Recepta za 10 złotych

Recepta za 10 złotych

Leki za złotówkę nie są farmaceutyczną tandetą

Rozmowa z prof. Mariuszem Łapińskim, ministrem zdrowia

– Czy to prawda, że tzw. leki za złotówkę to preparaty stare, marne, tanie i takie, których już się nie zapisuje?
– Protestuję, ale najpierw sprostowanie. Nie ma jeszcze żadnej listy leków. Powstanie ona jako rozporządzenie do ustawy, będzie konsultowana z ciałami społecznymi. A co do pytania – państwa nie stać na zaproponowanie najdroższych leków, ale chcemy, by osoby starsze, te, które ukończyły 65 lat, mogły realizować recepty, płacąc mniej niż do tej pory. Być może, dla krytykujących pomysł wydanie kilka razy w miesiącu 10 zł nie jest problemem, dla emeryta na pewno jest.
– Wiadomo, że na liście nie znajdą się leki najnowsze. Czy nie oznacza to propozycji leczenia gorszej jakości?
– Wiele leków stosowanych od dawna jest skutecznych, są wyżej oceniane przez lekarzy niż te, które wchodzą na rynek. Przykładem może być leczenie nadciśnienia, schorzenia, które jest moją specjalnością. W tym przypadku lekarze amerykańscy zalecają tanie i proste leki starszej generacji, dopiero gdy one nie skutkują, decydują się na nowsze. Poza tym o tych starszych lekach wiemy na pewno, że przedłużają życie. O nowych takiej wiedzy nie mamy. Jedno jest pewne – należy kierować się zdrowym rozsądkiem, wybierać preparaty najlepiej działające. Rozwój farmakoterapii polega dziś na tym, że wymyśla się coraz to nowe leki, ale nie znaczy to, że są one bardziej skuteczne.
– Czy uda się dotrzymać gwiazdkowego terminu wprowadzenia listy?
– Jest taka szansa. Ale dodam, że ta propozycja leków za złotówkę to wstęp. Jeśli rozwiązanie się sprawdzi, będziemy proponować tanie leki przeznaczone dla dzieci, kobiet w ciąży, tych wszystkich osób, które państwo powinno otaczać szczególną opieką. Leki dla seniora to początek.
– Mamy za sobą burzę na liście leków refundowanych. Czy warto było?
– Oczywiście. Od czterech lat nie było zmian na liście leków refundowanych. Z tego powodu co roku wydatki kas chorych rosły o 20%. Zaczęło to rozkładać ich finanse. A jednocześnie powodowało, że rosło także płacenie przez pacjentów z własnej kieszeni. Wzrost cen przerzucano na chorych. Niektóre leki były u nas droższe niż w krajach Unii Europejskiej.
– Ale pojawiły się opinie, że sytuacja chorych wcale nie jest teraz lepsza.
– Nieprawda. Po raz pierwszy od kilku lat za leki refundowane pacjenci płacą mniej. Dokładnie ich wydatki zmalały o 7,5%.
– Otrzymał pan dane ze wszystkich kas chorych. Jaka to jest kwota?
– Nowa lista leków refundowanych obowiązuje od pół roku. W tym czasie pacjenci wydali na leki o 122 mln zł mniej, do końca roku będzie to 180 mln. Jednocześnie ograniczone zostały wydatki kas chorych na refundację leków. Z danych wynika, że dziś jest to 514 mln, pod koniec roku będzie 650 mln.
– Oznacza to znakomitą poprawę sytuacji kas chorych.
– To nie kasy mają się lepiej. Pieniądze nie wrócą do budżetu państwa, zostaną wydane na leczenie, na przykład na kupowane przez szpitale leki, szczególnie te drogie, m.in. stosowne w chorobach nowotworowych. Nie wypłyną z Polski do importerów, zostaną u nas.
– Stowarzyszenie Firm Farmaceutycznych przygotowało własny raport, z którego wynika, że pacjenci płacą więcej za zrealizowane recepty.
– Wspomniane stowarzyszenie po raz pierwszy zainteresowało się sytuacją pacjentów. Świetnie, ale nie mogę mieć zaufania do badań, dopóki ich nie zweryfikuję. Skoro jednak uważa, że pacjenci za dużo dopłacają, niech zaproponują obniżenie cen leków, przyjmę to z otwartymi ramionami.
– Pojawia się również zarzut, że z listy leków refundowanych usunięto preparaty chętnie zapisywane przez lekarzy.
– Nie usuwaliśmy leków bez powodu. Skreślono 72 cząsteczki leków, 23 z nich nie miały udowodnionej skuteczności terapeutycznej. A nie można refundować leku, który nie działa. Kolejnych 17 leków zostało przesuniętych do lecznictwa zamkniętego. Są to leki onkologiczne, które mogą być stosowane wyłącznie w szpitalu, pomagają, ale źle użyte mogą zaszkodzić. Dotychczas sytuacja była patologiczna – często rodzina pacjenta dostawała receptę, musiała wykupić preparat w aptece i przynieść do kliniki. Była to patologiczna sytuacja, bo leki onkologiczne muszą być bezpłatne. Inne preparaty zostały usunięte na wniosek producenta.
– Ale z listy zniknęły niektóre leki.
– Nie stać nas na refundowanie wszystkich leków, najważniejsze są te ratujące życie. Na przykład nie możemy dopłacać do syropów na kaszel. Oczywiście, refundujemy syropy i leki wykrztuśne, ale tylko stosowane w chorobach przewlekłych, m.in. muskowiscytozie. Ci chorzy dostaną preparat za darmo. Pieniądze trzeba wydawać racjonalnie. Jeśli nie przeznaczymy ich na syropy dla wszystkich, wystarczy na inne leki, szczególnie onkologiczne.
– Refundacja leków ratujących życie to oczywistość, ale co z najnowszymi, które są nadzieją?
– Chcemy wprowadzić nowe preparaty. Przecież pojawiło się wiele nowoczesnych leków, ale nie wprowadzano ich, bo jak wspomniałem, lista była niezmieniana. Teraz, kiedy usunięto leki nieskuteczne, z poważnymi skutkami ubocznymi, jest miejsce dla nowoczesnych preparatów.
– Kolejną zapowiadaną zmianą, raczej udogodnieniem, ma być nocna wyjazdowa pomoc lekarska. Skąd będą na to pieniądze?
– Jest to proste rozwiązanie, które w ciągu roku uda się wprowadzić w ramach kontraktowanych usług medycznych. Jeśli pogotowie uzna, że wezwanie jest nieuzasadnione, do chorej osoby pojedzie lekarz, który udzieli pomocy w jej mieszkaniu. Pacjent nie będzie musiał jeździć, często na drugi koniec miasta, do jedynej dyżurującej w środku nocy przychodni.
– Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia i jego oddziały, które zastąpią kasy chorych, wydają się czymś niepokojącym, bo nieznanym. Jaki wpływ na sytuację pacjentów będzie miało ich powstanie?
– Te zmiany nie dotkną pacjentów, gdyż nie zmienia się organizacja służby zdrowia – zatem będą ci sami lekarze pierwszego kontaktu, te same szpitale. Za to zmieni się obowiązujący dziś sposób płacenia za usługi. Doprowadził on m.in. do tego, że oddłużone trzy lata temu zakłady opieki zdrowotnej dziś są zadłużone na ponad 5 mld zł. Ale trudno się dziwić, jeśli liczba hospitalizacji w pierwszym roku funkcjonowania nowego systemu wzrosła o 40%. To była patologia.

 

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy