Nie ryzykujesz, nie robisz filmu

Nie ryzykujesz, nie robisz filmu

W normalnych warunkach sztuka powinna dawać wytchnienie od polityki

Olivier Assayas – francuski reżyser filmowy i scenarzysta; właśnie do kin wchodzi jego najnowszy film „Personal Shopper”, nagrodzony za reżyserię na festiwalu w Cannes

Bohaterka pańskiego najnowszego filmu „Personal Shopper” pracuje jako asystentka znanej modelki i jest zapatrzona w swoją szefową. Czy w młodości fascynował się pan aż tak jakimś reżyserem?
– Na szczęście nie, choć podziwiałem kilku twórców – Bressona, Dre­yera, Tarkowskiego. W przeciwieństwie jednak do Maureen z mojego filmu nigdy nie chciałem ich naśladować ani podążać ich tropem. To samo mogę powiedzieć o ulubionych malarzach i pisarzach.

Świat mody w „Personal Shopper” wydaje się przepełniony zawiścią, frustracją i sztucznością. Podobnie postrzega pan środowisko filmowe?
– Wiem, że wiele osób zestawia ze sobą te dwie rzeczywistości, ale to spore nadużycie. Świat projektantów i modelek zafascynował mnie ze względu na jego ambiwalencję. Z jednej strony, prowokuje ciągły stres, jest napędzany przez egoizm i chciwość. Z drugiej – moda pozostaje przecież rodzajem sztuki i jako taka skłania do autorefleksji, która staje się także udziałem Maureen. Bohaterka zadaje sobie pytania: jaka jest moja tożsamość, jak definiuję własną kobiecość? Aby odnaleźć odpowiedzi, rozpoczyna rodzaj prywatnego śledztwa, którego świadkami stają się widzowie.

Maureen interesuje pana również jako osoba szukająca kontaktu z zaświatami. Dlaczego ta tematyka wzbudza zainteresowanie filmowców?
– Kino powinno obejmować jak najwięcej obszarów życia. Także ten, który – zależnie od przekonań – możemy powiązać z duchowością, religią czy podświadomością. Im mocniej wierzysz w robienie filmów, tym bardziej otwarty powinieneś być na konfrontowanie się za ich pomocą ze zjawiskami nie do końca zrozumiałymi albo wyjaśnionymi. Kino nie jest oczywiście od tego, by dawać jakiekolwiek odpowiedzi. Z całą pewnoś­cią jednak może rozszerzyć czyjeś horyzonty albo umożliwić spojrzenie na pozornie oczywiste kwestie z nowej perspektywy.

W filmie opowiada pan o poważnych sprawach przy użyciu narzędzi właściwych kinu gatunkowemu.
– Obejrzałem wystarczająco dużo świetnych filmów tego rodzaju, by wiedzieć, że często potrafią być znacznie głębsze i bardziej autentyczne niż „kino ambitne”. Podczas gdy dzieła prezentowane na festiwalach sprawiają zwykle intelektualną przyjemność garstce publiczności, horrory czy komedie trafiają do szerokiej grupy odbiorców i odwołują się raczej do ich fizyczności – potrafią sprowokować gęsią skórkę, dreszcze albo śmiech. Możliwe, że tak intymny kontakt z widzem daje tym filmom specjalne przywileje i sprawia, że przez ich pryzmat chętniej mówi się o rzeczach najtrudniejszych. Nie uważam jednak „Personal Shopper” za stuprocentowy film gatunkowy. To raczej kino artystyczne, które posiłkuje się rozwiązaniami typowymi dla horroru i thrillera.

Podobną mieszankę tego, co artystyczne i masowe, zawierały filmy buntowników z kręgu francuskiej Nowej Fali.
– Jeśli spojrzymy na wczesne filmy Godarda, Truffauta czy Chabrola, rzeczywiście dostrzeżemy, że wiele z nich stanowi wariację na temat czarnego kryminału. Sięgnięcie po charakterystyczne dla tamtego gatunku odwołania i osadzenie ich w zaskakujących kontekstach, związanych np. z ówczesną sytuacją społeczno-polityczną Francji, okazywało się bardzo odświeżające. Mam nadzieję, że podobny zabieg udał się także w moim filmie.

Czy – mimo flirtowania z gatunkami – podobnie jak nowofalowcy uważa się pan za filmowego autora?
– Tak, nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć nieco buńczucznie. Wbrew pozorom „autorstwo” nie musi mieć nic wspólnego z jakością twórczości – można być zarówno autorem dobrym, jak i złym. Jako filmowy autor nie pracuję na zamówienie, sam piszę dla siebie scenariusze i sięgam tylko po tematy, które w jakiś sposób pozostają dla mnie istotne.

Jak uniknąć w takich warunkach powtarzania samego siebie?
– Trzeba nieustannie ryzykować. Gdy czuję się w jakiejś sferze zbyt bezpiecznie, a opowiadanie o niej przychodzi mi niepokojąco łatwo, natychmiast ją porzucam i próbuję czegoś innego. Podświadomie staram się, by każdy kolejny film był choć odrobinę radykalniejszy od poprzedniego.

W „Personal Shopper” rezygnuje pan z obecnych w wielu pańskich poprzednich filmach elementów humoru.
– Faktycznie, ma w sobie sporo mroku. Chyba jednak nie mogło być inaczej, jeśli jeden z najważniejszych wątków dotyczy przeżywanej przez Maureen żałoby i doskwierającej jej tęsknoty za ukochaną osobą. Próby żartowania z takich tematów byłyby po prostu niesmaczne.

Jako osoba niezdolna do pogodzenia się z przeszłością bohaterka sprawia wrażenie melancholiczki.
– Cierpi przede wszystkim na specyficzną, nowoczesną odmianę samotności. Choć nieustannie siedzi z nosem w smartfonie i teoretycznie pozostaje w stałym kontakcie z całym światem, w rzeczywistości nie ma żadnej bliskiej osoby. Oczywiście nie chodziło mi o infantylną krytykę Facebooka czy Twittera. Zależało mi raczej na uchwyceniu procesu, w ramach którego nowe technologie przekształcają naszą tożsamość i sprawiają, że świat, w którym żyjemy, w coraz większym stopniu odchodzi od konkretu na rzecz abstrakcji.

Jednocześnie pozostajemy uzależnieni od „tu i teraz”. Czy to prawda, że paryską część zdjęć zakończyliście kilka dni przed zamachem terrorystycznym z listopada 2015 r.?
– Tak. Gdybyśmy weszli na plan tydzień później, pewnie nigdy nie ukończylibyśmy pracy, bo długo po zamachu nie wolno było kręcić w paryskich plenerach. Wiadomość o ataku dotarła do nas w Czechach i wpłynęła na atmosferę naszych działań. Praktycznie każdy członek ekipy znał kogoś, kto feralnego dnia mógł się znajdować w okolicy miejsca zamachu. Nikomu z naszych bliskich na szczęście nic się nie stało, ale niepokój, niedowierzanie i rozgoryczenie udzielały się nam chyba do samego końca zdjęć.

Zamachy doprowadziły do wzrostu popularności skrajnej prawicy, której kandydatka Marine Le Pen startuje w najbliższych wyborach prezydenckich. Jak pan, który w młodości brał udział w lewicowej rewolcie sportretowanej w filmie „Po maju”, zapatruje się na tę sytuację?
– Nie jestem szczęśliwy, ale staram się zachować spokój. Francja zawsze była przecież podzielona na dwa obozy. Szkoda, że ostatnio oba bardzo się zradykalizowały – z jednej strony mamy skrajną lewicę, a z drugiej ultraprawicę. Mimo wszystko wierzę w zdrowy rozsądek społeczeństwa. Czym innym jest przecież wylewanie frustracji w internecie, a czym innym rzeczywiste wrzucenie głosu do urny. Myślę, że wygra kandydat umiarkowanej lewicy – Emmanuel Macron.

Czy artyści powinni angażować swoją twórczość w politykę?
– Tylko w pewnych sytuacjach. Jednym z podstawowych zadań sztuki jest upominanie się o wolność, jeśli więc bywa ona zagrożona, obowiązkiem reżysera czy pisarza jest interweniować. Kiedy indziej nie wydaje mi się to konieczne. Powiedziałbym wręcz, że w normalnych warunkach sztuka powinna dawać nam wytchnienie od polityki i kierować uwagę na kwestie bardziej uniwersalne.

Jakie filmy przyniosły ostatnio wytchnienie panu?
– Muszę podkreślić, że nie jestem jednym z tych reżyserów, którzy z biegiem czasu gorzknieją i tracą zainteresowanie kinem innym niż własne. Wciąż oglądam bardzo dużo i mam obsesję na punkcie odkrywania filmów, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Ostatnio zachwyciłem się adaptacją „Piekła” Dantego z 1911 r. Proszę się jednak nie obawiać – miewam również znacznie bardziej konwencjonalne fascynacje. Kilka dni temu świetnie się bawiłem na „Tonim Erdmannie”.

Wydanie: 11/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy