2024

Powrót na stronę główną
Kraj

Turysto, nie bój się!

Głuchołazy odbudowują się po powodzi. I zapraszają gości. Oferują trasy spacerowe, noclegi i most, jakiego nie ma w Polsce

– Nikt nie widzi złotych zboczy Gór Opawskich, Parku Zdrojowego w kolorach jesieni, Biskupiej Kopy (wchodzącej w skład Korony Gór Polskich), skąd rozciąga się widok na całe Jesioniki, a przy dobrej widoczności ponoć można dostrzec Sky Tower we Wrocławiu. Nikt nie widzi miasteczka, do którego jeszcze przed wojną zjeżdżały tłumy kuracjuszy pooddychać świeżym luftem, złapać moc promieni słonecznych i poprzechadzać się po łagodnych zboczach gór. To tu przyjeżdżali turyści z Austrii, z Czech i Ślązacy na wypoczynek i rehabilitację. Dlatego jeden z budynków pensjonatowych przy Górnym Stawie otrzymał po wojnie nazwę Górnik vel Wczasy Górnika. Niegdyś zwany Waldesruh, przyciągał turystów położeniem i zaciszem pobliskiego lasu na końcu Parku Zdrojowego powyżej Górnego Stawu. Stoi nadal i czeka na swoją kolej – na Głuchołazy patrzymy oczami Joanny Krawczyk-Gluch z Domu Artysty.

Powoli z krajobrazu miasteczka znikają mundury. Grupa ok. 100 (rotacyjnie) niemieckich żołnierek i żołnierzy zakończyła działania na terenie gminy. Było trochę takich, którzy mieli pewne zastrzeżenia co do obecności Niemców, ale gdy się przekonali, jak sprawnie i dokładnie Bundeswehra wykonywała swoją robotę, wszelkie wątpliwości zniknęły.

– Udało się przekonać ludzi, że to nie są jacyś potencjalni najeźdźcy, ale nasi sojusznicy – mówi burmistrz Głuchołazów dr Paweł Szymkowicz. Żołnierzy pożegnano uroczyście w szkole w bardzo zniszczonym powodzią Bodzanowie. Każdy otrzymał indywidualny dyplom, oficerowie okolicznościowe medale i podziękowania. Podobno dużo wiedzieli o miejscu, do którego dotarli z pomocą, chociaż planowany przewodnicki spacer nie doszedł do skutku. – Zwróciłem im uwagę na biało-błękitne szachownice na ich plakietkach. Takie szachownice możemy zobaczyć u nas w kościele na kartuszu herbowym, to barwy Bawarii, ale również znak królewskiej rodziny Wittelsbach, z której wywodził się bp Franciszek Ludwik von Neuburg, fundator przebudowy tego kościoła. On też ufundował kościół w Bodzanowie, przy którym pracowali żołnierze – wyjaśnia burmistrz, historyk, a zarazem licencjonowany przewodnik nie tylko po regionie, ale i np. po czeskiej Pradze.

Żołnierze z Bawarii pracowali wszędzie, gdzie im wskazano, zaskarbiali sobie sympatię i popularność, w pewnym momencie doszło wręcz do rywalizacji kół gospodyń wiejskich, które ma dla nich gotować. Zdarzyło się, że przywożono obiady z trzech kół, przy trzecim powiedzieli, że już więcej nie zjedzą, chociażby nie wiem jak chcieli. A trzeba wspomnieć, że wszystkie lokalne koła gospodyń gotują znakomicie!

– Nie możemy się nachwalić żołnierzy z Niemiec – słychać od wielu powodzian. Podobnie zresztą mówią o polskich mundurowych, przed którymi otwierały się nie tylko drzwi, ale i serca. Barbara i Andrzej Rajcowie ze starego budynku tuż za Białką, w którym woda sięgnęła sufitów parteru, częstowali żołnierzy kawą z miodem z własnej pasieki. Tyle w tych trudnych warunkach mogli zaproponować.

Przyjdą panowie w suchych butach

– Woda śni mi się co noc, ta woda jest cały czas ze mną, szumi, otacza. Ale to znaczy, że śpię, co też jest dobre – przyznaje burmistrz Szymkowicz.

b.dzon@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nawrocki w pakiecie Kaczyńskiego

Karol Nawrocki – nowy pupil prezesa

Czy Karol Nawrocki uratuje PiS? Od tygodnia jest oficjalnym kandydatem Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta, ma wygrać z Rafałem Trzaskowskim. Kogo tym razem prezes chce Polakom sprezentować?

PiS przekonuje, że Karol Nawrocki to Andrzej Duda 2.0. Odważna teza. Po pierwsze, Andrzej Duda mimo wszystko jakimś politycznym CV mógł się legitymować. Był w karierze wiceministrem sprawiedliwości, europosłem, rzecznikiem klubu PiS, kandydatem PiS na prezydenta Krakowa i ministrem w Kancelarii Prezydenta. Karol Nawrocki może sobie zapisać w życiorysie tylko trzy pozycje: był szefem IPN w Gdańsku, potem dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej, które to stanowisko obejmował w atmosferze pisowskiego zamachu, no i prezesem IPN, którym jest do dziś. Doświadczenie, jeśli chodzi o funkcjonowanie państwa, o politykę międzynarodową i gospodarkę, ma praktycznie zerowe.

Ale machina PiS już ruszyła. Przedstawiają nam Nawrockiego jako patriotę, a on sam woła, że chce jednoczyć Polaków i że żyje skromnie.

Tyle że to bajki.

Opowieść o sowieckiej kolonii

Przede wszystkim Nawrocki nie zamierza nikogo jednoczyć. Posłuchajmy go. Prezentuje prymitywny antykomunizm, typowy dla kibola, zaskakujący w ustach historyka. Ma się wrażenie, że przemawia jakiś wiecowy zapiewajło. Pełen patosu, odmieniający przez przypadki miłość do ojczyzny, służbę narodowi, obronę Polski itd. I nie jest to błąd systemu czy spin doktorów, którzy kazali mu tak mówić. Jeśli posłuchamy jego wcześniejszych wystąpień, okaże się, że właśnie taki jest.

Traktuje antykomunizm religijnie, nie interesują go powody, dla których tysiące ludzi stawało pod czerwonym sztandarem, nie ma naturalnej dla historyka ochoty, by pewne procesy i decyzje analizować, wszystko ocenia zero-jedynkowo. Zachowuje się jak kibic wobec przeciwnej drużyny.

Gdy był przesłuchiwany w Sejmie jako kandydat na prezesa IPN, deklarował, że szanuje wszystkie ugrupowania przedwojenne – z wyjątkiem KPP, bo to rosyjska agentura. Odmawia jej zatem prawa do czegokolwiek. Polska Ludowa? Mówi o niej wprost: była komunistyczną kolonią sowiecką. Wojciech Jaruzelski zaś to komunistyczny zbrodniarz.

A Unia Europejska? Według Nawrockiego chce ograniczyć naszą suwerenność. Zwłaszcza Niemcy.

Wszystko jest więc złe, poza skrajną prawicą, która jest dobra. Krzyże, Dmowski, niepodległość, Polska skrzywdzona i cierpiąca, patrioci kontra agenci – w takim obszarze pojęciowym Nawrocki funkcjonuje, trudno wobec tego wyobrazić sobie, by mógł jednoczyć. Chyba że grupy kibicowskie.

Opowieść o skromności

Drugą bajką Nawrockiego jest ta przedstawiająca go jako człowieka z ludu. Nie jest zmyślona – Nawrocki wywodzi się z robotniczej dzielnicy Gdańska – ale została zmanipulowana. Manipulację zaczął Jarosław Kaczyński, który ogłosił, że Nawrocki jest kandydatem obywatelskim i niezależnym, popieranym przez PiS. Jakby chciał powiedzieć, że w hali Sokoła w Krakowie akurat odbywała się prezentacja kandydata, a on przechodził,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Mamy kandydatów na prezydenta

No to wszystko już jasne. Poza Lewicą wszystkie partie pokazały już swoich kandydatów na prezydenta Rzeczypospolitej, którego wybierać będziemy w maju.

W Koalicji Obywatelskiej od pięciu lat niekwestionowanym kandydatem na prezydenta był Rafał Trzaskowski. W ostatnich tygodniach jednak ogłoszono partyjne prawybory, w których obok Trzaskowskiego kandydował Radosław Sikorski. Zachodzili w głowę różni spece od polityki i komentatorzy, po co te prawybory. Złośliwi mówili, że po to, aby spuścić trochę powietrza z nadętego ambicją Sikorskiego, z obawy, aby go nie rozerwało. Aczkolwiek troska o całość cielesnej powłoki ministra spraw zagranicznych nie wydaje się wystarczającym powodem do organizowania prawyborów. Inni (też w sumie złośliwi) mówili, że Donald Tusk chciał w ten sposób upokorzyć Sikorskiego, dać mu lekko po nosie, aby go nie zadzierał i poznał swoje miejsce w szeregu.

Tak czy inaczej Rafał Trzaskowski z miażdżącą przewagą prawybory wygrał i znów, po krótkiej przerwie, jest kandydatem na prezydenta. Aby było dziwniej, przed wyborami kandydaturę Sikorskiego poparł… Aleksander Kwaśniewski, który z jakichś powodów wolał prawicowego Sikorskiego niż centrolewicowego Trzaskowskiego. Wszystko jedno, przynajmniej to mamy już za sobą.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zdrowie

Zębom na ratunek

Próchnicę ma prawie 40% trzylatków oraz niemal 80% sześciolatków i dzieci wczesnoszkolnych

Dr n. med. Agnieszka Wal-Adamczak – prezes Polskiej Akademii Stomatologii Dziecięcej

Czy w Polsce rodzice dbają o zęby dzieci już od urodzenia?
– Jeśli pytanie dotyczyłoby dużych miast, odpowiedź brzmiałaby: „tak”. Jednak najnowsze ogólnopolskie badania z lat 2016-2020 pokazują przerażające dane: próchnicę ma prawie 40% trzylatków oraz niemal 80% sześciolatków i dzieci wczesnoszkolnych.

„Nie warto dbać o mleczaki, bo i tak wypadną”. Wielu z nas wciąż tak myśli?
– Tak. Jest to jedno z najbardziej powszechnych i szkodliwych przekonań. Próchnicy nie można lekceważyć – również w przypadku zębów mlecznych. Nieleczona prowadzi do zapaleń i chorób ogólnoustrojowych, takich jak zapalenie wsierdzia, stawów, nerek, czy do chorób oczu. Może nie tylko wywołać przewlekłe dolegliwości zdrowotne, ale także zagrażać życiu.

Jak więc dbać o zęby najmłodszych?
– Profilaktyka zaczyna się od ich codziennego czyszczenia rano i wieczorem.

Autoryzowany wywiad prasowy przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarze dla Zdrowia w związku z prelekcją dr n. med. Agnieszki Wal-Adamczak w trakcie XXIII Ogólnopolskiej Konferencji „Polka w Europie”, zorganizowanej pod hasłem „Medycyna 2024 – leczyć bezpiecznie i efektywnie!”. Jesień 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Trzeci Wokulski

Kim był Leon Krupecki, pierwowzór bohatera „Lalki” Bolesława Prusa

Zapewne część Czytelników pomyśli, że będę zachęcał do kolejnej ekranizacji „Lalki” Bolesława Prusa i proponował nazwiska aktorów, którzy powinni zagrać Stanisława Wokulskiego. Nic z tych rzeczy. Wystarczą dwie wspaniałe dotychczasowe ekranizacje, a Mariusz Dmochowski i Jerzy Kamas w rolach Wokulskiego wydają się niedoścignieni. Bohaterem książki jest Leon Krupecki, kupiec warszawski z drugiej połowy XIX w., zesłaniec syberyjski. Elementy jego ciekawej i barwnej biografii oraz cechy charakteru skłoniły mnie do uznania go za najbliższego bohaterowi „Lalki”. Prus nie mógł o nim nie słyszeć. Może nawet odwiedzał jego sklepy?

W bogatej literaturze krytycznej analizującej fabułę powieści, cechy bohaterów, tło obyczajowe, realia historyczne czy topograficzne, nie ma w zasadzie poszukiwań prototypów poszczególnych osób występujących w „Lalce”. Wokulskiemu przypisuje się cechy postaci dwóch pierwowzorów, dwóch warszawskich kupców, współczesnych autorowi powieści.

Pierwszy z nich to Stanisław Strójwąs, uczestnik powstania styczniowego. Strójwąs po powstaniu wyemigrował do Holandii, gdzie zajmował się handlem. Po powrocie do kraju prowadził rozległe interesy z kupcami holenderskimi. Około 1890 r., gdy syn Stanisław junior ukończył nauki, przekazał mu interes i kontakty. I ten jeden jedyny element – wyjazd z Warszawy w wyniku represji popowstaniowych, choć w zgoła innym kierunku – plus pewna zbieżność cech charakteru Strójwąsa i Wokulskiego skłoniły Jerzego Kasprzyckiego do postawienia tezy, że to Strójwąs jest pierwowzorem Wokulskiego. Jednak sam Kasprzycki pisze, że o Strójwąsach, ojcu i synu, stało się w Warszawie głośno na przełomie wieków, a więc nieco późno. Lalka była już wtedy ukończona, a w formie książki wydana w roku 1890. Identyczność imion ojca i syna powoduje, że pojawiają się trudności z przypisaniem niektórych danych.

Drugi to Jakub Lange, przybysz ze Szwajcarii. Zamieszkał w Warszawie w połowie XIX w. Początkowo zajmował się prawdopodobnie kowalstwem, następnie pracował w jednej z warszawskich cukierni, a po roku 1863 posiadał już własny lokal przy ulicy Chłodnej 10. W roku 1878, w ciągu dziewięciu miesięcy dorobił się majątku na interesach na Bałkanach. Był wówczas udziałowcem spółki zajmującej się dostawą pieczywa dla armii rosyjskiej. W „Lalce” Prus wysyła Wokulskiego także na tereny dzisiejszej Bułgarii, by tam, w ciągu ośmiu miesięcy, podczas wojny rosyjsko-tureckiej (1877–1878), zbił majątek potrzebny mu do lepszego życia, do awansu towarzyskiego. Wedle Zbigniewa Klejna ta – znów tylko ta jedyna – zbieżność przemawia za uznaniem Szwajcara Jakuba Langego za pierwowzór bohatera „Lalki”. Inne elementy jego życia różnią się już jednak od biografii Wokulskiego.

W roku 1998 w Tarnowie ukazała się niewielka książeczka wydana prywatnym sumptem w symbolicznym nakładzie. To „Listy zesłańca na Sybir Leona Krupeckiego”.

Fragment książki Rafała Skąpskiego Trzeci Wokulski. Leon Krupecki pierwowzorem Wokulskiego?, Wydawnictwo Austeria, Kraków, Budapeszt, Syrakuzy 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Kto pożyczał kasę Mejzie?

Pamięć ludzka jest krótka. O złodziejskich rządach dojnej zmiany też ludzie by zapomnieli. Na szczęście w skansenie PiS są tacy jak Łukasz Mejza. Genetyczny patriota. Nałogowy pożyczkowicz. Modelowy krętacz i oszust. Swoje oświadczenia majątkowe wypełnił tak, że prokurator postawił mu 11 zarzutów. Mejza pamiętał, że pożyczał kasę od wielu osób. Ale zapomniał od kogo. 40 tys. zł, 50 tys. zł, 88 tys. zł, 100 tys. zł, siedem pożyczek na łączną kwotę 290 tys.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Nie ma lewicy. Jest zysk

Im więcej pięknych słów o wartościach i prawach człowieka, tym cięższe jest życie wielu grup pracowników. Paradoks? Niekoniecznie. Powtarza się odwieczny cykl. Wygrywają bogatsi i sprytniejsi. Spójrzmy, jak rozbudowane i jak merytorycznie sprawne jest zaplecze pracujące na rzecz kapitału. By właścicielom żyło się lepiej, a załoga pracowała jak najwydajniej. Za najskromniejsze wynagrodzenie, jakie może zaakceptować. Myślę tu o filozofii postępowania w relacjach kapitał-praca, a nie o wysokości zarobków. Bo tam, gdzie stanowisko wymaga bardzo wysokich kwalifikacji, a konkurencja między firmami jest duża, te zarobki mogą być duże. A nawet bardzo duże. Tyle że wtedy dochody właścicieli są ogromne. Nieporównywalne z płacami tych, którzy te zyski wypracowują. W ostatnich dziesięcioleciach mało co tak się rozwinęło jak te dziedziny, których celem jest pomnażanie zysków najbogatszych ludzi globu. Dotyczy to nie tylko gospodarki i bezwzględnej konkurencji między koncernami, które za wszelką cenę chcą zająć pozycję monopolistyczną. I dyktować ceny na własne towary i usługi. Nie dlatego, że są one wyższej jakości i funkcjonują dłużej. Jest wręcz odwrotnie. Wie o tym każdy konsument towarów, które kończą swój żywot wraz z upływem gwarancji. I każdy, kto po reakcji swojego organizmu widzi, jak szkodliwe jest badziewie, które kupuje, by coś jeść.

Na globalnym rynku obowiązuje tylko jedna zasada. Zysk za wszelką cenę. Jedni zarabiają, bo trują ludzi. A drudzy, bo ich prywatnie leczą.

Na kogo mogą więc liczyć poszkodowani? Państwa są coraz bardziej bezradne wobec potęgi globalnych koncernów. W wielu krajach, nawet tych największych, partie i politycy nie są już realną władzą. Bo nie potrafią, a często już nawet nie mogą, wystąpić w interesie społeczeństwa. Minęły czasy, gdy taką funkcję pełniła lewica. Gdy lewicowi politycy orientowali się na grupy dotknięte ubóstwem i wyzyskiem. Czy polska lewica dociera dziś do tych 2,5 mln ludzi, którzy żyją w skrajnej biedzie? Nawet nie próbuje. A skoro nie jest im potrzebna, skoro miliony pracowników ze swoimi codziennymi problemami nie mogą na nią liczyć, to szukają pomocy gdzie indziej. Partyjna lewica w Polsce, i to bez wyjątków, kompletnie zawiodła. By ją zastąpić, trzeba się organizować, budować struktury, szukać liderów. Praca u podstaw.

Zacząć, gdzie biednie i problem goni problem.

Kto tam zedrze zelówki, wróci kiedyś na Wiejską.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Jak walczyć z uzależnieniem od komórki?

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Wydaje się, że ten temat jest definiowany jedynie jako problem szkoły. To błąd. W kwestii życia cyfrowego dzieci powinna panować synergia działań domu i szkoły. Wszystkim zależy, aby proces cyfryzacji najmłodszych podlegał racjonalnej kontroli. Dyrektor, rada pedagogiczna i rada rodziców powinny podejmować wspólne decyzje. Obecność telefonów komórkowych w szkole ma wymiar nie tylko porządkowo-prawny, ale również obyczajowy. Świat cyfrowy niesie lawinę zagrożeń. Rolą edukacji

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Na co kicham

Wieść niesie, że każdy mężczyzna wielokrotnie w życiu umiera na katar, ja się z tym zasadniczo zgadzam. Umiem sobie radzić z dolegliwościami większych znacznie rozmiarów, próg bólu chyba też mi się przesunął w górę po rozmaitych przypadkach (pierwsze miejsce na podium: zmiażdżenie palca w górskim wypadku, drugie miejsce: zdejmowanie foliowego opatrunku ze stopy obdartej ze skóry i martwicy, trzecie miejsce: punkcja krwiaka w kolanie), ale katar mnie demoluje i rozbija jak nic innego.

Chusteczek nie wystarcza, wysmarkane rolki papieru toaletowego walają się wszędzie wokół, leje się z nosa i oczu, sił nie ma, jest wstyd i upokorzenie, bo to tylko katar, siostra ma raka i nie narzeka, ludzie cierpią od wojny. Męski katar listopadowy, ogólnie znana depresja nosogardzieli, sezonówka, kilkudniówka, leży się i się nie chce, a wróble ćwierkają, żeby choć je wziąć w garść, jeśli siebie się nie może. Nie mam apetytu, bo się wstydu najadłem, smaku nie czuję, bo wszystko cieknie z nosa, z pyska. Piję wodę, piszę na leżąco, aplikuję sobie w ramach psychoterapii opowieści o prawdziwym cierpieniu.

Na pierwszy rzut załzawionych oczu rozsławiony już spektakl Mateusza Pakuły „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Kura i jajko

Do Trzebini przez Kraków. Mało ładnego w Trzebini, ale kończy się budowa przeszklonej biblioteki. Śpię w dworze Zieleniewskich, gdzie znajduje się centrum kultury. Mam tam dwa spotkania z uczniami ze szkół w Trzebini i w Chrzanowie. Wykłady, powiedzmy – warsztaty dla uczniów o tym, jak gromadzić materiał do tekstów i jak pisać. Mają brać udział w konkursie na pracę o ofiarach Holokaustu w Trzebini i w pobliskim Chrzanowie. Nie wiem, co z tego wyjdzie, skoro już prawie nie ma świadków. Pytam uczniów, czy są wśród nich antysemici. Dwóch chłopców z liceum w Chrzanowie śmiało podnosi rękę. Nie zapytałem, dlaczego tak o sobie myślą. Miałem chyba poczucie, że to intymne zwierzenie, jakby mieli mówić o wstydliwej chorobie. Teraz żałuję. Druga klasa, wojskowa, była z Trzebini, przyszli w gustownych mundurach. Okazali się wolni od uprzedzeń, ale czy byli szczerzy? Tak się porobiło, że trochę wstyd mieć uprzedzenia rasowe. Nauczycielka podeszła potem do mnie i, potwierdzając moje podejrzenia, powiedziała, że sprawa nie jest taka prosta.

Spotkania zorganizowała Agnieszka Kostuch, z którą znamy się od dawna, pochodzi z małego Trzemeszna. Jest sporo młodsza ode mnie. Ma pasję do literatury i wiele innych. Jej ostatnie zainteresowania to dawna społeczność żydowska i Holokaust. W Trzemesznie wskrzesiła zniszczony przez czas i ludzi cmentarz żydowski, wciągnęła w to grupkę osób. A w Trzebini, gdzie teraz mieszka, powołała Stowarzyszenie Kehila Trzebinia, które walczy o uratowanie zrujnowanej synagogi w tym mieście i organizuje spotkania. Wspaniale, że są tacy ludzie, rozsiani po małych miasteczkach jak drogocenne kamienie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.