Skała niezgody

Skała niezgody

Wychodząca z Unii Wielka Brytania kurczowo trzyma się Gibraltaru

Skalny przyczółek na skraju Europy niemal od momentu przekazania go pod jurysdykcję Wielkiej Brytanii na mocy podpisanego w 1713 r. traktatu z Utrechtu pozostaje osią konfliktu Londynu i Madrytu. Dziś realia geopolityczne są inne, oba państwa należą do NATO, a Wielka Brytania zlikwidowała w Gibraltarze ważną niegdyś i prestiżową bazę marynarki wojennej. Jednak retoryka polityków brytyjskich i hiszpańskich w kwestii półwyspu zajmującego niecałe 7 km kw. przypomina mowę wojenną. Kiedyś przedmiotem walk była kontrola nad bramą do basenu Morza Śródziemnego, dziś cele są inne. Po zeszłorocznym triumfie obozu wyjścia w referendum brexitowym Gibraltar ma nadzieję, a przede wszystkim spory potencjał, by stać się spokojną przystanią dla uciekających z Londynu firm z sektora finansowego i ubezpieczeniowego. Marzeniem Madrytu jest natomiast przejęcie kontroli nad tym exodusem.

Matka Brytania

Z prawnego punktu widzenia wydaje się to mało prawdopodobne. Gibraltar w świetle jurysdykcji międzynarodowej stanowi brytyjskie terytorium zamorskie, w którym władza podzielona jest między rząd lokalny i ten w Londynie. Mieszkańcy Gibraltaru są zresztą nie tylko instytucjonalnie związani z Wielką Brytanią, ale i tożsamościowo bardzo z nią zżyci. Dwukrotnie, w 1967 r. i w 2002 r., odrzucili w referendum możliwość oddania się pod władzę Madrytu. W codziennych rozmowach dodają zresztą (częściej niż Brytyjczycy z Wysp), że czują się poddanymi brytyjskiej monarchii, ich walutą jest funt (wprawdzie lokalny, gibraltarski, ale przecież funt), a językiem angielski. Zgodnie z uchwaloną w 2006 r. nową konstytucją, choć Gibraltar jest suwerenny w wielu aspektach – od szkolnictwa po ordynację wyborczą i prawo karne – to spora część strategicznych decyzji, z polityką zagraniczną oraz kwestiami bezpieczeństwa na czele, oddana została w ręce Londynu. Najlepszym dowodem na silne więzy łączące Gibraltar z Wyspami Brytyjskimi była niedawna wypowiedź premiera Fabiana Picarda, który określił mieszkańców półwyspu „jednym z narodów tworzących Wielką Brytanię”, na równi z Anglikami, Walijczykami, Szkotami i Irlandczykami z Północy. Na pierwszy rzut oka Madryt nie ma tu więc czego szukać.

Jednak Gibraltar to także silnie zeuropeizowany zakątek Półwyspu Iberyjskiego. Głównymi źródłami przychodu budżetowego są turystyka, sektor finansowy i firmy rozwijające nowe technologie. Siedziby w Gibraltarze zakłada coraz więcej hiszpańskich i portugalskich start-upów. Kusi je uniwersalne, anglojęzyczne środowisko pracy, przejrzysta administracja i, jak to często bywa w tego typu enklawach, luźniejszy reżim podatkowy. Mieszkańcy półwyspu zarabiają też krocie na tłumach turystów wspinających się na Skałę Gibraltarską i bawiących się z tutejszymi magotami. Zdecydowana większość ciekawych tego skrawka Europy – ok. 88% według najnowszych statystyk brytyjskiej izby turystycznej – trafia na półwysep przez lądowe przejście graniczne, a nie drogą lotniczą. Wreszcie z powodu strategicznego położenia, zaledwie 14 km od brzegów Afryki, Gibraltar pozostaje ważny dla Unii Europejskiej, która dzięki swoim instalacjom szpiegowskim i nadzorującym może skutecznie walczyć z przemytem narkotyków i praniem brudnych pieniędzy.

Innymi słowy, Gibraltar, choć z krwi i kości brytyjski, bez zjednoczonej Europy nie byłby w stanie dalej funkcjonować w obecnym modelu gospodarczym.

Madryt ma oko

Słowne przepychanki trwałyby nadal, gdyby nie decyzja brytyjskich obywateli podjęta w referendum 23 czerwca 2016 r. Mieszkańcy Wysp zagłosowali za wyjściem z Unii. Tego dnia jednak Gibraltar skręcił w przeciwną stronę. Mieszkańcy półwyspu, świadomi swoich powiązań ekonomicznych z UE i niesłychanej niepewności polityczno-gospodarczej, jaką zafundowałby im Brexit, niemal jednogłośnie opowiedzieli się przeciw rozwodowi z Brukselą. Przy niespotykanej w innych częściach kraju frekwencji (aż 83%) ponad 95% głosujących opowiedziało się przeciwko opuszczeniu Unii Europejskiej. Taki wynik oczywiście nie został niezauważony w Madrycie i szybko odnowił dyskusję o możliwym przejściu skalistego przyczółka pod zwierzchnictwo Hiszpanii.

Przyszłość Gibraltaru po Brexicie, podobnie jak całej Wielkiej Brytanii, pozostaje na razie niewiadomą. Po ostatnich wyborach parlamentarnych, w których rządząca Partia Konserwatywna zamiast umocnić swój mandat, znacznie go zredukowała, wśród politycznych elit w Westminsterze zapanował chaos, którego końca nie widać. Osłabiona premier Theresa May musi gasić pożary w polityce krajowej, choć priorytetem powinny być rozpoczęte niedawno rozmowy z Brukselą na temat warunków wyjścia ze zjednoczonej Europy. W obliczu decyzyjnego paraliżu w Londynie pozostałe kraje Wielkiej Brytanii postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce. Premier Walii Carwyn Jones odwiedził niedawno Gibraltar i we wspólnym wystąpieniu z premierem Picardem podkreślił, że głos wszystkich części Królestwa w sprawie Brexitu musi wybrzmiewać w Westminsterze jednakowo głośno. Picardo dodał, że zarówno z punktu widzenia Gibraltaru, jak i Walii najważniejsze jest, by po Brexicie „nie doszło do powstania zbędnych barier tam, gdzie dziś nie ma ich w ogóle”. Oczywiście miał na myśli ewentualny protekcjonizm handlowy, cła i utrudniony dostęp do wolnego rynku, bez którego gospodarce półwyspu grozi niewyobrażalna zapaść.

Gibraltar może jednak na wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii bardzo skorzystać – wszystko zależy od porozumienia wynegocjowanego z Brukselą. Jeśli uda się zachować jedność instytucjonalną z Wyspami oraz względnie niezakłócony dostęp do wolnego rynku i swobodę przepływu osób, półwysep może się przekształcić w idealne schronienie dla uciekających z Londynu instytucji finansowych i ubezpieczycieli. Z jednej strony, przedsiębiorcy zachowają dostęp do brytyjskiego rynku, będą mogli też liczyć na anglojęzyczną kadrę. Z drugiej – unikną prawnego i instytucjonalnego chaosu związanego z koniecznością przepisania brytyjskiego prawa. Gibraltarska lokalizacja da im również bliskość unijnego terytorium oraz możliwość korzystania z lokalnych ulg podatkowych i wytrychów prawnych, na które Londyn nie będzie mieć większego wpływu.

Niektórzy gracze z City już robią podchody pod ewentualny transfer na półwysep. Jak twierdzi minister handlu Gibraltaru Albert Isola, od chwili referendum brexitowego aż 26 firm z sektora finansowego i nowych technologii złożyło w miejscowym sądzie aplikacje o przeniesienie tam działalności gospodarczej. Krótko mówiąc, przy sprzyjających rozstrzygnięciach Gibraltar może skupić w sobie najlepsze cechy obu światów: unijnego i brytyjskiego.

Napięte relacje

Co na to Hiszpania? Tradycyjnie uprzedzona do Wielkiej Brytanii najchętniej postawiłaby możliwie najtwardsze warunki w negocjacjach dotyczących Brexitu i ucięła spekulacje w sprawie Gibraltaru, niejako zmuszając mieszkańców półwyspu do przejścia pod władzę Madrytu. Jeśli bowiem dostęp do wspólnego rynku zostanie całkowicie odcięty, a swoboda przepływu osób znacząco utrudniona, europejscy biznesmeni nie będą mieli czego szukać na półwyspie, a lokalna gospodarka błyskawicznie popadnie w recesję. Hiszpanie liczą na to, że proeuropejscy mieszkańcy półwyspu sami zwrócą się w kierunku Madrytu, a Brytyjczykom utrzymywanie deficytowego terytorium zwyczajnie przestanie się opłacać. Na razie Londyn nie zamierza narażać na szwank swojej dumy, dlatego eskalacja napięć trwa. Zaczął hiszpański premier Mariano Rajoy, domagając się natychmiastowego „zwrotu” Gibraltaru Hiszpanom. W odpowiedzi minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Boris Johnson zapowiedział, że Londyn zrobi wszystko, by utrzymać „brytyjskość” półwyspu i jego mieszkańców. Hiszpanów z kolei oskarżył o hipokryzję, podkreślając, że domagają się kontroli nad Gibraltarem, nie chcąc przy tym zrezygnować z Ceuty i Melilli, swoich eksklaw w Maroku. Wreszcie ostatnio, tuż przed wizytą w Gibraltarze hiszpańskiej pary królewskiej, doszło do groźnego incydentu na morzu. Stacjonująca w Gibraltarze łódź patrolowa brytyjskiej marynarki ledwo uniknęła zderzenia z hiszpańskim niszczycielem, który miał zignorować nadawane po hiszpańsku komunikaty wzywające do opuszczenia brytyjskich wód terytorialnych. Do zderzenia nie doszło, ale głowy polityków znów rozgrzały się do czerwoności. Przy tak napiętych relacjach jakiekolwiek pokojowe przekazanie władzy wydaje się niemożliwe. A biorąc pod uwagę brytyjską tradycję wszczynania wojen o małe, skaliste enklawy otoczone morzem, nie powinno się wykluczać żadnego rozwiązania.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy