2025
Mocny w gębie
Dominik Tarczyński – wierny uczeń i naśladowca Donalda Trumpa
Plotkarskie media obiegły zdjęcia polityka PiS w towarzystwie gwiazdy TVN Joanny Krupy. Czułe objęcia i gesty w modnej warszawskiej restauracji wywołały niedowierzanie i wiele spekulacji. Krupa znana jest bowiem z tolerancji i wspierania środowisk LGBT, a także walki o prawa zwierząt. Zwalcza przemysł futrzarski i publicznie krytykuje celebrytów, którzy noszą futra. Tarczyński zaś to zaciekły rasista, homofob i mizogin. Wulgarnie odnosił się do kobiet walczących o swoje prawa, a w mediach społecznościowych zamieścił zdjęcie w czerwonym płaszczu z kołnierzem z futra jenota. Fotografia wywołała oburzenie wśród obrońców praw zwierząt, a Tarczyńskiemu nadano złośliwy przydomek „jenot”.
Jeszcze kilka dni przed randką z eksmodelką Tarczyński występował w całkiem innej scenerii. W Londynie wziął udział w rasistowskim, antyimigranckim wiecu skrajnej prawicy.
Krzyżowiec PiS
„Odeślijmy ich z powrotem! (…) Musimy być bardzo radykalni. Zero oznacza zero. Dość znaczy dość. Mamy dość! (…) Niech świat wie, że nasza cywilizacja chrześcijańska zbudowała ten piękny kontynent. (…) Czas teraz na odważnych mężczyzn. Czas przestać nosić sukienki. Musimy założyć zbroję! (…) Bądźcie mężczyznami, chrońcie swoją rodzinę, chrońcie swoje dzieci!”, wykrzykiwał ze sceny do podekscytowanego tłumu europoseł PiS.
Organizatorem wiecu był Tommy Robinson, przyjaciel Tarczyńskiego i skrajnie prawicowy aktywista znany ze szczucia na wyznawców islamu. Robinson wspiera Władimira Putina, szerzył też rosyjską dezinformację dotyczącą wojny w Ukrainie. Innym gościem marszu był Petr Bystron, eurodeputowany niemieckiej populistycznej AfD. Polityk ten oskarżany jest przez prokuraturę o promowanie hitleryzmu, łapówkarstwo i pranie pieniędzy otrzymywanych od Rosji. Bystron i Tarczyński są w doskonałej komitywie. W 2018 r. panowie odebrali nagrodę im. Phyllis Schlafly, przyznawaną przez amerykańskie środowiska prawicowe za „pracę poświęconą Bogu, Rodzinie i Ojczyźnie”. Wśród zaproszonych na imprezę byli m.in. Mike Cernovich i Stefan Molyneux, prawicowi ekstremiści, twórcy fake newsów i wyznawcy spiskowej rasistowskiej teorii „ludobójstwa białych farmerów” w RPA.
Obecność Tarczyńskiego na zagranicznych wiecach i imprezach skrajnej prawicy nie jest przypadkowa. Jego politycznym idolem jest Donald Trump, a dzięki perfekcyjnej znajomości angielskiego polityk PiS ma szerokie kontakty w środowiskach ekstremistycznych na całym świecie. Koleguje się z wpływowymi przedstawicielami amerykańskiego ruchu MAGA i z Álvarem Uribe, byłym prezydentem Kolumbii, którego nazwał „wspaniałym człowiekiem” i „przyjacielem Polski”.
O tym „wspaniałym człowieku” Tarczyński nakręcił film „Kolumbia – świadectwo dla świata”. Dokument w 2011 r. zdobył pierwsze miejsce na XVI Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie.
Tarczyński przedstawił prezydenta jako katolickiego męża stanu i zbawcę narodu, rozprawiającego się z marksistowskimi mafiami narkotykowymi. Prawda jednak była inna. Uribe to skorumpowany morderca, twórca owianych złą sławą grup paramilitarnych powiązanych z przemysłem narkotykowym. Bojówki torturowały i zamordowały tysiące ludzi, w tym kobiety i dzieci.
„Szkoda, że reżyser filmu nie sprawdził żadnych rzetelnych danych na temat prezydenta, przyjmując bezkrytycznie propagandową wersję samego bohatera dokumentu i jego zwolenników. (…) Autor filmu gorąco zachęca do jego obejrzenia. Owszem, można, tym bardziej że w jednej piątej film przedstawia szczere świadectwa zwykłych ludzi. Cała reszta to farsa, stworzona dzięki wyjątkowej naiwności i beztrosce nieprzygotowania do rozmowy z politykami. Jest to również kompromitacja jury Festiwalu. Czyż można bardziej się pomylić, niż podziwiając Piłata jako skutecznego urzędnika państwowego, chwaląc Szawła z Tarsu za gorliwość w promowaniu judaizmu lub lansując Nerona jako artystę tragicznego?”, pisał na katolickim portalu DEON.pl jezuita ks. Andrzej Sarnacki.
Z ziemi brytyjskiej do Polski
Kariera polityczna Tarczyńskiego (rocznik 1979) jest nietypowa jak na polskie warunki. Europoseł PiS nie zaczynał w młodzieżówce partyjnej, nie nosił teczki za starymi politykami, nie działał w organizacjach pozarządowych czy w samorządzie. Pochodzi z Bełżyc pod Lublinem, ukończył studia
Duda, książka i milioner
Eksprezydent bardzo chce mieć jakiś sukces. Choć niewiele mu się udało przez 10 lat prezydentury, krakowski prawnik nie rezygnuje. Tym razem szuka sukcesu jako pisarz. Ba, autor autobiografii „To ja”. Nobla za nią z pewnością nie dostanie. Nie będzie nawet książki miesiąca w jakiejś gminie. Za to pomocnik w pisaniu wspomnień Dudy, Maciej Zdziarski, to taki gość, który ma dryg do wielkich zarobków. Tylko od marca 2020 r. do maja 2021 r. potrafił zarobić 1 mln 53 tys. i 667 zł. Gdzie tak płacą? W PZU SA oraz PZU Życie SA. Zdziarski przez 14 miesięcy robił tam za doradcę. Duda ze Zdziarskim znają się od 20 lat. Mają prawicowe poglądy. Różni ich tylko stan majątkowy. Zdziarski jest milionerem, a Duda płacze, że mu brakuje na życie.
Z receptą do paki
Jak mogą dorobić lekarze i aptekarze? Jeśli myślicie, że dłuższą pracą, mylicie się bardzo. Są pomysły prostsze, za to dające wielką kasę. Trzy grupy przestępcze połączyły swoje wysiłki w wystawianiu recept na leki, które nie trafiły do pacjentów. Nazwiska brane były np. z listy mieszkańców domów opieki społecznej. Trzy lata (2022-2024) działalności i prawie 40 tys. recept to zarobek w wysokości co najmniej 82 mln zł. 21 osób, w tym lekarzy, właścicieli i pracowników aptek oraz ludzi z branży medycznej, zatrzymano w akcji służb i NFZ.
Teraz to im będą potrzebne recepty. A jeszcze bardziej cwani adwokaci.
Przyjemne oswajanie czasu
Nie wierzę w pogoń za czymś, co i tak nam ucieknie
Danuta Stenka – w 1984 r. ukończyła Studium Aktorskie przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (na deskach którego debiutowała w 1982 r. w „Betlejem polskim”). Przez kolejne cztery lata (od 1984 r.) występowała na scenie Teatru Współczesnego w Szczecinie. W 1988 r. przeniosła się do Teatru Nowego w Poznaniu, gdzie zaczęła się jej długoletnia współpraca z Izabellą Cywińską, a także pierwsze role w Teatrze Telewizji. W 1991 r. została aktorką Teatru Dramatycznego w Warszawie, a od 2003 r. warszawskiego Teatru Narodowego. Występuje gościnnie w spektaklach u takich reżyserów jak Grzegorz Jarzyna (TR Warszawa) czy Krzysztof Warlikowski (Nowy Teatr). Laureatka wielu nagród aktorskich, przewodnicząca Rady Fundacji Legalna Kultura.
Czym jest spokój wobec upływu czasu? Czy to dar akceptacji, czy tylko iluzja, którą próbujemy sobie wmówić?
– Spokój… Czasem czuję, że jest we mnie od zawsze, jak cichy strumień płynący gdzieś pod powierzchnią. Innym razem muszę o niego walczyć, zagłuszać w sobie podszepty lęku. Ale spokój niewątpliwie pojawia się wtedy, gdy wiem, kim jestem, i nie szukam siebie w oczach innych.
A lęk przed przemijaniem? Czy naprawdę istnieje? (…)
– Nie wiem, czy to jest lęk przed przemijaniem samym w sobie, czy raczej przed świadomością, że nie zdążę tego wszystkiego przeżyć. A przecież nie da się mieć wszystkiego. Może to cała tajemnica, że wszystko, co nam się zdarza, jest dokładnie tym, co miało się zdarzyć.
Myślałam, że kiedy przemija uroda… Mówi się, że piękno może być przekleństwem, jeśli definiuje cię w oczach innych. A co, jeśli nagle zaczyna blaknąć? (…)
– Jeśli ktoś całe życie słyszy, że jest piękny, może mu się wydawać, że to jego jedyna wartość. A potem patrzy w lustro i widzi, jak czas powoli zabiera mu to, czym był dla świata. Ale to nie jest moje doświadczenie. Nigdy nie żyłam świadomością własnej urody. Byłam szczupłą dziewczynką, a z dojrzewaniem, kiedy zaczęło kształtować się moje myślenie o sobie jako kobiecie, przyszła nieproszona przemiana – ciało stało się pełne, biust zbyt duży na ówczesne standardy. Chowałam się w za duże swetry i koszule. Potem przez lata szczuplałam i zaczęło się pojawiać coraz więcej przychylnych komentarzy na temat mojej urody, ale już nie zdołały zmienić mojego postrzegania siebie.
Kiedy więc człowiek staje się wolny od tych wszystkich zewnętrznych ocen?
– Może wtedy, kiedy przestaje się przeglądać w oczach świata? Mój zawód raczej temu nie sprzyja. W teatrze przez lata widziałam siebie jako aktorkę charakterystyczną. Byłam nabitą, pulchną babką, nie wchodziłam w role zjawiskowych kobiet, bo po prostu nie spełniałam warunków, nie kwalifikowałam się. I wtedy Izabella Cywińska, przyjmując mnie do swojego teatru, powiedziała: „Nawet mam dla ciebie rolę! Zagrasz piękną kobietę w »Świętoszku«”. Nogi się pode mną ugięły. Poprzeczka została zawieszona poza moim zasięgiem. Mogłam pracować nad rolą, stworzyć postać, ale nie mogłam przecież fizycznie stać się kimś, kim nie byłam. I przez lata czułam ten rozdźwięk – między tym, jak mnie widziano, a tym, jak sama siebie postrzegałam. Kamera wprowadziła nową perspektywę – surowszą, bardziej obnażającą. Teatr, który nie operuje zbliżeniami, jest łaskawszy. A kamera? Kamera widzi cię, ogląda jak pod lupą. Tymczasem nadszedł czas, kiedy powłoka cielesna zaczyna marnieć, urody, jakakolwiek by była, zaczyna ubywać. I wiesz, co to we mnie zmieniło? Nic.
Zatem lęk przed upływem czasu nie polega na tym, że coś tracimy, ale na tym, że nie umiemy dostrzec, co zostaje?
– Pewnie na jednym i na drugim. Nawet jeśli nie traktowałam urody jako kapitału i wiem, że czas nie może mnie okraść z czegoś, czego nie posiadam, to przecież on i tak mi coś odbierze, choćby sprawność fizyczną.
Czyli klucz tkwi nie w zatrzymaniu czasu, ale w zgodzie na to, co przychodzi?
– On i tak wygrywa, więc może zamiast z nim walczyć, lepiej nauczyć się tańczyć w jego rytmie.
Jak to jest patrzeć w lustro i widzieć, jak czas zostawia na twarzy swoje ślady? Czy pierwsze oznaki starzenia są bardziej szokiem, czy może czymś, czego się spodziewałaś?
– Zaskoczyła mnie moja reakcja. Nie było szoku. Pojawiło się coś, czego się właśnie nie spodziewałam – jakaś czułość, ciepła pobłażliwość. Po prostu spojrzałam w lustro, uśmiechnęłam się i pomyślałam: „Ooo, a więc zaczęło się”. Nie wiem, skąd we mnie ten spokój. Może to prezent od losu? Może sama na niego zapracowałam, nieświadomie? Wiem jedno
Fragmenty rozmowy z książki Beaty Biały Kobiece gadanie, Rebis, Poznań 2025
Biedroń, oszczędź wstydu
O tym miglancu wyborcy chcieliby zapomnieć. Ale od czasu do czasu Robert Biedroń opuszcza siedlisko w Brukseli i wędruje po telewizjach. Litościwe dziennikarki nie zadają mu trudnych pytań. Na przykład o to, co napisała Beata Maciejewska. Była wiceprzewodnicząca Klubu Parlamentarnego Lewicy ma sporą wiedzę o krętych ścieżkach Biedronia. To przecież szefowa jego gabinetu w czasach, gdy był prezydentem Słupska. A działo się tam wiele dziwnych rzeczy. Maciejewska mówi o nepotyzmie: „Wiosna Biedronia była moim zdaniem projektem obliczonym na zdobycie dochodowych mandatów Biedroniowi i Śmiszkowi. Pozostali działacze byli jedynie trampoliną dla lidera. I jego przybocznych”.
Dla lewicy obydwaj są tylko balastem. I wstydem.
Warszawa sparaliżowana (przez policję)
Studenci ruszyli na uczelnie, a policja z garnizonu stołecznego na ulice Warszawy. Tak wyglądał poranek 1 października. Od świtu do godz. 10 trwała akcja „Trzeźwy poranek”. Policja chciała oczywiście dobrze, ale wyszło tak: w masowej kontroli sprawdzono niemal 18 tys. kierowców; złapano 41, którzy byli po kielichu, dwóch po narkotykach i sześciu bez prawa jazdy. Efekty bardziej niż mizerne.
Co gorsza, akcji towarzyszył całkowity paraliż na ulicach. Na amen zakorkowano wlotówkę w Łomiankach. Skargi samorządowców, spóźnienia do pracy, szkół i na uczelnie. Nie trzeba terrorystów i zamachowców. Miasto może sparaliżować nasza dzielna policja. Pozdrowienia dla mł. insp. Roberta Szumiaty, rzecznika prasowego Komendy Stołecznej Policji. I asp. Kamila Sobótki. Wasze milczenie po tej aferze nie jest złotem.
Pożyczamy i pomagamy
Nasze zadłużenie zbliża się do 2 bln zł, mimo to wciąż hojnie pożyczamy
27 marca 2001 r. Bogdan Lewandowski, poseł SLD, skierował na ręce ówczesnego premiera Jerzego Buzka zapytanie w sprawie zobowiązań finansowych obcych państw wobec Polski. Odpowiedzi udzielił mu wiceminister finansów. Wynikało z niej, że zobowiązania 19 państw wobec Warszawy wynoszą ok. 1,2 mld dol.
Największymi dłużnikami naszego kraju były:
Irak – 564 mln dol.,
Syria – 245 mln dol.,
Angola – 141 mln dol.,
Sudan – 54 mln dol.
Poza tym: Nikaragua, Algieria, Etiopia, Mozambik, Jugosławia, Mongolia, Kuba, Korea Północna, Kambodża, Albania, Rumunia, Bułgaria, Tunezja oraz Jemen i Wietnam.
W latach 1996-1999 udało się rozliczyć w pełni zaległe zadłużenie Chińskiej Republiki Ludowej. W 2000 r. rozliczono także zaległe zobowiązania Argentyny i Rosji, odzyskując łącznie 22,8 mln dol. Państwa te dokonywały spłat częściowo w formie gotówkowej, częściowo dostarczając towary.
Zobowiązania Etiopii w wyniku negocjacji zostały częściowo uregulowane poprzez nabycie praw własności do znajdującej się w Addis Abebie nieruchomości przeznaczonej na potrzeby polskiej misji dyplomatycznej.
W 2001 r. szacowano, że ponad 95% zobowiązań kredytowych wobec Polski stanowiły należności przeterminowane, czyli niespłacalne. Sądzę, że w ostatnich latach sytuacja się poprawiła.
Według najnowszych danych w 2025 r. 19 państw jest Polsce dłużnych ok. 7,7-8,6 mld zł, czyli od 2,13 do 2,38 mld dol., licząc po obecnym kursie NBP. Wśród największych dłużników są: Irak, Syria, Sudan, Mozambik i Chiny.
Ukraina – bardziej pomagamy, mniej pożyczamy
Nie brakuje opinii, że dziś największe zobowiązania wobec Warszawy ma Ukraina. Nasze wsparcie dla tego państwa sięgnęło w ostatnich latach, według niektórych wyliczeń, 4,5 mld euro, czyli ok. 19,4 mld zł. Według innych informacji może być wyższe.
Zgodnie z danymi Kiel Institute for the World Economy Polska zajmuje trzecie miejsce na świecie pod względem łącznego wsparcia dla Ukrainy, o wartości 34,44 mld euro, co stanowi prawie 5% polskiego PKB.
Po agresji Rosji udzieliliśmy Kijowowi bezprecedensowej pomocy wojskowej. Dosłownie ogołociliśmy swoje magazyny, przekazując Ukraińcom ok. 350 czołgów różnych typów: od T-72, przez PT-91 Twardy, po Leopardy 2A4. Do tego doszło 250 bojowych wozów piechoty BWP-1, 100 transporterów Rosomak
Nie tylko jedna choroba
Zdrowie po 65. roku życia
Prof. dr hab. n. med. Artur Mamcarz – kierownik III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia oraz prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Holistycznej.
Czy wielochorobowość zwykle zaczyna się po 60. roku życia?
– Tak. Ryzyko występowania chorób przewlekłych rośnie wraz z wiekiem. Rzadko spotykam pacjenta po 65. roku życia, który nie ma żadnych problemów zdrowotnych. Choroby najczęściej nie występują wtedy pojedynczo, ale współistnieją, tworząc skomplikowaną sieć zależności. Mówimy wówczas o wielochorobowości, a leczenie takiego pacjenta wymaga zupełnie innego podejścia niż w przypadku osoby młodszej, z jednym rozpoznaniem.
Które schorzenia są w grupie seniorów najczęstsze?
– Choroby układu krążenia. Nadciśnienie tętnicze to niemal epidemia, bo dotyczy ok. 12 mln Polaków. Jego konsekwencjami są: zawały serca, udary mózgu, niewydolność serca oraz zaburzenia rytmu. Równolegle mamy zaburzenia lipidowe – podwyższony cholesterol prowadzi do odkładania się blaszek miażdżycowych w tętnicach. Problem w tym, że zwężenia rzędu 50-70% mogą nie dawać objawów. Pacjent czuje się zdrowy, a proces chorobowy postępuje. Wystarczy pęknięcie blaszki i dochodzi do zawału.
Jakie inne choroby mogą się jeszcze pojawiać?
– Cukrzyca typu 2, której częstość rośnie wraz z epidemią otyłości, przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP), szczególnie u palaczy, ponadto nowotwory oraz choroby zwyrodnieniowe stawów i kręgosłupa, które ograniczają mobilność i obniżają jakość życia. Oprócz czynników biologicznych bardzo ważne są czynniki społeczne – samotność, brak aktywności, zły sen, zanieczyszczenie środowiska. To wszystko sprzyja chorobom i przyśpiesza proces starzenia. Dlatego dla pacjentów 60+ tak istotna jest adherencja terapeutyczna.
Co to jest adherencja terapeutyczna?
– To przestrzeganie rekomendacji, które w stosunku do pacjenta proponuje lekarz po wspólnym ustaleniu zasad diagnostycznych, a później terapeutycznych. Adherencja służy temu, by pacjent czuł się lepiej i mógł dłużej cieszyć się zdrowiem. Nie wystarczy, że osoba chora odbierze receptę i wykupi lek – kluczowe jest jego regularne stosowanie, przestrzeganie zaleceń dotyczących diety, aktywności fizycznej, redukcji masy ciała, rzucenia palenia itd. Niestety, wiele osób rezygnuje z terapii po kilku tygodniach, bo „czuje się lepiej”, albo zapomina o niektórych lekach, szczególnie przy wielochorobowości.
Brak współpracy pacjenta z lekarzem prowadzi do nasilania się objawów i większej liczby hospitalizacji, a w konsekwencji do krótszego życia. Jest to ogromne wyzwanie edukacyjne i kulturowe, bo w Polsce wciąż panuje przekonanie, że jak coś nie boli, to nie trzeba leczyć.
Wielochorobowość wiąże się z przyjmowaniem wielu leków naraz. Jak lekarze i pacjenci sobie z tym radzą?
– Rzeczywiście, seniorzy często zaczynają dzień od garści tabletek. Kardiolog przepisuje swoje, diabetolog swoje, a nefrolog jeszcze inne. W takim układzie łatwo o interakcje. Dlatego niezwykle ważna jest rola lekarza POZ, który koordynuje leczenie. Musi on ocenić, czy schematy się nie dublują, czy nie ma ryzyka powikłań.
Ogromnym wsparciem są farmaceuci, którzy często są bardziej dostępni niż lekarze. Mogą prowadzić przeglądy lekowe, doradzać pacjentom i wychwytywać potencjalne błędy. W niektórych krajach od dawna są oni częścią zespołu terapeutycznego. W Polsce ten model dopiero się rozwija, ale widzę
O co chodzi z tym dorszem?
Jak stał się dobrem narodowym i wizytówką Portugalii
Portugalia to kraj winem i dorszem „płynący”, a Portugalczycy są światowymi liderami w konsumpcji dorsza. Każdy z nich zjada rocznie 30-35 kg tej ryby. Przygotowują ją na wiele sposobów. Podobno jest ich tyle, co dni w roku, a niektórzy twierdzą, że nawet więcej. Popularność dorsza nie byłaby tak zaskakująca, gdyby nie fakt, że nie znajdziemy go u wybrzeży Portugalii. Dlaczego stał się zatem dobrem narodowym i wizytówką tego kraju?
Dorsz atlantycki występuje w zimnych wodach Oceanu Atlantyckiego, czyli głównie w jego północnej części. Dlatego początkowo znany był głównie wikingom – skandynawskim wojownikom zajmującym się żeglarstwem. To oni korzystali z licznych skarbów natury, jakie dawał im ocean. Suszyli rozcięte, pozbawione ości ryby na powietrzu w niskiej temperaturze. Ryby stawały się twarde i nie psuły się, dzięki czemu były chętnie zabierane na morskie wyprawy. Współcześnie w krajach skandynawskich nadal korzysta się z tego sposobu konserwacji, a tak przygotowane ryby nazywa się sztokfiszami.
W Portugalii spożywano dorsza już od XIV w. Nabywano go wówczas od Anglików i płacono za niego solą. Dopiero dwa wieki później zaczęto go sprowadzać na własną rękę. Wówczas – w do dziś nieznanych okolicznościach – Portugalczycy dotarli do odległych wybrzeży Nowej Fundlandii, gdzie natrafili na bogate zasoby dorsza atlantyckiego i postanowili zabrać go w drogę powrotną.
Niestety, podróż była zbyt długa, aby dało się transportować świeże ryby. Dorsz ze względu na niskie otłuszczenie świetnie nadawał się do konserwacji solą. Marynarze łowili te ryby, oczyszczali z wnętrzności i kroili na trójkątne kawałki. Następnie zamiast wywieszać je na powietrzu, obkładali dorsze grubą warstwą soli i umieszczali w drewnianych kadziach na statku. Na wybrzeżu ryby były myte, aby się pozbyć nadmiaru soli, i suszone do momentu odwodnienia. Traciły wówczas ok. 30% objętości. Kiedy były już tak wysuszone, że sztywnością przypominały deskę, oznaczało to, że konserwacja przebiegła pomyślnie. W takiej postaci można je było przechowywać bardzo długo, nawet bez lodówki czy zamrażarki. Tak oto powstał słynny bacalhau.
Początkowo dorsz był nazywany rybą dla biednych ze względu na jego dużą dostępność. Obfite połowy nie trwały jednak długo, gdyż Portugalczycy zostali wyparci z rejonów Nowej Fundlandii już pod koniec XVI w. Bacalhau jednak na stałe wszedł do ich kuchni, dlatego zaczęli dorsza importować. Jego cena wzrosła, a spożycie drastycznie spadło i bacalhau był dostępny tylko dla najbogatszych aż do XIX w. Sytuacja zaczęła się powoli zmieniać dopiero po 1885 r., kiedy to powstała Companhia de Pescarias Lisbonense. Zajęła się połowami dorsza, ale nie były one na tyle duże, aby zupełnie zrezygnować z importu.
W XX w. Salazar postanowił uniezależnić Portugalię
Fragment książki Krzysztofa Gieraka i Julity Kucińskiej Portugalia. Tam, gdzie zwalnia czas, Bezdroża, Helion, Gliwice 2025
Taki zaszczyt by mi nie odpowiadał
Tajemnice Nagrody Nobla
Kiedy przyznawana jest Nagroda Nobla, nigdy nie ogłasza się „krótkiej listy” najlepszych kandydatów. Decyzja jest ostateczna. Mimo popełnienia rażącego błędu lub pominięcia żadna nagroda nie została nigdy cofnięta, a werdykt nie został zmieniony, choć od czasu do czasu na światło dzienne wychodzą kulisy sporów wewnątrz Komitetów. Takie zasady budują autorytet Nagrody Nobla i jej ostateczność.
Ci, których uhonorowano, są na zawsze Wybranymi. Z jednej strony tak właśnie powinno być. Nigdy nie powinno się zaglądać za kulisy żadnego dobrego teatru. Jeśli już trzeba przyznawać nagrody za naukę i sztukę, co bywa dyskusyjne, powinny one pochodzić z góry. Fundacja Nobla zawsze potrafiła budować swój autorytet. Niewidzialność maszynerii potęguje majestat. Ta maszyneria jest tak skromna, że decyzje wydają się niemal pochodzić nie ze Sztokholmu, ale z ponadczasowego Królestwa Obiektywnego Osądu.
Fundacja Nobla kultywuje bardzo zdyscyplinowaną anonimowość, chociaż wybór laureatów to proces, w który zaangażowane są setki nominujących i oceniających z całego świata. (…) Do przecieków dochodzi niezwykle rzadko i najczęściej zdarzają się w tej wysoce niestabilnej kategorii zwanej, z niezamierzoną ironią, pokojową.
Komitet Noblowski rzadko wyróżnia znanych i często obecnych w mediach badaczy, takich jak wynalazca pigułki antykoncepcyjnej Carl Djerassi czy Patrick Steptoe, który doprowadził do narodzin Louise Brown – pierwszego dziecka urodzonego w wyniku zapłodnienia metodą in vitro. W 1978 r. nie było chyba wydarzenia, które by bardziej poruszyło opinię publiczną. Krążą plotki, że z tego samego powodu Nagrody Nobla nie otrzymali jeszcze geniusz biotechnologii John Craig Venter, były szef firmy Celera Genomics, oraz Szkot Ian Wilmut z Roslin Institute w Edynburgu, który wspólnie z Keithem Campbellem wpadł na rewolucyjny pomysł klonowania ssaków i w lipcu 1996 r. doprowadził do narodzin owcy Dolly.
„Kontrowersje dotyczące Nagród Nobla w dziedzinach nauk przyrodniczych – twierdzi Marcin Różycki – nie są tak częste jak w przypadku Nagrody Literackiej czy Pokojowej z uwagi na powszechne przekonanie, że rozwój nauki jest dobrodziejstwem ludzkości samym w sobie. Dopiero gdy nauka wkracza na nowe »tereny«, wymuszając odrzucenie często dogmatycznych przekonań ludzi, […] wystawia się na publiczną chłostę. Tego rodzaju sytuacja towarzyszyła rewolucyjnym badaniom nad przeprowadzeniem pierwszego zapłodnienia metodą in vitro oraz upowszechnieniem tej metody jako objawowego leczenia niepłodności. Ludźmi, którzy jako pierwsi doprowadzili do udanego poczęcia i narodzin dziecka tą właśnie metodą, byli Robert G. Edwards i Patrick Steptoe. […] W oficjalnym komunikacie prasowym dotyczącym przyznania Nagrody Nobla Edwardsowi czytamy: »Mimo że już wczesne badania były obiecujące, Rada Badań Medycznych postanowiła wstrzymać finansowanie kontynuacji tego projektu. Jednakże badania te kontynuowane były dzięki prywatnej donacji. Wzbudziły one żywą debatę etyczną, którą zresztą zainicjował sam Edwards. Kilku przywódców religijnych, etyków i naukowców żądało zaprzestania prac nad dalszymi badaniami, podczas gdy inni udzielali im poparcia«”.
Edwards był porównywany do Frankensteina; nazywano go też nazistowskim doktorem. Było to w dużej mierze efektem powszechnego tabu towarzyszącego różnym kwestiom związanym z seksualnością człowieka. Mimo że narodziny pierwszego w pełni zdrowego dziecka urodzonego poprzez cięcie cesarskie po normalnie przebiegającej ciąży dokonały się już w 1978 r., Edwards został wyróżniony Nagrodą Nobla dopiero w roku 2010. Dr Patrick Steptoe, niestety, nie doczekał tej chwili.
Mało kto nie słyszał o Sigmundzie Freudzie, a jednak nie otrzymał on żadnej z dwóch przyznanych Nagród Nobla w psychiatrii. Freud! Tymczasem nauka powinna oznaczać dążenie do poznania we wszystkich możliwych dziedzinach. Komitet Noblowski nie traktuje jednak wszystkich obszarów danej dziedziny jednakowo. Przykładem może być właśnie psychiatria, która w praktyce staje przed zamkniętymi drzwiami do Nagrody Nobla. A przecież koncepcje Sigmunda Freuda należą do kluczowych modeli poznawczych.
Był nominowany kilkakrotnie, choć podobno sam Freud twierdził: „Taki zaszczyt by mi nie odpowiadał”. Jednak w 1936 r., kiedy skończył 80 lat, Romain Rolland i Thomas Mann, wówczas obaj nobliści w dziedzinie literatury, starali się wzbudzić zainteresowanie nim Sztokholmu. Einstein został poproszony o nominowanie Freuda do Nobla w dziedzinie medycyny, ale odmówił, twierdząc, że nie uważał psychologii za odpowiednią do tej nagrody.
„Jest zbyt pewne – konstatował Freud – że nie dostanę żadnej Nagrody Nobla. Psychoanaliza ma kilku dobrych wrogów wśród autorytetów, od których zależy przyznanie nagrody, i nikt nie może oczekiwać ode mnie, że będę się trzymał, dopóki nie zmienią swoich poglądów lub nie wyginą. Dlatego też, chociaż pieniądze
Fragmenty książki Jarosława Molendy Tajemnice Nagrody Nobla, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025






