2025
Mała partia, mały wynik
Lewica w wyborach prezydenckich
Sondaże dla kandydatów lewicy w wyborach prezydenckich nie są łaskawe. Magdalena Biejat osiąga w nich 2-4% poparcia, Adrian Zandberg 1-2%, Piotr Szumlewicz – podobnie jak Joanna Senyszyn – regularnie poniżej 1%. I wciąż nie wiadomo, czy w ogóle zdołają wystartować, czy zbiorą wymagane 100 tys. podpisów. Dla lewicy to prognozy fatalne, choć mało zaskakujące. O jej kryzysie piszemy w „Przeglądzie” od miesięcy. Problemem nie jest brak wyborców, bo poglądy lewicowe deklaruje 15-20% Polaków, a może być ich więcej. Problemem jest to, że ugrupowania, które przedstawiają się jako lewicowe, nie są przez tych Polaków poważane ani darzone zaufaniem. Więź między wyborcą a jego partią w tym przypadku nie istnieje.
Tak dzieje się od lat. I nic nie zapowiada, by ta tendencja się zmieniła. Lewicę chcą dziś reprezentować dwie partie: jedna to Nowa Lewica, druga – Razem. Nową Lewicą kieruje od 2016 r. Włodzimierz Czarzasty i praktycznie jest to jego prywatna partia. Statut gwarantuje mu nieusuwalność, poza tym może zawieszać każdego członka, w każdej chwili.
Nowa Lewica to w zasadzie przedsięwzięcie okołopolityczne. Mechanizm jest prosty – partia przyciąga wyborców, dzięki nim jakaś grupa zdobywa mandaty. Potem wymienia je na posady w rządzie i w spółkach skarbu państwa. Robert Biedroń i Krzysztof Śmiszek, rezerwując sobie biorące miejsca na liście, wymienili je na posady europarlamentarzystów.
W tym przedsięwzięciu ważne jest, by aparat partyjny nie był zbytnio rozbudowany. Bo duży aparat dużo chce – posad, uwagi, dyskusji, jakiejś ideowości. Może wybrać nowe władze… A małą grupę łatwiej kontrolować.
I to dzieje się na naszych oczach – z wyborów na wybory wpływy partii Czarzastego się kurczą. W roku 2019 lewica uzyskała 2,319 mln głosów, czyli 12,56%. A 15 października 2023 r. – już tylko 1,859 mln głosów, czyli 8,61%. W kwietniu 2024 r. w wyborach samorządowych, do sejmików wojewódzkich, uzyskała 911 tys. głosów. A w wyborach europejskich w czerwcu 2024 r. – 741 tys. głosów (6,30%). Dlaczego więc miałaby dostać lepszy wynik w wyborach prezydenckich?
Koncepcja „małej partii” ma konsekwencje. Towarzyszy jej akcja likwidowania komórek partyjnych, ograniczania ich. Wiemy o tym – do redakcji „Przeglądu” regularnie przychodzą listy, w których czytelnicy informują, że właśnie w ich powiecie czy mieście zlikwidowano koło partyjne. Dzieje się to także pod hasłami wymiany wyborców – ponieważ elektorat SLD wymiera, trzeba go zastąpić młodzieżą. W efekcie 7 kwietnia 2024 r. w grupie 60+ na lewicę głos oddało 5%. A wśród kobiet – które miały być nowym żelaznym elektoratem – ledwie 7,5% (w październiku 2023 r. było to 10,1%).
A młodzi?
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Joe Biden – katalog błędów
Strategiczne pomyłki i decyzje polityczne zmniejszyły amerykańskie wpływy w świecie
Randall L. Schweller jest profesorem nauk politycznych na Uniwersytecie Stanowym Ohio. Jako akademik reprezentuje szkołę realistycznego myślenia o polityce. Wymieniany jest nieraz obok takich realistów strukturalnych jak Kenneth Waltz czy – goszczący na łamach „Przeglądu” – Stephen Walt, chociaż w pracach naukowych wchodzi z nimi w polemiki. Jego najważniejsze książki to „Deadly Imbalances: Tripolarity and Hitler’s Strategy of World Conquest” oraz „Unanswered Threats: Political Constraints on the Balance of Power”. Prace te nie doczekały się jeszcze polskich przekładów.
W prezentowanych fragmentach obszernego artykułu Schweller wylicza błędy popełnione przez byłego już prezydenta Bidena i jego administrację. Niewątpliwie jest rzeczą godną zastanowienia, dlaczego polityk o niezwykle długim stażu i ogromnym doświadczeniu nie zdołał się ustrzec choćby części z nich. Stawia to pod znakiem zapytania mocne przekonanie realistów, że w polityce trzeba słuchać ludzi starszych i bardziej doświadczonych. Bardzo poważnie brzmi zarzut, że działania administracji Bidena zmierzały do wydłużania wojen zamiast ich kończenia. Rzeczywiście, czy w kontekście wojny w Ukrainie nie temu służyło powtarzane przez Biały Dom jak mantra zdanie, że o końcu wojny mogą zdecydować tylko sami Ukraińcy? Zupełnie tak, jakby nasz sąsiad nie otrzymał jedynie od USA pomocy w wysokości 225 mld dol.
Przekład pomija wskazane przez Schwellera błędy Bidena związane z amerykańską polityką wewnętrzną. Koncentruje się wyłącznie na polityce międzynarodowej. Taki wybór wydaje się ciekawszy dla Czytelników „Przeglądu”, bo pośrednio lub bezpośrednio dotyczy także Polski. Z całością artykułu, opublikowanego 3 lutego 2025 r., można się zapoznać, odwiedzając witrynę internetową The American Conservative, pod adresem: www.theamericanconservative.com/bidens-legacy-of-unprincipled-stagnation/.
(…) Politykę zagraniczną Joego Bidena można najlepiej scharakteryzować jako serię strategicznych pomyłek i decyzji politycznych, które zmniejszyły amerykańskie wpływy w świecie, zaogniły regionalne konflikty i naraziły na znaczne ryzyko bezpieczeństwo narodowe USA oraz stabilność międzynarodową. Polityka ta była raczej reaktywna aniżeli wyprzedzająca, często przyczyniała się do przedłużania konfliktów, a nie do ich rozwiązywania. Przykłady to Ukraina i Bliski Wschód. Dlaczego taka była, zważywszy na to, że Biden kreował się przed Amerykanami na przywódcę z 50-letnim doświadczeniem? Przede wszystkim dlatego, że administracji Bidena – i jemu samemu – zabrakło zdefiniowanego systemu wartości i wielkiej strategii. Ich wizja interesu narodowego była mglista albo w ogóle jej nie było. Skutkowało to serią decyzji podejmowanych post factum, będących desperacką próbą zachowania status quo. Brak strategicznej wizji był szczególnie widoczny w niekonsekwentnym podejściu Bidena do sojuszy i w nieumiejętności zdecydowanego przeciwstawienia się wyzwaniom rzucanym przez Chiny i Iran.
(…) To reaktywne stanowisko, pozbawione myśli przewodnich i długoterminowych celów, spowodowało, że Stany Zjednoczone miotały się między jednym kryzysem a drugim, usiłując prowizorycznie naprawić sytuację, zamiast doprowadzić ją do spójnego stanu końcowego. W efekcie spuścizną Bidena okazała się polityka niespójności i straconych szans. Była to polityka zagraniczna cechująca się „sterylnością i stagnacją, odwagą tam, gdzie należało być ostrożnym
Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla; tytuł pochodzi od tłumacza
Czego nie zauważyła Nykiel?
Pisanie komentarzy to proces wymagający sporego pomyślunku. Zwłaszcza gdy autorka ma całą kolumnę na początku numeru.
Marzena Nykiel (tygodnik „Sieci”) dostała taką szansę. A jak ją wykorzystała? Brawurowo. Sięgnęła do głębi swojego serduszka. Żal by było nie pokazać tego, co napisała. Choćby tak głębokiej myśli, że Trump postawił na nogi świat, który do tej pory stał na głowie. Naprawdę, pani Marzeno? A dalej jeszcze ciekawiej: „Ruszyła wielka zmiana prowadząca do społecznego uzdrowienia”. Czekamy więc, aż ta zmiana dotrze do „Sieci”. I do pani Nykiel.
Choroba, na którą nas nie stać
Endometrioza po raz pierwszy została opisana kilkaset lat temu, ale w Polsce wciąż nie zasłużyła w pełni na uznanie
Endometrioza jest przewlekłą, estrogenozależną chorobą zapalną. Choruje na nią 10% kobiet w wieku reprodukcyjnym. Endometrioza stanowi także jedną z najczęstszych przyczyn żeńskiej niepłodności. Co druga kobieta mająca problem z zajściem w ciążę boryka się z nim właśnie z powodu endometriozy.
– Nasze instrumentariuszki asystują także w innych szpitalach – przytacza anegdotę dr Joanna Jacko, która wspólnie z dr B. Pawłem Siekierskim operuje endometriozę w warszawskim Szpitalu Medicover. – Endometrioza ma ponad 30 postaci morfologicznych, które wyglądają przeróżnie. I nasze instrumentariuszki nauczyły się przy nas je wszystkie rozpoznawać. Opowiadają nam, że kiedy asystują do operacji w innych szpitalach, widzą endometriozę i mówią o tym lekarzom. Ale lekarze wiedzą lepiej.
Tyle że wcale nie wiedzą.
Endometrioza nie jest chorobą rzadką, nie choruje na nią kilkaset ani kilka tysięcy kobiet. Dotyka ok. 10% kobiet w wieku rozrodczym, co w Polsce oznacza niemal milion chorych. Dla porównania: na cukrzycę w naszym kraju choruje ok. 3 mln osób. Cukrzycę jednak powszechnie się leczy. O cukrzycy nikt nie mówi, że nie istnieje. A ginekologom o endometriozie, owszem, zdarza się tak powiedzieć.
– Specjalnie przekręcają i pytają pacjentkę, czy też choruje na tę „dendrometriozę”. – Ginekolog Daniel Kurczyński, szef bloku operacyjnego Katowickiego Centrum Onkologii, załamuje ręce. – Nie potrafią jej rozpoznawać, więc w pewnym momencie zaczyna się u nich proces wyparcia. Na jednym z warsztatów miałem okazję mówić o endometriozie. Nóż mi się w kieszeni otworzył, kiedy wyszedł bardzo znany pan profesor i powiedział, że ta choroba to wytwór firm farmaceutycznych, wymysł Big Pharmy i że endometrioza nie istnieje.
Polscy ginekolodzy to zróżnicowana grupa, składająca się z lekarzy zarówno miernych, jak i wybitnych, która jednak w ostatnich latach nie wsławiła się odważną walką o dobro swoich pacjentek. Sprawiający czasem wrażenie, że swoją specjalizację wybrali, nie do końca wiedząc, z czym się ona wiąże, ginekolodzy zbyt często chowają głowę w piasek. Od działania wolą komfort milczenia. Na domiar złego polska medycyna jest mocno zhierarchizowana, a hierarchia bywa przedkładana ponad rzeczywiste umiejętności.
– Nawet jeśli młodzi lekarze są zainteresowani pomocą, wstrzymują ich profesorkowie – oburza się Lucyna Jaworska-Wojtas z Fundacji „Pokonać Endometriozę”. – A co ci profesorkowie zrobili w sprawie endometriozy? Dlaczego się nie uparli, dlaczego nie zabiegali, dlaczego nie alarmowali, że kobiety są niezaopiekowane? Nie dość, że borykamy się z chorobą, naparzamy się z systemem, walimy w drzwi Ministerstwa Zdrowia, to jeszcze musimy staczać walki z murem profesorków, którzy nie rozumieją problemu i mówią nam, że sobie wymyślamy i że endometrioza to moda.
Bo choroba, która po raz pierwszy została opisana kilkaset lat temu, w Polsce wciąż nie zasłużyła w pełni na uznanie. W wielu gabinetach się o niej żartuje, na studiach medycznych ledwo się o niej przebąkuje, a na konferencjach naukowych poświęca się jej jeden wykład.
– Na jednej z konferencji byli eksperci z zagranicy – opowiada dr Jacko. – Znany profesor ze Stanów Zjednoczonych w trakcie swojego wykładu zapytał obecnych, ile zajmuje wyszkolenie ginekologa, który w sposób kompletny będzie umiał operować endometriozę. Na to zgłosił się warszawski ordynator i powiedział, że dwa lata. Amerykanin odparł, że nie zna takiego geniusza. Takie szkolenie zajmuje od pięciu do dziesięciu lat.
I właśnie dlatego ci, którzy uprą się, że endometriozą chcą się jednak zajmować na poważnie, po wiedzę jadą za granicę.
– Ultrasonografii w endometriozie uczyłem się za granicą
Fragmenty książki Magdy Łucyan i Katarzyny Górniak Taka twoja uroda. Jak endometrioza niszczy życie Polek, Znak Horyzont, Kraków 2025
Niechciane dziedzictwo lewicy
Polska lewica padła ofiarą wielkiej socjotechnicznej operacji narzucenia społeczeństwu antykomunistycznej i klerykalnej świadomości narodowej
35 lat temu Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przeszła do historii. Obradujący wtedy w warszawskiej Sali Kongresowej XI Zjazd PZPR 29 stycznia 1990 r. zdecydował o rozwiązaniu partii, która rządziła Polską przez ponad cztery dekady. W jej miejsce utworzono tego samego dnia nowe ugrupowanie, o bardzo wymownej nazwie: Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej. Z jednej strony, wybrano zatem drogę demokratycznej lewicy zachodnioeuropejskiej, ostatecznie żegnając się z bankrutującą radziecką wersją ruchu komunistycznego, a z drugiej – w nazwie partii uwzględniono nową (choć jednocześnie dawną) nazwę państwa polskiego, wprowadzoną zaledwie kilka tygodni wcześniej do konstytucji. Tym symbolicznym gestem ludzie PZPR – a przynajmniej ich najaktywniejsza część – przeszli z PRL do III RP. I tak jak nigdy nie zdradzili Polski Ludowej, uważając ją za jedyne państwo polskie, które w powojennym świecie mogło istnieć, pozostali wierni III Rzeczypospolitej, choć większość jej elit nimi pogardzała i do dziś pogardza.
Nieuchronne
To, co wydarzyło się w styczniu 1990 r., było nieuchronne. PZPR była formą organizacyjną polskiej lewicy w epoce dominacji radzieckiej nad wschodnią częścią Europy. A ponieważ dominacja ta narzucała system autorytarnej władzy jednej partii głoszącej „jedynie słuszną” ideologię (w Polsce i tak znacznie złagodzony istnieniem ZSL i Stronnictwa Demokratycznego oraz stowarzyszeń katolickich), to w praktyce PZPR stała się partią wewnętrznie pluralistyczną. Dawała przestrzeń aktywności ludziom o różnych poglądach – od skrajnie lewicowych po skrajnie prawicowe, wskutek czego przez jej szeregi przechodzili zarówno (nieliczni co prawda) wyznawcy Trockiego, jak i (znacznie liczniejsi) wyznawcy Dmowskiego.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że zdecydowana większość członków rozwiązanej PZPR nie przystąpiła do SdRP. Nurt socjaldemokratyczny istniał w partii rządzącej Polską Ludową właściwie zawsze – wszak PZPR powstała w grudniu 1948 r. z połączenia komunistów z PPR i socjaldemokratów z PPS. I trudno byłoby udowodnić, że tacy ludzie jak Józef Cyrankiewicz, Adam Rapacki czy Henryk Jabłoński nagle stali się komunistami tylko dlatego, że zmienili legitymację partyjną. Socjaldemokratów w PZPR nie brakowało nigdy, tyle że mieli do wyboru dwie drogi. Jedni – jak prof. Edward Lipiński czy Jan Strzelecki – w latach 70. porzucali partię, wiążąc się z opozycją. Drudzy zostali w partii do końca, a w latach 80. stanowili nieraz intelektualne zaplecze ekipy gen. Jaruzelskiego. Mowa o takich ludziach jak prof. Jerzy J. Wiatr, prof. Andrzej Werblan, prof. Hieronim Kubiak czy Mieczysław F. Rakowski, których na Kremlu traktowano jako „socjaldemokratów” właśnie – przy czym to słowo na łamach moskiewskiej „Prawdy” oznaczało skrajny brak zaufania.
Socjaldemokracja była bowiem tym nurtem światowej lewicy, który odniósł sukces, szczególnie w zachodniej Europie, gdzie po wojnie udało się jej przedstawicielom połączyć ekonomiczną wydajność kapitalizmu z autentycznym awansem socjalnym i kulturowym ludzi pracy, dokonującym się w ramach sprawnie działającego „państwa opiekuńczego”. Nic dziwnego, że będący w coraz gorszym stanie system radziecki widział w socjaldemokracji głównego konkurenta, podejrzenie zaś o sympatie socjaldemokratyczne nie ułatwiało kariery w PZPR.
Lewica stanie twardo na nogi
Przez wiele lat doświadczał tego Rakowski, którego droga polityczna w PRL była wyboista. Jako redaktor naczelny tygodnika „Polityka”, w niczym nieprzypominającego nudnego organu partyjnego, a także człowiek świetnie mówiący po angielsku
Harcownicy Ziobry
Połowa prokuratury krajowej bruździ Adamowi Bodnarowi
Zawiadomienie o zamachu stanu sprokurowane przez Bogdana Święczkowskiego wywołało powszechną ekscytację. Były prokurator krajowy i szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w rządach PiS oskarżył kilkaset osób – na czele z premierem, ministrami, marszałkami Sejmu i Senatu, parlamentarzystami wspierającymi rząd, niektórymi prokuratorami i sędziami – że działając w zorganizowanej grupie przestępczej, dopuścili się zbrodni. Zbrodnia polega na tym, że nie uznają utworzonej przez PiS i obsadzonej przez nominatów tej partii nielegalnej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, nielegalnej i upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa oraz działającej pod dyktando PiS atrapy sądu konstytucyjnego. „Puczyści” podważają też status neosędziów, ludzi często bez kompetencji i kręgosłupa moralnego, którzy zawdzięczają kariery układom politycznym.
A już największą zbrodnią Donalda Tuska i jego szajki jest to, że uchwalili budżet państwa, pozbawiając sutych pensji Święczkowskiego i innych tzw. sędziów TK.
Nie trzeba być wytrawnym prawnikiem, by dojść do wniosku, że mamy do czynienia z hucpą w wykonaniu Święczkowskiego. Jego metody działania polegają na fałszywym oskarżaniu i wrabianiu ludzi w przestępstwa. Tak było w przypadku Barbary Blidy. Wobec niewinnej kobiety uknuto zakończoną tragicznie intrygę, a okoliczności śmierci popularnej polityczki lewicy nigdy nie udało się wyjaśnić. Między innymi dlatego, że ślady na miejscu tragedii zostały dokładnie zatarte przez podległych Święczkowskiemu funkcjonariuszy.
W podobny sposób jak Barbarę Blidę, tj. wrabiając w przestępstwa, Święczkowski chciał załatwić również byłego zastępcę prokuratora generalnego Andrzeja Kaucza, Romana Giertycha czy Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich. Nie ma więc co się dziwić, że wierny żołnierz PiS udający sędziego poszedł po bandzie i wykrył zamach stanu.
„Ostry” w natarciu
Donos o zamachu Święczkowski przekazał swojemu koledze i byłemu podwładnemu Michałowi Ostrowskiemu, zwanemu „Ostrym”. To jeden z sześciu zastępców prokuratora generalnego, których Adam Bodnar dostał w spadku po Zbigniewie Ziobrze (Ostrowski został powołany w listopadzie 2023 r., już po przegranych przez PiS wyborach). Oprócz Ostrowskiego są to: Robert Hernand, Tomasz Janeczek, Krzysztof Sierak, Andrzej Pozorski i Beata Marczak. Ta ostatnia jednak w przeciwieństwie do pozostałych uznaje Dariusza Korneluka za prokuratora krajowego i nie sabotuje decyzji przełożonego. Ziobrowych buntowników nie można odwołać bez zgody Andrzeja Dudy, bo spodziewając się utraty władzy, PiS skutecznie zabetonowało prokuraturę, dając prezydentowi nadzwyczajne kompetencje.
Ostrowski szybko zabrał się do pracy. W ciągu kilku dni przesłuchał
Dar pomagania
Pierwsze wejścia na oddziały onkologiczne, do poszczególnych sal, były dla mnie dramatem
Jolanta Kwaśniewska – pierwsza dama RP w latach 1995-2005, prawniczka, bizneswoman, założycielka i prezeska Porozumienia Bez Barier
Zaczęła pani wkraczać do trudnej emocjonalnie przestrzeni – przestrzeni szpitali. Często nie wiemy, jak się tam zachować, czasami wręcz boimy się wchodzić. To było zderzenie z nieznanym światem?
– Dla mnie to nie do końca był obcy świat, bo znałam sytuacje, w których chorowali najmłodsi – takich przypadków było wśród znajomych kilkanaście. Wiedziałam, co to oznacza dla rodziny, a co dla samego dziecka. I z jakim zaangażowaniem rodzice w tamtych czasach walczyli, żeby pomóc swoim dzieciom.
W Polsce mieliśmy zawsze świetnych, oddanych lekarzy i pielęgniarki. Głęboko podziwiam medyków, sama przecież chciałam być lekarką – wciąż uważam, że możliwość pomagania ludziom to najpiękniejszy dar. Natomiast lekarze onkolodzy, zwłaszcza onkolodzy dziecięcy, to kategoria szczególna. W latach 90., kiedy umieralność była znacznie wyższa, zajmowanie się dziećmi, patrzenie w ich oczy i przekonywanie, że mimo wszystko będzie dobrze – chociaż wiadomo, że czas, jaki im został, jest bardzo krótki… To było potwornie trudne.
Przywoływałyśmy dane dotyczące przeszczepów szpiku kostnego. Zaledwie kilkadziesiąt na 1,2 tys. chorujących dzieci rocznie miało szansę na przeszczep. Trudno nie poczuć się przytłoczoną tymi liczbami. A przecież problemów było więcej.
– Jak opowiadałam, od samego początku, od kiedy mąż został wybrany na urząd prezydenta, otrzymywałam bardzo wiele listów – potem zaczęły one przychodzić lawinowo. Pisali do mnie wszyscy, którzy po prostu nie mieli pieniędzy, żeby zadbać o swoją rodzinę, o bliskich. Ludzie załamani niespodziewanie trudnymi sytuacjami, które na nich spadły. To właśnie nawał listów i opisywane w nich historie stały się potężnym motorem powstania fundacji.
Wiele listów dotyczyło przeszczepu szpiku kostnego. Dołączona była do nich gruba dokumentacja medyczna. Do tego informacja, że przeszczep jest możliwy tylko w Stanach Zjednoczonych. Koszt: 100 tys. dol. Gros zdesperowanych rodziców prosiło mnie o zebranie środków, ale przecież nie czułam się Panem Bogiem, który ma prawo decydować, do kogo powinny trafić pieniądze, a do kogo nie. Skrajnie trudno przecież wybrać, że opłaci się procedurę transplantacji u jednego z dzieci, a pozostałe kilkadziesiąt, które również aplikowało, nie będzie miało takiej szansy… Wtedy zbiórki społeczne nie były znane, nie istniały żadne serwisy fundraisingowe, starałam się więc prosić różne instytucje, żeby nas wspomagały.
Bardzo ważnym postulatem, ujętym w statucie fundacji, było wyrównywanie szans ludzi chorych, z niepełnosprawnościami, przede wszystkim dzieci.
Od czego zaczęły się pani działania?
– Przychodziły do mnie setki zaproszeń na różne spotkania, wydarzenia, konferencje, ale na swój pierwszy wyjazd wybrałam międzynarodowe dni osób niepełnosprawnych, które odbywały się w 1996 r. w Zgorzelcu.
Tuż przy polsko-niemieckiej granicy. Co pani tam zobaczyła?
– Rewelacyjne warsztaty
Fragmenty książki Pierwsza dama. Jolanta Kwaśniewska w rozmowie z Emilią Padoł, W.A.B., Warszawa 2024
Popowodziowe powroty do życia
Głuchołazy to od ubiegłorocznej powodzi chyba najbardziej znane polskie miasteczko. Miesiąc po miesiącu odżywają
Dawny zdrój, gdzie z sukcesami leczono gruźlicę – Bad Ziegenhals, Kozia Szyja, Capri Collum. Kozia głowa na długiej szyi, herb miasta, jest symbolem Głuchołazów, upamiętnionym też na sympatycznym muralu przy ryneczku.
Mija piąty miesiąc od powodzi. – Cieszymy się, że funkcjonują wszystkie szkoły, prowadzone zarówno przez gminę, jak i przez stowarzyszenia, np. ta w Jarnołtówku, gdzie była zalana kotłownia, piec był niesprawny, ale wszystko zostało załatwione. Przedszkola pracują. Żłobek niebawem przyjmie wszystkie dzieci – wylicza burmistrz Głuchołazów Paweł Szymkowicz.
Remontowane są dom dziennego pobytu przy całkowicie zalanej alei Jana Pawła II oraz znajdujący się po jej drugiej stronie żłobek. – Niezalane piętro w dwupoziomowym budynku po wykonaniu pewnych prac sanepid dopuścił do użytku dla pięćdziesięciorga dzieci. Ten obiekt w czerwcu oddaliśmy po gruntownym remoncie. Był najnowocześniejszy w powiecie, na 125 miejsc, całkowicie zaspokajał potrzeby maluchów z gminy, mógł przyjąć dziecko niemal z dnia na dzień. Niestety, ta sytuacja trwała tylko do połowy września, kiedy stało się to, co się stało. Remont za kwotę 1 mln zł sfinansuje Fundacja TVP – przy takiej pomocy to idzie bardzo szybko, prace trwają – mówi urzędnik.
Wielkim postępem jest udrożnienie długiej, pełnej domów i zakładów ulicy Andersa, biegnącej wzdłuż Białki (czyli Białej Głuchołaskiej) i łączącej część zdrojową z centrum. Ulica była kompletnie zniszczona powodzią tak jak domy, wille, działki do niej przylegające. Jest już w całości przejezdna.
Udało się zapewnić zaopatrzenie miasta w wodę, ukończono odbudowę kolektora ściekowego z Głuchołazów do Nysy, który był uszkodzony na odcinku kilometra. – Koszt ponad 6 mln zł pokryło państwo. Udało się też zrobić przerzut wody, taki docelowy, z basenów tzw. wody surowej do stacji uzdatniania wody, z prawego brzegu Białki na lewy. Nauczeni doświadczeniem z 15 września, kiedy zerwało most kratowy i podczepioną pod nim magistralę wodną, zrobiliśmy przewiert i w nim umieściliśmy rurociąg wody surowej do stacji uzdatniania. Nic już raczej nie powinno mu szkodzić – podkreśla Szymkowicz.
Mieszkania, mieszkania
W Głuchołazach jest 140 zalanych mieszkań komunalnych. Lokatorzy 100 zdecydowali się je remontować ze swoich środków, odszkodowań, a przede wszystkim z pieniędzy, które rząd przeznaczył na zasiłki (do 200 tys. i 100 tys. na pomieszczenia gospodarcze). – Pozostaje 40 mieszkań osób, które nie poradziłyby sobie z różnych powodów z takim zadaniem. Te będą remontowane na koszt gminy. Wtedy oczywiście ich lokatorom nie będzie przysługiwał zasiłek. Wciąż w hotelach i schronisku przebywa 27 osób, dwie rodziny i samotna pani w Pokrzywnej, reszta osób – w ośrodku Banderoza w Głuchołazach. Część rodzin mieszka u bliskich, znajomych. Będą przystępować do remontów mieszkań wiosną. Jako gmina dodatkowo przebudujemy i przystosujemy dotychczasowe pustostany i lokale niezamieszkane. W sumie jest ich 97 i docelowo, jako mieszkania komunalne, gminne, będzie można je dzierżawić. Niewykluczone, że część lokali wystawimy na sprzedaż – zapowiada burmistrz.
Krajobraz popowodziowy to wciąż dużo problemów pojedynczych ludzi. Na przykład małżeństwo mieszkające na parterze w jednym z budynków komunalnych przy zalanej w całości ulicy zostało poszkodowane po raz drugi, pierwszy raz w 1997 r. Byli przekonani, że mają bardzo dobre ubezpieczenie, a okazuje się, że nie obejmuje ono powodzi. – Oni już nie chcą tam mieszkać, chcą się przeprowadzić do mieszkania poza terenem zalewowym, mają niewystarczające, skromne oszczędności, a nie wiadomo co z odszkodowaniem. Ale jeśli chcą korzystać z zasiłku dla powodzian, muszą zostać w starym mieszkaniu. Takich spraw jest dużo – opowiada gospodarz miasta.
Piąty miesiąc po powodzi, a wciąż napływają wnioski o zasiłki, można je składać w przedłużonym terminie do 15 marca. Jest ich bardzo dużo. Składanie ich tak późno, jak praktyka pokazuje, to również efekt tego, że „sąsiad dostał, więc ja też muszę”. Procedury wymagają opracowania każdego wniosku, powołania komisji szacunkowej, która na miejscu oceni straty, sporządzi dokumentację, wyda decyzję. – Wydawanie tylu decyzji trwa, a faktycznie poszkodowani czekają. Na szczęście rząd w pewnym momencie wprowadził zaliczki do 50 tys. i ludzie mogli zacząć coś robić – zaznacza burmistrz.
Mieszkańcy gminy narzekają
Moje kartki
Mieliśmy zamach stanu. Krzyczały o tym paski TV Republika, krzyczała prawica, warczał prezes. Byli tacy, co w trwodze wyglądali przez okna, czy nie ma czołgów, ale okazało się, że to tylko zamach stanu pełzający, więc słabo go widać. Powiało jednak grozą, szczególnie przestraszyły się Rodzina Radia Maryja i lud zaszyty po małych miastach i wsiach. Jakby nie wystarczyło że Prawo i Sprawiedliwość zatruło jadem pojęcia prawa i sprawiedliwości, słowo patriotyzm – zbrukane, elita – wyzwisko, prawda jako kpina. Teraz pojęciem nieostrym i nieoczywistym staje się zamach stanu.
„Notesy” Andrzeja Wajdy, cztery potężne tomy. Notował codziennie, zapisywał myśli, spotkania i okruszki dnia, rysował. Ogromny, fascynujący materiał – zapełniał notesy od roku 1942 do 2016, więc to, co dostajemy, jest tylko wyborem – szkoda. Czasami notuje byle co, a czasami głębokie myśli. Wszystko kręci się wokół sztuki. Ale Wajda jest też bardzo zaangażowany politycznie i społecznie. Notatki ukazują reżysera jako wielkiego myśliwego, polował jak szalony na tematy, węszył, nastawiał uszu i utrzymywał masę gęstych kontaktów z ludźmi, z których mógł wycisnąć, co będzie mu przydatne. Był jak wielka ssawka. Nie kpię i nie mam żalu. To była walka, by dawać świadectwo światu i Polsce, tej dawnej i tej nowej. I w dużej mierze to się udało. A nie było łatwo, nieraz skarżył mi się, że brakuje u nas literatury, tej dobrej prozy drugiej ligi, która często jest bazą scenariusza.
I pomyśleć, że stał się dla polskiej prawicy śmiertelnym wrogiem. On, który dla naszej tożsamości zrobił tak wiele, odnosząc się do tego, co w naszej tradycji piękne, ale też bolesne. Dał Polsce piękne świadectwo.
Spotykam czasami w tych zapiskach siebie. 20 stycznia 1981 r. Wajda notuje: „Jastrun przynosi swoje kartki – ładne, wzruszające, ale całkowicie niedramatyczne”. Nic z tego nie pamiętam, jakie kartki, czemu miały być dramatyczne? W tumanach kurzu wyłuskuję swoje dzienniki spod łóżka i jest! Rok 1981. Znajduję odpowiedni dzień. Wszystko się wyjaśnia. „Rano w wytwórni na Chełmskiej, gdzie jestem umówiony z Wajdą. Mistrz szalenie zmartwiony, mówi: »Kochani, jesteśmy zupełnie w proszku, trzeba coś ruszyć«. I rzeczywiście, scenariusz Ścibora zupełnie się rozsypał. Wielkie kłopoty sprawia tytuł »Człowiek z żelaza« – bardzo niedobry, narzucający wielkie ograniczenia
Make Germany Great Again!
Umizgi Elona Muska do skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD) mają już parotygodniową metrykę, ale są na tyle niesłychane, że pisać winno się o nich bez przerwy. Po pierwsze bowiem, Musk dysponuje platformą X – orężem docierającym do milionów ludzi na świecie i kształtującym ich opinię. Po drugie, nie jest on osobą prywatną, lecz członkiem ścisłego kierownictwa USA. Po trzecie, ponieważ ekscesy miliardera nie wywołują reakcji prezydenta, wolno przyjąć, że mówi on to, czego Trumpowi – mimo wszystko – powiedzieć nie wypada. Jeżeli zaś tak, to – po czwarte – mocarstwo pozaeuropejskie ingeruje w sprawy jednego z państw Unii Europejskiej. Czy będzie ingerować także w nasze sprawy? Thomas Rose, nowy ambasador USA w Warszawie, informujący kłamliwie o zamiarze aresztowania przez polski rząd premiera Izraela, budzi uzasadnione obawy. A Musk? Politolodzy twierdzą, że byłoby dziwne, gdyby prób ingerencji nie powtarzał.
Kontekst jego wybryków jest zaś jeszcze bardziej porażający. Najpierw ze względu na niego samego, popierającego skrajną prawicę na całym świecie, a słynącego też z niedawnego – nazwijmy to tak – „salutu rzymskiego”. Potem ze względu na sytuację wewnętrzną Republiki Federalnej, pogrążonej w kryzysie politycznym. I rzecz oczywiście nie w tym, że po wyborach 23 lutego niemiecka socjaldemokracja niechybnie odda władzę i że zastąpi ją CDU. Rzecz w tym, że CDU to nie jest już partia Helmuta Kohla
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl






