Wojny mogło nie być?

Wojny mogło nie być?

Rozmowa z prof. Eugeniuszem Duraczyńskim

Polskie NIE Hitlerowi legło u podstaw koalicji antyhitlerowskiej

– Panie profesorze, zacznijmy od ogólniejszego pytania: czy do września 1939 r. musiało dojść?
– Pytanie krótkie, acz zasadnicze. Mówiąc inaczej, czy była realna alternatywa – bo tylko o realiach mówimy, a nie hipotezach – dla tego, co się szykowało do września i we wrześniu 1939 r. I co rosnące grono obserwatorów życia politycznego, nie tylko w Europie, ale i w świecie, przewidywało. Posiłkowali się różnymi ujęciami, ale ich wspólnym mianownikiem było gruntujące się przekonanie, że wojna jest właściwie za progiem. Otóż teoretycznie była taka alternatywa, ale okazała się kompletnie nierealna. Gdyby bowiem wiosną 1939 r. doszedł do skutku pomysł konferencji z udziałem Wielkiej Brytanii, Francji, Związku Radzieckiego, Polski, Rumunii i Turcji i gdyby pokłosiem tej konferencji był jakiś wyraźny blok polityczny, jeśli nie polityczno-wojskowy, być może Hitler by się zawahał. Ale ów pomysł umarł, zanim stał się przedmiotem poważnych rozważań. Zadecydowały rozbieżne poglądy i interesy chyba większości – a może i wszystkich tych państw.

– Poza tym nie wiadomo, czy nawet gdyby powstał taki blok, Hitler nie uderzyłby na Polskę.
– Właśnie, ale konferencja mogła stać się próbą powstrzymania Hitlera przed tym, co już zamierzał od ładnych miesięcy. Pojawiła się w głowach polityków i dyplomatów, zwłaszcza tych, którzy niemal za wszelką cenę chcieli uniknąć wojny kosztem ustępstw wobec III Rzeszy, uprawiając appeasement policy, jak ją nazywali Anglicy. Dla nich celem nadrzędnym było zachowanie pokoju, tymczasem w 1939 r. – po agresywnych posunięciach Hitlera – pierwszoplanowe stawało się poszukiwanie skutecznych środków przeciwstawienia się nie tylko politycznego, lecz już i militarnego Rzeszy hitlerowskiej. Anschluss Austrii, Monachium i rozbiór Czechosłowacji nie zapowiadały przecież pokoju.

CZY WOJNA BYŁA NIEUNIKNIONA

– Zatem wojna była nieunikniona.
– Jeżeli dobrze się przyjrzeć pierwszemu czterdziestoleciu XX w., to trzeba przypomnieć, że wydawało się, iż wyniki Wielkiej Wojny 1914-1918 – bo wtedy nikt jej nie nazywał pierwszą, dopiero potem otrzymała taką numerację – powołanie Ligi Narodów, pakt Ligi Narodów, będą skutecznym narzędziem ochrony Europy przed nowym, wielkim konfliktem. W Wielkiej Wojnie wzięły udział, w różnej skali, 33 państwa, przyniosła 20 mln ofiar i uczestniczyło w niej 70 mln żołnierzy. W latach powojennych wielu było polityków, którzy sądzili, że po takim kataklizmie, potwornym przelewie krwi w Europie Niemcom nie starczy sił ani odwagi, by rozpocząć nową wojnę. Tymczasem bardzo szybko, po układzie radziecko-niemieckim zawartym w Rapallo w 1922 r., sytuacja się zmieniła. System wersalski już wtedy został lekko nadwerężony, wystawiony na jakąś konfrontację, destrukcję. Trzy lata później podpisano w Londynie traktat z Locarno, który gwarantował nienaruszalność granicy Francji i Belgii, ale już nie odnosił się do wschodniej granicy Niemiec, czyli z Polską. Było to oczywiście sukcesem Niemiec, jeszcze nie hitlerowskich, jeszcze demokratycznych, jeszcze Republiki Weimarskiej. Nawiasem mówiąc, w tymże samym 1925 r. Józef Stalin po raz pierwszy w jednym z przemówień, utajnionych wtedy, mówił: Nowa wielka wojna imperialistyczna (tak ją nazywał) jest nieuchronna. Jak się zachowa Związek Radziecki? – Stalin prorokował, że nie będzie się wyrywał przed orkiestrę, tylko czekał na rozwój wydarzeń. I przystąpi do tej wojny jako ostatni, ale z decydującym głosem.

– Później powtórzył to w 1938 r.
– Tak, ale chcę podkreślić, że mówił to już w 1925 r., kiedy system wersalski zdawał się gwarantować pokój. Przepowiednie Stalina są zaprzeczeniem opinii o jego głupocie, wręcz przeciwnie, świadczą o zdolności przewidywania przyszłych wydarzeń.

– W Polsce też nie brakowało polityków, którzy wątpili w to, że traktat wersalski stworzył trwały fundament pokoju.
– Jednym z pierwszych, ale najbardziej znaczącym, był Wincenty Witos.

– Momentem zwrotnym w dziejach Europy, bo Azję zostawmy na razie na boku, było dojście Hitlera do władzy.
– W sposób jak najbardziej pokojowy, w pełni demokratyczny przejął władzę. Wprawdzie w ogromnym tempie zmieniał system polityczny Niemiec powojennych, ale robił to wszystko, by odbudować: a) jedność Niemców, b) gospodarkę Niemiec, c) ich potencjał umożliwiający prowadzenie aktywnej polityki zagranicznej. Przez aktywną rozumiał początkowo, a przynajmniej tak tłumaczył Europie i swoim rodakom, skupienie pod jednym dachem wszystkich Niemców zamieszkujących Europę, co przede wszystkim musiało oznaczać wchłonięcie Austrii i czeskich Sudetów. Wtedy w Czechosłowacji mieszkało ponad 3 mln Niemców.

– Ale w strategicznych dla Czechosłowacji miejscach.
– Ma pan rację, wyjątkowo strategicznych. Czechosłowacja po utracie tych terenów nie była już tym państwem, jakim była do 29 września 1938 r., czyli do Monachium, i łatwo było ją zagrabić.

REWANŻ ZA WIELKĄ WOJNĘ

– Panie profesorze, znając deklaracje Hitlera, założenia polityki niemieckiej, trudno było mieć złudzenia, że pokój będzie trwać jeszcze długo.
– Ależ oczywiście. Jak już wspomniałem, Rapallo i Locarno zachwiały systemem wersalskim, który od samego początku był wystawiany na różne zmiany. O ile bieg wydarzeń z lat 1914-1939 jest znany, to możliwości interpretacyjnych jest całkiem sporo. Przypomnę, że w latach 60. ukazała się książka znakomitego historyka angielskiego A.J.P. Taylora, traktująca o przesłankach II wojny światowej, który twierdził, że właściwie rok 1918 oznaczał tylko początek krótkiej przerwy w wojnie, rozpoczętej w 1914 r. Rok 1939 uznał za zakończenie tej przerwy i kontynuację tego, co zaczęło się zamachem w Sarajewie. Rok 1939, według Taylora, stwarzał Niemcom możliwość osiągnięcia tego, czego nie udało się zrealizować w 1914 r.

– Cały czas mówimy o Europie, ale kiedy na Starym Kontynencie trwał jeszcze pokój, w Azji toczyła się wojna.
– Toteż wielu historyków i politologów do dziś uważa, że w gruncie rzeczy trzeba mówić o Azji i Japonii i tam szukać początku II wojny światowej. Niektórzy badacze pierwszy akt II wojny światowej widzą w 1931 r., w rozpoczęciu okupacji chińskiej Mandżurii, przekształconej w 1932 r. w państwo pod nazwą Mandżukuo, któremu następnie nadano status marionetkowego cesarstwa. Inni autorzy za początek II wojny uważają rok 1937 r., kiedy latem wojska japońskie wkroczyły do Pekinu. To już nie była jakaś Mandżuria, to był Pekin. Co prawda nie był on wówczas stolicą Chin, ale stał się ich symbolem.

– Wielu Amerykanów uznaje za początek II wojny japoński atak na Pearl Harbor, a wielu Rosjan – napaść Niemiec na ZSRR w 1941 r.
– Są takie oceny, ale ogromna większość historyków z europejskimi na czele nie ma wątpliwości, że II wojna światowa rozpoczęła się we wrześniu 1939 r. Choć i tu są różne oceny. Czy 1 września, kiedy Niemcy uderzyły na Polskę, czy też 3 września, kiedy Wielka Brytania i Francja, porzucając appeasement policy, wypowiedziały wojnę Niemcom, jeśli te nie wycofają Wehrmachtu z terenów, które do 3 września zajęły w Polsce. To są interpretacje, które można odrzucać, korygować, można polemizować z nimi itd., ale coraz częściej czołowi historycy zachodnioeuropejscy i amerykańscy wyrażają przekonanie, że wojna zaczęła się w Polsce, 1 września 1939 r. Jednak tak czy owak, niezależnie od tego, czy historycy będą się spierać, kiedy dokładnie rozpoczęła się II wojna i gdzie (w Azji czy w Europie), trzeba powiedzieć – wracając do zasadniczego pytania, czy musiało dojść do wojny – że jedyną realną, ale, jak się okazało, wirtualną, posługując się dzisiejszym językiem, szansą ewentualnego powstrzymania niemieckiego marszu na Polskę, a potem na Francję byłby sojusz polityczno-wojskowy wspomnianych przeze mnie sześciu państw. Nie były one jednak nastawione jednoznacznie na dojście do porozumienia, by po anschlussie, Sudetach przerwać pokojową fazę podbojów Hitlera i zbrojnie powiedzieć mu: NIE. Pierwsza uczyniła to Polska i był to jedynie realny, zapowiadający skuteczność krok na polu polityki międzynarodowej w tamtych czasach.

NIEMOŻLIWY SOJUSZ?

– Przejdźmy zatem do postawy w tamtych czasach polskiego rządu, której egzemplifikacją jest Beck. Czy była ona w tamtym czasie właściwa?
– Płk Józef Beck, minister spraw zagranicznych od 1932 r., by zachować wszystkie tytuły…

– …dodajmy jeszcze – swoisty pomazaniec Piłsudskiego.
– Możemy tak go określić. Otóż Józef Beck był jednym z najgłośniejszych ministrów spraw zagranicznych lat 30. ubiegłego stulecia. Jeśli najbardziej wziętym, szanowanym, przyjmowanym nie tylko na europejskich salonach był Edvard Beneš, szef czechosłowackiego MSZ, to najgłośniejszym właśnie był Beck, i nie tylko dlatego, że reprezentował największe państwo w tej części Europy, o dużych ambicjach politycznych, częściowo uzasadnionych. Płk Beck na polityce międzynarodowej się znał, był realizatorem pomysłów i strategicznego myślenia Józefa Piłsudskiego, który go po to na szefa MSZ powołał. To myślenie polegało na tym, żeby zawrzeć układ z ZSRR (1932 r.) i podpisać deklarację z Niemcami (1934).

– Z nazwiskiem Józefa Becka zespoliło się pojęcie polityki balansowania.
– Albo polityki jednakowej odległości w stosunku do Moskwy i do Berlina. I oczywiście działania, by ZSRR i III Rzesza nie zbliżyły się do siebie. Płk Beck był święcie przekonany, i to do ostatniej niemal chwili, że niemożliwe będzie polityczne porozumienie – nie mówiąc już o współdziałaniu wojskowym – Moskwy i Berlina. Patrząc dziś na te dwa akty dyplomatyczne z 1932 i 1934 r., realizowane przez Becka, z perspektywy czasu (choć np. w książce wydanej powtórnie w 1979 r. myślałem inaczej), dochodzę do wniosku, że innej, realnej polityki nie było. Nie można było nic nie robić i biernie obserwować bieg wydarzeń. Trzeba było szukać wyciszenia w stosunkach polsko-niemieckich i ustabilizować politykę na linii Warszawa-Moskwa, która znalazła wyraz w traktacie ryskim z 1921 r., w układzie z 1932 r. i deklaracji moskiewskiej z listopada 1937 r., która powtarzała, że oba państwa będą szanować bilateralne i multilateralne układy oraz porozumienia przez nie sygnowane.
Powiedziałem, że bieg wydarzeń jest znany, ale wielu rzeczy jeszcze nie wiemy. Otóż w latach 1999-2005 pracowałem w Moskwie jako stały przedstawiciel PAN przy Rosyjskiej Akademii Nauk i chciałem dotrzeć do materiałów źródłowych, które by mi pozwoliły znaleźć odpowiedź na pytanie: czy Stalin, kiedy dał zgodę na deklarację z listopada 1937 r., traktował ją serio i długofalowo? Via facti patrząc na to, można powiedzieć, że nie, że to był po prostu ruch, manewr polityczny. Stalin nie był wtedy zainteresowany pogłębianiem konfliktów z Polską, bo nie wiedział, jak się ułożą jego stosunki z Niemcami, a czego jak czego, ale wybuchu wojny z nimi, wtedy, w 1937 r. czy w 1938, czy nawet w 1939 r., bał się, chciał tego uniknąć. Dążył natomiast do porozumienia z Berlinem, wysyłał stosowne w tej kwestii sygnały, licząc, że interesy geopolityczne Hitlera skłonią go do jakichś inicjatyw korespondujących z celami Moskwy. Mógł zakładać, że przedmiotem obopólnych zainteresowań i uzgodnień stanie się obszar od Bałtyku do Morza Czarnego. I w tym wszystkim był Beck, który uczestniczył w wielkiej polityce europejskiej. To nie jest tak, że nie miał nic do powiedzenia, miał dużo, mógł np. wybrać jakiś wariant.

– Mówiąc krótko, wybrać i wskazać, czyim będziemy wasalem, albo inaczej, kogo mamy bardziej kochać: wujka führera czy batiuszkę Stalina.
– Otóż to, pan to ujął brutalnie, ale tak by to było. Beckowi do głowy nie przychodziła pewnie myśl, że Polska mogłaby być czyimś wasalem.

– Ale dostał przecież takie oficjalne propozycje ze strony Niemiec.
– Owszem i dobrze je zrozumiał. Tak więc kiedy padły te żądania niemieckie w październiku 1938 r., władze najwyższe Rzeczypospolitej stanęły przed dylematem: przyjąć coś, co obiecywał Berlin, czy odrzucić. Wybrały to drugie. Berlin usłyszał zdecydowane i jednoznacznie ujęte NIE! Zostało ono wypowiedziane nie tylko w imieniu Polski, lecz także innych państw zagrożonych imperialną polityką führera. Mógłbym powiedzieć, że ówczesne stanowisko władz naczelnych RP legło później u podstaw powstającej koalicji antyhitlerowskiej.

KTO ZWYCIĘŻY

– Panie profesorze, czy do układu Ribbentrop-Mołotow musiało dojść?
– Jeżeli doszłoby do konferencji sześciu państw, o których mówiłem na początku, to pewnie nie. Logika wydarzeń jednak wykazuje, że do owego traktatu by doszło. Niemcy, licząc się z wojną z Francją i w konsekwencji z Anglią, chciały wyeliminować ich sojusznika, dodajmy, słabszego sojusznika, zabezpieczyć swoją wschodnią rubież, a poza tym, może nawet przede wszystkim, zneutralizować na jakiś czas ZSRR. Stalin natomiast realizował swoje cele, o których mówiłem – chęć wejścia do wojny, jeżeli nie w ostatniej, to na pewno nie w początkowej fazie, z decydującym wkładem w zwycięstwo.

– Pytanie tylko czyje. Aliantów czy państw osi?
– To była niewiadoma nie tylko dla niego, tym bardziej więc chciał wojnę odsunąć od swojego państwa, choć w następstwie paktu Mołotowa z Ribbentropem stał się jej bardzo ważnym agresywnym podmiotem i szczodrze wynagrodzonym beneficjentem.

– Czy to, że Anglicy udzielili nam gwarancji, było skutkiem ich obawy, abyśmy w świetle narastającego konfliktu niemiecko-polskiego nie zdecydowali się jednak na rolę wasala Hitlera?
– Taki powód oczywiście trzeba brać na poważnie, ale myślę, że w środowiskach brytyjskich zaczął przeważać pogląd, że dalsze ustępstwa wobec III Rzeszy zagrażają żywotnym interesom Wielkiej Brytanii, która może się ostać, po kolejnych podbojach Niemiec, jedynym w Europie państwem antynazistowskim. Nie tylko Churchill, ale i Chamberlain musieli brać pod uwagę, że wojska Hitlera będą po kolei zwyciężać sojuszników Londynu, a Moskwa może się temu biernie przyglądać. Być może działał i taki element brytyjskiej gry wobec Polski: dajemy gwarancje, by usztywnić jej stanowisko, by upewnić Becka i Warszawę, że w razie czego przyjdziemy im z pomocą taką, jaką zdołamy w tym momencie uruchomić. Ale trzeba pamiętać, że jest i drugi aspekt tej sprawy. Wtedy w establishmencie politycznym Wielkiej Brytanii są już wyraźne dwie orientacje: ta wcześniejsza, którą nazywano appeasement policy, a potem monachijską, i ta churchillowska: dość tych ustępstw, bo te nie sprzyjają pokojowi, lecz Hitlerowi; führerowi trzeba przeciwstawić się siłą. Chamberlain, udzielając gwarancji Polsce 30 marca 1939 r., musiał brać pod uwagę układ sił w parlamencie i najwyższym establishmencie.

– Co wcale nie oznaczało, że dotrzyma słowa.
– Oczywiście, ale jeżeli tego nie zrobił i zaczął zmieniać swoje poglądy, to w znacznej mierze był to sukces Churchilla, który zmierzał już coraz śmielej ku polityce, która znalazła potem wyraz 3 września 1939 r. w wypowiedzeniu wojny i wejściu w skład gabinetu Chamberlaina, co nie oznaczało utożsamienia się z linią tego pierwszego. Francja nie była tak aktywna w polityce ustępstw jak Wielka Brytania, ale jej linia, jak twierdzi wielu znawców, była tylko odbiciem brytyjskiej strategii. W polityce europejskiej Francja nie była w pełni samodzielna i w związku z tym popierała Wielką Brytanię, ale jeszcze nie w pełni popierała politykę, którą kreślił sir Winston Churchill. W sumie jednak obie stolice, i Londyn, i Paryż, jeszcze latem 1939 r. uprawiały resztki appeasement policy, czyli spełniania żądań Hitlera. Co więcej, nawet kiedy zaczęła się już wojna, oficjalny Londyn nie porzucił całkowicie polityki ustępstw. Jeszcze myślano o spotkaniach, rozmowach i próbach nakłonienia Polski do kompromisu z Berlinem na warunkach tam formułowanych. Mogło dojść do drugiej zdrady. Po pierwszej, gdzie ukochaną w Londynie i Paryżu Czechosłowację zostawiono na pastwę Hitlera, teraz miałoby się to wydarzyć w stosunku do Warszawy. Ale 2 września 1939 r. Chamberlain zorientował się, że to nie przejdzie, i w związku z tym 3 września wypowiedziano Niemcom wojnę.
Oczywiście trudno teoretyzować, jak potoczyłyby się wydarzenia, gdyby nie było Churchilla i jego stanowczości. Pewnie znalazłby się ktoś inny, ale nie tak mocny, charyzmatyczny i z taką mocą oddziaływania na polityków i opinię publiczną jak on.

CZY IZOLACJONIŚCI BYLI GÓRĄ

– Panie profesorze, obracamy się w kręgu Europy i jej wielkich mocarstw, ale znane z ostatnich lat prace amerykańskich badaczy, powstałe na podstawie archiwaliów Departamentu Stanu, pokazują, że z pominięciem brytyjskiego MSZ i samego premiera Wielkiej Brytanii Churchill korespondował z prezydentem Rooseveltem. Z lektury tych prac wynika, że przywódca Stanów Zjednoczonych nieoficjalnie prowadził politykę, którą moglibyśmy określić jako zachęcanie do wojny, bo ona przyczyni się do tego, że w jej wyniku Ameryka ostanie się jedynym mocarstwem światowym.
– Wiem, o jakich pracach pan myśli, ale należy powiedzieć, że Ameryka była także rozdwojona. Tak jak w Londynie, w którym byli zwolennicy polityki monachijskiej i churchillowcy, w USA byli zwolennicy zaangażowania się w wojnę i izolacjoniści, którzy chcieli trzymać Stany Zjednoczone jak najdalej od zbliżającego się konfliktu. Franklin Delano Roosevelt starał się nakłonić europejskie mocarstwa do jakiegoś porozumienia, ale coraz bardziej zdawał sobie sprawę, prawdopodobnie także pod wpływem poglądów Churchilla, że neutralności w stosunku do wydarzeń europejskich nie da się długo utrzymać i trzeba będzie powtórzyć wariant Wilsona, który w 1917 r. wypowiedział wojnę Niemcom, na czym my, jako Polska, ogromnie zyskaliśmy. Z Amerykanami sprawa nie była prosta. Przecież gdyby nie Pearl Harbor, uderzenie znienacka w grudniu 1941 r. Japończyków na bazę US Navy, prawdopodobnie nie wypowiedzieliby wówczas tej wojny i nie weszli w nią z taką siłą. Mimo że coraz więcej było polityków amerykańskich i ekonomistów, którzy zdawali sobie sprawę, że nowa wielka wojna przekształci Stany Zjednoczone w aliancką zbrojownię przeciwników Hitlera, co się zresztą stało. Widząc w tym, co tu dużo mówić, dalszy wzrost ożywienia gospodarczego, wzrost stopy życiowej. Warto w tym miejscu powiedzieć, że obliczono, iż od wybuchu wojny w 1939 r. do jej zakończenia w 1945 r. średnia stopa życiowa Amerykanów wzrosła półtora raza, a według niektórych nawet dwukrotnie! Myślę jednak, że w przypadku Roosevelta górę wziął nie czynnik biznesowy, ale rachunek sił i sympatii. Jego sojusznikiem w Europie była Wielka Brytania, która stawała do wojny jako główna siła przeciwstawiająca się Niemcom. I jej chciał pomagać. Co wcale nie znaczy, że nie brał pod uwagę opinii polityków, którzy w zaangażowaniu się w wojnę dostrzegli niezwykłe korzyści dla samej Ameryki, ogromnego wzrostu jej znaczenia na arenie międzynarodowej, choćby kosztem Wielkiej Brytanii.

NIE WIEDZIELI?

– Wróćmy do tych ośmiu dni między 23 sierpnia a 1 września 1939 r. Amerykanie i Włosi, a także Francuzi w ciągu dwóch dni wiedzieli o treści tajnego protokołu radziecko-niemieckiego.
– Więcej, polskie trzy czy cztery gazety też się tego domyślały.

– Właśnie, w dokumentach nie można znaleźć reakcji i zapisów jakichś dyskusji, rozmów najwyższych polityków na temat owych domysłów. Nie chce mi się wierzyć, żeby szef wywiadu nie wręczył dokumentów streszczających tego typu informacje prezydentowi, naczelnemu wodzowi, premierowi i ministrowi spraw zagranicznych.
– Rzeczywiście nie ma śladu i historycy przyjmują, że wywiad polski nie zdołał niczego ważnego się dowiedzieć. Ja bym tu oskarżał nie tyle nasze służby specjalne, ile naszych potencjalnych przyjaciół Amerykanów, za to, że drogą dyplomatyczną czy wywiadowczą nie poinformowali o tym, co zapadło w Moskwie. Do tej pory nie wiadomo, czy w ogóle i przez kogo był rozpatrywany, np. w Waszyngtonie czy w Rzymie, wariant przekazania stronie polskiej treści tajnego protokołu.

– No dobrze, Amerykanie nie przekazali nam tak ważnych informacji, ale gdy kilka polskich gazet pisało o tajnym protokole, to nie można powiedzieć, że do naszych ówczesnych elit ta informacja się nie przebiła.
– Za mało jeszcze wiemy o pracy wywiadów. Znamy natomiast raport polskiego ambasadora w Moskwie, który zlekceważył pakt z 23 sierpnia. Najważniejsze pozostaje jednak to, że konflikt ideologiczny i polityczny między Berlinem i Moskwą zdaniem min. Becka był tak silny, że do żadnego zbliżenia między nimi dojść nie mogło. Owszem, ów konflikt był mocno artykułowany przez obie stolice, ale od wiosny 1939 r. choćby w oficjalnej propagandzie został wyciszony, co obserwatorom sceny międzynarodowej musiało dawać wiele do myślenia.
Tak więc to, że nie ma śladu rozważań kierownictwa państwa polskiego na temat tajnego porozumienia radziecko-niemieckiego, bierze się chyba z błędnej oceny, że niemożliwe jest zbliżenie III Rzeszy z ZSRR. Pewne dogmaty w polityce polskiej były niewzruszone i do nich zaliczam dogmat o niemożliwości sojuszu Berlina z Moskwą. Jeżeli polityk, i nie myślę tu tylko o płk. Becku, trzyma się tylko dogmatów, nie bierze pod uwagę innych wariantów, nie rozpatruje ich, nie wystawia sobie najlepszego świadectwa.

CO Z ODPOWIEDZIALNYMI

– I tu dochodzimy do odpowiedzialności za czyny. Jak potoczył się wrzesień 1939 r., wiemy. Po nim doszło do utworzenia rządu Sikorskiego, o którym niejeden konstytucjonalista mówił, że powstał nie do końca lege artis. Ale zostawmy to na boku. Szczególnie do czerwca 1940 r., do klęski Francji, ekipa Sikorskiego chciała rozliczyć rządy sanacyjne za klęskę września.
– Może nie ekipa Sikorskiego, ale jeden z członków tej ekipy. Myślę tu o min. Janie Stańczyku, który w styczniu 1940 r. chciał postawienia przed sądem wojskowym premiera, szefa spraw zagranicznych, ministra obrony narodowej, naczelnego wodza za niedopełnienie obowiązków, jakie nakładała na nich konstytucja w kwestii obrony kraju. Stawało to na posiedzeniu rządu. Ale Sikorski kategorycznie się temu przeciwstawiał. Popierał go w tym August Zaleski, minister spraw zagranicznych. W zasadzie to nawet trudno się nie zgodzić z Sikorskim. Kilkanaście lat temu zarzucałem mu, że uniemożliwił nadanie toku postępowania wnioskowi Stańczyka, chociaż ten dwukrotnie to na posiedzeniach gabinetu stawiał, co łatwo można sprawdzić, czytając opublikowane w Krakowie wszystkie protokoły z posiedzeń rządu Sikorskiego. Generał twardo oświadczał, że „przed obcymi brudów prać nie będziemy. Wrócimy do tej kwestii po zakończeniu wojny”. Ale Stańczyk i ci, którzy z nim się solidaryzowali, chcieli już natychmiast, bo zdawali sobie sprawę, że takie są nastroje w okupowanym kraju.
Sikorski musiał sobie zdawać sprawę, że uchwalenie wniosku, iż w czasach sprzyjających na ławie oskarżonych znajdą się premier i kilka innych osobistości, gdyby taką zapowiedź ujawniono drogą choćby radiową przez BBC, prawdopodobnie większość społeczeństwa w okupowanej Polsce przyjęłaby z dużą satysfakcją i zrozumieniem oraz akceptacją. Premier nie mógł więc się obawiać, że kraj odrzuci podobny wniosek. Jednak Sikorskiemu chodziło wtedy, żeby prezentować wobec Francji, gdzie jego rząd rezydował w Angers, no i w Anglii, na której mu tak zależało i w której po klęsce Francji się znalazł, oraz w Stanach Zjednoczonych jednolite stanowisko i żeby to nie wywarło niekorzystnego wrażenia w tych państwach. Być może odegrała tu jakąś rolę osobowość Sikorskiego, który lokował się bardzo wysoko w najnowszej polskiej historii. Wiedział, że nie będzie drugim Piłsudskim, ale myślał: kto wie, jak potoczą się wojna i losy Polski i czy nie odegra roli drugiego Piłsudskiego.
Potem przyszła szybka, jak na jej możliwości militarne, klęska Francji, która zmieniła oceny naszego wysiłku we wrześniu 1939 r. i pokazała, że tej wojny wygrać nie mogliśmy, nawet gdyby nie weszła Armia Czerwona. Ale swoją postawą, ilością zadanych Niemcom strat w ludziach, a zwłaszcza w sprzęcie daliśmy aliantom trochę czasu, by lepiej mogli przygotować się do wojny, którą 1 września 1939 r. wywołał Hitler, a od 17 września wziął w niej udział Stalin. Obaj dyktatorzy w zgodnym sojuszu dokonali wspólnie IV rozbioru Polski, co zapowiadał tajny protokół z 23 sierpnia 1939 r.

Prof. Eugeniusz Duraczyński, emerytowany profesor Instytutu Historii PAN, autor kilkunastu książek, m.in. „Rząd polski na uchodźstwie 1939-1945”, „Między Londynem a Warszawą: lipiec 1943 – lipiec 1944”, „Kontrowersje i konflikty 1939–1941”, „Generał Iwanow zaprasza: przywódcy polskiego państwa podziemnego przed sądem moskiewskim”, „Polska 1939-1945: dzieje polityczne”. W tym roku ma się ukazać jego najnowsza książka „Stalin – twórca i dyktator supermocarstwa”.

Wydanie: 35/2009

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy