Chopin – świata obywatel

Chopin – świata obywatel

Centrum zainteresowania polską wizytówką już dawno przeniosło się daleko poza ojczyznę kompozytora

Ofensywa nadchodzi. Jej zapowiedzią było zwycięstwo Chińczyka Li Yundi w Konkursie Chopinowskim pięć lat temu. Młodziutki student Wyższej Szkoły Sztuki w Shenzhen z klasy prof. Dana Zhaoyi, choć nie miał wcześniej żadnych polskich ani nawet słowiańskich wzorców, wspiął się po najwyższe laury.
W październiku br. znów przyjedzie na konkurs spora, 16-osobowa ekipa z Chińskiej Republiki Ludowej oraz dwójka pianistów z Hongkongu, 19 z Tajwanu, a do tego 82 z Japonii i 13 z Korei Południowej. Na dokładkę ekipy narodowe USA i Kanady w większości obsadzone są muzykami pochodzącymi z Dalekiego Wschodu.To przestaje być zabawne. Od wielu lat chcemy uczynić z muzyki Chopina wizytówkę Polski, tymczasem centra zainteresowania jego muzyką przeniosły się daleko poza ojczyznę kompozytora. Być może, za 20 lat ktoś zapyta, czy Chopin pochodził z Chin, czy z Japonii.
W przededniu jubileuszowego XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Chopina znów zadajemy sobie pytanie, kim jest Fryderyk Chopin. Odpowiedź powinna być prosta – trzecim po Janie Pawle II i Wałęsie Polakiem znanym w świecie. Chcielibyśmy, powtarzając słowo Chopin, przyczyniać się do promocji Polski jako kraju wysokiej kultury. Nie mamy jednak pewności, czy tak się dzieje.
Formalnie wszyscy wiedzieć powinni, że był on i jest po dziś dzień najwybitniejszym polskim kompozytorem. Trochę już nam trudnej pogodzić się ze złożonością tej postaci. Niektórzy woleliby widzieć w nim przede wszystkim wzór żarliwego Polaka patrioty, ale inni zachwycają się jego europejskością, światowością i szukają potwierdzenia, jak bardzo stał się sławnym człowiekiem swej epoki. Jeszcze inni spoglądają na Chopina jako na znaną z jakości polską markę lub zgoła popularny znak towarowy.

Proroctwo Norwida

Światową pozycję Fryderyka Chopina dostrzegł już w XIX w. jego przyjaciel, Cyprian Kamil Norwid, który napisał: „Rodem warszawianin, sercem Polak, a talentem świata obywatel”. Nikt jednak nie brał tych słów tak dosłownie. Rytm rocznic i organizowanych co pięć lat konkursów jego imienia pozwalał nam przypuszczać, że centrum zainteresowania i prawa do spuścizny są po wsze czasy związane z Mazowszem. Zachwycaliśmy się tylko niekiedy, jak znakomicie potrafią uchwycić polski styl muzyki pianiści z Rosji, Francji, Włoch czy USA. Były to jednak odruchy uznania sporadyczne i pełne pobłażliwości, bo wszystkie interpretacje odnosiliśmy do kilku uznanych wzorców. Uformowało się pojęcie „stylu chopinowskiego” i dopuszczalnych jego odmian. Muzykolodzy wyróżnili więc podstawowe typy interpretacji – pierwszy, romantyczny, akcentujący stronę emocjonalną, i drugi, klasycyzujący, akcentujący stronę konstruktywną, zrównoważony i oparty na tonowaniu kontrastów. W pierwszej grupie znaleźli się wielcy polscy pianiści, do tego żarliwi patrioci, tacy jak Ignacy Paderewski i Witold Małcużyński, w drugiej znakomici cudzoziemcy, jak Emil Gilels, Jose Iturbi, Maurizio Pollini. Kto nie mieścił się w żadnej z tych grup otrzymywał przydomek wirtuoza, np. Vladimir Horowitz czy Artur Rubinstein. Międzynarodowe kontakty artystyczne nawiązywane przy okazji konkursów pozwoliły też na zdefiniowanie i porównanie najważniejszych szkół interpretacji Chopina, na czele ze szkołą polską – głównie warszawską, której założenia sformułował prof. Zbigniew Drzewiecki, i oczywiście szkołą radziecką (rosyjską), reprezentowaną głównie przez uczniów Harry’ego Neuhausa. Dopiero na dalszym planie dostrzegano szkoły zachodnioeuropejskie (francuską, niemiecką i włoską), amerykańską, południowoamerykańską i japońską (jako mocno uzależnione od szkół europejskich).
Znawca „chopinologii”, prof. Mieczysław Tomaszewski, jest również autorem dosyć bałamutnej tezy, że „wyjątkowe uzdolnienia w interpretacji Chopina objawiali (niezależnie od szkoły) pianiści wywodzący się z tradycji żydowskiej”.

Chopin federacyjny

Dokładnie 20 lat temu postanowiono powiązać różne oddolne inicjatywy w Międzynarodową Federację Towarzystw Chopinowskich z siedzibą w Warszawie. Pomysł okazał się dobrą metodą koordynacji niezależnych poczynań promocyjnych i monitorowania aktywności podtrzymującej kult kompozytora w świecie. Federacja skupia dziś 42 towarzystwa w 23 krajach na niemal wszystkich kontynentach. Centra miłośników Chopina znaleźć można w Albanii, Argentynie, Austrii, Belgii, Brazylii, Chile, Czechach, Finlandii, Francji, Gwatemali, Hiszpanii, Izraelu, Japonii, Kanadzie, Korei Południowej, Maroku, Niemczech, Polsce, Rosji, Szwajcarii, na Tajwanie, w Tajlandii, Urugwaju i USA. W skład zarządu federacji wchodzą najwięksi „fani” Chopina, którzy zorganizowali najprężniejsze ośrodki szerzenia sztuki wielkiego kompozytora, tacy jak Theodor Kanitzer, prawnik z Wiednia (prezydent federacji), Ivan Klansky, pianista z Pragi, Antoine Paszkiewicz z Paryża, Rosa Capllonch-Ferra z Valldemosy na Majorce, będąca współwłaścicielką posiadłości, w której Chopin mieszkał, czy Françoise Berger z Marainville. Szefowie poszczególnych towarzystw chopinowskich to tylko w jednej trzeciej Polacy z pochodzenia. Reszta to melomani obcokrajowcy. Niektóre towarzystwa zrzeszone w federacji podejmują działania imponujące rozmachem. W ich dorobku są np. konkursy pianistyczne w Miami, Darmstadt, Tiranie, Houston, Casablance, Bangkoku i Vancouver, a także wielkie międzynarodowe festiwale – w Paryżu, Nohant, Valldemosie, Gaming, Mariańskich Łaźniach. Towarzystwa organizują też konferencje naukowe i kursy mistrzowskie dla młodych pianistów. Federacja wspomaga ten ruch, wydając w Warszawie jedyne w świecie angielskojęzyczne czasopismo chopinowskie – „Chopin in the World”. Została też – jako jedyna organizacja kulturalna grupująca miłośników pojedynczego twórcy, w tym wypadku Fryderyka Chopina – przyjęta do Międzynarodowej Rady Muzycznej UNESCO.

Skośnookie szaleństwo

Nasze pojęcie na temat percepcji Chopina w świecie musi teraz zostać gruntownie zrewidowane, a my wciąż jeszcze jesteśmy na to nieprzygotowani i posługujemy się zastarzałymi stereotypami. Elżbieta Artysz, sekretarz generalny Federacji Towarzystw Chopinowskich, spotkała się już z zarzutem pewnego oficjela chińskiego, że na okładce czasopisma „Chopin in the World” umieszczono m.in. flagę Tajwanu, a nie ma godła Chin kontynentalnych. Tę pretensję trzeba potraktować poważnie także w związku z doniesieniami, że w Chinach żyje aż 8 mln pianistów. Na razie jeszcze pani Elżbieta niezbyt łaskawym okiem patrzy na wnioski różnych chińskich stowarzyszeń o przyjęcie do federacji. Ale to i tak sukces, że nie odesłała ich „do wszystkich diabłów”, tylko do prezydenta federacji w Wiedniu. Środowiska chopinowskie w Polsce z pewną niechęcią spoglądały nawet na inicjatywę japońskiego miasta Hamamatsu, aby postawić w nim pomnik Chopina – wierną kopię w skali 1:1 pomnika, który zdobi warszawskie Łazienki. Nie wiadomo dlaczego wciąż pokutują przesądy i uprzedzenia wobec Azjatów, które wypowiadał jeden z najwybitniejszych polskich publicystów muzycznych, Jan Weber – automaty z ludzką twarzą. Jak bardzo się mylił, widać dzisiaj, po tym gdy depozytariuszami najczystszego stylu chopinowskiego stają się muzycy z Azji, Japonka Mitsuko Uchida, Wietnamczyk Dang Thai Son, Chińczycy Fou Ts’ong, Lang Lang, Li Yundi i inni.
– Dlaczego Chińczycy tak dobrze rozumieją i grają Chopina? – zapytano kilka dni temu znakomitego pianistę Fou Ts’onga, który w 1955 r. zdobył na Konkursie Chopinowskim w Warszawie nagrodę za najlepsze wykonanie mazurków. – Muzyka Chopina wymaga intuicji, a Chińczycy są urodzonymi intuicjonistami – odparł artysta. Trzeba te słowa wpisać do zasad kształcenia pianistów i być może zatrudnić w Polsce paruset chińskich pedagogów.

 

Wydanie: 38/2005

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy