Policjanci i bezdomni

Policjanci i bezdomni

Policja urządziła w Markocie łapankę. Gdyby żył Marek, nie doszłoby do tego – mówią w ośrodku

Dochodziła siódma rano, gdy kilkudziesięciu policjantów szczelnie otoczyło Markot przy ul. Marywilskiej. Od tej pory przez trzy godziny nikt nie mógł wydostać się z ośrodka. Chyba że w policyjnej nysce. – Większość jeszcze spała, ja robiłam w kuchni śniadanie. Nagle policja weszła do środka. Wylegitymowali wszystkich, a mnie zabrali do radiowozu, bo nie miałam dokumentów – opowiada Aneta. Jest na odwyku. Pracuje w hospicjum jako wolontariuszka.
Taka akcja zdarzyła się w ośrodku po raz pierwszy. Do tej pory wszyscy mogli liczyć na azyl. To była idea Marka. Biuro prawne Markotu dbało o sprawy mieszkańców. I było ich pośrednikiem z policją. Dlaczego nagle okazało się, że to za mało? – Chcieliśmy sprawdzić, czy w ośrodkach są osoby poszukiwane listami gończymi. A mieliśmy takie informacje. Oprócz ośrodka przy Marywilskiej sprawdziliśmy dom dla samotnych matek Bajka i noclegownie przy Modlińskiej. Przeszukaliśmy też kanały ciepłownicze – mówi kierujący akcją Marek Siewiert, zastępca komendanta białołęckiej policji.
Zatrzymano 14 osób, z czego 13 było poszukiwanych. – Zwykłe, rutynowe działania – podsumowuje policja. – To łapanka – oburzają się mieszkańcy Markotu.

Kotan przewraca się w grobie

– Zupełna katastrofa. Całą działalność Marka zaprzepaszczono w jeden dzień – mówią w Monarze. Kto teraz zgłosi się na leczenie do ośrodka, który słynie z niezapowiedzianych nalotów?
Policja opowiada, że Marek sam kiedyś prosił ich o pomoc. Ponoć w ośrodkach zjawiali się podejrzani ludzie, których trzeba było sprawdzić. – Bzdura, to nie w stylu Kotana – denerwuje się Przemysław Przybecki, kierownik Monaru przy Marywilskiej. Dodaje, że do tej pory odwiedzał ich dzielnicowy. Za każdym razem dostawał imienne listy pacjentów. – I wszystkie informacje, jakich od nas wymagano – podkreśla.
Zdaniem komendanta Marka Siewierta, policjanci mieli legitymować bez przeszukiwania pomieszczeń. – Nadzorowałem tę akcję i chciałem, żeby odbyła się sprawnie – wyjaśnia. I rzeczywiście, bo legitymowano dosłownie wszystkich. Człowieka przy betoniarce, pacjentów wracających z porannych ćwiczeń. A pierwszym zatrzymanym okazał się kierownik ośrodka. – Podszedł do mnie policjant i poprosił o dowód. Nie miałem, więc zabrali mnie do radiowozu, a stamtąd prosto na komisariat – mówi Przemysław Przybecki. – Nie stosowano środków przymusu. Część osób sprawdzano na miejscu, odwożono tylko te, które podawały fałszywe dane lub nie chciały ich ujawnić. Jedną z nich był kierownik ośrodka – broni się komendant Siewiert.
Jednak według pracowników Monaru, była to zwykła pokazówka. Tylko dla kogo? Bo ludzie bali się, że policja przyjechała zlikwidować ośrodek. I że wylądują na ulicy. – Komendant pokrzykiwał, żeby nie rozmawiać z „tymi ludźmi”, tylko robić swoje – mówi Dorota. Jako jedna z pierwszych znalazła się w radiowozie. – Rozumiem, że policja sprawdza, kto u nas mieszka. Ale w taki sposób? Prosiłam, żeby pokazano mi nakaz. Komendant odpowiedział, że naoglądałam się amerykańskich filmów.
– Zbliżała się ósma. Chciałam odprowadzić dziecko do szkoły. Pokazałam dowód, a policyjne konto mam czyste. Ale i tak mnie nie puszczono – opowiada Małgorzata Kłos. Pracuje w szpitalu na Marywilskiej. – Wtedy zadzwoniłam po telewizję, radio, prasę. Co tylko przychodziło mi do głowy. Gdy tylko pojawiła się pierwsza kamera, policjanci zaczęli się wycofywać.
Do tej pory każdej nocy radiowóz przywoził do ośrodka przynajmniej jednego Kowalskiego. Bez nazwiska, bez dowodu. Policja rzadko chciała poświadczenie. Mówili po prostu: „kolejny bezdomny”. – Komendant powiedział nam, że po śmierci Kotańskiego przestaliśmy współpracować z policją. Twierdził, że są wśród nas kryminaliści – mówi Małgorzata Kłos. I dodaje: – Na 30 osób w moim szpitalu może dwie mają dowody osobiste. A reszta co? Na dołek?

Zatwardziali przestępcy?

– Nie chcę, aby ludzie mówili, że Kotański tworzył w Monarach i Markotach gniazda kryminalistów. Jakby mało było problemów. Kiedyś, jak coś szło nie tak, zawsze był Kotan. On wiedział, gdzie i jak szukać pomocy. A teraz jesteśmy zadłużeni za prąd, wodę. Kiedyś robiliśmy kluski, kotanki, ale zabrakło nam mąki. I nie mamy za co kupić nowej – skarży się Przemysław Przybecki.
Część mieszkańców Markotu nie jest bez winy. Drobne kradzieże, ucieczki z domów, niepłacenie alimentów. Mieli już do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. – Ci ostatni są poszukiwani listami gończymi, ale to w końcu nie zatwardziali przestępcy. Ponoć jeden z zarzutów dotyczył nielegalnego posiadania broni. Na pewno nie teraz, nie ostatnio. Wiedziałbym o tym – zapewnia kierownik Markotu. – U nas pracują, a to najlepszy sposób na resocjalizację. Malują, tynkują, a jak ktoś nie potrafi, po prostu sprząta.
Mieszkańcy Markotu czują, że potraktowano ich jak ludzi gorszej kategorii. Wiedzą też, że za czasów Kotana nikt by się na to nie odważył. – Nie wiem, czy to przypadek, że tak zaraz, tuż po śmierci pana Marka… Przeszukiwanie, otwieranie drzwi, sprawdzanie, czy nikt się czasem nie ukrywa. To była obława, a nas traktowano jak przestępców – zastanawia się Dorota. Nie ukrywa, że ma sprawę w sądzie. Ale tu nikt niczego nie ukrywa. Takie są zasady. – Zabrali mnie na komisariat, żeby ustalić miejsce mojego pobytu. Jakby nie można było tego zrobić w ośrodku.
Aneta znalazła się na komisariacie z tego samego powodu: – Policjanci żartowali, że muszą odwieźć mnie z powrotem, bo jestem w trakcie leczenia. Więc mogę się jeszcze gdzieś zapodziać. Tylko że mnie jakoś nie chciało się śmiać – mówi.
Komendant policji w Białołęce już zapowiada, że jeżeli nadal będzie dostawał informacje o ukrywających się w Markotach niebezpiecznych osobnikach, taką akcję trzeba będzie powtórzyć.

 

 

Wydanie: 37/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy