Polowanie na czarownice

Polowanie na czarownice

W Kongo wieśniacy zamordowali kilkaset osób podejrzanych o rzucanie uroków

Dla Europejczyków polowanie na czarownice to zamknięta karta historii. Magia znana jest głównie z książek dla dzieci o przygodach Harry’ego Pottera. W wielu krajach Afryki i Azji niewinni ludzie są jednak wciąż oskarżani przez sąsiadów o uprawianie czarów i niekiedy giną okrutną śmiercią.
Ponura tragedia, której nie zauważył świat, rozegrała się ostatnio w Ituri, graniczącej z Sudanem północno-wschodniej prowincji Republiki Kongo. Miejscowi wieśniacy kijami, siekierami, nożami i kamieniami wytłukli co najmniej 400 może nawet 800 osób,

rzekomych „czarownic”
i „czarowników”.

Jeszcze na początku lat 60. Ituri była kwitnącym regionem rolniczym. Wśród sawann pasły się wielkie stada bydła, a zbożowe pola dawały najlepsze plony w całej Afryce (z wyjątkiem RPA). Potem jednak zaczęły się wojny domowe będące plagą Czarnego Lądu. W 1998 roku w granice Republiki Kongo wkroczyły wojska Ugandy i Rwandy wspierające rebeliantów usiłujących obalić prezydenta Laurenta Kabilę. Na pomoc Kabili wyruszyły oddziały z Angoli, Zimbabwe i Namibii. Wojna wyniszczyła niemal cały ogromny kraj wielkości Europy Zachodniej. Z 50 milionów mieszkańców Kongo przypuszczalnie dwa miliony straciły życie. Eksperci UNICEF i Światowej Organizacji Zdrowia, którzy przed kilkoma tygodniami badali sytuację w kraju, doszli do wniosku, że konflikty zbrojne i rabunkowa eksploatacja bogactw doprowadziły do załamania się wszystkich dziedzin życia społecznego – od oświaty i gospodarki po prawa człowieka i zaopatrzenie w wodę. W Ituri nie ma elektryczności i telefonów, prawie nie ma dróg. Od lat nie docierają tu transporty z lekarstwami i żywnością (rebelianci, kontrolujący 60% kraju, blokują nieliczne szlaki). W prowincji pojawiły się za to 74 tysiące uchodźców z objętego wojną domową Sudanu, których miejscowi nie traktują życzliwie. Przy całkowitym braku lekarstw nawet świnka, grypa czy odra prowadzą do zgonów.
Choroby sieją w Ituri prawdziwe spustoszenie, wyludniając całe osady. W połowie czerwca wieśniacy doszli do wniosku, że zarazy sprowadzają szamani i czarownice. Podejrzenie padło zwłaszcza na uchodźców, uważanych za „obcych”. 15 czerwca w Aru, 80 km od granicy z Sudanem, rozpoczęły się masakry rzekomych czarowników, które szybko przeniosły się w głąb kraju i trwały przez pierwsze tygodnie lipca. Mordercy mieli tym łatwiejsze zadanie, że armia ugandyjska na mocy porozumienia pokojowego wycofała się z tych terenów.
Pewien dziennikarz ze stolicy Ugandy, Kampali, który woli nie podawać swego nazwiska, relacjonuje na łamach rządowej gazety „New Vision”: „Wszystko zaczęło się, gdy u pewnego nauczyciela znaleziono listę osób, które niedawno zmarły w okolicy. Nauczyciel natychmiast został uznany za czarownika i zarąbany maczetami. Wieść o tym szybko się rozeszła. W innych wioskach starszyzna zaczęła zwoływać zebrania mieszkańców. Ten, kto nie zjawił się na dźwięk rogu, był skazany. Szybko znajdowano go i linczowano. Osoby, które przyszły i zostały oskarżone przez sąsiadów o sprowadzanie chorób, bito tak długo, aż się przyznały i wydały wspólników. Oczywiście, również nie mogły liczyć na łaskę”. Ciała zamordowanych chowano w sześcio- lub siedmioosobowych grobach. Wieśniacy dzielili między siebie mienie swoich ofiar – ziemię i bydło, które zabijano i pieczono. Przed zjedzeniem mięso polewano piwem, aby „zmyć” rzucone uroki. Jak powiedział podpułkownik armii ugandyjskiej, Fenekasi Mugenyi,

do 8 lipca zgładzono 800 osób.

Rzeź przerwały siły zbrojne Ugandy, które ponownie weszły do Ituri. Według „New Vision”, 89 zabójców aresztowano. Żołnierze udzielili też w swych obozach schronienia 140 rzekomym czarownikom, którzy zdołali uratować się ucieczką – wielu było potwornie poranionych ciosami maczet. Gubernator prowincji Ituri, Ebaglolo Basheba, usiłuje opanować sytuację – objeżdża miejsca masakry, wzywa do spokoju i zapowiada, że procesy zabójców odbędą się w trybie przyspieszonym. Zdaniem międzynarodowych komentatorów, jeśli do prowincji nie trafią wystarczające dostawy lekarstw, kolejne polowania na czarownice będą tylko kwestią czasu.
Do podobnych dramatów dochodzi także w Indiach, na szczęście, na mniejszą skalę. W regionie Lalgandż w stanie Dżarkhand zostało niedawno zlinczowane małżeństwo, podejrzewane o uprawianie magii. 50-letni Budhwa Oraon i jego 55-letnia żona Baili, oskarżani o to, że rzucili urok na kilkoro dzieci, powodując ich śmierć, nie zdążyli uciec. Sąsiedzi pobili kobietę i mężczyznę do nieprzytomności, a następnie podcięli im gardła. „Polowania na czarownice są poważnym problemem w naszym regionie”, przyznał superintendent policji, Neradż Sinha.
Wiara w magię prowadzi także do innych nieszczęść. Czterech Hindusów przyjęło za dobrą monetę zapewnienia miejscowego „tantrika” (czarownika), że jeśli złożą bóstwom ofiarę z dziecka, zostaną obsypani złotem. Opętani chciwością, porwali 7-letniego chłopca i zgładzili go u stóp posągów bogów. W lipcu sąd w Bhubaneswarze skazał zabójców na karę śmierci.

Wydanie: 31/2001

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy