Przewodniczący ostatniej szansy

Przewodniczący ostatniej szansy

Związkowcy muszą wybrać nowego szefa i nowy program naprawy OPZZ

Ochotę na schedę po Macieju Manickim, który w marcu zrezygnował z funkcji przewodniczącego OPZZ, ma aż 14 związkowców. Ale w wyborach, które mają się odbyć 20 kwietnia, ważniejszy od personalnych dylematów, będzie wybór programu mogącego uratować związek przed wisząca nad nim katastrofą.
Wśród kandydatów wymienia się: Ryszarda Łepika, Jana Guza, Jana Kisielińskiego, Wiesławę Teranowską (wiceprzewodniczących OPZZ), Zdzisława Tuszyńskiego, dwóch Andrzejów Szczepańskich, Stanisława Janasa, Ryszarda Zbrzyznego, Andrzeja Otrębę, Tadeusza Gawina, Andrzeja Chwiluka i Sławomira Redmara. Do wyścigu o fotel przewodniczącego związku ma stanąć nawet Maciej Manicki. W centrali mówi się jednak, że tylko kilku zdecyduje się ostatecznie wystawić swoją kandydaturę podczas wyborów. Wątpliwe, aby dwóch posłów (Janas i Zbrzyzny) chciało zamienić mandat parlamentarzysty na gabinet szefa związku. Według kuluarowych doniesień, praktycznie żadnych szans na zwycięstwo nie mają Andrzej Chwiluk czy Tadeusz Gawin. O Sławomirze Redmanie nigdy wcześniej nie słyszano, żeby miał aż takie ambicje, i jego nazwisko na giełdzie było niespodzianką. A o Andrzeju Szczepańskim mówi się natomiast, że to etatowy kandydat, zgłaszający się (bez powodzenia) przy każdych wyborach. Spore szanse mieliby Jan Kisieliński czy Ryszard Łepik. Wiceprzewodniczący Kisieliński nie chce jednak powiedzieć, czy ostatecznie wystartuje w wyborach. – Każdy ma buławę w plecaku. Nie mówię tak, nie mówię nie – twierdzi. Ale zaraz dodaje: – Przez 12 lat prowadziłem związek zawodowy. Można powiedzieć, że zaczynałem od długopisu, a kiedy odchodziłem ze związku do prezydium OPZZ, oddawałem go silnym, prężnym i w dobrej kondycji finansowej. Na pewno nie chciałbym zostać szefem za wszelką cenę, idąc po trupach. Blokuje mnie to, że wiceprzewodniczącym jestem od dwóch lat, a to chyba trochę za mało, aby zostać szefem całego związku.
Wiceprzewodniczącemu Łepikowi zarzuca się niekiedy mentorski styl i upodobanie do pouczania innych. Wiceprzewodniczący wywodzi się z ZNP – największego związku wchodzącego w skład OPZZ. Miałby więc szanse uzyskać ich głosy, ale nie wystąpił z wnioskiem o poparcie do dawnych kolegów. A tego właśnie oczekiwali liderzy nauczycieli.
Według wstępnych szacunków, najwięcej związkowców opowie się za Janem Guzem. Choć – jak część z nich podkreśla – nie jest to wybór oczywisty.
– Nam potrzebny jest ktoś, kto ma ducha walki, kto będzie wojownikiem, a nie lokajem czy kamerdynerem – przekonuje Zdzisław Tuszyński przewodniczący federacji Metalowcy, zwolennik Jana Guza.
– Potrzebny jest nam człowiek z werwą, koleżeński, który wie, dokąd ten związek zaprowadzi, i który potrafi przewidzieć skutki swych decyzji nie tylko na najbliższą przyszłość, ale także za kilka lat. Nowy przewodniczący musi znać środowisko związkowców i mieć normalne kontakty z pracodawcami i rządem – wymienia Jan Kisieliński.
– Dla mnie najlepszym kandydatem byłby jednak Maciej Manicki, którego cenię za wizjonerstwo, albo ktoś z zewnątrz, tzn. spoza kierownictwa – uważa szef ZNP, Sławomir Broniarz – ważniejsze od wyboru nazwisk jest znalezienie lekarstwa na bolączki, które były powodem odejścia Manickiego. Niestety, żaden kandydat nie przedstawił do tej pory pomysłów na zmianę funkcjonowania związku.
Stało się tak być może dlatego, że kandydat na szefa musiałby przedstawić propozycje zmian wymagających od związkowców wyrzeczeń. A to z pewnością nie zjednałoby mu poparcia.

Recepty na uzdrowienie OPZZ

Nowy przewodniczący – ktokolwiek nim zostanie – zapewne nie będzie miał łatwego zadania. Nie dość, że w kraju panuje niemal 20-procentowe bezrobocie, co sprawia, że obrona praw pracowniczych jest szczególnie trudna, to jeszcze odziedziczy związek w fatalnej sytuacji finansowej, tkwiący w skostniałej strukturze. Wprawdzie o konieczności reformy związku mówi się od kilku lat, ale do tej pory żadnemu z przewodniczących nie udało się tego dokonać. Kolejne inicjatywy przedstawiane przez Macieja Manickiego, który chciał zreformować związek, jedynie przysparzały mu wrogów.
– Zachowujemy się jak facet, który się onanizuje podczas pożaru. Wszystko się wali, a my zajmujemy się sobą – mówi obrazowo jeden ze związkowców.
W połowie ubiegłego roku zaczęto mówić, że OPZZ stoi przed widmem bankructwa. W ciągu trzech, czterech lat związkowy majątek może zostać przejedzony. Przy opracowywaniu budżetu na rok 2004 po stronie wydatków zapisano 7 mln zł. Okazało się, że deficyt budżetowy wynosi około 4 mln zł rocznie. Już teraz niektórzy narzekają, że związek nie ma pieniędzy na przeprowadzenie spektakularnych i jednocześnie skutecznych akcji.
Ale wiceprzewodniczący Jan Kisieliński uspokaja: – Sytuacja finansowa związku nie jest tak dramatyczna. Jasne jest jednak, że związek wymaga przemodelowania. Musimy przekształcić się ze związku federacyjnego w jednolity. Niektórzy szefowie związków wchodzących w skład OPZZ już to zrobili. Ja sam przeprowadziłem taką modernizację u siebie w górnictwie. Na pewno łatwo nie będzie, ale jest to konieczne.
Problemem, o który mogą się potknąć reformatorskie zapędy liderów z centrali, są wygórowane ambicje liderów terenowych. Zmiana formuły działania związku będzie oznaczać dla nich zmniejszenie czy wręcz utratę dotychczasowych wpływów. Wielu lokalnych liderów musiałoby się pożegnać z zajmowaną pozycją, służbowymi telefonem i sekretarką. Za takie przywileje najwyraźniej warto umrzeć – niestety, jak wszystko na to wskazuje – wraz ze związkiem.
– Okazuje się, że wolimy być słabsi, biedniejsi, ale za to wielu kolegów chce zachować swoje tytuły – podsumowuje Jan Kisieliński.
Najprawdopodobniej nowy przewodniczący zdecyduje się też na podniesienie składki związkowej. Czyli na to, co proponował wcześniej – bez powodzenia – Manicki. Liderzy podkreślają, że OPZZ ma najniższe składki, w efekcie do centrali trafia zaledwie 2 gr od członka. Z tego trzeba utrzymać administrację czy opłacić szkolenia i świadczenia statutowe, np. obsługę prawną.
Swoje pomysły na uzdrowienie związku forsuje wśród kandydatów na przewodniczącego także szef metalowców, Zdzisław Tuszyński. Jego zdaniem, trzeba zmienić strukturę organizacyjną związku, tak aby składał się on ze związków w zakładach pracy, federacji i centrali OPZZ. – Kiedy powstawaliśmy, związków było ponad 100, dziś trzy czwarte z nich ma tylko papierowe znaczenie – uważa. Według niego, związek należałoby przebudować na zasadzie wspólnoty interesów, przekształcając go w federację czterech największych związków, np. budżetówki, edukacji, górników. Ich szefowie automatycznie zostawaliby wiceprzewodniczącymi, czyli członkami prezydium. – Trzeba też wyjaśnić okoliczności przekazania całego majątku OPZZ na rzecz fundacji, która teraz de facto jest pracodawcą działaczy OPZZ – dodaje Tuszyński. Jednym z powodów, dla których Tuszyński – jak mówi – nie zdecyduje się jednak na kandydowanie, jest fakt, że Maciej Manicki, którego ostro krytykował, stoi na czele fundacji. – Mam przemyślaną koncepcję zmian, znam sprawy związkowe od podszewki, ale jestem głównym oponentem Manickiego, który przecież nie odszedł z fundacji. Nasza współpraca nie układałaby się zbyt dobrze – przekonuje Tuszyński.
Wśród związkowców coraz większą popularnością cieszy się również koncepcja porozumienia między centralami związkowymi. – Ani OPZZ, ani „Solidarność” w pojedynkę nie zdołają się przeciwstawić temu, co się dzieje – przekonuje Zdzisław Tuszyński.
Na kilka dni przed kongresem wyborczym w OPZZ trwało jeszcze gorączkowe kaptowanie zwolenników. Niestety, sami związkowcy przyznają, że to bardziej personalne roszady, a żaden kandydat nie przedstawił pełnego programu, który zadowoliłby wszystkich i jednocześnie wyciągnął z opresji OPZZ. Jeśli ta niemoc programowa liderów potrwa dłużej, nie będzie już czego ratować.

Wydanie: 17/2004

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy