Imigracyjne tsunami na Lampedusie

Imigracyjne tsunami na Lampedusie

Włoska wyspa dusi się pod naporem uchodźców, a pozostałe kraje Unii nie chcą ich mieć u siebie

Obiecuję wam, że w ciągu 48 godzin, a maksymalnie 60 godzin, emigranci znikną z Lampedusy. Zgłosimy kandydaturę wyspy do pokojowej Nagrody Nobla. Przynajmniej przez rok nie będziecie płacić podatków ani akcyzy za benzynę. Ponadto wybuduję tu kasyno i pole golfowe. Moje telewizje nakręcą spoty reklamowe, które zachęcą turystów. I aby udowodnić wam, że Lampedusa leży mi na sercu, wczoraj w nocy kupiłem sobie przez internet willę za mniej niż 2 mln euro! – mówił premier Silvio Berlusconi 30 marca br., podczas wizyty na Lampedusie przeżywającej desant imigrantów. Nie-Europejczyków, którzy przypłynęli z Tunezji i Libii, było już więcej niż rodzimych wyspiarzy. Spali, gdzie popadło.
– Lampedusa jest trochę przygaszona, trzeba pomalować domy na żywe kolory i posadzić więcej zieleni – radził Berlusconi nagradzany owacjami przed urzędem miasta.
Kontestatorów z transparentami: „Mniej bunga-bunga, więcej powagi” nie dopuszczono.

Willa z widokiem na imigrantów
Wyspiarze od wieków przyjmują i goszczą tych, którzy przypływają zza morza. Jako najdalej wysunięty na południe skrawek Europy na Morzu Śródziemnym Lampedusa jest miejscem, gdzie od połowy lat 90. trafiają tysiące imigrantów z Afryki. Biednym i wykończonym ludziom nie odmawia się wody, posiłku ani pomocy medycznej. Wszystko ma jednak granice.
Od wybuchu rewolucji w Tunezji na wyspę zaczęły przypływać łodzie wypełnione zdesperowanymi uciekinierami. Sytuacja pogorszyła się, gdy w połowie lutego zamieszki objęły także Libię, a na granicach z Tunezją i Egiptem zgromadziło się ponad 100 tys. uchodźców. Od początku roku do włoskich brzegów przypłynęło już ponad 25 tys. uciekinierów. Tylko 15 lutego br. na Lampedusę dotarło ponad 1,5 tys. osób. Włoska gwardia przybrzeżna z trudem ratowała imigrantów w przepełnionych, zdezelowanych kutrach. Wolontariusze z organizacji humanitarnych rozdawali wodę i jedzenie. Brakowało lekarzy, by opatrywać rany wyniesione jeszcze z walk ulicznych. Kilkudziesięciu policjantów i karabinierów pilnowało porządku. Część imigrantów przeniesiono do namiotów rozstawionych na boisku oraz do obozu przejściowego w byłej bazie wojskowej Loren. Minister spraw wewnętrznych Roberto Maroni zdecydował się otworzyć dopiero co wybudowany obóz przejściowy, mogący pomieścić 2 tys. osób. Rozpoczął się transfer statkami i samolotami na stały ląd, do ośrodków identyfikacyjnych rozrzuconych na terytorium Włoch i już pękających w szwach. To jednak nie wystarczyło.

Wzgórek hańby
Prawdziwy kryzys humanitarny zaczął się w połowie marca, gdy w ciągu czterech dni na wyspę przypłynęło 4 tys. imigrantów – przede wszystkim młodych mężczyzn z Tunezji. Na Lampedusie musiało żyć obok siebie 6,2 tys. imigrantów i 6 tys. stałych mieszkańców. Struktury przeznaczone dla przybyszów nie mogły pomieścić wszystkich. Tunezyjczycy spali gdziekolwiek, przed zimnem chronili się pod samochodami, zakradali się do wolno stojących domów, leżeli na ulicy przykryci kartonami. Z powodu braku toalet załatwiali potrzeby w dowolnych miejscach. Wchodzili do domów i sklepów, żebrząc o jedzenie i ubranie. Dla 2,2 tys. osób zabrakło posiłków. Na górce wznoszącej się nad portem imigranci zbudowali osadę z toreb foliowych i dykty, a miejsce otrzymało przydomek „Wzgórek hańby”. Unoszący się tam smród zapowiadał epidemię. Protesty mieszkańców były nieuniknione, zwłaszcza że obawiano się przestępców, którzy uciekli z tunezyjskich więzień. Nieuniknione były też protesty imigrantów chcących opuścić pułapkę na morzu. Tunezyjczycy nie mieli zamiaru pozostawać we Włoszech ani szukać tam pracy. Większość chciała dotrzeć do Francji, do swoich rodzin – ojców i braci niewidzianych od lat.
W szczycie kryzysu na wyspę przybył premier Berlusconi. Obiecał, że przeniesie imigrantów i uprzątnie wyspę, posadzi zieleń i stanie się Lampedusaninem. Razem z nim przypłynęły wreszcie statki, które miały przewieźć imigrantów w inne rejony Włoch. Niestety z powodu złych warunków pogodowych wielkie jednostki morskie nie mogły wpłynąć do portu. W drodze powrotnej z Lampedusy Berlusconi obejrzał też willę kupioną w nocy przez internet i zorientował się, że stoi ona zbyt blisko lotniska i dlatego od lat nie może znaleźć nabywcy. Chyba się rozmyślił…
Po odlocie premiera zaczęło się czterodniowe piekło. Wśród uchodźców doszło do zamieszek. Policja próbowała zyskać na czasie, rozdając numerki, które pozwalały wejść na pokład statków zacumowanych daleko. Ktoś podpalił kemping, na którym zorganizowano bileterię. Na molo wybuchła panika. W centrum dla niepełnoletnich młodociani Tunezyjczycy zdewastowali pomieszczenia i zaczęli uciekać przez siatkę. To było preludium tego, co może się stać w przyszłości, gdy imigrantom odbierze się nadzieję.
W końcu statek wojskowy „San Marco” podpłynął do brzegu i zabrał pierwsze 500 osób. Imigranci wchodzili na pokład jak więźniowie – bez sznurówek i pasków, po rewizji osobistej. Wreszcie zacumowały też dwa statki turystyczne wypożyczone przez rząd, które zabrały kolejnych imigrantów. Podczas podróży do innych włoskich obozów przejściowych Tunezyjczycy zdewastowali kabiny – wyrzucili telewizory i fotele za burtę. Ledwie na Lampedusie zrobiło się trochę miejsca, zaczęli przypływać nowi uciekinierzy z Libii.

Fora da i ball
Tak w dialekcie lombardzkim stosunek do imigrantów wyraził lider Ligi Północnej, Umberto Bossi. Znaczy to: „S… na bambus”. Koalicjant był dla Berlusconiego największym problemem. Bossi chciał, aby imigranci byli odwożeni statkami prosto do Tunezji i Libii, aby włoska marynarka wojenna stworzyła blok na morzu i nie przepuszczała łodzi, a przede wszystkim nie chciał słyszeć o tymczasowych pozwoleniach na pobyt, dzięki którym imigranci mogliby poruszać się wolno po terytorium włoskim, ani o azylu dla uchodźców.
Aby zachęcić Tunezyjczyków do powrotu do kraju, minister spraw zagranicznych Franco Frattini rozważał obdarowanie każdego, kto zechce wrócić dobrowolnie do domu, sumą 2,5 tys. dol. Bossi odwiódł go jednak od naiwnych decyzji.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zarządziło, że obdzieli przybyszami wszystkich po równo – jeden imigrant na 1000 mieszkańców. Eksperci rządowi i policja wyruszyli w teren, szukając w tajemnicy opuszczonych koszar, które można zamienić w obozy dla imigrantów, i dużych pól, które można ogrodzić drutem kolczastym, by postawić na nich namioty. Zaledwie mieszkańcy orientowali się, że przedstawiciele władzy chcą pod ich bokiem urządzić obóz przejściowy – rozpoczynały się protesty. Gubernatorzy i burmistrzowie rozkładali ręce. Północ kraju nie przyjęła imigrantów, bo Liga Północna zagroziła doprowadzeniem do upadku rządu. Centrum kraju wytłumaczyło się milionem pielgrzymów oczekiwanych z powodu beatyfikacji Jana Pawła II. Jak zwykle pozostało południe Włoch.
Większość Tunezyjczyków z Lampedusy trafiła do wielkiego obozowiska namiotowego pomiędzy Mandurią a Ori w Apulii. Alfredo Mantovano, podsekretarz w rządzie, oraz Paolo Tommasino, burmistrz Mandurii, zapewnili mieszkańców, że nie przybędzie więcej niż 1,5 tys. imigrantów. Kiedy się okazało, że premier Berlusconi przeniósł tu ponad połowę Lampedusy, obaj podali się do dymisji. Przybysze zaczęli masowo uciekać z obozu. Buszowali po okolicznych sadach, zjadając pomarańcze, a przede wszystkim próbowali przedostać się do Francji. Mieszkańcy Mandurii zorganizowali patrole, które wyłapywały imigrantów i odwoziły ich do obozu. Użyto też policji konnej ścigającej uciekinierów po polach.

Nie-Europejczycy
Włochy od 1991 r. przeżywają nieustanną inwazję imigrantów, którzy mają nadzieję, że w Europie znajdą wolność, pracę i dobrobyt. Uciekają przed wojnami, głodem, prześladowaniami politycznymi i biedą. Najczęściej są ofiarami przemytu ludzi, organizowanego na szeroką skalę przez grupy przestępcze. Podczas wojen i rewolucji uchodźcy skrzykują się sami – kupują zdezelowane łodzie, GPS i wyruszają w morze bez znajomości podstaw żeglugi. Odyseja nadziei może kosztować 500-2000 euro. Dla niektórych ten drogi bilet to także wyrok śmierci.
Pierwsi byli Albańczycy, którzy zalali Włochy po upadku komunizmu. W 1991 r. w ciągu paru dni do Apulii przypłynęło kilkaset statków, kutrów, łodzi i pontonów z ponad 40 tys. ludzi. W 1997 r., po upadku piramid finansowych, z Albanii przypłynęło kolejne 13 tys. Włosi zamknęli ich w obozach przejściowych i wydalili jako nielegalnych imigrantów. W 1999 r. podczas wojny w Kosowie przybyło ponad 50 tys. uchodźców, którzy otrzymali czasowe pozwolenie na pobyt i rozpierzchli się po Europie.
Emigracja z krajów afrykańskich trwa od połowy lat 90. Uchodźcy z Libii dostają się na Lampedusę, Sycylię i Maltę. Z Tunezji – na Lampedusę i Pantalerię, z Egiptu – na Sycylię i do Kalabrii, z Algierii – na Sardynię. Od 2000 r. dzięki umowom bilateralnym najpierw z Tunezją, a później z Libią, Włosi ograniczyli napływ imigrantów. Także powstanie Fronteksu (Europejskiej Agencji Zarządzania Współpracą Operacyjną na Granicach Zewnętrznych Państw Członkowskich Unii Europejskiej, z siedzibą w Warszawie) i wspólne patrolowanie Morza Śródziemnego oraz eskortowanie łodzi imigrantów na pełnym morzu do portów afrykańskich zniechęciły przemytników ludzi. Resztę zrobiło zaostrzenie ustaw imigracyjnych, jakiego dokonały wszystkie kraje strefy Schengen – wprowadzenie przestępstwa imigracji nielegalnej, kontrole policyjne i natychmiastowe deportacje. Europa stała się twierdzą i zaczęła się obwarowywać przed imigrantami.
Trudno dokładnie określić, ilu imigrantów przypływa rocznie do brzegów UE, bo mimo że Fortress Europe – obserwatorium internetowe założone przez młodego włoskiego dziennikarza Gabrielle Del Grandego – stara się prowadzić wiarygodną statystykę, oficjalnych liczb nie ma. Można szacować, że co roku drogą morską dostaje się do Europy przynajmniej 50 tys. ludzi. Najbardziej nieszczelną granicą jest wybrzeże Włoch. W ciagu ostatnich 10 lat przypłynęło tu od 13.635 (2004 r.) do 36.951 (2008 r.) osób rocznie.

Spuścić wodę
To również sformułowanie Bossiego, syntetyzujące sposób pozbycia się imigrantów z Włoch. Lider ksenofobicznej Ligi Północnej jest autorem wielu niezapomnianych wypowiedzi. „Strzelać do Albańczyków na morzu, to zawrócą do domu”, wymsknęło mu się w 1999 r. podczas wojny w Kosowie. Jest jednak przede wszystkim współautorem jednej z najbardziej drastycznych i skomplikowanych ustaw imigracyjnych w Europie – tzw. ustawy Bossi-Fini, wprowadzonej w 2002 r.
Pierwsze problemy z nielegalną imigracją próbował rozwiązać rząd lewicowy. Ustawa Turco-Napolitano z 1998 r. przewidywała zatrzymanie imigrantów nieposiadających dokumentów w obozach przejściowych, zwanych CPT (Centrum Pobytu Czasowego), na okres 30 dni oraz wręczenie im dokumentu ekstradycji, nakazującego opuszczenie kraju w ciągu pięciu dni. Imigranci wypuszczeni z CPT zwykle wyrzucali nakaz i pozostawali na terenie Włoch jako nielegalni do czasu amnestii. Ustawa Bossi-Fini wprowadziła natomiast przestępstwo imigracji nielegalnej oraz ekstradycję przymusową i odstawienie imigranta za granicę pod eskortą policji. Była niejasna w kwestii azylu politycznego. Dopiero lewicowy rząd Romana Prodiego upominany przez UE znormalizował przepisy azylowe i otworzył obozy przejściowe CARA (Centrum dla Ubiegających się o Azyl). Po powrocie Berlusconiego do władzy w 2008 r. Bossi znów wprowadził kilka zmian. CPT zostały zmienione w CIE (Centrum Identyfikacji i Ekstradycji) – obozy zmilitaryzowane, ogrodzone drutem kolczastym i strzeżone przez karabinierów. We Włoszech jest aktualnie
13 takich centrów liczących łącznie 1803 miejsca. W ostatnich dwóch latach na ich militaryzację włoski rząd wydał 80 mln euro. Kolejne obozy są w budowie. Niektóre, tak jak obóz na Lampedusie, są mieszane, CIE-CARA. Różnica między CIE i CARA polega na tym, że w pierwszych – po maksymalnie 60-dniowym pobycie – imigranci są odsyłani pod eskortą za granicę, w przypadku drugich, deklarując się jako uchodźcy oczekujący na azyl, mogą opuszczać obóz w ciągu dnia i po jakimś czasie zmienić miejsce pobytu.
Spuszczenie wody, czyli pozbycie się Tunezyjczyków z terytorium włoskiego, odbywało się tak: już w obozie podpowiadano nielegalnym imigrantom zarobkowym z Tunezji, aby deklarowali się jako uchodźcy oczekujący na azyl i pomoc humanitarną. W ten sposóby mieli być przemieszczani z Lampedusy do obozów CARA, z których mogli wychodzić swobodnie podczas dnia. Ilu Tunezyjczyków uciekło? Trudno powiedzieć. Na stacji w Ventimiglia grupki imigrantów wysiadały niemal z każdego pociągu jadącego z południa. Włoska policja miała ich nie zatrzymywać. Imigranci zbierali się na placu niedaleko stacji, by podzielić się informacjami lub znaleźć przewodnika, który przeprowadzi ich do Francji. Tunezyjczycy próbowali też jechać bezpośrednio pociągiem do Cannes lub Nicei – jednak po 24 marca br. kontrole policji francuskiej w pociągach i na stacjach zaostrzyły się. Podejrzani byli zatrzymywani, legitymowani i jeżeli nie mieli legalnych dokumentów pobytowych, francuska policja na mocy układu z Schengen odstawiała ich na granicę Włoch, czyli kraju, przez który dostali się do Europy.

Trudne stosunki
Włoski rząd kilkakrotnie próbował zawrzeć nowe umowy z tymczasowym rządem w Tunezji. Proponował patrolowanie wybrzeży przez siły włoskie i chciał dokonywać masowej ekstradycji imigrantów tunezyjskich, którzy przypłynęli na Lampedusę. Premier Bedżi Kaid Essebsi był jednak nieugięty. Dyplomatyczne wizyty szefa włoskiego MSW nie przynosiły efektów. W końcu 4 kwietnia do Tunisu poleciał sam Berlusconi. Nie była to jednak triumfalna wizyta. Negocjacje zakończył dopiero po dwóch dniach minister Maroni. Szczegóły umowy nie są znane, ale mówi się o 150-180 mln euro, które Włosi dadzą Tunezji w zamian za zgodę na przymusową ekstradycję małych grupek nielegalnych imigrantów oraz za wzmocnienie kontroli wybrzeża.
Zalew imigrantów spowodował także zaostrzenie stosunków między Włochami a Unią Europejską. Gdy Essebi odmówił przyjęcia swoich ekstradowanych współobywateli w obawie przed nowymi zamieszkami w Tunezji, Berlusconiemu pozostało tylko przekonać Bossiego, aby dać imigrantom tymczasowe pozwolenie na pobyt, z nadzieją, że jak najszybciej opuszczą kraj. Po powrocie z Tunisu premier ogłosił dekret rządowy, który gwarantuje wszystkim imigrantom przybyłym do Włoch przed 7 kwietnia 2011 r. sześciomiesięczny legalny pobyt umożliwiający poruszanie się w strefie Schengen. Już następnego dnia obiekcje wyraziła Francja. „Pobyt czasowy wydany w jednym kraju UE nie umożliwia imigrantom swobodnego poruszania się w strefie Schengen”, protestował francuski minister spraw wewnętrznych Claude Guéant. Francuzów poparły także Niemcy. Zimnym prysznicem dla Włoch było posiedzenie rady do spraw współpracy w zakresie wymiaru sprawiedliwości i spraw wewnętrznych w Luksemburgu. 11 kwietnia br. Unia Europejska odmówiła wdrożenia dyrektywy 55/2001 dotyczącej ochrony tymczasowej uchodźców. Jak tłumaczyła komisarz do spraw wewnętrznych Cecilia Malmström, na razie do Włoch przybyło zbyt mało imigrantów, a ci, którzy są, nie kwalifikują się do ochrony tymczasowej. Inaczej byłoby w przypadku Afrykanów, którzy uciekając przed wojną w Libii, nie mogą powrócić do krajów, w których też toczy się wojna. Dyrektywa 55/2001 nie może być jednak zastosowana wobec Tunezyjczyków, którzy przybyli do Europy w celach zarobkowych, po obaleniu Ben Alego.
„Po co nam taka Europa, lepiej wyjść z Unii”, komentował gorzko po powrocie do kraju włoski minister spraw wewnętrznych Roberto Maroni. 11 kwietnia rozpoczęły się też pierwsze przymusowe repatriacje. Małe samoloty będą odwozić do ojczyzny jednorazowo po 30 Tunezyjczyków w obstawie dwóch policjantów. Ekstradycje dotyczą wszystkich imigrantów, którzy przybyli z Tunezji na Lampedusę po 6 kwietnia 2011 r., czyli po zawarciu nowych bilateralnych umów włosko-tunezyjskich. W Centrum Identyfikacji i Ekstradycji na wyspie wybuchła panika, kiedy zdesperowani imigranci zrozumieli, co ich czeka. Doszło do podpaleń i samookaleczeń, wielu imigrantów podjęło głodówkę.
To dopiero początek humanitarnego tsunami, które nawiedza Włochy. Po pierwszej fali z Tunezji można się teraz spodziewać prawdziwych uchodźców z Libii. Może Europa okaże się wtedy bardziej solidarna w stosunku do Włoch i do nie-Europejczyków?


Cmentarz bezimiennych

Na Lampedusie jest mały cmentarz: 83 bezimienne groby porośnięte trawą i chwastami. Krzyż na znak miłosierdzia i tabliczka z napisem Extracomunitario (nie-Europejczyk). Cmentarzem opiekuje się Vincenzo Lombardo. Pierwszych imigrantów pochował tu w 1996 r. Od tego czasu, gdy fala wyrzuci na brzeg spęczniałe ciała lub ludzkie szczątki zaplączą się w rybackie sieci, dzwoni się po niego. Vincenzo zakłada jednorazowe rękawiczki i maseczkę, do ust bierze liść mięty, by nie czuć mdłego zapachu rozkładających się zwłok, i idzie grzebać bezimiennych.


Rozbitkowie na Morzu Śródziemnym

W nocy z 5 na 6 kwietnia morze było bardzo wzburzone i fale dochodziły do 3 m. Ponad 300 imigrantów dryfowało w niewielkiej łodzi na Kanale Sycylijskim. Wypłynęli dwa dni wcześniej z Zuwara w Libii. Na pokładzie byli uchodźcy z Somalii, Erytrei, Nigerii, Bangladeszu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Czadu i Sudanu – wśród nich wiele kobiet i dzieci. Uciekali przed zamieszkami i nędzą, a przede wszystkim przed wojną w Libii.
Kiedy łódź zaczęła nabierać wody, ktoś wysłał władzom maltańskim sygnał SOS telefonem satelitarnym. Maltańczycy nie chcieli jednak wypłynąć w morze i zawiadomili Włochów. Z Lampedusy ruszyły dwie jednostki ratunkowe. O czwartej nad ranem odnalazły łódź. Na pokładzie zapanował popłoch, imigranci przeciążyli burtę, a wysokie fale zalały wszystko. Nieumiejący pływać poszli od razu na dno, pociągając za sobą tych, którzy próbowali ich ratować. Włosi wyłowili rozbitków. Uratowały się tylko 53 osoby, w tym osiem kobiet – jedna była w ciąży. Ponad 250 osób zaginęło bez śladu. Bez ciał nie można rozpocząć dochodzenia w sprawie ich śmierci. Zostaną wpisani na listę bezimiennych ofiar „Twierdzy Europy”.
Oprócz tych 250 ludzi od rozpoczęcia protestów i rewolucji w krajach arabskich na morzu zginęło przynajmniej 600 nie-Europejczyków.
Jeszcze dziesięć lat temu takie tragedie wstrząsały Włochami. Dziś są chlebem powszednim. O ludzkich szczątkach, które zaplątują się w rybackie sieci, rozmawia się półgłosem, aby nie wystraszyć turystów i nie popsuć rynku rybnego, a więc nie stracić pracy.
Według Fortress Europe od 1988 r. media europejskie doliczyły się 12.959 osób zmarłych na Morzu Śródziemnym. 4255 zaginęło bez śladu.


Pustynna trumna

Tylko niewielka część imigrantów z Afryki dociera do Europy. Dla przynajmniej trzykrotnie większej liczby odyseja nadziei kończy się już na Saharze. W ciągu ostatnich 10 lat udokumentowano 1590 zgonów. Nie-Europejczyków, dla których Sahara stała się trumną, jest jednak znacznie więcej. Umarli z wyczerpania, pragnienia lub zostali obrabowani, pobici i porzuceni na pustyni przez przemytników ludzi albo przez policję. W 2005 r. marokańska policja porzuciła w środku pustyni, bez wody, jedzenia i pomocy medycznej ponad 500 imigrantów wydalonych z hiszpańskich enklaw Ceuta i Melilla.
Niezliczone rzesze młodych niewolników żyją w oazach Nigru i Libii, tworząc getta narodowościowe. W oazie Dirkou w Nigrze doliczono się przynajmniej 10 tys. ludzi, którzy utknęli tam bez pieniędzy i muszą miesiącami pracować niewolniczo, aby zarobić na bilet do Libii (ok. 200 zł). Przed odesłaniem do oazy policja okrada ich, każąc im pić skażoną wodę, aby wydalili pieniądze, które połknęli zapakowane w folię.
W 2003 r. Silvio Berlusconi i Muammar Kaddafi podpisali umowę o współpracy mającą na celu walkę z nielegalną imigracją. W zamian za pieniądze i sprzęt Libijczycy mieli powstrzymywać już na swoim terenie uchodźców, którzy przebyli pustynię i chcieli dostać się do Europy. W Libii do tej pory znajdowało się co najmniej 20 obozów dla imigrantów (większość z nich na wybrzeżu – m.in. w pobliżu Zuwary i Bengazi). Włosi sfinansowali budowę przynajmniej dwóch z nich – Janzur i Fellah na pustyni. Wiele zeznań osób, którym udało się dopłynąć do Włoch, świadczy o tym, że były to prawdziwe łagry, w których libijska policja biła, torturowała i gwałciła więźniów.

Wydanie: 16/2011

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. theophanu
    theophanu 5 czerwca, 2011, 18:50

    Taka wstrętna ta Europa! A co Polska już uczyniła w sprawie uchodźców? Czy zaproponowała przyjęcie części z nich?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy