Regulaminy pisane są krwią – rozmowa z płk. pil. Robertem Latkowskim

Regulaminy  pisane są krwią – rozmowa z płk. pil. Robertem Latkowskim

Gen. Błasik był w kabinie, wszystko widział i zaniechał podjęcia decyzji o przerwaniu podejścia. A to był jego obowiązek Z płk. pil. Robertem Latkowskim rozmawia Robert Walenciak Podobał się panu raport komisji Millera? – Wiele rzeczy zostało w nim precyzyjnie podanych, ale… Wie pan, znam Tu-154M, pilotowałem ten samolot kilkanaście lat, latałem z prezydentem Wałęsą, z prezydentem Kwaśniewskim, znam też specyfikę 36. pułku, którym dowodziłem przez 12 lat. Dlatego z kilkoma wnioskami raportu nie mogę się zgodzić. Z jakimi? – Po pierwsze, twierdzę, że samolot szedł do lądowania, a nie do próbnego podejścia. Zresztą pojęcie „próbnego podejścia” w lotnictwie nie funkcjonuje. Można, co najwyżej, w trudniejszych warunkach podchodzić do wysokości decyzji. CHCIAŁ CZY MUSIAŁ? Chcieli lądować? – Według mnie, wręcz musieli. Przemawia za tym obecność dowódcy Sił Powietrznych w kabinie pilotów i to, że samolot był w pełni skonfigurowany do lądowania. Gdyby nie chcieli lądować, nie zeszliby poniżej wysokości 100 m. Na wysokości 100 m – tak jak mówi regulamin lotów lotnictwa wojskowego, a przy okazji jest to także minimum pogodowe na tym lotnisku – samolot powinien być już w locie horyzontalnym. I pilot nie miał prawa, nie widząc pasa, zejść poniżej tej wysokości. A oni wciąż się zniżali, i to ostro. Dowódca Sił Powietrznych, który był w kabinie, podawał wysokość. Najpierw 250 m, potem 100 m, a potem podał 60 m. To już było 40 m za nisko. O tym, że chcieli lądować, świadczy też fakt, że odczyt wysokości robili z RW (radiowysokościomierza). Bo ich interesowała odległość do ziemi. Gdyby nie mieli zamiaru lądować, toby się zniżali według wysokościomierza barometrycznego. Mówi się, że załoga popełniła błąd. Że odczytywała wysokość z radiowysokościomierza, który podawał im dane względem ukształtowania ziemi, a ponieważ przed lotniskiem był jar, to ich zmyliło. Powinni zaś robić odczyt z wysokościomierza barometrycznego, który podawał wysokość względem pasa lotniska. – Proszę pana, piloci tego samolotu cały czas obserwowali także wysokościomierz barometryczny. Nikt mi nie wciśnie, że mogło być inaczej. Dlaczego tak pan twierdzi? – Bo wiem, jak wygląda kabina pilotów. W tej kabinie przed oczami pilota znajdują się trzy wskaźniki pilotażowe: prędkościomierz, wysokościomierz barometryczny, wariometr i czwarty – sztuczny horyzont. To według nich, w trudnych warunkach, w zasłoniętej kabinie, pilotuje się samolot. Tak to wygląda! Ja, podchodząc do lądowania, w życiu nie patrzyłem na RW. Żaden pilot nie patrzy. I Protasiuk też nie patrzył. Ale nawigator mu tę wysokość podawał. – Mnie też podawał, lecz już poniżej wysokości 100 m względem pasa, jeśli się decydowałem na lądowanie. Znacznik RW ustawia się na wysokość decyzji, żeby zaalarmował, by tej wysokości w żadnym przypadku nie przeoczyć. Powinien być ustawiony na 100 m. A potem nawigator zaczynał mówić: 80, 70… Faktycznie zaś było niżej. Gdy lądowaliśmy według ILS, czyli przy podejściu precyzyjnym, to ustawialiśmy 60 m. Na tej wysokości podawałem decyzję: lądujemy lub odchodzimy. Ale kapitan Protasiuk powiedział: „Odchodzimy”. – Z tym że powiedział dopiero na wysokości trzydziestu paru metrów według wysokościomierza barometrycznego. Tam nie było tych 100 m obowiązujących go w tej sytuacji. A kierownik lotu dał mu prawo zejścia tylko do tej wysokości. Powinien on więc na 120-150 m już tak zmniejszać prędkość opadania, aby na 100 m wyprowadzić samolot do lotu poziomego i w locie horyzontalnym zorientować się, czy widzi pas lądowania. I albo odchodzić na drugie zejście, albo lądować. Miał pomysł, żeby zejść do 50 m. – Nie ma czegoś takiego. Pilot podchodzi do lądowania, ale na wysokości decyzji, gdy nie widzi ziemi, przechodzi na drugie zajście (nieudane podejście) lub odchodzi na lotnisko zapasowe. Tak stanowi regulamin lotnictwa Sił Zbrojnych i takie procedury obowiązują także w lotnictwie cywilnym. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że w kokpicie obecny był dowódca Sił Powietrznych, który instytucjonalnie odpowiadał za przestrzeganie regulaminu lotów – za jego przestrzeganie przez wszystkich lotników, w całym lotnictwie Sił Zbrojnych. Tymczasem ten regulamin w jego obecności i przy jego akceptacji nie był przestrzegany, lecz wręcz łamany! Piloci chcieli zejść do 50 m i wtedy się zorientować, co widać. – Nie ma takiego manewru! Nie zgadzam się ze zdaniem komisji, że wypowiedzi dowódcy Sił Powietrznych ograniczały

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2011, 33/2011

Kategorie: Wywiady