pan wielkoduszny. W poprzednim systemie był pan w Polsce persona non grata.
– Przez dosyć długi czas byłem osobą niepożądaną. To był okres Solidarności, lato, strajki na Wybrzeżu, rok 1980. Wtedy „Spiegel” prosił mnie, żebym o tym pisał, znam polski, byłem wolnym strzelcem. Nie mieli akredytowanego korespondenta. Leciałem do Warszawy, potem pociągiem na Wybrzeże, ale już na lotnisku mnie zatrzymali: „Jest pan osobą niepożądaną i ma pan opuścić kraj. Natychmiast”. I tak zostałem na tej liście przez dziewięć lat.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 22/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 22/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy