2025
Polacy na wakacjach
Koszmar tanich urlopów i wstyd za rodaków za granicą. Ile w tym stereotypu?
Wakacyjny dramat rodaków to chyba jeden z częstszych nagłówków w portalach internetowych w okresie wakacyjnym. Polacy za granicą hurtowo wręcz się gubią, są oszukiwani, utykają na lotnisku albo zatrzymują ich miejscowe służby, chociażby za nieobyczajne zachowanie. Z zachowaniem zaś wiążą się opowieści, że Polak słyszący innego Polaka za granicą natychmiast milknie albo zaczyna mówić po angielsku.
Urlop z piekła rodem
– Jesteśmy na Rodos, i to poza sezonem. Zrobiliśmy sobie przerwę w zwiedzaniu Grecji. Dwa dni leżakowania. Wysiadamy z autobusu tuż przy plaży. Mój partner dość głośno stwierdza, że skoczy jeszcze do toalety. Na nieszczęście tuż obok przechodzi człowiek pchający jedną ręką wózek. Na oko około czterdziestki, ma wielki brzuch, jest bez koszulki. Na głowie czapka rybacka moro. Cały czerwony od poparzenia słońcem, co w dalszej części rozmowy nazwie opalenizną. Wiedzieliśmy, że jest za późno na ucieczkę. „O! Rodacy! Wejdź pan do damskiego. Zamek zepsuty, nie trzeba płacić!” – opowiada 30-letnia Adelajda ze Szczecina.
Nie mamy zbyt dobrego mniemania o sobie jako narodzie, kiedy wyjeżdżamy za granicę. Wielu unika wtedy rodaków, nie chcąc się wstydzić. Nadal docierają do nas takie sygnały jak dwa lata temu z Holandii. Dwóch Polaków zatrzymano właśnie za nieobyczajne zachowanie na plaży Noord Aa w mieście Zoetermeer. Pijani mężczyźni w wieku 34 i 52 lata wszczęli awanturę. Na dodatek się obnażyli, chociaż plaża nie była przeznaczona dla nudystów. Skończyło się na mandatach po 250 euro na głowę i ewentualnym wstydzie, który pewnie prędzej poczuli inni Polacy niż główni zainteresowani.
W ukochanej przez Polaków Chorwacji jest jeszcze gorzej. Obserwacjami podzielił się czytelnik portalu naTemat. Wypoczynek jest właściwie niemożliwy z powodu chamskiego zachowania polskich plażowiczów: „Już pierwszego dnia na plaży miałem wrażenie, że trafiłem nie do Chorwacji, tylko na wiejski festyn w Polsce. Grupa rodaków rozłożyła się z pełnym ekwipunkiem: parawany, głośnik, z którego wyje hiphopolo, lodówka turystyczna pełna browarów. Ktoś chce poczytać książkę albo po prostu odpocząć? Trudno, trzeba się dostosować. W końcu Polak na wakacjach nie odpoczywa – on dominuje”.
Frustrację sposobem bycia polskich urlopowiczów wyraził też dziennikarz „Dzień Dobry TVN” Michał Cessanis, który wybrał się do Turcji, popularnej wśród jeżdżących na wypoczynek all inclusive. Hotelowi sąsiedzi dziennikarza postanowili imprezować w pokoju zamiast w części do tego przeznaczonej. „Na terenie eleganckiego, pięciogwiazdkowego hotelu z pakietem ultra all inclusive mieli do wyboru przez całą dobę kilka miejsc – barów i restauracji, w których mogli balować do białego rana. To nie, co noc imprezowali w pokoju, mając w nosie innych gości hotelowych, którzy jedyne, czego chcieli po godz. 23, to ciszy i spokoju. Niestety, ani poduszka na głowie, ani słuchawki wyciszające nie pomagały mi w zaśnięciu”, relacjonował Cessanis, wspominając o śpiewach i małpich jękach przez trzy noce z rzędu.
Oszukani czy nieuważni?
O Polakach na wakacjach nie mają też dobrego zdania ludzie z branży turystycznej. Pani Karolina pracująca w jednym z greckich hoteli opowiadała w lipcu Onetowi, że mimo poprawy pewne schematy trudno wyplenić: „Jest prawda w powiedzeniu, że Polaka łatwo poznać za granicą. Kiedyś się tego trochę
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Czołg nigdy nie jest domem
15 sierpnia, w dniu upamiętniającym zwycięstwo Matki Boskiej (cud, panie, cud!) nad Armią Czerwoną, przetoczyła się przez Warszawę gigantyczna, największa od lat defilada wojskowa. Od czasów greckich wiemy, że tzw. bogowie uwielbiają prowadzić ludzkie wojny, oni wszak są nieśmiertelni. Nie będziemy się tu zagłębiać w próżne i daremne rozważania, dlaczego boskie dowództwo wojskowe wydelegowało akurat tę boską nieboską niewiastę do rozstrzygnięcia wojennej rzezi i, choć rzeczona Matka była Żydówką, mamą Jezusa, najwyraźniej zwyciężyło staropolskie „panie przodem”.
Żarty żartami, ale do śmiechu nie jest. Nie wiem, która z boskich osób patronuje nadciągającym wichrom wojny. Wiadomo natomiast dość dobrze, które państwa imperialne zacierają rączki na myśl o wojnie poza swoim terytorium i który z ich gigantów przemysłu zbrojeniowego zarabia na tym kolejne miliardy. Warszawska defilada była m.in. prezentacją ich produktów, notujcie sobie.
Polska, w ostatnich 35 latach drepcząc w niepewności, jakim i dla kogo chce być państwem, mając niewiele do zaoferowania, za to odgrywając wzorowo rolę peryferyjnego pseudomocarstewka, postawiła na robienie zakupów większych niż inni, czyli zbrojenie się na ułudopotęgę. USA, wypełniając lukę po Maryi, były od lat ostoją wszelkich nadziei i gwarancji dla polskich rządów, a i społecznej świadomości. Militarystyczne zauroczenie i zadurzenie, podparte rozbudowaną wersją masowej produkcji propagandowego strachu i nieuniknionych zagrożeń, zaowocowało tym, że Polska wydaje na zbrojenia najwięcej ze wszystkich krajów Unii. Miliardy bez kontroli, bez głowy, bez sensu płyną głównie do USA albo do ich wojskowych akolitów (jak Korea Południowa). W tym roku to niemal 190 mld zł, co stanowi wartość
Polak, którego widzą
To jest widoczne. Jeżeli ktoś jeździ po zachodniej Europie, po dużych miastach, natychmiast natknie się na bezdomnych, często uzależnionych, żebrzących, okupujących tereny dworców, stacje metra. Gdy ich zagadnie, okaże się nad wyraz często, że trafia na Polaków. W Berlinie, Hamburgu, Brukseli, Amsterdamie, Dublinie…
O tym rozmawiają między sobą konsulowie, którzy bezdomnym Polakom pomagają, o tym wie nasze MSZ. Wie, że nie chodzi o jakieś marginalne grupy. Oczywiście nikt tych Polaków dokładnie nie policzył, nie ma takich danych, po prostu w państwach europejskich nie są gromadzone statystyki na temat liczby bezdomnych według narodowości. Ale dane szczątkowe gromadzą organizacje pomocowe. I, jak poinformowało oficjalnie MSZ, „w oparciu o zgromadzone przez konsulów RP dane orientacyjne można oszacować, że liczba osób w kryzysie bezdomności posiadających obywatelstwo polskie lub będących polskiego pochodzenia wynosi co najmniej kilkanaście tysięcy osób w państwach Europy Zachodniej, tj. w Niemczech, Francji, Niderlandach, Belgii, Hiszpanii, Portugalii, Włoszech, na Malcie, w Austrii, w Szwajcarii, w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii”.
To są dane oficjalne, choć MSZ zastrzega, że orientacyjne – kilkanaście tysięcy bezdomnych Polaków.
Co z tym zrobić?
Jest to, po pierwsze, kłopot dla krajów, w których takie osoby przebywają. Te państwa próbują coś z tym zrobić: nie tak dawno odbyła się w Warszawie konferencja zorganizowana przez ambasadę Królestwa Niderlandów, na której mówiono o bezdomnych Polakach w Amsterdamie czy
Na progu wojny
Lament po naszej stronie, że Tusk i koalicja okrutnie zawiedli, że nie spełnili obietnic. A może warto dostrzec, co zrobili? Dostaliśmy wielkie pieniądze od Unii, blokowane przez PiS (burza wywołana przez prawicę o KPO nie zmienia faktu, że w 99,9% są dobrze wydawane). Ruszyła sprawa ekologii i energetyki, budowa elektrowni atomowych, wiatraków. Urealniono budowę CPK, uszczelniono mur graniczny. Inwestuje się wielkie pieniądze w armię – nie podoba mi się to, szkoda tych pieniędzy, ale rozumiem, że nie mamy wyjścia (mój 14-latek chce być oficerem, nieszczęście w rodzinie, ale pewnie mu to przejdzie). Podjęto próbę odbiurokratyzowania gospodarki. Postępuje liberalizacja szkoły, edukacja seksualna wchodzi do programu od września. Mamy próbę rozplątania gordyjskiego węzła sądownictwa. Ale, co najważniejsze, a jakby przeoczone, Polska dynamicznie się rozwija. To widać gołym okiem. I oczywiście wielką zaletą koalicji jest to, że nie jest PiS. I że jednak rządzą nami wyznawcy zdrowego rozsądku, a nie mroczni ideolodzy, cynicy i nieudacznicy. Nie grożą nam na razie polexit, pacyfikacja sądownictwa, państwo wyznaniowe, wychowywanie młodych w duchu tępego nacjonalizmu i ksenofobii. Nie załatwiono dostępności aborcji, ale jak to zrobić, gdy PSL to konserwa i jest prezydent z pisowskiego nadania? Wylewamy dziecko z kąpielą, a ono nawet nie krzyczy.
Można narzekać, że jest kiepska polityka informacyjna rządu, za to wybitna PiS. Ale oni przecież opierają swoją informację i propagandę na złowrogim kłamstwie, na fikcji, na opluwaniu i obsrywaniu. Trudno wymagać, by koalicja robiła to samo. Nie chcę przypominać, czyja propaganda była najskuteczniejsza w XX w. Wyznawcy PiS triumfują i radują się, że cierpimy, że martwimy się o Polskę, że nie chcemy żyć w brunatnej. Ale czy wielu z nas nie cieszyło się z ich cierpienia, gdy przegrali wybory? Uciecha z czyjegoś cierpienia – najpodlejsza ludzka cecha. To już nie rów, to przepaść
Moje zboczenia
W tym roku przedzieram się przez tatrzańskie chaszcze już bez duszy na ramieniu. Nigdy nie byłem zwolennikiem coraz modniejszych dzwonków przytraczanych do plecaków, bo co prawda misiołaki z dala dźwięk usłyszą i nie zostaną zaskoczone przez człowieka, ale teraz wszystkie szlaki na poziomie regli są rozdzwonione, jakby stada owiec nimi wędrowały. Jako miłośnik cichych ostępów nie chcę, a nawet nie mogę chodzić z dzwonkiem, bo niedźwiedzia bym może i ostrzegł, że się zbliżam, ale również przywołałbym parkowców, którzy byliby w prawie wlepić mi pokutu za zboczenie ze szlaku i uprawianie włóczęgostwa w rezerwatach (pal licho, niech się kasa parku narodowego wzbogaci), a co gorsza zawrócić na znakowaną ścieżkę.
Sprowadzania na właściwą drogę to ja nie znoszę chronicznie i od dziecka, taką mam właściwość, faktycznie to dzięki niej życie miałem może i wyboiste, za to ciekawe. Obsesyjnym podróżnikom legalistom współczuję, np. cyklistom warszawskim, co to wyłącznie wyznaczonych ścieżek się trzymają (widziałem nawet kiedyś bardzo śmieszny filmik z próby pokonania Śródmieścia wyłącznie wedle wyznaczonych tras rowerowych, zastawionych przez zaparkowane samochody). Krzysztof Zanussi zrobił niegdyś poruszający „Constans” o tym, jak życie karze ludzi zanadto bezkompromisowych i przesadnie zasadniczych. Owszem, warcholskie upodobanie Polaków do łamania przepisów jest słabe, ale obsesja krystalicznie czystej karty i stuprocentowej uczciwości to idea nie z tego świata, zanim utoruje drogę do nieba, może się przyczynić do krzywd i tragedii.
Chodzę dzikimi perciami z miłości do gór, a nie do anarchii, po prostu wszystkie znakowane szlaki dawno mi się skończyły po obu stronach Tatr. W ciągu 45 lat tatrzańskich peregrynacji zaledwie dwa razy zostałem złapany przez filanca. Skądinąd ten jeden raz przed 30 laty, kiedy się to skończyło mandatem, miałem akurat papierowe zezwolenie na wizytę w Jaskini Goryczkowej, ale zapomniałem w nim wpisać daty. No i się doczepił Maryś Weron, najbardziej nieprzejednany wróg wspinaczy i grotołazów tatrzańskich, obłażący swe rewiry z flintą u boku, z której zastrzelił niedźwiedzia podobno w obronie własnej – został za to zesłany ongiś karnie do Parku Narodowego Gór Stołowych, gdzie tak grubego zwierza ni ma.
Drugi raz wlazłem na parkowca po słowackiej stronie, schodząc z kompletnie dzikich i pięknych
Migawki i obrazy
Bieszczady, blisko granicy ukraińskiej. Ból, że tak mało pamiętamy o wojnie, o zabitych i o naszych rannych braciach. Piękne krajobrazy z grzbietu zapory solińskiej, w wodzie kłębowisko nadzwyczaj dużych karpi wąsatych, ludzie je dokarmiają ze szczytu zapory. Potem Sanok, zamek, a w nim muzeum. Rewelacyjne zbiory obrazów Zdzisława Beksińskiego. Pochodził z Sanoka, zapisał miastu w spadku swoje obrazy. Pamiętam, jak byłem w jego mieszkaniu na Służewie nad Dolinką. Mieszkanie i zarazem pracownia Beksińskiego znajdowały się w brzydkim bloku, tam został zamordowany. Słabo pamiętam malarza, najlepiej to, jak stoję w oknie i patrzę na krajobraz tej smętnej dzielnicy. Świetny film o nim „Ostatnia rodzina”.
Dwór w Komborni, luksusowy hotel z basenem, tam kilka dni. Niedaleko wieś Haczów, gdzie znajduje się najstarszy w Europie drewniany kościół gotycki. Jakim cudem ocalał? Zdumiewające, bo wokół pusto i głucho, a świątynia otwarta, nikt jej nie pilnuje, w środku tylko my. Wiele mroku i zapach drewna pociemniałego od upływu czasu. Obok niepiękny murowany kościół, o tyle oryginalny, że wzniesiony w 1944 r. Pamiętam czasy, gdy kościoły były zawsze otwarte, dzisiaj to dziwi. Wsiadamy do samochodu, gdy z nowego kościoła wychodzi ksiądz, otwiera drzwi auta, zdejmuje sutannę i od razu traci powagę. Mundur i sutanna mają moc.
Rzeszów, oszołomienie jego urodą i dostatkiem, piękny rynek, promenada. Franek, który ma słabość do wieżowców, zachwyca się niemal już ukończonym wysokościowcem, który stoi nad Wisłokiem, niedaleko starego miasta. Ten kontrast – wieżowiec i stare miasto. Budynek jest zaskakująco wzniosły
Azowiec na czele Ukraińskiego IPN
Żaden poprzednik Ałfiorowa nie wypowiadał się tak o Hitlerze
Józef Stalin twierdził, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów budowy socjalizmu. Uparcie przychodzi mi to na myśl w związku ze współczesną Ukrainą, gdzie w mAndrij iarę postępów budowy nowoczesnego europejskiego państwa (słyszymy przecież, że Ukraina ma skorzystać ze „skróconej” drogi wejścia do UE) zaostrza się radykalnie nacjonalistyczna polityka historyczna. Ta polityka opiera się na permanentnym kłamstwie, ponieważ stanowiąca jej istotę gloryfikacja OUN/UPA i ukraińskiej dywizji SS „Galizien” nie jest możliwa bez zaprzeczania ich zbrodniom. Proces zaostrzania nacjonalistycznej polityki historycznej Ukrainy postępuje od 2014 r. i należy przypuszczać, że nadal będzie się zaostrzał, ponieważ na czele Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UINP) stanął właśnie człowiek wywodzący się z jawnie neofaszystowskiego ruchu politycznego.
27 czerwca br. Rada Ministrów Ukrainy powołała na stanowisko szefa UINP Ołeksandra Ałfiorowa (ur. w 1983 r.), historyka, dziennikarza (m.in. prowadził program „Freski historyczne” w ukraińskim Radiu Kultura) oraz majora rezerwy. Od 2010 r. Ałfiorow pracował w Instytucie Historii Ukrainy Narodowej Akademii Nauk. W dorobku ma 15 książek oraz ponad 100 artykułów naukowych. Głównie mitologizujących historię Rusi Kijowskiej, Kozaczyzny i Ukrainy w duchu nacjonalistycznym.
Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji w 2022 r. Ałfiorow wstąpił do Sił Operacji Specjalnych „Azow-Kijów”. Służył w 3. Samodzielnej Brygadzie Szturmowej, wywodzącej się bezpośrednio ze wzbudzającego kontrowersje pułku „Azow”, jako „oficer odpowiedzialny za przygotowanie humanitarne i zabezpieczenie informacyjne w ramach zespołu wsparcia psychologicznego personelu”. Czyli prawdopodobnie był kimś w rodzaju oficera politycznego. Równocześnie – jak podał portal Kresy.pl – „kierował grupą ekspercką ds. derusyfikacji w Kijowie”. Derusyfikacji, czyli zmiany nazw ulic i demontażu symboliki kojarzonej z Rosją i ZSRR. U nas to się nazywa dekomunizacja.
Trzeba wyjaśnić, czym był i jest tzw. ruch azowski. To formacja polityczna wywodząca się z batalionu „Azow”, który od maja 2014 r. walczył z separatystami rosyjskimi w Donbasie. We wrześniu 2014 r. batalion został przekształcony w pułk o tej samej nazwie, a w czerwcu 2015 r. w brygadę, która od stycznia 2023 r. jest brygadą szturmową. Pułk „Azow” stał się zaczynem tzw. ruchu azowskiego, w skład którego oprócz samej jednostki weszły organizacje polityczne, wspierające jej działalność i kształtujące jej doktrynę. Doktrynę otwarcie faszystowską, zarówno w symbolice (nawiązanie do emblematu Wolfsangel), jak i w treści. Pierwszym dowódcą pułku „Azow” był Andrij Biłecki, który następnie został deputowanym do parlamentu ukraińskiego i liderem funkcjonującej w ramach ruchu azowskiego partii Korpus Narodowy.
Przez swoich zwolenników Biłecki był nazywany „białym wodzem”. Urodził się w 1979 r. w Charkowie, a do polityki wszedł jako lider legalnej, zarejestrowanej w 2006 r. przez sąd w Charkowie, neonazistowskiej organizacji Patriot Ukrajiny. Ta organizacja wybrała jako swój symbol emblemat 2. Dywizji Pancernej Waffen-SS „Das Reich” i 34. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Landstorm Nederland”, czyli Wolfsangel (wilczy hak). Symbol ten przejęty został przez batalion i pułk „Azow” oraz ruch azowski.
Patriot Ukrajiny był częścią Prawego Sektora, który odegrał kluczową rolę w zorganizowaniu i przeprowadzeniu przewrotu politycznego w Kijowie w 2014 r. (drugiego Majdanu). W skład Prawego Sektora wchodziły ponadto – co warto przypomnieć – takie skrajnie nacjonalistyczne siły jak Wszechukraińska Organizacja „Tryzub” im. Stepana Bandery, Biały Młot, UNA-UNSO i ultrasi Dynama Kijów. Patriot Ukrajiny poprzedzał Prawy Sektor organizacyjnie i ideologicznie.
Misja i władza
BBC opisała Biłeckiego w 2014 r. jako zwolennika białej supremacji. Znacznie dalej poszedł ukraiński socjolog Wołodymyr Iszczenko, który stwierdził, że Biłecki jest „faktycznym neonazistą”. Od tego czasu zaczęło się jednak na Zachodzie ocieplanie wizerunku pułku „Azow” i ruchu azowskiego. W 2018 r. „The Guardian” poinformował, że Biłecki „w ostatnich latach stonował retorykę”. Jednak w tym samym artykule przytoczono wypowiedź Biłeckiego z 2010 r.: „Misją Ukrainy jest poprowadzenie białych ras świata w ostatecznej krucjacie przeciwko dowodzonym przez Semitów Untermenschen (podludziom)”. W 2021 r. przywódczyni politycznego skrzydła „Azowa” Ołena Semenyaka powiedziała, że celem ruchu azowskiego jest „stworzenie sojuszu skrajnie prawicowych ugrupowań na całym Zachodzie z ostatecznym celem przejęcia władzy w Europie”.
Wiele dla ocieplenia wizerunku ruchu azowskiego, czyli negacji jego faszystowskiego charakteru, zrobiły też polskie media głównego nurtu. Schemat był zawsze ten sam: może jest coś na rzeczy z tym faszyzmem, ale oni przecież walczą z Rosją i to jest tylko przeciw Rosji. Możliwe, że Biłecki zrewanżował się, podpisując list do radnych Lwowa z lutego 2016 r., zainicjowany przez środowisko polskiego skrajnie prawicowego miesięcznika „Szturm”. W liście tym apelowano o ochronę polskiego dziedzictwa historycznego i zaprzestanie prowokowania przez lwowskich nacjonalistów konfliktów z Polską. Nie przyniosło to żadnego wymiernego rezultatu, jednakże podpisanie listu przez Biłeckiego wywołało ogromny entuzjazm w całym obozie proukraińskim w Polsce. Od razu obwołano „białego wodza” wielkim przyjacielem Polski.
Faszystowski wizerunek ruchu azowskiego i jego pierwszego lidera negował przed zachodnimi mediami również Ołeksandr Ałfiorow, rzecznik prasowy Biłeckiego, który z czasem wyrósł na jednego z liderów ruchu azowskiego. Według Ałfiorowa Biłecki miał przejść ewolucję do bardziej umiarkowanego nacjonalizmu, a dotyczy to też całości ruchu azowskiego. Fakty jednak temu przeczą.
W sierpniu 2023 r. 3. Samodzielna Brygada Szturmowa, sformowana na bazie pułku „Azow”, udekorowała swoich żołnierzy własnymi odznaczeniami, wzorowanymi na emblemacie 36. Dywizji Grenadierów Waffen-SS „Dirlewanger” – jednostki złożonej z kryminalistów, która pacyfikowała najpierw białoruskie wsie, a potem warszawską Wolę podczas powstania w stolicy. Chodzi o dwa białe skrzyżowane granaty na czarnym tle – azowcy dodali do nich na środku trzeci granat. Emblemat dywizji „Dirlewanger” jest od dawna używany w środowiskach neonazistowskich na całym świecie.
Godłem brygady – tak jak wcześniej pułku i batalionu „Azow” – jest symbol określany przez azowców jako „Idea Nacji”. Znak ten powstał w rezultacie przetworzenia nazistowskiego symbolu Wolfsangel i jest do niego łudząco podobny. Ukraińska historyczka Marta Hawryszko zwróciła uwagę, że Ałfiorow w przeszłości gloryfikował ukraińską ochotniczą dywizję Waffen-SS „Galizien” i gdy służył w 3. Brygadzie Szturmowej, jeden z jej pododdziałów zaczął używać zmodyfikowanej symboliki opartej na emblemacie dywizji „Dirlewanger”.
W 2023 r. Ałfiorow wypowiedział się na antenie Radia Hromadśke na temat skandalu z uczczeniem weterana dywizji „Galizien” w kanadyjskim parlamencie. Relatywizował problem i otwarcie bronił formacji Waffen-SS. Sugerował, że nikomu poza Ukraińcami nie wypomina się służby w Waffen-SS, a przypominanie kolaboracji z hitlerowcami jest ponoć rosyjską propagandą.
„Istniał silny radziecki mit o zbrodniarzach z SS. (…) Kwestia kolaboracji nie była poruszana na świecie od bardzo dawna. Podnosi ją tylko jeden kraj, Federacja Rosyjska. To manipulacja polityczna, jeden z elementów wojny”, powiedział Ałfiorow i dodał: „Musimy mówić o sobie, rozpowszechniać nasze idee. Ale nadal nie rozpoznaliśmy swojego stanowiska w kraju, nie tylko wobec członków dywizji [„Galizien”], ale także wobec UPA. Nie mamy twardego wewnętrznego stanowiska, więc nie możemy niczego przekazywać jako kod. A na świecie wszyscy już to mają, więc jesteśmy stale bici” (1).
Z empatią o Hitlerze
Ktoś może uznać, że nie ma nic sensacyjnego w gloryfikowaniu przez Ałfiorowa dywizji „Galizien” i UPA. Przecież jego dwaj poprzednicy
PRZYPISY
1 Azowiec nowym szefem Ukraińskiego IPN. Wcześniej bronił Waffen-SS Galizien, www.kresy.pl, 28.07.2025 [dostęp: 30.07.2025].
Obława augustowska
Fakty i kontrowersje
Już pierwsze zdanie Stanisława Kulikowskiego w artykule „Tragedia niedokończona” (nr 29/2025) budzi sprzeciw. Nie wiem, jacy to „historycy” mogą pisać, że „obławę augustowską przeprowadziły oddziały NKWD wspomagane przez funkcjonariuszy UB”. Jak słusznie podkreśla historyk dr Tadeusz Radziwonowicz, długoletni dyrektor Archiwum Państwowego w Suwałkach, człowiek, który chyba najgłębiej wgryzł się w temat, jest to nieporozumienie. Była to bowiem operacja wojskowa, przeprowadzona przez oddziały 2. Frontu Białoruskiego (głównie 50. Armii), pilotowana przez kontrwywiad wojskowy, czyli Smiersz. NKWD z UB miały najwyżej funkcje pomocnicze.
Nie widziałem autora publikacji na debacie przeprowadzonej 13 lipca 2025 r. w Domu Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej Instytutu Pileckiego, a szkoda. Zasłużony publicysta, który pierwszy pod koniec lat 80. XX w. w „Krajobrazach”, czyli w oficjalnym piśmie PZPR, podjął sprawę wraz z Ireneuszem Sewastianowiczem, dużo by na tej obecności skorzystał. Co do liczby zamordowanych także są kontrowersje. Podaje się liczby od 600 do 2 tys. Nie ulega wątpliwości, że podana przez rosyjską prokuraturę liczba 592 (na podstawie szyfrogramu gen. Abakumowa) jest zaniżona, dotyczy tylko głównego etapu operacji, po którym nastąpiły jeszcze kolejne aresztowania i zabójstwa.
Mnie przekonują szacunki dr. Jerzego Milewskiego (autora określenia obława augustowska) z białostockiego IPN, oceniającego liczbę ofiar na 700-750. Z badań dr. Nikity Pietrowa wynika, że zachowało się 575 teczek osobowych, do których nie było ani nie ma teraz dostępu. W wyniku ustaleń Danuty i Zbigniewa Kaszlejów z nazwiska znanych jest i potwierdzonych 513 osób.
Na debacie podano również, że odsetek przypadkowo zabitych ludzi nie jest aż tak duży, jak pisze red. Kulikowski. Okazuje się, że z ustalonych nazwisk ok. 70% ofiar miało powiązania z Armią Krajową, przynajmniej z siatką terenową AKO. Rodziny po prostu jeszcze po 1990 r. bały się do tego przyznać. Nie tylko przed panem redaktorem.
Włączenie tematu obławy augustowskiej w bieżące rozgrywki polityczne spowodowało, że nie wyjaśniono wielu spraw, w tym nie ujawniono miejsca pochówku „zaginionych”. W dobie poprawnych stosunków polsko-białoruskich istniała szansa na jego odnalezienie. Czynniki państwowe wolały jednak głośno demonstrować i pokrzykiwać, a nie ułatwiać po cichu wyjaśnienie problemu.
Nie ma co ukrywać, już od 2015 r. wiadomo, gdzie prawdopodobnie znajdują się groby. Wpadł na to, przeglądając zdjęcia satelitarne, Tomasz Kiełczewski, obecny kierownik Muzeum Ziemi Augustowskiej, od razu poparty przez pracowników białostockiego oddziału IPN. Jest to miejsce w pobliżu dawnej leśniczówki Giedź przy drodze z Rygola do Kalet, tuż za obecną granicą państwową w białoruskiej zonie granicznej.
Pozwolę tu sobie na akcent osobisty: wiosną 1981 r. spotkaliśmy z obecną moją żoną na ulicy Młyńskiej (wtedy Związków Zawodowych) podpitego Jana Szostaka (rzadko chodził trzeźwy). Zapytałem go wprost, co się stało z ludźmi aresztowanymi podczas obławy w lipcu 1945 r. Reakcja była łatwa do przewidzenia: „A to była jakaś obława? Kto to mówi?”. Odpowiedziałem standardowo: „Wszyscy mówią”. Zaskoczony odrzekł: „Myśmy się dowiadywali, jest wielka mogiła pod Sopoćkiniami”.
Nie bardzo rozumiałem tę odpowiedź. Dopiero znacznie później zorientowałem się, że pod koniec 1945 r. albo już w 1946 r. UB otrzymał od władz wojewódzkich zadanie uzyskania wyjaśnień. Rodziny zgłaszały się po pomoc, zasiłki i wsparcie w innych sprawach bytowych, wszak utraciły żywicieli. Służby swoimi kanałami uzyskały tę odpowiedź strony radzieckiej i na tym poprzestano.
„Okolice” w tym przypadku rozumiane są szeroko. Istotnie Giedź znajduje
Wojciech Batura, emerytowany kustosz Muzeum Ziemi Augustowskiej
Lotnisko w Radomiu im. PiS
Ryszard P. (nazwisko znane redakcji), nasz czytelnik z Radomia, pisze, że jak słucha Nawrockiego, Marcina Horały i Pauliny Matysiak bredzących o CPK, to chętnie by ich przyjął u siebie. Ma do pokazania Port Lotniczy Radom. Prawdziwy cud gospodarki pisowskiej. W 2024 r. strata portu przekroczyła 46,76 mln zł. Inwestycja, w którą Morawiecki wpompował 800 mln zł, jest pokazem marnotrawstwa. Do lotniska widmo trzeba dopłacać. Rok temu było to 415 zł do każdego ze 112 tys. pasażerów. Takie są skutki pomysłów Suskiego i Bielana. Może Nawrocki, tak chętny do oskarżeń, odwiedzi ten pomnik marnotrawstwa i nieudolności PiS?
Najjaśniejszy Pan Nasz, król Karol „bokser” Nawrocki I
Kumulacja najgorszych tradycji Rzeczypospolitej rozbita niczym w Lotto wyborem niegdysiejszego alfonsa Grand Hotelu w Sopocie, uczestnika bandyckich ustawek kibicowskich, któremu z twarzy nie schodzi uśmiech (wewnętrzny rechot) i słowo Rzeczpospolita, które to słowo jest w tym wykonaniu win odpuszczeniem, puszczeniem w niepamięć i triumfalizmem okraszonym narodową tromtadracją. Jest w jego mowie inauguracyjnej zaśpiew tęsknot monarchistycznych, rygoryzm katolickiej ortodoksji, marzenia o wielkości kogoś, kto wierzy, że nie tyle go wybrano, ile ukoronowano. Korona pychy nie jest aż tak niewidzialna jak ta nieistniejąca, dawna. Nawrocki sam się namaszcza bezprzytomnie swoim wyborem, sam mianuje się trybunem ludowym i generałem nad generałami, widzi się jako pomazaniec narodu. Co prawda, niegdysiejszego emerytowanego zbawcę narodu Jarosława Kaczyńskiego jakoś widok kwitnącego Nawrockiego nie cieszył w widoczny sposób, ale nie dziwota…
Sam prezes zbolały, z opatrunkiem na palcu, słabowity ogólnie, wyraźnie widzi, że akcenty politycznych sygnałów nowego kierownika Pałacu Prezydenckiego wybrzmiewają raczej konfederacką, skrajną realnie nutą, niż miłą jego uchu pisowską kołysanką. Czy takiego delfina na swojej piersi chciał wyhodować? Chyba nie. Czy te oczy mogą kłamać? Owszem itp.
W swojej mowie szturmowej Nawrocki zdawał się wierzyć, że jest budowniczym portów komunikacyjnych, strażnikiem budżetu, ekspertem ds. lektur (polskich, pamiętajcie, polskich), człowiekiem, który ma w walizce czerwony guzik, choć nie ma żadnych atomówek. Zawsze w takim momencie odzywają się głosy, żeby zawierzyć, nie skreślać, dać kredyt zaufania. Żaden jednak akcent w tej elukubracji nie daje podstaw do takich poczynań. A co dopiero biografia i dokonania zawodowe. Brak kompetencji politycznych, brak kompetencji międzynarodowych, zadeklarowana naiwność chłopka roztropka, który nie potrafi zrzucić z siebie retoryki kampanii wyborczej. Za chwilę się okaże, że jedynym nowum będzie to, że żona prezydenta (nie potrafię kupić tej amerykańskiej pierwszej damy i jej kreacji) będzie się odzywać od czasu do czasu, czyli i tak nieskończenie więcej niż bezpośrednia poprzedniczka.
Dokładnie w dniu zaprzysiężenia Karola Nawrockiego mija 80. rocznica zrzucenia bomby atomowej przez USA na Hiroszimę, rocznica potwornej, ludobójczej śmierci tysięcy cywilów. Po natychmiastowej śmierci 100 tys. inni będą umierać latami. Wydawnictwo Znak wznowiło zapewne najsłynniejszą i najlepszą książkę na ten temat, reportaż Johna Herseya „Hiroszima”, nazywany niekiedy najwybitniejszym amerykańskim tekstem reporterskim XX w. Podzielam tę opinię. Zapytacie państwo, co ma piernik (Nawrocki) do wiatraka (fala uderzeniowa pierwszej atomówki). Ma tyle, że z racji






