As polskiego wywiadu. Miałem Bin Ladena – rozmowa z płk. Aleksandrem Makowskim

As polskiego wywiadu. Miałem Bin Ladena – rozmowa z płk. Aleksandrem Makowskim

Polski oficer wystawił Bin Ladena Amerykanom jak na dłoni. Nie zdecydowali się na zamach. Niedługo potem był atak na WTC

Płk Aleksander Makowski, były oficer polskiego wywiadu

Rozmawia Andrzej Dryszel

Czy mógł pan zapobiec atakowi na USA w dniu 11 września 2001 r.?
– Działający w Afganistanie polski wywiad ustalił w 1999 r., gdzie znajduje się Osama bin Laden. Systematycznie przekazywaliśmy CIA zebrane przeze mnie ważne dane o aktywności i planach przywódcy Al-Kaidy. Te informacje podawały go Amerykanom jak na dłoni. Wiedzieliśmy, że jesienią 1999 r. Bin Laden przez dwa tygodnie przebywa w Kandaharze. W jednym miejscu mieszka, do drugiego przemieszcza się na spotkania, znaliśmy lokalizację tych obiektów. Była więc możliwość wyeliminowania go. Wywiad żadnego innego państwa nie dysponował wtedy taką wiedzą. A cel CIA był jeden – dopaść Bin Ladena, uważanego już wtedy, po atakach na ambasady USA w Kenii i Tanzanii, kiedy to ponad 220 osób zginęło, a ok. 4 tys. zostało rannych, za terrorystę numer 1.
Dlaczego więc w 1999 r. Amerykanie tego nie zrobili?
– Bo dopaść to wówczas oznaczało dla nich pojmać i postawić przed sądem. Do 11 września 2001 r. obowiązywała dyrektywa, wprowadzona przez prezydenta Forda, że CIA nie ma prawa likwidować swoich przeciwników. Dlatego propozycja wyeliminowania Bin Ladena, jaką przedstawiliśmy wywiadowi amerykańskiemu, nie została wtedy zrealizowana. Amerykanie stwierdzili, że nie mają licencji na zabijanie. Jedyne, co mogą zrobić, to ewentualnie przeprowadzić operację porwania Bin Ladena i przewiezienia do USA. Ostatecznie skończyło się na niczym. Podczas spotkania z przedstawicielami CIA powiedziałem im: „Moi afgańscy rozmówcy uważają, że jeśli nie pozbędziecie się Bin Ladena teraz, to za dwa-trzy lata będzie za późno, gdyż urośnie w taką siłę i zbuduje taką organizację, że stać go będzie na niewyobrażalne akty terroru”. Niestety, do tego właśnie doszło.
Czy gdyby Bin Laden został wtedy zabity, nie doszłoby do ataku na World Trade Center?
– Z pewnością bardzo utrudniłoby przeprowadzenie tej operacji. A może, jeśli była ona pomysłem samego Bin Ladena, w ogóle by do niej nie doszło. Byłoby to także wielkim osłabieniem i ogromnym ciosem dla całej Al-Kaidy.

ATAK W ZATOCE

Czy nasz wywiad rzeczywiście miał na tyle wiarygodne informacje o planach Bin Ladena, by uprzedzać Amerykanów o ewentualnych zamachach?
– Przed 11 września 2001 r. przekazywaliśmy im takie sygnały. W 1999 r. ostrzegliśmy CIA, że Al-Kaida szykuje atak na okręty amerykańskie w Zatoce Perskiej. W ciągu kolejnych miesięcy te informacje były przez nas pogłębiane, przekazaliśmy wiadomości, że przygotowana jest już grupa terrorystyczna i że atak na pewno się odbędzie. Nie wiedzieliśmy tylko, że będzie to niszczyciel USS „Cole”, zaatakowany w Adenie w 2000 r. Gdyby Amerykanie informacje od nas potraktowali poważnie, ich okręty byłyby zabezpieczone. „Cole” nie był zabezpieczony w ogóle, łódź wyładowana materiałem wybuchowym podpłynęła do jego burty, w eksplozji zginęło 17 marynarzy, 40 zostało rannych.
Dlaczego wywiad amerykański zlekceważył sygnały otrzymane od strony polskiej?
– Z racji swojej pracy znam CIA od prawie 40 lat. To ogromna organizacja wywiadowcza mająca lepsze i gorsze momenty. Pod koniec lat 90. przeżywała akurat ten gorszy, stała się zbiurokratyzowaną machiną, działającą w sposób łączący arogancję z ignorancją, w której obieg informacji był powolny. Być może ostrzeżenie o zagrożeniu nie zostało w porę przekazane przez CIA do marynarki wojennej USA. Być może też CIA wtedy jeszcze nie całkiem wierzyła w wagę uzyskanych przez nas informacji.
Wywiad amerykański z pewnością utrzymywał kontakty z przedstawicielami wielu wywiadów w Afganistanie. Dostawał więc masę rozmaitych informacji, które musiał oceniać.
– W drugiej połowie lat 90. w Afganistanie bardzo niewiele wywiadów miało swoich oficerów lub współpracowników, takich jak ja, działających na miejscu, w terenie. Sami Amerykanie nie mieli żadnego! Ich oficerowie w tym czasie w ogóle tam nie funkcjonowali. Przez parę lat przekazywaliśmy im ciekawe informacje uzyskane od ludzi komendanta Sojuszu Północnego Ahmada Szaha Masuda, słynnego dowódcy zwanego Lwem Pandższeru, który rządził częścią Afganistanu. Jak oceniali, informacje te były dla nich bardzo istotne. Dopiero wtedy doszli do wniosku, że sami powinni nawiązać kontakt z Masudem, i wysłali do Afganistanu pierwszą misję łącznikową.
Jak to się w ogóle stało, że polski wywiad w Afganistanie tak dużo wiedział o ruchach i zamiarach Bin Ladena?
– Mieliśmy tam znakomite dojścia i możliwości. Za wiedzą i zgodą Masuda współpracowaliśmy ze służbami specjalnymi Sojuszu Północnego. Ja, z racji znajomości z synem ambasadora Afganistanu w USA, którego poznałem jeszcze pod koniec lat 60., gdy chodziłem do szkoły w Waszyngtonie, wcześniej wiedziałem co nieco o tym kraju. Pierwsza z wielu moich podróży do Afganistanu, jaką odbyłem w 1997 r. wraz z Rudolfem Skowrońskim, szefem firmy Inter Commerce, nie miała charakteru wywiadowczego, lecz czysto biznesowy; była efektem kontaktów nawiązanych z przedstawicielami Masuda w Polsce. Chodziło o zakup w Afganistanie szmaragdów, z których słynie Dolina Pandższeru, druk afgańskich banknotów oraz, ewentualnie, sprzedaż broni dla Sojuszu Północnego.

BANKNOTY DLA MASUDA

W Afganistanie trwała przecież wtedy wojna domowa, co oznaczało, że obowiązywał, wprowadzony przez ONZ, zakaz importu broni do tego kraju?
– Tak, ale wcześniej, na prośbę CIA, polski wywiad doprowadził do eksportu broni do Afganistanu na potrzeby jednej z walczących stron. Taka możliwość zatem istniała, jednakże wpisana oficjalnie do kontraktu nazwa kraju przeznaczenia docelowego musiałaby być uzgodniona ze stroną amerykańską. Ostatecznie, ze względu na stanowisko wywiadu amerykańskiego, do dostaw broni nie doszło. Podczas rozmów z Masudem uzgodniliśmy natomiast kwestie związane z wydobyciem i sprzedażą szmaragdów oraz drukiem banknotów w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Masud, przedstawiciel legalnego rządu afgańskiego, drukował wówczas pieniądze w Rosji i chciał znaleźć też innego producenta.
A kwestie dotyczące działalności wywiadowczej?
– Powiedziałem Masudowi, że jestem byłym oficerem polskiego wywiadu. To i tak kiedyś by wyszło, więc nie miało sensu ukrywanie przed nim prawdy. Zresztą w Afganistanie oficer wywiadu ma wyższy status niż biznesmen. W tej rozmowie Masud mówił, że chciałby przekonać USA i inne najważniejsze państwa zachodnie o konieczności wsparcia jego ugrupowania w walce z talibami. Chyba jako pierwszy przywódca na świecie podkreślał ich niszczycielską siłę. Polski wywiad mógłby poinformować CIA, że jest on gotowy do współdziałania. Współpraca z Masudem miała olbrzymie znaczenie, gdyż jego ludzie utrzymywali kontakty ze wszystkimi reżimami Bliskiego Wschodu i z większością organizacji terrorystycznych. Wiedza o terrorystach z tego regionu była zaś nieoceniona. Masud wzmocnił wagę naszych rozmów wiarygodną ofertą, którą polski wywiad mógłby przekazać CIA. Stanęło na tym, że da nam dla Amerykanów cztery stingery. Prezydent Reagan zadecydował o przekazaniu 2 tys. tych groźnych rakiet mudżahedinom walczącym z wojskami radzieckimi. Po opuszczeniu Afganistanu przez Rosjan trafiły one w ręce różnych ugrupowań terrorystycznych, więc Amerykanom bardzo zależało na odzyskaniu choćby części rakietowego arsenału.
Kogo poinformował pan o swoich afgańskich rozmowach?
– Gdy wróciłem do Polski, spotkałem się z ówczesnym koordynatorem do spraw służb specjalnych, przekazałem mu relację ze spotkania z Masudem. Jeśli chodzi o USA, to Amerykanie uważali wtedy talibów za sojuszników swojego sojusznika, Pakistanu, i nie byli zbytnio zainteresowani wspieraniem Masuda w walce z nimi, choć oczywiście na odzyskaniu stingerów im zależało. My natomiast podjęliśmy współpracę z siłami Masuda. Dostarczyliśmy do Afganistanu sprzęt górniczy przydatny w kopalniach szmaragdów, PWPW wydrukowała banknoty, ja zaś nawiązałem kontakty z przedstawicielami wywiadu Sojuszu Północnego. Moim zadaniem było zdobywanie jak najgłębszych i najszerszych informacji. Zaowocowało to tym, że uzyskaliśmy wiedzę o ruchach i planach Osamy bin Ladena. Każda operacja wywiadowcza musi mieć dobrą legendę, czyli działać pod jakimś przykryciem. Nasze przykrycie – prawdziwe interesy związane ze szmaragdami i drukiem banknotów – było chyba najlepsze z możliwych.
Co się dzieje z Rudolfem Skowrońskim?
– Nie wiem. Od kiedy zniknął bez śladu w 2005 r., nie miałem o nim żadnej wiadomości.

WERYFIKowanie INFORMACJI

Szybko doszło do konkretnych ustaleń z Masudem. Musieliście nawiązać ze sobą dobry kontakt.
– Działania wywiadowcze niosą ryzyko, określoną dozę strachu, napięcie. Przy takich relacjach dobra chemia międzyludzka ma ogromne znaczenie, powoduje, że kontakty osobiste się zacieśniają, a to niesłychanie pomaga. Masud był niezwykłą osobowością, charyzmatycznym przywódcą, jednym z ostatnich prawdziwych wojowników XX w., a przy tym dowcipnym i bezpośrednim człowiekiem. Chciało się z nim przebywać. Wzbudzał ogromną sympatię, był autentyczny i wiarygodny. Poznałem go także od mniej oficjalnej strony. Np. doskonale znał się na szmaragdach. Potrafiliśmy godzinami rozmawiać – przez tłumaczy lub po francusku – o ich szlifowaniu, sprzedaży, marketingu, udziale w targach kamieni szlachetnych. Wszystko to stawiało naszą znajomość na zupełnie innej, bardziej prywatnej płaszczyźnie. Szanowałem go i podziwiałem. Mogę powiedzieć, że zaprzyjaźniliśmy się, co jest rzadkością w pracy oficera wywiadu. Masud kiedyś powiedział mi: „Zależało mi na tym, by ludzie Zachodu, a zwłaszcza Amerykanie, właściwie ocenili talibów i zrozumieli, że to nie ja jestem wrogiem. W tej sprawie nastąpił widoczny postęp, a ty miałeś w tym duży udział”.
Skąd pan wiedział, że meldunki otrzymywane od informatorów i współpracowników w Afganistanie są prawdziwe? Mogli przecież opowiadać jakieś bajki.
– Weryfikacja meldunków wywiadowczych jest zawsze i wszędzie. Przede wszystkim, zajmowały się tym wywiady, które otrzymywały od nas informacje, czyli Amerykanie, ale i Brytyjczycy, znający ten rejon najlepiej. Wiedzieliśmy od nich, że wiarygodność i źródła pochodzenia moich informacji były w pełni potwierdzane. Weryfikację stanowiły też wydarzenia, do których dochodziło, jak zamach na niszczyciel USS „Cole” czy atak koalicji sojuszniczej na wieś Darakaj, który zniszczył mieszczącą się tam bazę talibów, rozpoznaną przez współpracujących ze mną informatorów. Służby specjalne Masuda miały dobre rozeznanie w strukturach talibów i Al-Kaidy. Prowadziły z nimi wojnę, więc infiltracja obu organizacji stanowiła dla nich być albo nie być. Ja natomiast miałem to szczęście, że uzyskałem dostęp do dużej części tego rozpoznania. Były to informacje pierwszorzędnej wagi.
9 września 2001 r. dokonano udanego zamachu na Masuda, dwa dni później uderzono na Amerykę. Czy w następnych miesiącach była jeszcze szansa zlikwidowania Bin Ladena?
– Już nie. Rozpoczęła się wojna całej natowskiej koalicji z terroryzmem i interwencja przeciw talibom, w 2002 r.
do Afganistanu przybył pierwszy polski kontyngent. Bin Laden oczywiście wiedział, że jest najważniejszym celem, był bardzo dobrze chroniony, przebywał w górach na pograniczu afgańsko-pakistańskim.
Czym pan wtedy się zajmował?
– Minister obrony narodowej Jerzy Szmajdziński uznał, że moje kontakty przydadzą się przy działaniach wywiadowczych, mających chronić naszych żołnierzy. Odtworzenie siatki informatorów nie było proste, bo w Afganistanie trwała wojna, ale udało się. Zbieraliśmy bieżące informacje o tym, co robią Al-Kaida i struktury talibów, wiele meldunków dotyczyło kontyngentów innych państw. Al-Kaida ma doskonałą orientację co do wszystkich krajów biorących udział w koalicji antyterrorystycznej. Wie, jakie panuje w nich nastawienie do wojny w Afganistanie, kto jest tam zwolennikiem interwencji, kto przeciwnikiem. Dlatego właśnie wywiad Al-Kaidy wytypował żołnierzy Kanady jako cel szczególnie nasilonych ataków terrorystycznych. Uznano bowiem, że jeśli zginie wystarczająco wielu obywateli tego państwa, to naciski polityczne będą tam tak silne, że kontyngent zostanie wycofany. I tak też się stało.
Jak wyglądała ochrona wywiadowcza polskiego kontyngentu?
– Marszałek Mohammed Fahim, następca Masuda, zwołał zebranie z udziałem przedstawicieli resortów siłowych Afganistanu. W ich obecności obiecał, że nasz kontyngent na każdym szczeblu zostanie zabezpieczony. Jego ludzie będą znali tereny, na których kontyngent lub jego elementy miałyby działać, powiedzą, kto jest wróg, a kto przyjaciel, z kim rozmawiać, a z kim nie, komu należy płacić, komu nie należy. Słowem, staną się naszymi przewodnikami i opiekunami. Fahim chciał, by cała administracja afgańska wiedziała, że Polakom należy pomagać. Żeby realizować zadania wywiadowcze w sposób profesjonalny, należało też stworzyć zakonspirowaną rezydenturę złożoną z kilku oficerów wywiadu wojskowego, którzy działaliby pod przykryciem firmy, prowadzącej rozmaitą działalność biznesową. W 2006 r. powstał plan działania polskiego wywiadu wojskowego na Afganistan, zawierający projekt stworzenia firmy zajmującej się różnymi formami szkolenia w zakresie działalności ochroniarskiej. Zatwierdził go minister obrony Radosław Sikorski, który znał realia tego kraju, rozumiał potrzeby i nic nie trzeba było mu tłumaczyć. Kilka dni później cały plan został anulowany przez wiceministra obrony i szefa kontrwywiadu wojskowego Antoniego Macierewicza. Min. Sikorski, jak napisał w swojej książce, zażądał odwołania wicemin. Macierewicza. Sam jednak został odwołany przez premiera Jarosława Kaczyńskiego.

BŁĄD I ZDRADA

Co w tym planie nie podobało się Antoniemu Macierewiczowi?
– Ja. Natknął się na moje nazwisko, które podziałało jak płachta na byka. W czasach PRL byłem bowiem naczelnikiem XI wydziału I Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wydział zajmował się ustalaniem, jakie są mechanizmy finansowania opozycji demokratycznej. Zostałem negatywnie zweryfikowany w 1990 r. Po 20 latach pierwszy szef Urzędu Ochrony Państwa i późniejszy minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski napisał, że ta negatywna weryfikacja (do której się przyczynił) była błędem. Ja oczywiście też uważam, że to był błąd.
Antoni Macierewicz zapewne zaakceptowałby plan afgański, ale bez pana. Nie mógł się pan wycofać?
– Mogłem. Broń Boże, nie zapierałbym się rękami i nogami, że jestem niezbędny, bo interes polskiego wojska był najważniejszy. Inni oficerowie pociągnęliby ten plan beze mnie. Ale wicemin. Macierewiczowi nie chodziło przecież o moją skromną osobę, tylko o rozwalenie całych Wojskowych Służb Informacyjnych. Dlatego w raporcie z likwidacji WSI podał moje nazwisko i szczegółowy życiorys, nazwiska oficerów Wojska Polskiego działających w Afganistanie, umieścił szczegóły pozwalające ustalić źródła uzyskiwanych informacji. Oznaczało to zagrożenie dla życia polskich żołnierzy oraz moich afgańskich współpracowników. Mnie samego Antoni Macierewicz uznał zaś za człowieka planującego podejrzane interesy, przez które oficerowie WSI mieli przepuszczać środki z funduszu operacyjnego, by czerpać lewe korzyści. Słowem, miałem zajmować się wyłudzaniem i praniem pieniędzy.
Co pan wtedy zrobił?
– Przede wszystkim, pojechałem do Afganistanu, by jak najszybciej poinformować współpracowników, że moja dotychczasowa działalność wywiadowcza i zaplanowana ważna operacja zostały ujawnione. Zależało mi na ich bezpieczeństwie, nie chciałem też, żeby o raporcie z likwidacji WSI dowiadywali się z mediów. Wyjaśniłem im, że to rozgrywka polityczna, w której ja jestem tylko narzędziem. Wydaje mi się, że to zrozumieli. Co nie zmienia faktu, że załamał się cały, misternie przygotowywany system ochrony polskiego kontyngentu. Przypuszczam, że gdyby to nie nastąpiło, kontyngent byłby znacznie bardziej bezpieczny i skuteczny. Jeśli dzięki naszej operacji udałoby się uratować życie nawet jednego żołnierza polskiego, to byłoby warto. To, co zrobili autorzy raportu, było ujawnieniem, w czasie trwania wojny, operacji Wojska Polskiego wrogom, przeciw którym ona się toczy. Za sprawą autorów raportu z likwidacji WSI zaprezentowano wywiadowi Al-Kaidy całą operację, nazwiska i funkcje żołnierzy Wojska Polskiego, działania, jakie prowadzili, umożliwiono dotarcie do ich wizerunków. Wrogowi, w czasie działań wojennych! Przeciętny obywatel mógłby to nazwać zdradą stanu.

Wydanie: 25/2012

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Connrad
    Connrad 18 czerwca, 2012, 21:54

    Zaraz zaraz a kim jest ów Pan ?Pierwszy raz o nim słyszę. Poza tym po co było wybierać się do Afganu ? Porządku nie ma tu na miejscu w Polsce .Gdzie są te wasze spec służby gdy jest taki syf jak z Covekiem made in China ? Ciekawe jakie i kto nam jeszcze budowle wzniesie i „co zrobią owe służby mityczne co w porzadki w Afganie robią i takie sukcesy jak z Bin Ladenem mają” Poza tym łatwo gadać o owych potencjalnych sukcesach .Skoro działanie nie przyniosło skutku bo Amerykanie nic nie zrobili to co to za sukces?I czym sie chwali ów Pan ?

    Odpowiedz na ten komentarz
    • akwarium
      akwarium 23 września, 2013, 23:42

      Nie słyszałeś chłopaku bo nikt nie miał słyszeć. Gdyby nie Pan Macierewicz który ogłosił wszem i wobec nazwiska informatorów.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy