Polska przed szeregiem

Polska przed szeregiem

Szczyt NATO w Rydze nie odpowiedział na zasadnicze dylematy

Zakończony doroczny szczyt Paktu Północnoatlantyckiego obradował tym razem w stolicy Łotwy. Miejsce obrad miało dać do zrozumienia, no może nie światu, dla którego kraje bałtyckie nie tak wiele znowu znaczą, ale raczej Rosji, że trzy małe kraje bałtyckie jednoznacznie znalazły się w orbicie Zachodu i Rosja bezpowrotnie straciła wpływ na bieg wydarzeń politycznych w tych krajach.
Nie przewidywano na ryskim szczycie żadnych wielkich przełomów ani też wielkich wydarzeń i takowych też nie było. Nie została rozstrzygnięta kluczowa dla NATO w XXI w. sprawa, czy pozostanie on paktem sensu stricto atlantyckim, czy też, jak chcą Stany Zjednoczone, ewolucyjnie, ale w szybkim tempie połączy się z ANZUS i przekształci w pakt o zasięgu ogólnoświatowym. Konieczność zmiany doktryny w tym kierunku USA lansują nie od dziś. Zdaniem polityków znad Potomaku, ewolucja paktu w kierunku ogólnoświatowego sojuszu państw demokratycznych jest nieunikniona. Globalizacja, narastające zagrożenie terroryzmem i cały szereg innych zjawisk po prostu narzucają taką konieczność. Politycy amerykańscy widzieliby w przyszłym przekształconym pakcie nie tylko państwa obecnego ANZUS, ale także Japonię, Indonezję, Filipiny, Arabię Saudyjską, Pakistan, Egipt, może Indie. Wymieniane są zresztą również inne kraje prozachodnie, a zainteresowania takim rozwojem dzisiejszego NATO i ANZUS już w aliansie nie ukrywają również politycy z Tel Awiwu.
O tych wielkich planach mowa była jedynie w kuluarach szczytu, ale tu uwidocznił się wyraźny rozłam. O ile koncepcją amerykańską zainteresowane byłoby Zjednoczone Królestwo i już trochę mniej Holandia, to weto megalomańskim, jak się je nazywa nad Sekwaną, planach Wuja Sama stawia Francja. Nie jest ona bynajmniej osamotniona, bo wspiera ją grupa państw z Belgią i Grecją na czele. Ale tuż za wymienionymi idą Niemcy, Hiszpania, Norwegia i kilka mniejszych państw. Koncepcja francuska też zakłada rozwój i rozszerzenie NATO, ale z zamiarem przekształcenia tego sojuszu w swego rodzaju zbrojne ramię ONZ.
Na ryskim szczycie nie doszło do żadnego zbliżenia stanowisk w tej zasadniczej dla Sojuszu Północnoatlantyckiego alternatywie. Raczej obserwowano, po której stronie będą opowiadały się nowe państwa NATO, w tym nasz kraj. Czechy i Węgry zachowały tu daleko idącą wstrzemięźliwość, Słowacja i kraje bałtyckie też jak ognia unikały zajęcia określonego stanowiska. Rumunia i Bułgaria, które mają uzyskać w przyszłym roku członkostwo w UE, rówenież robiły wszystko, żeby nie narazić się np. Francji czy popierającym jej stanowisko krajom.
Polska – i tu trzeba postawić jedynie słusznej partii rządzącej mały plus – też nie deklarowała jednoznacznego poparcia dla amerykańskiej koncepcji, ale niestety w innych kwestiach zachowała tradycyjnie serwilistyczną w ostatnich latach postawę. Brylował tu minister obrony, Radek Sikorski, który przy dość ponurym milczeniu większości przedstawicieli obecnych na szczycie deklarował pełne poparcie dla wzmocnienia sił NATO w Afganistanie, zapowiadał też, że Polska nie ustanie w wysiłkach na rzecz zwiększenia naszego kontyngentu ponad już deklarowany itd., itp. Co prawda, niektórzy zgromadzeni na szczycie politycy Sojuszu, którzy z autopsji znają jeszcze układ warszawski, rzucali potem w kuluarach zjadliwe uwagi, że to właśnie przemówienie, dziwnie przypominało wiernopoddańcze wystąpienia polityków dawnych europejskich państw socjalistycznych wobec dawnego wielkiego brata, ale cóż, historia lubi się powtarzać, tyle że w miniaturze.
Pewna zgodność panowała wśród polityków Sojuszu, że kolejne państwa oczekujące na wejście do paktu będą musiały poczekać, prawdopodobnie dłużej niż do roku 2008. Chodzi tu o Chorwację, Macedonię i Albanię. Podzielone były już natomiast zdania odnośnie do możliwości przyjęcia do sojuszu Gruzji. Francuzi bez ogródek, a przy poparciu innych państw sugerowali, że to państwo musi wyjaśnić obiektywnie kwestie Abchazji i Osetii. Z kolei Amerykanie i… Polska reprezentowali stanowisko, że Gruzja powinna zostać przyjęta jak najszybciej. Jeszcze więcej kontrowersji ujawniła sprawa bardziej już hipotetycznego przyjęcia do paktu Ukrainy. Tu jedynie delegacja naszego kraju bardzo wyraźnie sygnalizowała tę kwestię. Nawet Amerykanie odnosili się do problemu znacznie chłodniej, bo przecież wcale nie wiadomo, jaki kierunek polityczny przyjmie ostatecznie Kijów.
Prezydent Lech Kaczyński zaproponował, żeby NATO zajęło się również sprawami bezpieczeństwa energetycznego swoich członków i nie tylko. O ile całość przemówienia, które nie wybiegało poza pewne frazesy, została przyjęte dość obojętnie, to część poświęcona bezpieczeństwu energetycznemu – wyraźnie chłodno. Już przed szczytem sugerowano polskiej dyplomacji, żeby nie występowała z tym tematem na sesji plenarnej, bo to może być przyjęte wyłącznie jako swego rodzaju filipika antyrosyjska, a przecież sojusz dąży do daleko idącej współpracy z rosnącą w siłę Rosją. Tu po raz kolejny pani minister spraw zagranicznych nie potrafiła przekonać Lecha Kaczyńskiego, że nie ma sensu napinać muskułów, kiedy się ich nie ma. Delegacja polska usilnie nalegała, żeby w komunikacie końcowym znalazł się zapis o potrzebie energetycznego bezpieczeństwa. Zapis, owszem, znalazł się – tyle że tak ogólny i niewiele mówiący, że równie dobrze można go uznać za sukces, jak i zupełną klapę.
NATO znajduje się na ostrym zakręcie. Szczyt w Rydze nie odpowiedział na zasadnicze dylematy. Zapewne rozpoczną się teraz zakulisowe rozmowy, uzgodnienia, próby osiągnięcia cząstkowych konsensusów. To potrwa jakiś czas i poważnego określenia nowej strategii sojuszu nie należy oczekiwać przed upływem dwóch, trzech lat. Chyba że jakieś wstrząsające wydarzenie narzuci konieczność natychmiastowych działań czy też znaczącego przyspieszenia.

 

Wydanie: 49/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy