2025
Burza nad polskim rynkiem mieszkaniowym
Kryzys mieszkaniowy stał się okazją do niekontrolowanej działalności firm eksmiterskich
Reklamy podsuwają wizję świata, w którym nie ma miejsca na starość, niepowodzenie czy zmartwienia. Polska polityka mieszkaniowa to bardziej wytwór sprzedawców marzeń niż przemyślany plan mający zapewnić przeciętnie zarabiającym ludziom bezpieczny dach nad głową. Bilbordy firm deweloperskich reklamują szczęście na kredyt, zielone osiedla i sąsiedzkie arkadie w samym środku miejskiego zgiełku.
Tymczasem niejednego Polaka od bezdomności dzielą dwa miesiące zalegania z czynszem. Oszczędności zgromadzone przez wielu ludzi pracujących na pełnym etacie nie wystarczyłyby nawet na zakup pralki. Większość rodaków uświadamia sobie, że codzienne balansowanie na linie może się skończyć upadkiem, a problemy ze spłatą czynszu pozbawią ich podmiotowości. Policja przestaje odpowiadać na wezwania dotyczące najścia, a dobytek życia – spakowany jak odpady w worki na śmieci – ląduje za oknem lub progiem mieszkania.
Rozbój na telefon
Taka sytuacja zresztą się zdarzyła. Gdańsk-Żabianka, ulica Gospody. To dzielnica bloków mieszkalnych usytuowana między Gdańskiem a Sopotem. W lutym ub.r. w pewien piątek późnym wieczorem niepełnosprawna, starsza kobieta zastaje przed drzwiami swojego mieszkania dwóch postawnych mężczyzn. Osiłkom z działającej w całym kraju firmy Biuro Bezpieczeństwa Nieruchomości towarzyszą dwie kobiety przedstawiające się jako nowe lokatorki. Utrzymują, że wynajęły mieszkanie, bez uprzedniego oglądania nieruchomości, i to wraz z rzeczami osobistymi poprzedniej mieszkanki. Pracownicy BBN pod nieobecność lokatorki rozwiercili zamki i dostali się do lokalu, przekazując jej jedynie pozostającego w nim psa. „Pani już tu nie mieszka, zamki zostały wymienione i pani nie wejdzie już do lokalu”, oznajmili 60-latce.
– Jak się okazało, niespodziewane najście to efekt zadawnionego, niewielkiego długu mojego brata, kiedyś formalnego właściciela mieszkania. Moja matka zgodnie z umową miała prawo dożywotniego użytkowania nieruchomości. Zadłużenie wynosiło 6 tys. zł i gdybyśmy o nim wiedzieli, bez trudu pokrylibyśmy tę należność. W tarapatach znaleźliśmy się, gdy ktoś kupił mieszkanie matki na licytacji komorniczej wraz z lokatorką. Nie mamy wiedzy, na jaki procent udzielono bratu tej pożyczki. Nabywca nie próbował się kontaktować z moją matką, nie zgłosił nawet zamiaru kupna mieszkania. Nie interesowała go sytuacja życiowa mamy. Czteropokojowe mieszkanie kupił po bardzo okazyjnej cenie – opowiada Teresa D., córka pokrzywdzonej.
Ochroniarze mieli aparycję wartowników wojskowych, a rozmowa z nimi przypominała nakłanianie do opuszczenia posterunku wbrew rozkazom. Kilkakrotnie wzywani funkcjonariusze policji wzruszali ramionami, podkreślając bezsilność wobec zaistniałej sytuacji. Ograniczyli się do poinformowania lokatorki, że powinna udać się do sądu. Policjant z następnego patrolu nawet nie ukrywał niechętnego stosunku do lokatorów. Starsza kobieta poinformowała go, że w mieszkaniu pozostawiła dobytek całego życia, łącznie z lekarstwami i ubraniami. – Jeśli nie ma pani gdzie spać, to proszę iść do najbliższej noclegowni dla bezdomnych – odpowiedział.
Pierwszą noc kobieta spędziła na klatce schodowej własnego bloku u boku córki. Agresorzy złożyli jej ofertę przyjęcia 5 tys. zł w zamian za zrzeczenie się dochodzenia praw do przebywania w mieszkaniu. Nazajutrz jednak propozycję wycofali. Gdańszczanka była załamana perspektywą raptownej bezdomności.
Ale sprawa znalazła nieoczekiwany finał. Tam, gdzie zawiodło prawo, zadziałały proste mechanizmy ekonomii. Człowiek, który na licytacji komorniczej nabył nieruchomość starszej kobiety, postanowił zaoszczędzić kilkanaście tysięcy złotych, nie wypłacając czyścicielom umówionego wynagrodzenia. Ci uznali umowę za nieobowiązującą i odstąpili od okupacji lokalu, narzekając na nieodpowiedzialność byłego pracodawcy. „Teraz to wy, dziewczyny, będziecie tego pilnować, tylko od tej pory nikogo już nie wpuszczajcie”, powiedział matce z córką jeden z eksmiterów.
Koszmar trwał ponad dobę. Po tym incydencie poszkodowana wezwała ślusarza, by zmienił zamki, przywracając stan posiadania nieruchomości.
– Obecnie mama żyje na tykającej bombie. Złożyła wniosek o przydział lokalu socjalnego, jednak podanie zostało odrzucone. Mamy związane ręce. Na nic się zdają tłumaczenia, że przecież mieszkanie nie należy już do mojej matki i w każdej chwili może zostać z niego wyrzucona na bruk – zamartwia się Teresa D.
Dialog pięści z nosem
Wszystkie historie przytaczane przez lokatorów bądź interweniujących w ich sprawie aktywistów łączy jedno: kapitulanctwo służb mundurowych, połączone z przesuwaniem przez sprawców granic dozwolonych działań. To stawianie lokatorów przed faktem dokonanym, ustanawianie za każdym razem nowych, korzystnych dla właścicieli interpretacji prawa za pomocą najstarszego argumentu – siły.
– Gdy przyjechałem na gdańską Żabiankę, zastałem pracowników firmy czyścicielskiej w czarnych uniformach i wysokich buta. Nie mieli postury ochroniarzy pracujących w nocnych klubach czy dyskotekach, ale ich ubiór i postawa sugerowały, że specjalizują się w tzw. brudnej robocie. Nie mieli żadnego wcześniejszego związku z mieszkaniem, chyba że na poważnie wziąć uwagę właściciela nieruchomości o nowych lokatorach, którzy zamieszkają tam „od zaraz”. Podstawiony chwilowy „lokator” to jedno z ulubionych zagrań czyścicieli – mówi Adam Szczepański, polityk partii Razem.
– Na nic się zdawały nasze tłumaczenia, że patrol nie został wezwany, by rozstrzygać naturę sporu (bo to jest kompetencją sądu), tylko by zainterweniować w sprawie wtargnięcia oraz by zagwarantować lokatorom prawo do korzystania z mieszkania. Nie pozwolili nawet dokumentować najścia oraz policyjnej interwencji, co samo w sobie stanowiło naruszenie prawa – dodaje Szczepański.
Funkcjonariusze policji byli obecni w każdym przypadku, gdy czyściciele z BBN jawnie łamali prawo lokatorskie. Ani razu nie wyprosili ludzi blokujących lokatorom wejście do mieszkania. Przedstawiciele służb mundurowych pokornie przyjmowali wersję pracowników BBN, niemal przepraszając za to, że zgodnie z prawem mieli obowiązek przyjechać na interwencję.
– Policja sugerowała nawet, by gdańszczanka skorzystała
Tu był bastion polskości
Rozmowy prof. Janusza Zawodnego z generałami Tadeuszem Borem-Komorowskim i Władysławem Andersem
Prof. Janusz Zawodny – politolog i historyk, profesor amerykańskich uniwersytetów, powstaniec, badacz zbrodni katyńskiej, aresztowany przez Niemców w 1944 r., pozostał na Zachodzie. Przeprowadził cykl rozmów dotyczących powstania warszawskiego. Są one zdeponowane w Archiwum Akt Nowych i wydrukowane w wydanych przez „Przegląd” dwóch tomach „Zakłamanej historii powstania”.
Gen. Tadeusz Bór-Komorowski – generał dywizji, dowódca Armii Krajowej, pseudonimy: „Bór”, „Lawina”, „Znicz”
Panie generale, jakie było założenie powstania warszawskiego?
– To było kontynuowanie „Burzy”. Z liczeniem na to, że Rosjanie pod wpływem impetu i strat z konieczności zajmą Warszawę.
Na jakich podstawach gen. Monter oparł swój meldunek, że natarcie Rosjan na Warszawę jest faktem? (…)
– Ja się wypytywałem o podstawy meldunku. Monter mi powiedział, że miał te informacje „od wysuniętych patroli, które były na przedpolu”. Monter meldował zgodnie z sytuacją. Niech pan spojrzy na „Sowiecką Historię Wojny”. Natarcie na Warszawę wyszło.
Czy gen. Monter rzeczowo, a raczej pesymistycznie, czy optymistycznie przedstawiał gotowość materiałową oddziałów AK do akcji?
– Proszę pana, ja Montera nie będę dezawuował. O to najłatwiej. On oceny dawał rzeczowo, ale niech pan zważy na rozdział broni między oddziały i taktykę natarcia na umocnione obiekty i punkty, to inna historia. Co było ciężkim punktem oporu dla naszych oddziałów, to było łatwym celem dla jednego działa przeciwpancernego, jeżeli Rosja by weszła.
Czy były robione na pana naciski, aby akcja w Warszawie zaczęła się wcześniej? Jeśli tak, to przez kogo?
– Naciski i presje były. Przez niektórych członków Sztabu AK. Rzepecki i Okulicki, szczególnie Okulicki był za tym. Jednak ja nie miałem [generał podkreśla tonem głosu i powtarza], ja nie miałem wystarczających dowodów natarcia na Warszawę. Dopiero natarcie sowieckie na Warszawę było momentem do wydania rozkazu na akcję wewnątrz miasta. Tylko koordynacja z zewnątrz z natarciem wewnątrz mogły zapewnić zwycięstwo. Proszę pana, były ciągle wysiłki zapewnienia tej koordynacji bojowej. Jednak wszystkie radiostacje i dowódcy AK na Wschodzie byli poaresztowani przez Sowietów. Poza tym rząd w Londynie politycznie czynił, co powinien i mógł.
Panie generale, dlaczego gen. Sosnkowski, wiedząc o sytuacji w Londynie i w Warszawie, nie wracał do Londynu z Włoch mimo żądania prezydenta?
– On wyjechał, aby tu nie być [w Londynie], o tym ciężko mówić. Jego stosunki z Mikołajczykiem i kwestia powstania miały z tym związek. To, że wyjechał, to jest bajka. W porównaniu z tym, że nie wrócił, jak prezydent zażądał. To jest problem. Sosnkowski powinien przewidzieć, że walka o Warszawę przerodzi się w powstanie. No i jak – dopiero po 8-10 dniach Rosjanie właściwie zadecydowali los powstania.
Czy Rettinger miał jakiś wpływ na sztab AK lub na decyzję o powstaniu?
– Nic podobnego, żadnego wpływu na decyzję o powstaniu nie miał. Nawet mowy na ten temat z nim nie było. Myśmy mówili o sytuacji politycznej wewnętrznej w kraju, ale nigdy o powstaniu.
Dlaczego pan generał nie zdecydował o wcześniejszej kapitulacji?
– Czekałem na lepsze okoliczności. Bezwarunkowo się poddać – to nie. Ja liczyłem, że Rosjanie zajmą Warszawę, od chwili kiedy oni podjęli ofensywę na Pragę. No, a później ich stanowisko się uwypukliło.
Czy pan generał wiedział i kiedy dokładnie dowiedział się o tym, że alianci w Teheranie już oddali ziemie wschodnie Związkowi Sowieckiemu. To był listopad 1943 r.?
– Ja się dowiedziałem o tym już po powstaniu, w obozie jeńców. Instrukcje Naczelnego Wodz
Szymon z wozu, Polsce lżej
Nie płakałem po papieżu, nie będę po Hołowni. Melodramatyczne okoliczności odchodzenia marszałka Sejmu z polityki nie są jakąś porywającą historią. Odchodzi z polityki ktoś, kto się do niej nie nadawał. W tym dramatopodobnym happeningu porusza jedynie tupet, który każe Szymonowi Hołowni po paśmie porażek politycznych plus kilku co najmniej kompromitacjach i z zerowym bilansem osiągnięć ubiegać się o stanowisko wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców. Jeszcze w marcu br. Hołownia głosował za przyjęciem ustawy ograniczającej prawo do azylu. W ocenie organizacji broniących praw człowieka (niekoniunkturalnie) ustawa ta jest niezgodna z konstytucją i prawem międzynarodowym, ale co tam, szczególarstwo…
W maju razem z większością sejmową Hołownia głosował za przedłużeniem rozporządzeń w tej sprawie. Od 10 lat polskie państwo nie zdaje egzaminu nie tylko z człowieczeństwa w kwestii sytuacji na granicy z Białorusią, ale też z przestrzegania prawa międzynarodowego, jego fundamentalnych standardów, a Hołownia jest jedną z twarzy tego procederu. Mówiąc najkrócej, nie wystarczy tzw. charytatywne zaangażowanie w organizację pomagającą dzieciom z Afryki, co robił w swoich fundacjach przed wejściem do polityki (albo może brutalniej – tak przygotowując sobie wejście do polityki), nie wystarczą zdjęcia z czarnymi dzieciakami i pluszakami. Czas próby nadszedł, kiedy sympatyczny, niespecjalnie wyróżniający się (oprócz katolickiego fundamentalizmu) prezenter komercyjnej telewizji wszedł do polityki w niejasnym projekcie politycznym. Niejasnym, bo do dziś nie wiemy, jaka grupa realnie go wspierająca pozwoliła człowiekowi znikąd (no wiem, wiem, z telewizji i dwukrotnie od dominikanów) wprowadzić kilkadziesiąt osób
To nie samoobrona, to eksterminacja
Hiszpania zaostrza stanowisko wobec Izraela: ogłasza embargo na broń i zwiększa pomoc humanitarną
Rząd Hiszpanii zapowiedział zastosowanie aż dziewięciu środków nacisku na Izrael w związku z ludobójstwem w Strefie Gazy. Premier Pedro Sánchez wezwał także społeczność międzynarodową do wykluczenia Izraela z udziału w imprezach sportowych.
Sankcje obejmą nie tylko embargo na izraelską broń, w tym anulowanie już zawartych kontraktów wojskowych z izraelskimi firmami, ale również zakaz wjazdu do Hiszpanii osób, które bezpośrednio brały udział w tym, co Sánchez nazwał ludobójstwem. Przedstawiciel hiszpańskiego rządu po raz pierwszy otwarcie użył słowa ludobójstwo w odniesieniu do działań Izraela w Strefie Gazy, choć – jak wspomniał – tak te zbrodnie opisują specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich Francesca Albanese i większość ekspertów.
Sankcje odpowiedzią na eksterminację w Gazie
Dekret dotyczący pakietu sankcji został ostatecznie zatwierdzony przez hiszpański rząd 9 września i wykluczył izraelskie firmy z przetargów publicznych. Embargo obejmuje: zakaz eksportu oraz importu broni, tranzytu paliwa oraz importu produktów i usług z terytoriów okupowanych.
Madryt bada obecnie sposoby na uniezależnienie hiszpańskiego przemysłu zbrojeniowego od izraelskich technologii. Dziennik „La Vanguardia” poinformował, że urzędnicy wraz z głównymi hiszpańskimi producentami uzbrojenia szykują plan zastąpienia izraelskich systemów objętych embargiem.
Jak powiedział szef hiszpańskiego rządu, oprócz wprowadzenia zakazu międzylądowań w hiszpańskich portach lotniczych zamknięta zostanie przestrzeń powietrzna dla samolotów przewożących „sprzęt wojskowy przeznaczony dla Izraela”. Pozostałe sankcje obejmują wspomniany już zakaz wjazdu do Hiszpanii osób uczestniczących w ludobójstwie, wykluczenie produktów pochodzących „z nielegalnych osiedli w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu” oraz ograniczenie usług konsularnych dla hiszpańskich mieszkańców tych osiedli.
Madryt zwiększy też pomoc humanitarną: dodatkowe 10 mln euro trafi do Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA), a całkowity budżet dla Strefy Gazy wzrośnie w 2026 r. do 150 mln euro. „Naród żydowski doświadczył niezliczonych prześladowań, zasługuje na państwo i bezpieczeństwo. Ale co innego chronić swój kraj, a co innego bombardować szpitale i głodzić niewinne dzieci”, powiedział Sánchez, podkreślając, że jego kraj od samego początku potępiał ataki Hamasu. W ostatnich miesiącach Hiszpania wzywała także inne kraje europejskie do wstrzymania dostaw broni do Izraela.
78% Hiszpanów za uznaniem Palestyny
Hiszpania uchodzi za najbardziej propalestyński głos w Europie. Według badania przeprowadzonego w maju 2024 r. przez Królewski Instytut Elcano 78% populacji jest zdania, że kraje europejskie powinny uznać suwerenne państwo palestyńskie. Inne, wcześniejsze badania, również wskazują propalestyński trend. Badanie Pew Research Center z maja 2023 r. pokazało, że spośród kilku objętych nim krajów to Hiszpania najsilniej popiera Palestynę. Tylko 12% obywateli otwarcie opowiedziało się za Izraelem, podczas gdy 31% – za Palestyną. Nawet po ataku Hamasu z 7 października 2023 r. 31% Hiszpanów popierało Palestyńczyków, Izrael zaś 23%.
W hiszpańskich miastach w wielu miejscach można zobaczyć graffiti nawołujące do ratowania Gazy i powstrzymania ludobójstwa. W kraju cały czas są organizowane wiece i protesty wyrażające solidarność z Palestyną.
Ta solidarność była też widoczna w trakcie ostatniego etapu Vuelta a España – legendarnego wyścigu kolarskiego, zaliczanego razem z Tour de France i Giro d’Italia do wielkich tourów. Zawody od samego początku stały się areną propalestyńskich protestów, które wymusiły modyfikację kilku etapów, a nawet doprowadziły do wypadków wśród uczestników. Demonstracje trwały niemal codziennie – punkt kulminacyjny osiągnęły w czasie ostatniego, 21. etapu Vuelty – wyścig został trwale przerwany 56 km przed metą, gdy protestujący wtargnęli na trasę. Kolarze zostali zmuszeni
Listy od czytelników nr 41/2025
Tajemniczy prezes ZUS
Jest oczywiste, że osoba kierująca Zakładem Ubezpieczeń Społecznych ma olbrzymi wpływ na funkcjonowanie tej instytucji. Ale w tym przypadku ważniejsze są zasady, na jakich owa instytucja funkcjonuje.
Po pierwsze, jest patologią, że ci, którzy płacą składki, nie mają żadnego realnego wpływu na kształtowanie władz ZUS. Moim zdaniem obecni i byli płatnicy składek powinni być równymi akcjonariuszami Funduszu Ubezpieczeń Społecznych SA, bo tam są zbierane pieniądze. A FUS powinien mieć ZUS jako spółkę córkę. Na zasadzie Kodeksu spółek handlowych akcjonariusze wybieraliby radę nadzorczą spośród kandydatów spełniających wysokie wymagania określone w regulaminie wyborów.
Po drugie, według GUS zobowiązania wobec systemu emerytalnego wynoszą 5 bln zł, a według byłej prezes ZUS „tylko” 3 bln zł. Na tym tle niezwykle denerwujące jest, że w kolejnych budżetach państwowych widnieje pozycja dotacja dla ZUS, a w rzeczywistości jest to spłata niewielkiej części zobowiązań lub części odsetek.
Po trzecie, z powyższego wynika, że premier, który odpowiada za budżet i powołuje prezesa instytucji, która ma największe należności od budżetu, ma największy w Polsce konflikt interesów.
Po czwarte, ZUS jest największą instytucją finansową w Polsce, a wszyscy ubezpieczeni mają indywidualne konta emerytalne. Powstaje więc pytanie, dlaczego pójście na emeryturę zależy od jakiegoś ustawowo określonego wieku emerytalnego, a nie od kwoty zgromadzonej na indywidualnym koncie emerytalnym i od decyzji zainteresowanego. Na przykład ktoś mógłby iść na emeryturę po przepracowaniu jednego miesiąca.
Z tych przykładowych powodów kluczowe znaczenie ma demokratyczny wybór władz FUS i ZUS.
Paweł Zieliński
Gdzie biją serca Polaków i Niemców?
Polaków – nadal w ukryciu i milczeniu, jak Rycerz Giewontu i krzak róży w chocholim przebraniu. Bo przecież nie we wsłuchanych w łatwą i płynącą potokiem ciągle tę samą, natrętną jak giez patriotyczną mantrę (narodowcy, może z drobnymi wyjątkami, wbijają się w dumę najmniejszym kosztem – werbalnym i sztandarowym, w czyny niebogatym). Nie w ludziach o chorobliwej ambicji władzy i małych charakterach, pełnych zawiści i przewrotności, psujących wszystko, do czego się wezmą. Już tylko w resztkach tragicznie dziesiątkowanej postszlacheckiej i chłopskiej inteligencji z jej ofiarnością, godnością i skromnością. Rzadko w mediach. Są dziś słyszalne w mieszkańcach prowincji wielkich i małych miast, pobudowanych wsi, w nosicielach żywej pamięci – i w tych ludziach u władzy, którzy nie zatracili zdolności słuchania ich pulsu. Widać ślady
Bitwa o bitwę pod Gruszką
„Nie będzie asysty honorowej Wojska Polskiego w czasie uroczystości rocznicy bitwy pod Gruszką. Armia wzięła pod uwagę opinię Instytutu Pamięci Narodowej, który wskazał, że w tym miejscu gloryfikuje się sowieckich dywersantów”, doniosła „Rzeczpospolita”. Bitwa pod Gruszką (29-30 września 1944 r.) była jedną z największych bitew partyzanckich. Liczące ok. 1,5 tys. osób oddziały składające się głównie z żołnierzy Armii Ludowej i radzieckich partyzantów wyrwały się z niemieckiego okrążenia, przy stratach wynoszących 50 zabitych i 70 rannych.
Płk Marek Jedynak, wiceprezes Związku Weteranów i Rezerwistów Wojska Polskiego, zwrócił się do dowódcy Garnizonu Kielce z wnioskiem o skierowanie wojskowej asysty honorowej do udziału w uroczystości 81. rocznicy bitwy. A wojsko zwróciło się do IPN. Ten wydał opinię, jakiej można było się spodziewać. Sprawa upamiętnienia tej bitwy nabrała wydźwięku politycznego.
W tekście „Rzeczpospolitej” policję historyczną reprezentuje dr Maciej Korkuć, naczelnik Oddziałowego Biura Upamiętniania Walki i Męczeństwa IPN w Krakowie. Tak, tak, ten sam, gloryfikator Kurasia „Ognia”. To jemu dwóch synów żołnierzy AK spod Tatr zarzuca w liście do prezesa IPN manipulacje i selektywne, delikatnie mówiąc, wykorzystywanie materiałów źródłowych w opisie tego „wyklętego”.
Posługując się logiką i terminologią IPN, zapytam: skoro premier Morawiecki mógł złożyć kwiaty na grobach członków Brygady Świętokrzyskiej, chociaż ci kolaborowali z hitlerowcami, dlaczego np. wicemarszałek Sejmu nie może złożyć hołdu walczącym pod Gruszką, którzy… kolaborowali z Sowietami?
Ale już na poważnie – przecież Armia Czerwona i jej partyzanci byli sojusznikami Ameryki i Wielkiej Brytanii, które nie tylko utrzymywały stosunki z rządami Sikorskiego i Mikołajczyka, ale też w niemałym stopniu zapewniały im byt.
W dość pokrętnym uzasadnieniu braku wojskowej asysty IPN-owcy powołują się na to, że w uroczystościach brali udział przedstawiciele państwa rosyjskiego, którzy mają co nieco na sumieniu. Ale nawet jeżeli to prawda, od kilku lat ich nie ma – od kiedy głównym organizatorem uroczystości rocznicowych jest Związek Weteranów i Rezerwistów WP.
Poległym pod Gruszką w walce z Niemcami należy się nasz hołd, bez względu na to, czy bitwa ta była należycie dowodzona i czy dawniej Moczar wykorzystywał ją w celach propagandowych.
Lewica nie może ulegać IPN-owskiej narracji, oddawać walkowerem walki o pamięć. I dlatego wszędzie musi dawać świadectwo tej pamięci – o ludziach, którzy walczyli z hitlerowcami. O tych, którzy mieli Polskę w sercu, a broń w ręku. Bo dzięki ich udziałowi w zwycięstwie nad Niemcami Polska istnieje w dzisiejszym kształcie. Nie tylko terytorialnym.
Listy od czytelników nr 40/2025
Zbigniew Derdziuk – tajemniczy prezes ZUS
W ZUS są od lat niedobory kadrowe. Zadań nieustannie przybywa, także tych niecovidowych. Ciągła biegunka legislacyjna. E-zwolnienia, e-składka, abolicje, miliardy zawiadomień do płatników, trzynastki dla emerytów, wyrównania dla kolejnych grup wymyślanych przez rząd, emerytury dla matek czworga dzieci. Myślicie, że to się samo robi?
Komputery są coraz starsze, systemy przeciążone na maksa. Patrzysz w kręcące się kółeczko i szlag cię trafia, bo robota się nie posuwa. A jeszcze słyszysz zachwyty, jak to automaty zasiłki wypłacają. Powiem krótko: automaty dodały pracownikom roboty w najgorszym okresie – można by powieść o tym napisać. A góra wierzy w takie historie i myśli, że ludzie już nie są potrzebni. Jednak jest też druga strona medalu: trzeba zauważyć, że całkiem sporo rzeczy robi się niepotrzebnie.
Na przykład dzwoni pani z ZUS, że trzeba napisać oświadczenie, że pracownik jest nadal zatrudniony. Pada odpowiedź, że przecież nie mają wyrejestrowania, więc chyba oczywiste, że jest zatrudniony. Ale ona potrzebuje mieć to na piśmie.
Albo urząd skarbowy: proszę napisać, czym się zajmuje firma. Wiadomo, że w CEIDG jest zgłoszenie PKD, ale oni potrzebują dokładniej i na piśmie. I tak w koło. Rozumiem, że nie zawsze to wina urzędników, ale faktem jest, że często płaci się ludziom za kompletnie zbędną biurokrację, a ktoś na tę budżetówkę musi się składać.
Michał Czarnowski
Od lat podejmowane są próby zlikwidowania ZUS, przecież dysponuje olbrzymimi pieniędzmi Polaków. Jak dotąd, mimo wielu prób, żadnemu rządowi to się nie udało, na szczęście. Oto mamy kolejną próbę, bo jak z jednej strony się nie udało, to z drugiej trzeba go kopnąć, prawda? Kolega ze Stanów chwalił mi się, że u nich pracuje się do śmierci. Powiedziałam: „Tak, do śmierci lub do czasu, kiedy zabraknie ci sił lub się rozchorujesz. I co wtedy?”. „Opowiadasz – rzekł. – Wszyscy tak pracujemy i jakoś mamy siłę”. I co? Niedługo po tej rozmowie wysiadł mu kręgosłup. Ot tak, z dnia na dzień, podobno bez wyraźnej przyczyny. Z trudem wstawał, ledwo chodził, w pełnym gorsecie i z wielkim bólem. Na wiele miesięcy został bez źródła dochodu, więc również bez pomocy lekarskiej. Co z nim teraz się dzieje? Nie wiem. Przestał się odzywać. Nie mam pojęcia, czy ma za co żyć, czy nie stracił domu.
Małgorzata Markiewicz
Do jakiego narodu Polacy są najbardziej podobni kulturowo?
Po pierwsze, naród – warto pamiętać, że możemy o nim mówić dopiero od XIX w. Wtedy powstaje idea, że każdy naród powinien tworzyć swoje państwo, chociaż Polacy różnią się, także kulturowo, między sobą, a w Polsce mieszkają przedstawiciele i przedstawicielki innych narodów i grup etnicznych. Po drugie, podobieństwo kulturowe. Współczesne teorie antropologiczne mówią jasno: nigdy nie byliśmy bardziej zunifikowani, a zarazem bardziej podzieleni kulturowo. Cały świat zna popularny napój gazowany, a w Polsce do dziś nie mamy zgody, czy sałatka jarzynowa ma być z jajkiem, czy bez. Choć zauważamy różnice, podobieństw szukamy dziś w poprzek tradycyjnych kategorii: mogą nas łączyć sposoby spędzania wolnego czasu, miłość do kiszonek, potrzeba bezpieczeństwa i sny o wolności.
Miranda Zarzycka, antropolożka, Warszawskie Obserwatorium Kultury
Jak oni się dogadują!
Jest nowa opowieść o tym, dlaczego z MSZ musiała odejść Anna Radwan-Röhrenschef i dlaczego zastąpił ją Ignacy Niemczycki.
Zwróćmy uwagę – ta zmiana nastąpiła w wyniku decyzji partii, która Annę Radwan-Röhrenschef rekomendowała do MSZ, czyli Polski 2050. Nie minister zatem ani nie premier miał do niej zastrzeżenia. Ba, minister hucznie ją żegnał – na stronie MSZ został opublikowany w tej sprawie specjalny post. „Ministerstwo Spraw Zagranicznych będzie panią bardzo dobrze wspominało”, cytowano słowa Radosława Sikorskiego. Brzmią one szczególnie mocno, gdy zderzymy je z milczeniem, jakim zbywał odejście innych wiceministrów.
Jeżeli więc partia zadecydowała, że Anna Radwan-Röhrenschef ma z MSZ odejść, a zastąpić ją powinien Ignacy Niemczycki, to jakie były powody? Otóż przyczynił się do tego… Władysław Teofil Bartoszewski.
Cofnijmy się do początków roku 2024. Wtedy to, po tygodniach oczekiwania, ostatecznie wiceministrami w MSZ zostali przedstawiciele koalicyjnych partii: Władysław Teofil Bartoszewski (PSL), Anna Radwan-Röhrenschef (Polska 2050) oraz Andrzej Szejna (Lewica). I – jak mówią w MSZ – nastąpił czas ich ustawiania się w ministerstwie. Ustawili się zaś tak, że Bartoszewski wybił się na niepodległość i zbudował własną strefę wpływów, a pozostała dwójka popadła w przeświadczenie, że nic nie może (poza tym, co każe im robić minister). Na przykład Szejna nie miał wpływu nawet na to, kto będzie jego sekretarką. A o kadrach w ambasadach w państwach, które leżały w obszarze jego kompetencji, nawet nie ma co wspominać.
Tymczasem Bartoszewski regularnie zaczął się spotykać z szefem kadr. I tak różne ważne dla niego sprawy (ha, ha…) zaczęły być załatwiane.
Ludzie w MSZ szybko tę różnicę dostrzegli. I przekonali się, że ani Polska 2050, ani Lewica w niczym im nie pomoże. Co poniektórzy ruszyli do szefów tych partii z pretensjami.
Później historia potoczyła się różnymi drogami. I chyba najważniejsze było to, że Ignacy Niemczycki stracił posadę wiceministra w resorcie rozwoju i technologii, zaczął więc intensywnie szukać nowego miejsca na ziemi i wzrok jego padł na MSZ. Co będzie dalej – zobaczymy.
Ta opowieść pokazuje, że Radosław Sikorski nie jest osobą impregnowaną na argumenty. Owszem, niechętnie dzieli się władzą, ale podzielić się potrafi. Potwierdza to zresztą jego niedawna propozycja skierowana do prezydenta Karola Nawrockiego, żeby wspólnie uzgodnić „pakiet” ambasadorów. Na początek chodziłoby o 18 placówek. Co to znaczy?
Ano o to, co zawsze – lista 18 placówek leży na stole i jest prosty układ: ja obsadzam 14, a ty – cztery. Albo ja 15, a ty trzy… W historii III RP tak przecież było, kariera Urszuli Doroszewskiej z Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, która była najpierw ambasadorem w Gruzji, a potem na Litwie, jest tego przykładem.
Są też inne możliwości – w III RP bywało i tak, że numer 2 w ambasadzie był człowiekiem prezydenta. Wiadomo było, że jego pozycja jest autonomiczna, że ambasador nie może dociążać go nadmiarem zadań, a pracuje on głównie dla Kancelarii Prezydenta. Wszystko jest więc do załatwienia, Polska za to płaci.
Jeśli zatem, drodzy państwo, słyszycie, że jest gdzieś na szczytach władzy kłótnia i że nie mogą się dogadać, oznacza to tyle, że dogadać się nie chcą.
Wędrując przez Polskę
Już chyba w każdym mieście mamy rondo Żołnierzy Wyklętych. W Krakowie jest ono zarośnięte dorodnymi krzewami – koleżanka mówi, że ukrywa się tam Ostatni Wyklęty. W innych miastach podobne ronda są wystrzyżone na łyso, więc tam na pewno nikt się już nie ukrywa. Ale Wyklęci zagnieździli się też w kościołach. W kościele Mariackim w Złotoryi tablica ku ich czci została opatrzona cytatem z Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Co ma Baczyński do Wyklętych – to może wyjaśnić tylko IPN.
Osaczają nas Wyklęci, lecz osacza nas też Katyń. A raczej Katyń łącznie ze Smoleńskiem. W Trzebnicy pod bazyliką św. Jadwigi Śląskiej wznosi się olbrzymi krzyż z napisem: „Bóg, honor, ojczyzna. Katyń 1940, Smoleńsk 2010”. Ten napis obraża moją pamięć rodzinną. Czyż bowiem mój wuj, Władysław Armata, jedna z tysięcy ofiar Katynia, ma być zrównany z ofiarami katastrofy lotniczej? Tymczasem o innym mym wuju, Stanisławie Dydo, działaczu WiN, rozstrzelanym w roku 1948 we Wrocławiu, wiadomo, że nie prowadził walki z bronią w ręku i że nie chciał być zrównywany z „leśnymi”. Ale cóż, Katyń złączony ze Smoleńskiem – to „polityczne złoto”, a kult Wyklętych stworzono „na pomieszanie dobrego i złego”.
Tak kłamliwej propagandy nie widzieliśmy od czasu stalinizmu. Historia również w PRL była służką polityki, ale rządzący, zwłaszcza po roku 1956, jakoś jednak się powściągali. Mieli kompleks władzy niechcianej, narzuconej, niepochodzącej z wyborów, za to cieszącej się poparciem obcego mocarstwa – akurat tego, które zrobiło Katyń. Dlatego, mimo wszelkich serwitutów, starali się utrzymać miarę. Warszawa nigdy nie miała pomnika Lenina! Nie miała nawet ulicy, placu czy parku jego imienia. W całej PRL pomników Lenina było zaledwie kilka,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Bułgarska fabryka wakacji
Kraj o własnej bogatej kulturze i historii stawia atrapy Paryża, żeby ucieszyć masowego klienta
Korespondencja z Bułgarii
Polacy szturmują bułgarskie wybrzeże – co roku setki tysięcy wybierają Morze Czarne zamiast Grecji czy Hiszpanii. Masowa turystyka wiąże się jednak z dramatyczną przemianą regionu w przyozdobioną kiczem betonową pustynię tylko dla obcokrajowców.
Bułgaria od dwóch dekad pozostaje jednym z ulubionych kierunków wakacyjnych Polaków. Tanie loty, katalogowe pakiety, obietnica taniego wypoczynku bez komplikacji to, jak widać, oferta znakomita. Ale kryje się za nią także inna historia – dewastacja nadmorskiej przestrzeni, prymitywna turystyka niskiej jakości coraz częściej zamknięta w enklawach, gdzie nie uświadczysz już Bułgara. Nawet w obsłudze pracują głównie Mołdawianie, Ukraińcy, Tadżycy…
Polacy przyjeżdżają nad Morze Czarne na tydzień, w formacie all inclusive – to najpopularniejsza formuła od wielu lat. Niektórzy starają się zostać na dłużej, jakoś się tam zadomowić. Nawet kupują mieszkania, inwestują w apartamenty, próbują się zakotwiczyć w bułgarskim krajobrazie ekonomicznym, społecznym i kulturowym. Wciąż jednak stanowią mniejszość. Z jednej strony, dowodzi to atrakcyjności kraju: klimatu, kuchni, geograficznej bliskości. Z drugiej – odsłania mechanizm nierówności i uderzający w samych Bułgarów bum spekulacyjny na rynku nieruchomości.
Dlaczego Bułgaria stała się dla Polaków tak kuszącym miejscem? Rok 2025 tylko przypieczętował trend, który kształtował się od dawna: Bułgaria jest fabryką masowej turystyki. Do końca sierpnia przyjechało tu prawie 10 mln turystów zagranicznych, o 4% więcej niż w roku poprzednim. Branża chwali się rekordami, ministerstwo turystyki mówi o „najlepszym sezonie w historii”, a sektor liczy zyski. Ale równocześnie każdy, kto przejedzie się wzdłuż wybrzeża, niedługiego wszak, zobaczy cenę owego rekordu – totalną betonozę oraz drastyczną degradację krajobrazu i ekosystemów.
Polak – pewny i leniwy
Polacy od lat są jedną z największych grup turystów – ponad 438 tys. przyjazdów w 2023 r. to rekord potwierdzony w kolejnym sezonie. Jeśli chodzi o rok bieżący, dane pojawią się dopiero za kilka miesięcy, jednak można założyć, że będzie to sporo ponad pół miliona ludzi. Polskie biura podróży i tanie linie lotnicze uczyniły z Bułgarii swój priorytetowy kierunek: Warszawa-Burgas, Katowice-Warna, Kraków-Burgas – rotacja co kilka dni, od razu z transferem autokarowym „pod hotel”.
Od dawna nie ma tu miejsca na różnorodność, nie mówiąc już o jakiejkolwiek egzotyce. Bułgaria to po prostu tania alternatywa dla Grecji czy Hiszpanii, sprzedawana w katalogach obok Krety czy Majorki. Różnica polega i na tym, że w Bułgarii jest łatwiej i bardziej „swojsko” – animacje prowadzone są w naszym języku, menu w hotelach jest przetłumaczone na polski, a sklepy i bary przygotowane są specjalnie pod oczekiwania turystów z Warszawy, Poznania czy Pomorza.
Lokalny biznes wie, że Polak to klient pewny i leniwy: przyjedzie, zapłaci, ile trzeba, byle podsunąć mu pod nos coś, co uzna za rodzaj ekskluzywnej konsumpcji. Nie będzie też poszukiwał, zostanie w kompleksie, peregrynując z telefonem komórkowym i robiąc sobie zdjęcia przy basenie, w barach, w restauracji, na placu zabaw, przy zejściu na zarezerwowany dla niego sektor na plaży.
Dwa wzorce, oba negatywne
Jak mówi Rajko Domagarow, właściciel jednego z tysięcy biur, które świadczą podwykonawstwo i zapewniają realizację usług dla zagranicznych agencji turystycznych, w wielu miasteczkach na południowym wybrzeżu Bułgarii dominują dwa wzorce. – Najwięcej polskich turystów, którzy przechodzą przez moje biuro i dla których muszę znaleźć kwaterunek we wskazanym standardzie, to all inclusive: hotel, basen, restauracja, bar. Wydzielony kawałek plaży albo w ogóle brak dostępu do morza – zamiast tego chlorowana woda w basenie pół kilometra od plaży. Całość tak zaprojektowana, żeby nie przypominała Bułgarii – ma wyglądać jak „bezpieczny Zachód”. Ma być nowocześnie, może być trochę kiczu. Estetyka właściwie nikogo niemal nie obchodzi. Ważne jest, by było wszystkiego dużo lub żeby dużo opcji było w pakiecie. Poza konsumpcją






