Podskakiwania rewizjonistów

Podskakiwania rewizjonistów

Bezpartyjni rewizjoniści

Co decydowało – albo kto – że kogoś nazywało się rewizjonistą? Bardziej ośrodki krajowe czy zagraniczne, głównie ówczesny Wielki Brat?

– Na jednoznaczną odpowiedź musimy poczekać do czasu zbadania rosyjskich archiwaliów. Na pewno warto sprawdzić, z czyjego nadania albo z jakiego powodu uznawano kogoś za rewizjonistę. Czasem był to ktoś, o kim za dobrze napisała prasa zachodnia, a czasem ktoś, kogo publikacje wychwycono w ZSRR. Wśród takich osób znalazły się dwie stare komunistki: Romana Granas i Jadwiga Siekierska, obie z radziecką biografią, znające tamtejsze realia, które w pewnym momencie uznały, że są uprawomocnione do tego, żeby wyrazić głos krytyczny. Gomułka z nazwiska wymienił pierwotnie tylko trzy osoby, potem to lunęło szerokim strumieniem.

Wielu starych działaczy komunistycznych znalazło się wśród rewizjonistów.

– Aż tak wielu nie zostało rewizjonistami. Jeśli już, to kibicowali im milcząco. Przeważali ludzie z inteligenckich środowisk. Im bliżej byli filozofii i socjologii, im bardziej chcieli rozumieć (lub usprawniać) procesy ekonomiczne czy poznawać przeszłość w zobiektywizowany sposób, tym większe było prawdopodobieństwo, że nimi się staną. Nawiasem mówiąc, to ciekawe, że bardzo rzadko rewizjonistą był prawnik, choć o takich postaciach jak Mieczysław Maneli, Kazimierz Biskupski czy Jerzy Stembrowicz trzeba pamiętać. Podobnie jak o wielu publicystach „Po Prostu” czy o ekonomistach z Edwardem Lipińskim i Tadeuszem Kowalikiem na czele.

Za co było się rewizjonistą?

– W latach 50. za słowa – wypowiedzi, które łamały pewną ideologiczną konstrukcję uznaną za oficjalną.

Dodajmy: za słowa wyrażane publicznie, najczęściej w legalnej prasie.

– Tego szczególnie w kręgach IPN nie chcą wiedzieć. Paradoks polegał na tym, że rewizjonistą nazywano również kogoś, kto do partii nie należał, np. niektórych literatów. Za rewizjonistę gdzieś w małej POP mógł być uznany ktoś, kto podpadł I sekretarzowi. Przewiny rewizjonistów skatalogował dopiero w latach 80. Jacek Tarkowski, pisząc o regułach legitymujących ustrój. Co mogło być uznawane za nadmierną opozycyjną krytykę? Uderzenie w sojusze, w centralizm demokratyczny, w rozmaite formułki ideologiczne, które przyjmowano jako obowiązkowe w życiu wewnątrz- i zewnątrzpartyjnym.

A za co było się rewizjonistą w latach 60.?

– Już nie za słowa, ale za gesty. Takie o symbolicznym znaczeniu. Łamiące pozór jednomyślności i poparcia. Dlaczego Janina Zakrzewska została uznana za rewizjonistkę? Jeśli analizuje się to, o czym pisała, rodzi się pytanie, co może być nieprawomyślnego w prawno-konstytucyjnych rozważaniach o systemie włoskim. Pisała nie publicystykę, ale teksty naukowe. Jej rewizjonizm był pochodną faktu, że broniła Adama Michnika w postępowaniu dyscyplinarnym. Zaangażowanie się w obronę, którą władza potraktowała jako przewinę, było działaniem politycznym. Miało znaczenie. Jeszcze nie dla opozycji, bo na razie jej nie było, ale dla podtrzymania pewnego rodzaju sprzeciwu w sytuacjach, w których uważano, że jego brak byłby zaprzeczeniem godności i misji nauczyciela, akademika, intelektualisty, czyli że trzeba się zachować. To „zachować” czasem było nieoczekiwanym zabraniem głosu na zebraniu, przyjściem do sądu, przysłaniem kwiatów bądź innym gestem solidarności, tak jak podpisanie się pod protestem czy prośbą, by nie wyrzucać Leszka Kołakowskiego z partii. Symboliczne było oddanie legitymacji partyjnej.

W stronę opozycji

Kiedy rewizjonizm przeistoczył się w opozycyjność? Co było taką cezurą?

– Tak naprawdę myślę, że żadnego rewizjonizmu nie było i rewizjonistów też. Ci, których tak etykietowano, wędrowali od młodzieńczego entuzjazmu po różnie finalizujący się krytycyzm. Nierzadko z opozycyjnością na końcu. Napisałam książkę raczej o pojęciu, którego używano do identyfikacji postaw i stygmatyzowania osób, ale daleka jestem od stwierdzenia, że udało się redefiniować marksizm na polu naukowym, podważyć ideologię, że powstała jakaś formacja. Moje socjologiczne myślenie każe mi mówić, że były pojedyncze osoby krytykujące partię od wewnątrz i środowiska towarzyskie, które nawzajem się wspierały. Była kontestacja, zasadna i znacząca, bo firmowana przez osoby z partii rządzącej, był też pewien potencjał przez rządzących niewykorzystany. Wielopokoleniowa więź została zerwana w 1968 r. Tyle że wtedy wyjechało nie tylko dużo osób z pokolenia rewizjonistów z 1956 r., ale także ludzie, którzy pracowali w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego, w mediach, wydawnictwach i wojsku, o postawach dalekich od nonkonformizmu. Rok 1968 zdekonstruował więzi towarzyskie, ale, paradoksalnie, dla późniejszej opozycji okazał się niezwykle korzystny, bo ta emigracja intelektualnie bardziej zasilała polską opozycję niż powojenni niezłomni. Mówiąc o cezurze 1968 r., trudno byłoby powiedzieć, że przywódcami ówczesnych kontestatorów byli ci, którzy angażowali się w obronę studentów. Myślę, że angażowali się w nią z niechęcią. Mieli pełną świadomość, że to im łamie karierę naukową, ale też przekonanie, że tych protestujących studentów wychowali, że jeśli uczyli ich krytycyzmu, to właśnie mają owoc swojej pracy pedagogicznej. Profesorowie uznali, że byłoby kompletnie niemoralne, gdyby w marcu 1968 r. odwrócili się od studentów, że łamałoby to zasady, na których próbowali opierać stosunki akademickie. W związku z tym zaangażowali się i wielu poniosło tego konsekwencje.

Że tak się stanie, było wiadomo od 1964 r. To wtedy władza pokazała, że może nie tylko zamykać media, ale także karać rewizjonistów; skazanie i uwięzienie Kuronia i Modzelewskiego było tego wyraźnym sygnałem.

– Ich uwięzienie było ważne z kilku powodów. Dało do zrozumienia np. tym, którzy do niedawna spotykali się w Klubie Krzywego Koła, że całkowicie zlekceważyli potrzebę postulowania zmian w małym kodeksie karnym, że ten instrument prawny, wyciągnięty z lamusa, wykorzystywany przez władzę w celach politycznych, prowadzi do tego typu skutków. Przekonali się, nie tylko zresztą w tym jednym przypadku, że sądownictwo jest absolutnie dyspozycyjne politycznie. Wspomniani autorzy listu stali się też swego rodzaju łącznikiem pokoleń.

Rewizjoniści w zasadzie nie używali tego pojęcia. Czy dlatego, że większości Polaków rewizjonizm kojarzył się z rewizjonizmem niemieckim?

– Owszem, był bałagan pojęciowy. Propaganda zwalczająca wewnątrzpartyjną krytykę mogła próbować wytworzyć oś, która miała wskazywać, że skoro jest się rewizjonistą tu, to i tam. I wiadomo, że wszyscy rewizjoniści są strasznie wredni. W prymitywnych propagandówkach z tamtych czasów pojawiały się takie porównania, ale czy Polacy nabierali się na nie? A dlaczego rewizjoniści nie mówili tak o sobie? Bo uważali się – ci z lat 50. – za marksistów, socjalistów, którzy się do tego przyznają. Mało tego, uważali, że są z tego powodu izolowaną grupą, niewielką mniejszością, dostającą po łbie zarówno od tych na antypodach lewicowych poglądów, jak i od tych, wśród których powinni się czuć jak wśród swoich. W tym ich przeświadczeniu, co wychodzi np. w tekstach wspomnieniowych, byli irytujący, bo wydawali się bardziej papiescy niż sam papież.

Wielu z nich przy Okrągłym Stole spotkało się z partyjnymi reformatorami. Partia zrozumiała, że szkodzi jej pozbywanie się rewizjonistów z lat 80.?

– Na to niech odpowiedzą już badacze tego okresu.

Foto: Anna Beata Bohodziewicz/FOTONOVA

Strony: 1 2

Wydanie: 1-2/2015

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy