Polowanie na talenty

Polowanie na talenty

Który z telewizyjnych programów muzycznych wyszukuje prawdziwe śpiewające gwiazdy?

Niedzielny ranek, jeden z wielu chłodnych listopadowych dni. Za oknem szaro i buro, na niebie kłębią się chmury. Lepiej nie wystawiać nosa z domu. Mimo to przed gmachem Telewizji Polskiej przy ul. Woronicza kręci się tłum chętnych do wzięcia udziału w programie „Szansa na sukces”. Ogonek przed wejściem do budynku jest dość długi. Pod salą, w której kandydatów na sławy przesłuchuje komisja, znaleźli się najwięksi szczęśliwcy, którzy zaraz staną przed obliczem jury.
Na telewizyjnym korytarzu spotykają się potencjalni uczestnicy z różnych stron Polski. Dla jednych udział w programie to zwykła zabawa. Dla drugich, spiętych ze zdenerwowania, to walka na serio o swoją szansę.
18-letnia Danusia Schroeder z Milanówka na Woronicza zameldowała się o 7.30, ale i tak była dopiero 51. – Chciałam spróbować swojego głosu, żeby ocenili mnie profesjonaliści. Czasami śpiewam na imprezach, gdy jestem wśród ludzi – wyznaje. – Także w zespole, wcześniej na pasterkach. Jednak bliższy mi jest klimat muzyki współczesnej. Dlatego zaśpiewam piosenkę Kayah „Cicho tu”.
W sali siedzą wyrocznie tego wieczoru: Elżbieta Skrętkowska, która podejmuje ostateczną decyzję, czy ktoś wystąpi w „Szansie na sukces, oraz jej współpracownicy: muzyk Jacek Zawadzki, wokalistka jazzowa Marzena Zalewska i aktorka Marzena Gryzińska. Na przesłuchanie jednej osoby mają zaledwie kilka minut, a kolejka pod drzwiami robi się coraz dłuższa. – Najgorzej, gdy ktoś chce zaśpiewać „To nie ja byłam Ewą” – wzdycha Marzena Gryzińska. – Sam wstęp do tej piosenki trwa ponad minutę, więc zanim ktoś dobrnie do refrenu, mijają wieki.
Pod drzwiami do sali kłębi się tłum ciekawskich. Przykładają uszy do drzwi w nadziei, że coś usłyszą. Szybko rozpoczyna też działalność – jak przed każdym egzaminem – giełda informacji. Po korytarzu rozchodzi się wiadomość, że jeżeli ktoś się spodoba członkom jury, proszą go o zaśpiewanie piosenki Szwagrakolaski.
Wywołują kolejne numery. Danusia wchodzi do środka. Jest zdenerwowana, nie umie podejść do eliminacji na luzie. Śpiewa swoją piosenkę, lecz komisja nie pozwala jej skończyć. Pada tylko grzecznościowy zwrot: „Dziękujemy bardzo, proszę czekać na telefon”. Nikt nie prosi jej o zaśpiewanie innej piosenki. Danusia wychodzi z sali. Wszystko trwało zaledwie kilka minut. Kolej na następną osobę. Szybko niczym przy taśmie produkcyjnej w fabryce.
Pod ścianą siedzą dwie siostry z Ożarowa Mazowieckiego. 16-letnia Dorota Zielińska zamierza wystartować w eliminacjach, o rok starsza Beata będzie jej akompaniować na gitarze. – Dzisiaj pierwszy raz zaśpiewam publicznie. Chciałam sprawdzić swój głos, zobaczyć, czy będę miała dużą tremę. Myślę, że nie jestem jeszcze w pełni przygotowana. Śpiewam w chórze przykościelnym. Dotychczas mój repertuar stanowiły kolędy, występowałam też na koncertach wielkanocnych i na pielgrzymkach – mówi Dorota.
Czarnowłosa Monika Bojarska i blondynka z długimi włosami, Katarzyna Widorowska, musiały pokonać kilkaset kilometrów, by spotkać się i wspólnie zaprezentować się na przesłuchaniu. Szczęście ma im przynieść gumowy kurczak, przeraźliwie piszczący przy każdym naciśnięciu. Gdy dziewczyny wchodzą do sali i zaczynają występ, oprócz ich śpiewu słychać także dźwięki wydawane przez gumowego zwierzaka. – Chcemy wygrać, przeżyć przygodę – mówi Kasia. – Już raz startowałam w eliminacjach, ale wtedy się nie udało. W kolejce miałam jakiś odległy numer. Może tym razem będzie w porządku?
W jednym z zaułków telewizyjnych korytarzy pląsa Cyganka w zielonej sukience z tamburynem w ręku. Na eliminacje przyjechała z mężem, aktorem. – Kreację sama sobie uszyłam. Bo ja przez całe życie uwielbiałam śpiewać – mówi Barbara Styrska, bibliotekarka z Połańca, obecnie na rencie.
– Bardzo lubię repertuar Koterbskiej, Ordonki i Anny German. Teraz w swojej miejscowości nie mam możliwości śpiewania. Próbowałam już dostać się do „Drogi do gwiazd”, ale nie przeszłam. Dzisiaj zaśpiewam „Czumbałałajkę”, dlatego jestem Cyganką – wyznaje pani Barbara i cierpliwie czeka na swoją kolej.

Marzenia o sławie

Kandydatów na muzyczne gwiazdy są w Polsce tysiące. W domowym zaciszu marzą, że pewnego dnia otworzą się przed nimi drzwi do innego świata. Wszystko będzie na wyciągnięcie ręki, o wiele prostsze i o wiele bardziej kolorowe, niczym z okładek ilustrowanych magazynów dla pań. Czytają więc o tych, którym się powiodło. Na przykład o Justynie Steczkowskiej, Kasi Stankiewicz, Maćku Molendzie i Monice Salicie, która nagrała specjalną płytę dla papieża. Wszyscy zaczynali w „Szansie na sukces”. Albo o laureatce pierwszej edycji „Idola”, Alicji Janosz, która jest najlepszym przykładem, że droga do muzycznej kariery w Polsce jest żmudna i długa. Jak wielu jej kolegów Alicja zadebiutowała repertuarem kolędowym w kościele. Potem były sukcesy na festiwalach piosenki dziecięcej, występy w musicalu w Warszawie, wygrana w „Szansie na sukces”. Muzyczną karierę wcześnie zaczęli również inny finalista „Idola”, Szymon Wydra, i ubiegłoroczny trumfator „Drogi do gwiazd”, Jarek Weber. Obaj nagrali własne płyty, podobnie jak Irena Staniek z Katowic. Już będąc babcią, została laureatką „Drogi do gwiazd” i nagrała płytę pod znaczącym tytułem „Jestem szczęśliwa”.
Za to mało kto pamięta o tych, którzy mieli swoje pięć minut, ale nie wykorzystali ich do końca. Violetta Brzezińska, która wygrała koncert debiutów w Opolu, śpiewa w warszawskim Teatrze Buffo. Ania Świątczak, laureatka nagrody publiczności w Opolu, od kilku lat zasila chórki Natalii Kukulskiej, Piaska i Sylwii Wiśniewskiej. Inni podczas występów swoimi głosami wspierają Edytę Górniak czy Bajm.
Ale o śpiewaniu w chórkach nie marzy nikt, za to wszyscy po cichu myślą o nagraniu własnej płyty. Dlatego do telewizyjnych programów chętni pchają się drzwiami i oknami. Podczas eliminacji do drugiej edycji nadawanego w Polsacie „Idola” do organizatorów zgłosiło się 10 tys. chętnych. Niewiele mniej osób stara się o zakwalifikowanie do emitowanej w Dwójce „Szansy na sukces” czy programu TVN „Droga do gwiazd”.
A jest o co walczyć. Laureat całorocznej edycji „Szansy na sukces” dostaje w nagrodę możliwość uczestnictwa w Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Zwycięzca „Idola” podpisuje kontrakt płytowy z wytwórnią BMG, a laureat „Drogi do gwiazd” – z Sony Music Polska.

Uparty idol

Jaki więc powinien być kandydat na idola czy gwiazdę? Elżbieta Zapendowska, jurorka „Idola”, mówi, że przede wszystkim uparty i odporny. – Konieczne są również: uroda, magnetyzm, osobowość. I, oczywiście, taka osoba musi potrafić śpiewać – opowiada. Podobnego zdania jest dyrektor artystyczny Sony Music Polska i juror „Drogi do gwiazd”, Piotr Mikołajczak. – Kiedyś rozmawiałem z Jerzym Połomskim, który powiedział mi, że podstawową cechą charakteru artystów musi być ogromna odporność psychiczna na stres. Poza tym talent, bo samego śpiewania można się w jakimś stopniu nauczyć w szkole – przekonuje.
– W moim programie pojawiło się wiele osób fantastycznie śpiewających, a nic o nich nie słychać. Były zbyt słabe psychiczne – dodaje Elżbieta Skrętkowska.
Osoba zakwalifikowana do udziału w programie wkracza w inny świat. W swoje ręce przejmują ją specjaliści od śpiewu, wizażyści i choreografowie. W „Idolu” i „Drodze do gwiazd” organizatorzy starają się, by występ na scenie dał amatorom namiastkę prawdziwego koncertowego show.
Znacznie skromniej jest w „Szansie na sukces”. Nie ma też błyskających świateł ani sceny. Za to początkujący artysta ma możliwość odwrotu w ostatniej chwili. Bo choć na ekranie telewizora widać ośmiu uczestników, na nagranie stawia się trzech, czterech więcej. Ktoś może gorzej zaśpiewać i wówczas jest „wycięty”. W takiej sytuacji zazwyczaj jest zapraszany do występu w następnych programach. W dodatku w „Szansie na sukces” czasami pojawiają się osoby gorzej śpiewające, lecz o ciekawej osobowości. – Oni czegoś pragną, chcą zaistnieć. By to osiągnąć, przejeżdżają nawet kilkaset kilometrów. Dlaczego więc mają nie wystąpić? – pyta retorycznie Elżbieta Skrętkowska.

Straszne jury

Po występie wiele zależy od jury. W „Drodze do gwiazd” gospodarz Zbigniew Wodecki przekonuje, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Świadectwo wystawiają uczestnikom trzy osoby: Ewa Bem, Tadeusz Sołtys z RMF FM i Piotr Mikołajczak – uchodzący na najsurowszego. Dlatego został nazwany „Miki Groźny”. – 90% ludzi, którzy przyjeżdżają na nasze eliminacje, nie powinno w ogóle na nie przychodzić, jeżeli mają choć odrobinę wstydu – twierdzi Mikołajczak. – Jestem zwolennikiem, że jeżeli mam komuś powiedzieć coś przykrego o jego śpiewaniu, muszę zrobić to szczerze, ale łagodnie. Wiem, jaki to stres, kiedy wraca się do małego miasteczka i sąsiedzi mówią: co, nie udało ci się? Nie wolno nikogo ośmieszać.
W „Idolu” siejący postrach Kuba Wojewódzki potrafi oznajmić uczestnikom: „Chyba pomyliłeś miejsca”. Znacznie łagodniejsi są pozostali jurorzy: kompozytor Jacek Cygan, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Robert Leszczyński, i nauczycielka Edyty Górniak, Elżbieta Zapendowska. – Nie wolno robić ludziom zbędnych nadziei, bo wyrządza się im krzywdę. Jeżeli dowiadują się prawdy o wiele później, wtedy spadają, bardzo się tłukąc – mówi Elżbieta Zapendowska.
Zbigniew Wodecki podkreśla, że w „Drodze do gwiazd” nikt nie obiecuje szybkiej kariery i uczestnicy programu zdają sobie z tego sprawę. Najważniejsze jest dla nich to, że pokażą się przed dużą telewizyjną publicznością, na moment wyrwą z małych miasteczek.
– Jeżeli komuś raz się nie uda, to nic nie oznacza. Może zaśpiewać źle dobraną piosenkę lub mieć kiepski dzień. Ja też mogę popełnić błąd. Jeśli ktoś jest dobry, ma w sobie ten „power”, nic go nie powstrzyma i uda mu się. Trzeba robić to latami, inwestować w to – przekonuje Piotr Mikołajczak.
Robert Leszczyński zauważył, że kandydaci na artystów są pojętni, szybko uczą się na błędach swoich poprzedników. Stosują się do napisanego przez niego dekalogu o tym, jak zdenerwować jurora, i nie próbują już śpiewać „To nie ja byłam Ewą” czy „I will always love you”. Staranniej wkuwają też tekst i dopasowują do siebie repertuar.

Czekając na telefon

– Nie patrzyłam na nich, wykonywałam różne dziwne gesty. Teraz będę tkwić w stanie zawieszenia, choć bardziej nastawiam się na „nie” – Danusia z Milanówka kończy swoją wypowiedź zwrotem dobrze znanym z „Idola”.
– Boże, ale mi gorąco – sapie po wyjściu z przesłuchania Dorota. – Pierwszą piosenkę mi przerwali, kazali zaśpiewać coś zespołu Ira, ale niestety nie znałam słów. Wreszcie zaśpiewałam „U cioci na imieninach”. Nie wiem, jak mi poszło, ale chciałabym, żeby z tego coś wyszło – dodaje.
– Nie dośpiewałam do miejsca, gdzie „Czumbałałajka” jest najmocniejsza. Ale może mi się udało – pani Barbara, jak wielu jej śpiewających poprzedników, będzie czekać na telefon z wiadomością, że została przyjęta do „Szansy na sukces”.
Robert Leszczyński powiedział kiedyś o kandydatach na gwiazdy, że potrzeba im takiej rakiety, która by ich wyniosła w kosmos. Czy tą rakietą okażą się „Szansa na sukces”, „Idol” albo „Droga do gwiazd”?

 

Wydanie: 50-51/2002

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy