Pozorna normalność Kosowa

Pozorna normalność Kosowa

Serbowie domagali się wpuszczenia pociągu z napisem „Kosowo to Serbia”, a kosowscy Albańczycy chcieli budować regularną armię

Korespondencja z Kosowskiej Mitrowicy i Prisztiny

W Kosowskiej Mitrowicy, zwanej dawniej na cześć przywódcy Jugosławii Titową, człowiek z zewnątrz może się poczuć zdezorientowany. Znajduje się w Kosowie, by zaraz przenieść się do Serbii, tak naprawdę cały czas będąc w Kosowie. Chociaż dla wielu to wciąż Serbia.

Dwa brzegi jak dwa kraje

– Tu mieszkają Słowianie, mów po swojemu – odpowiada mieszanką serbskiego i rosyjskiego 70-letni Vlad, dyrektor domu seniora w serbskiej części miasta, kiedy próbuję zagadać po angielsku. Po czym dodaje z pogardą, pokazując ręką teren za rzeką: – Tam możesz mówić po angielsku, bo tak naprawdę tam rządzą Amerykanie.

Za rzeką Ibar mieszkają kosowscy Albańczycy. Nienawidzą Serbów, zresztą z wzajemnością. Choć teoretycznie oba brzegi rzeki stanowią jeden ośrodek miejski, w praktyce są to dwie różne Mitrowice. Część serbska jest wyraźnie biedniejsza i bardziej zniszczona. Wystrój restauracji i sklepów pamięta czasy Jugosławii. Dziurawe drogi, zniszczone chodniki i brudne elewacje świadczą o braku funduszy na bieżące wydatki. Ogromna liczba graffiti i napisów na murach wyraża tęsknotę za przynależnością do Belgradu albo niechęć do Albańczyków i Chorwatów. Uwagę przyciąga propagandowy mural na ścianie nieopodal pomnika księcia Lazara. Splecione ze sobą trójkolorowe flagi i orły z godeł Serbii i Rosji oraz napis „Kosowo jest Serbią, Krym jest Rosją” wymownie wskazują, kogo Serbowie uważają za największego przyjaciela.

Za Ibarem jest nieco zamożniej i weselej. Elewacje są odremontowane, a drogi równe. Miejsce sympatii do Federacji Rosyjskiej zajmuje uwielbienie dla Stanów Zjednoczonych, uważanych za gwaranta istnienia Kosowa. Dlatego wszędzie pełno amerykańskich flag i nazw, a politycy USA mają swoje pomniki i ulice.

Głównym łącznikiem obu części miasta jest zbudowany w 2001 r. przez francuski rząd 100-metrowy most. Symbolicznie do realizacji inwestycji zatrudniono zarówno Serbów, jak i Albańczyków. Dzisiaj jednak przeprawa bardziej dzieli, niż łączy, nie można przez nią przejechać samochodem. Pod przykrywką remontu, który trwa już bardzo długo, Serbowie próbują ograniczać możliwość wjazdu albańskim policjantom do „swojej” części Kosowa.

Od sporu do sporu

Albańczycy i Serbowie nigdy nie pałali do siebie miłością, wielokrotnie ze sobą walczyli. W opinii Albańczyków prawosławni Serbowie są ciemiężcami, którzy przez lata blokowali utworzenie niezależnego państwa, a dzisiaj mogą próbować odłączyć jego północną część.

Dla Serbów natomiast wyznający islam Albańczycy są awanturnikami z południa, którzy wykorzystując trudne chwile w historii słowiańskiej społeczności, zajęli tereny będące kolebką ich państwowości. Wielu serbskich mieszkańców Kosowa jest też przekonanych, że niezależne państwo utworzono przy wsparciu USA i wyłącznie do realizacji celów amerykańskiej polityki. Dlatego nie przyzwalają na zacieśnianie relacji Prisztiny z Waszyngtonem. Boją się realizacji mitu – budowy „Wielkiej Albanii”, czyli łączenia ziem zamieszkiwanych przez Albańczyków. Wciąż też mają nadzieję na powrót do macierzy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 28/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy