Bliski Wschód po wygranej Bidena

Bliski Wschód po wygranej Bidena

Ci, którzy liczyli na całkowitą zmianę kursu w polityce zagranicznej, mogą się poważnie rozczarować

Amerykańscy prezydenci mają sporą autonomię, jeśli chodzi o kształtowanie polityki zagranicznej, i chętnie z niej korzystają. Często na tym właśnie polu mogą wykazać różnice w stosunku do poprzedników, by podkreślić, że są lepszymi politykami. Tak zrobił Barack Obama, który w pierwszej kampanii wyborczej w 2008 r. zapowiedział, że wycofa wszystkich amerykańskich żołnierzy z Iraku – co w pełni udało się osiągnąć dopiero w roku 2011. Interwencja w Iraku kojarzona była przecież z republikańskim prezydentem Bushem, a tylko niewielka część opinii publicznej pamiętała, że to Bush rozpoczął wycofywanie wojsk jeszcze pod koniec swojej drugiej kadencji w 2007 r.

Po prezydenturze Obamy Donald Trump również zapowiedział zmianę polityki na Bliskim Wschodzie. Sprowadziło się to do twardszego stanowiska wobec Iranu i wycofania się w 2018 r. Stanów Zjednoczonych z porozumień nuklearnych z reżimem. Taka polityka spotkała się z aprobatą premiera Izraela Beniamina Netanjahu, który zresztą od samego początku krytykował porozumienie, nazywając je historycznym błędem.

Palestyńczycy odetchnęli z ulgą

Prezydent elekt Joe Biden także zapowiada zmianę niektórych decyzji Trumpa. Ale czy tak będzie w rzeczywistości? Na ile można się spodziewać aktywnych działań Bidena na rzecz zmiany polityki bliskowschodniej? Amerykańscy prezydenci zazwyczaj nie odbiegają w decyzjach od szerszej strategii interesów państwowych, dlatego jeszcze żaden nie zadziałał poważnie na szkodę Izraela, choć często może się wydawać, że demokratom nie jest po drodze z okupacją Zachodniego Brzegu, a przynajmniej z osadnictwem na tych ziemiach. Partyjni koledzy Bidena wprost mówią, że budowa kolejnych osiedli (w rzeczywistości spora część to już miasta) jest nielegalna. Donald Trump w ciągu całej swojej kadencji nie zdobył się na użycie tego słowa, chociaż oczekiwali tego po nim, jak i po każdym innym prezydencie Stanów Zjednoczonych, Palestyńczycy, domagając się respektowania prawa międzynarodowego.

Po Bidenie można się spodziewać innego podejścia, gdyż jest on znanym przeciwnikiem izraelskiego osadnictwa. Już podczas pierwszego spotkania z premierem Menachemem Beginem w 1982 r. Biden, wówczas senator z Delaware, miał powiedzieć, że choć popiera działania militarne Izraela mające na celu zabezpieczenie granic państwa, to budowa domów na Zachodnim Brzegu Jordanu powinna zostać wstrzymana. Dodał też, co doniósł „The New York Times”, że z tego powodu Izraelczycy zaczynają tracić poparcie w Ameryce.

Krytyka przez obecnego prezydenta elekta działań na terytoriach okupowanych nie była jednorazowym wypadkiem, widać ją było także w ostatnich latach, podczas prezydentury Donalda Trumpa. Biden jasno zaznaczał, że polityka Beniamina Netanjahu prowadzi Izrael i Palestyńczyków w złym kierunku – w stronę „rozwiązania jednopaństwowego”, oddalając oba narody od powstania dwóch niepodległych i wolnych państw sąsiadujących ze sobą.

Na oficjalnej stronie internetowej swojej kampanii prezydenckiej Biden obiecuje, że będzie współpracował z izraelskimi i palestyńskimi przywódcami, odwróci również szkodliwą decyzję Trumpa o „zerwaniu relacji dyplomatycznych z Autonomią Palestyńską i zakończeniu programów wspierających współpracę izraelsko-palestyńską w zakresie bezpieczeństwa”. Zgodnie z tym, co można przeczytać na stronie, współpraca ta ma na celu utrzymanie kursu nastawionego na wynegocjowane już wcześniej „rozwiązanie dwupaństwowe” i uniknięcie takich działań jak planowana wcześniej przez rząd Netanjahu jednostronna aneksja Judei i Samarii czy dalszy rozwój osadnictwa.

Z perspektywy palestyńskiej te obietnice brzmią dobrze i władze w Ramallah z pewnością odetchnęły z ulgą, kiedy zwycięstwo Bidena stało się już jasne. Prezydent Abbas otrzymał wszystko, na co mógłby liczyć ze strony amerykańskiego polityka – powrót do dobrze znanego impasu. Bo nie zapowiedziano jeszcze żadnych spektakularnych działań, a Biden od lat jest też zwolennikiem rozwoju relacji z Izraelem, co widać od jego pierwszej wizyty w Tel Awiwie w 1973 r., kiedy to spotkał się z premier Goldą Meir, by usłyszeć o tajnej broni Izraelczyków, która pozwala im wygrywać wojny – nie mają już dokąd się udać. Być może właśnie te słowa sprawiły, że polityk z Delaware zawsze podkreślał swoje przywiązanie do Izraela. W 1986 r. powiedział nawet, że „Stany Zjednoczone muszą przestać przepraszać” za udzielane Izraelowi wsparcie, a gdyby państwa żydowskiego nie było, to musiałyby „wynaleźć Izrael”, by mieć sojusznika broniącego amerykańskich interesów na Bliskim Wschodzie. Nie należy więc się spodziewać, że polityka Waszyngtonu odwróci się teraz o 180 stopni, ale z pewnością Palestyńczykom będzie łatwiej prowadzić dialog z Białym Domem.

Iranowi tylko trochę lżej

Łatwiej będzie także Irańczykom, którzy również, ustami prezydenta Hassana Rouhaniego, wyrazili radość z przegranej Trumpa. Nietrudno jednak zauważyć, że jest to właśnie radość z przegranej Trumpa, a nie ze zwycięstwa Bidena, który bynajmniej nie słynie z miłości do Iranu. Ale też z pewnością nie będzie wobec tego kraju kontynuował polityki Trumpa, która zachwycała Izrael, lecz groziła dalszą destabilizacją regionu i wepchnięciem Irańczyków w objęcia Chin. Najpoważniejszym ciosem było nie tyle wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumień nuklearnych, ile nałożenie sankcji wywołujących niespotykaną inflację, a nawet braki w zaopatrzeniu medycznym, tak potrzebnym w dobie pandemii.

Wszystko to działo się w ramach polityki „maksymalnej presji”, choć europejscy partnerzy Ameryki – Francja, Niemcy i Wielka Brytania – wielokrotnie nawoływali, by Waszyngton wrócił do porozumień, gdyż wycofanie się przyniosło odwrotny skutek: irański reżim jeszcze przyśpieszył prace nad zwiększaniem swojego potencjału nuklearnego. Sankcje za finansowe wsparcie Korpusu Strażników Rewolucji, czyli jednej z dwóch gałęzi irańskich sił zbrojnych, nałożono też na irański sektor energetyczny – Ministerstwo Nafty oraz państwowe przedsiębiorstwa naftowe i zarządzające flotą tankowców.

Biden zapowiedział, że będzie dążył do tego, by oba kraje powróciły do porozumienia znanego jako Wspólny Kompleksowy Plan Działania (Joint Comprehensive Plan of Action – JCPOA). Nie będzie mógł jednak odwołać wszystkich sankcji nałożonych na Iran, co wyraźnie zaznaczył w rozmowie z „The National” specjalny przedstawiciel USA ds. Iranu i Wenezueli Elliott Abrams. Zdaniem Abramsa wprowadzony został „kompleksowy program sankcyjny”, którego nie będzie można łatwo wycofać, m.in. dlatego, że nie wszystkie sankcje mają związek z programem nuklearnym – niektóre zostały wprowadzone ze względu na irańskie wsparcie dla organizacji terrorystycznych. By cofnąć pewne rozwiązania, konieczne byłoby uznanie, że reżim nie ma nic wspólnego z terroryzmem na świecie, a na to Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić, zwłaszcza że Iran od lat wspiera libański Hezbollah.

Mniej pobłażania dla Erdoğana

Na Bliskim Wschodzie może też się zmienić polityka wobec Turcji, gdyż prezydent Biden będzie mniej pobłażliwy niż Trump dla autorytarnych władców pokroju Erdoğana. Z pewnością będzie pokładał większe zaufanie w międzynarodowych strukturach, takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych czy NATO, i z mniejszą przychylnością podchodził choćby do kwestii zakupu przez Turcję rakiet S-400 od Rosjan, będącego zagrożeniem dla systemu obronnego Sojuszu.

Według Ustawy o przeciwdziałaniu przeciwnikom Ameryki przez sankcje (CAATSA) podpisanej przez Trumpa w 2017 r. prezydent jest zobowiązany do nałożenia sankcji na kraje, które kupują broń od Rosji. Mimo że Turcy testowali już nowo nabyte pociski, Trump odmawiał zareagowania, choć wielokrotnie domagały się tego Kongres i Departament Stanu. Jeśli Biden będzie demonstrował poszanowanie dla porządku międzynarodowego, nie zaś dla polityki opartej na czystej sile, militarnej bądź ekonomicznej, będzie musiał korzystać z narzędzi, które administracja amerykańska wprowadziła w celu zabezpieczania interesów własnych, ale także sojuszników.

Wszystkie te zmiany mogą nie wydawać się spektakularne i nie spełniać oczekiwań krytyków Trumpa. Ci, którzy liczyli na całkowitą zmianę kursu, widząc w nowym prezydencie i w Kamali Harris duet, który przywróci cały świat na właściwy tor, mogą się poważnie rozczarować. Podobnie rozczarują się ci, którzy mieli nadzieję, że Donald Trump ruszył coś w amerykańskiej polityce i sprawił, że Biały Dom już zawsze będzie mniej zbiurokratyzowany. Ale w dzisiejszym wypełnionym chaosem świecie nudna administracja, oddana realizowaniu wytycznych światowego ładu, który formuje się nieustannie od zakończenia zimnej wojny, może być tym, czego wszyscy potrzebujemy.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 48/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy