Polski jazz to nie jazz

Polski jazz to nie jazz

W Europie jazz stał się sztucznym, przeintelektualizowanym tworem

Michał Urbaniak

Ur. w 1943 r. (naprawdę Michał Edmund Michałowski), saksofonista, skrzypek, kompozytor i aranżer jazzowy. Jako początkujący jazzman współpracował m.in. z zespołami Zbigniewa Namysłowskiego (debiutował na Jazz Jamboree w 1961 r. jako saksofonista tenorowy zespołu Zbigniewa Namysłowskiego Jazz Rockers), Andrzeja Trzaskowskiego i Krzysztofa Komedy. W 1973 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Zamieszkał w Nowym Jorku, gdzie założył jazzowo-rockowy zespół The Michal Urbaniak Fusion (z żoną, śpiewającą scatem Urszulą Dudziak), zaś w latach 90. pod wpływem hip-hopu nagrywał jako Urbanator. Współpracował m.in. z Billem Cobhamem, Milesem Davisem, Joem Zawinulem, Wayne’em Shorterem, Larrym Coryellem. Jest uważany za czołowego europejskiego skrzypka jazzowego (obok Jeana-Luca Ponty’ego). W tym roku Urbaniak obchodzi 30-lecie pracy artystycznej w Nowym Jorku, co promuje jego trasa koncertowa po Polsce, Niemczech i Stanach Zjednoczonych.

– Czy swoją najnowszą płytę „Decadence”, dedykowaną Witkacemu, nagrywał pan z myślą o polskiej publiczności? Bo właśnie ją wybrał pan, aby uczcić trasą koncertową po Polsce 30-lecie pracy artystycznej za oceanem.
– Przyznaję, że płytę przygotowywałem, myśląc o moim ukochanym Nowym Jorku, dlatego zaprosiłem do współpracy jedną z najbardziej rozchwytywanych na Manhattanie supersekcji rytmicznych – ale dodałem sporo „europejskich przypraw”. A dedykacja dla Witkacego pochodzi stąd, że geneza płyty tkwi w muzyce, którą skomponowałem do filmu „Pożegnanie jesieni”, według Witkacego właśnie. Zresztą moja trasa koncertowa nie skończy się na Polsce, potem jadę w kolejną trasę do Niemiec, a w końcu do USA.
– Podobno, aby wydać tę płytę, założył pan własną wytwórnię fonograficzną?
– Tak, choć to na razie początkująca firma. Po prostu nie miałem już cierpliwości, aby użerać się z dużymi firmami itd. Giganci fonograficzni, tak zwani majorsi, już dawno stracili orientację, co ważnego dzieje się w muzyce i co interesuje słuchaczy. Niektórzy sprawiają wrażenie, że tkwią wciąż w muzyce lat 60., która oznacza dla nich wielomilionowe hity i wielki biznes. Mogliby chociaż zaglądać do Internetu, żeby sprawdzić, jaka muzyka jest teraz na fali.
– Widziałam na pana stronie internetowej, że wszystkie pana płyty wychodzą w Internecie.
– I jestem z tego dumny! Moje wirtualne płyty można nie tylko kupić, można ich też posłuchać w sieci pod adresem www.decadence.ws, ściągnąć pliki mp3. Wprawdzie stuknęło mi już 60 lat, ale duchem jestem ciągle bardzo młody. Córki żartują, że między nami nie czuje się wcale różnicy pokoleniowej, że nieraz czują się wręcz ode mnie starsze. Co zapewne nie jest dla mnie komplementem.
– a propos córek, czy planuje pan wspólne występy z Miką?
– Jeśli Mika nadal będzie serio myśleć o wokalistyce, to na pewno będziemy razem występować. Zresztą taką przygodę już mamy za sobą. Ale to młoda dziewczyna, jeszcze nie jest pewna, co będzie w życiu robić. Podobnie Kasia, którą wciągnęła działalność charytatywna – niedawno była z misją charytatywną w Kambodży.
– Pan w ich wieku już wiedział, co będzie robić w życiu?
– Byłem zdeterminowany już jako 16-latek. Uciekłem z domu, żeby grać jazz, za który na mnie krzyczano w szkole i w domu – i poszedłem na swoje. Szybko się usamodzielniłem, nigdy później nie wziąłem od mamy ani grosza.
– Wielu nastolatków o tym marzy – w wieku 16 lat być już całkowicie samodzielnym i niezależnym, mieszkać bez rodziców i robić to, co się lubi.
– Ale nic za nic. Często bywałem załamany, płakałem w poduszkę rzewnymi łzami. Zresztą do dzisiaj to mi się zdarza, miewam huśtawki nastrojów. Raz czuję, że świat należy do mnie, innym razem użalam się nad sobą, że taki jestem biedny i nieszczęśliwy.
– Czy kiedy jest pan w dołku, jazz poprawia panu humor?
– Jasne, zwłaszcza kiedy pomyślę, jak wysoko mnie samemu udało się zajść w tej dziedzinie i że zdobyłem pozycję w królestwie jazzu, w Nowym Jorku. I to wyłącznie dzięki własnej pracy, nie stosunkom i znajomościom – harowałem na to jak wół przez 12 lat, w dzień i w noc.
– W środowisku polskich jazzmanów ma pan wielu antagonistów, bo często źle pan mówi o rodzimym jazzie.
– Polski jazz to w ogóle nie jazz. Ja w ogóle nie uznaję europejskiego jazzu. To jest muzyka czarnych Amerykanów – oni ją mają we krwi, nawet w ich chodzie i wymowie jest coś swingującego. Mogą nie znać definicji jazzu, historii jazzu, nut, ale muzyka jazzowa, rytm jazzowy należą do ich kultury. Przecież jazz wywodzi się z plantacji, domów publicznych, slamsów, balang. Jeszcze w latach 40. to była muzyka rozrywkowa, imprezowa. Tymczasem w Europie, także w Polsce, jazz stał się przeintelektualizowanym, sztucznym tworem.
– Podobno w Europie odbywa się co roku kilkaset festiwali jazzowych. W Polsce jest ich ponad 50. To dobrze, że tak dużo?
– Większość tych festiwali tylko szkodzi muzyce jazzowej. Jest wiele imprez pseudojazzowych, których promotorzy sprowadzają zespoły niemające nic wspólnego z jazzem. Laikom można wmówić, że wszystko jest jazzem, jeśli muzycy grają na saksofonie tenorowym i trąbkach. A to nie tak! Kiedyś wysłuchałem koncertu na jednym z głośnych festiwali i skojarzyło mi się to z występem kapeli strażackiej, która nauczyła się kilku wprawek w jakiejś prowincjonalnej remizie.
– A co pan sądzi o naszych awangardowych, eksperymentujących jazzmanach?
– Nie mam nic przeciwko eksperymentom muzycznym, wręcz przeciwnie, sam lubię eksperymentować. Jednak ci tzw. awangardowi jazzmani to w ogóle nie są jazzmani. Niech grają, niech eksperymentują, życzę im jak najlepiej, ale niech nie nazywają siebie jazzmanami, bo to nadużycie. W ich muzyce nie ma odwołań do korzeni jazzu. Zresztą te festiwale, o których mowa, to często fajne imprezy – jednak powinny wyrzucić z nazwy pojęcie „jazzowe”, bo to nieporozumienie.
– Jednak jak twierdzą specjaliści od marketingu, prawdziwy jazz źle się sprzedaje, bo nie jest modny.
– Jak to nie jest modny? Tak twierdzą różni nerwowi recenzenci, ale ja mam inne zdanie. Mówiąc bez ogródek, wkurza mnie to ciągłe ogłaszanie, że nastąpiła śmierć jazzu. Słyszę i czytam dość często, w różnych krajach, że jazz się skończył. To bzdura. Uważam, że jazz przeżywa renesans. Jest obecny w innych gatunkach muzycznych, w całej muzyce rytmicznej. Jest wręcz wszechobecny!
– W latach 90. zafascynował pana hip-hop, co słychać w nagraniach Urbanatora. Co pana zaciekawiło w tej muzyce? Czy nadal pan ją lubi?
– Istotą hip-hopu, tak jak istotą jazzu, są rytm i emocje. Hip-hop, tak jak jazz, to nie tylko muzyka, lecz także styl życia. Zresztą dla mnie hip-hop też należy do rodziny jazzu, bo jak powiedziałem, jazz to dla mnie szerokie pojęcie – nie jestem muzycznym ortodoksem. Lubię hip-hop i rap, w tym jest życie. Owszem, w młodości byłem purystą jazzowym – nie uznawałem np. wpływów muzyki ludowej czy klasycznej – ale dawno od tego puryzmu odszedłem.
– W odróżnieniu od wielu muzyków rozrywkowych ma pan solidne wykształcenie klasyczne. Czy taki klasyczny fundament przydaje się jazzmanowi?
– Daje sprawność techniczną. Ale można być dobrym jazzmanem samoukiem, znam wiele takich przypadków.
– Kiedyś marzył pan o tym, aby pana muzykę – jazzową, oczywiście – grały orkiestry symfoniczne. Teraz realizuje pan to marzenie. Co dalej?
– Od wielu lat marzy mi się występ z moją muzyką i wielką orkiestrą symfoniczną w Carnegie Hall. Mam nadzieję, że w tym kierunku zmierzam.
 

Wydanie: 21/2004

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy