Sprzątanie

Sprzątanie

Marzeniem klasy dziennikarskiej jest, aby w kraju co miesiąc wybuchała rewolucja. Ponieważ jest to niemożliwe, niechby przynajmniej co parę miesięcy zmieniał się rząd. Wybory powinny odbywać się codziennie, ale od biedy dadzą się zastąpić sondażami. W demokracji panuje ciągłe podniecenie, ruch, zmiana, przełomy, a po wyborach okazuje się, że rej wodzić i rejwach w Sejmie robić będą ci sami, co przez minione osiemnaście lat. Niby wszyscy mają ich dość i niby mają wolny wybór, ale rezultat jest taki, a nie inny.
Skoro politycy pojedynczo i partyjnie zabiegają o nasze głosy, powinni przedstawiać się – też pojedynczo i partyjnie – od najlepszej strony. Współzawodnictwo wyborcze ma jednak to do siebie, że rywale wychodzą z niego przeważnie umorusani błotem, moralnie (?) posiniaczeni, zdemaskowani jako oszuści, w nie najgorszym razie jako nieszkodliwi błazenkowie. Jakimś cudem pewna ich liczba potrafi zachować fason, a czasem też godność, ale to ostatnie jest niekiedy udatnie imitowane przez nadętych hipokrytów. Trzeba mieć dobre oczy, aby jednego z drugim nie pomylić. Gdyby wyborcy umieli rozróżniać pozory od prawdy, nie byłoby przedwyborczego cyrku, lecz rzeczowa dyskusja, poważny namysł nad problemami kraju. Ludzie jednak w przeważającej większości tak są stworzeni, że mają rozum w swoich prywatnych sprawach, i to nie wszystkich, ale z pewnością z własnymi pieniędzmi obchodzą się z należytą ostrożnością. Gdy jednak chodzi o wydawanie pieniędzy publicznych, niepojętność wyborców jest równa cynizmowi polityków kupujących ich głosy za ich pieniądze.
Wydawałoby się, że przed wyborami politycy przedstawią wszem wobec swoje najulubieńsze poglądy, o których mówią, że wyjęli je z serc i umysłów narodu. Za takie zbawcze idee politycy z PiS-u i PO uważali lustrację, dekomunizację, deubekizację itp. Żaden z nich nie wypisał tych szlachetnych celów na swoich billboardach ani w swoich listach rozsyłanych masowo do wyborców. Czyżby się skończyła jakaś epoka? Nic podobnego. Czy zwycięży PO, czy PiS, znowu o tym wszystkim usłyszymy zaraz po tym, jak uporają się z podziałem łupów. Tylko Donald Tusk podczas debaty z Aleksandrem Kwaśniewskim stracił poczucie czasu: wydało mu się, że jest już po wyborach i zaczął mówić o lustracji. Kwaśniewski nie wykorzystał okazji i nie podbechtał Tuska, żeby szerzej i dłużej wypowiedział się na ten temat, lecz raczej uratował platformersa, osłabiając jego przedwyborcze faux pas swoją ugodowością, która niweczy wszystkie kwestie sporne.
Donald Tusk został okrzyknięty zwycięzcą w pojedynku z Kaczyńskim. Wszystko mi jedno, kto zwycięży Kaczyńskiego, każdego pochwalę. Kiedy myślę o tym domniemanym zwycięstwie szefa Platformy, chce mi się strawestować biskupa Krasickiego: mądry przedyskursował, ale głupi pobił, z tym że w tym wypadku oba epitety są nie na miejscu. Tusk nikogo nie zwyciężył, on tylko Kaczyńskiego przegadał, tak jak pod koniec przegadał Kwaśniewskiego. Tusk się nie liczy ze słowami, ani z ilością, ani z ich znaczeniem; posługuje się sloganami, odwołuje do propagandowych głodnych kawałków, jakby to były niezbite i naukowo albo sądownie ustalone fakty. Mówi on w jakimś wywiadzie, że „Kaczyńscy zostali trwale zarażeni bakcylem sowietyzmu gospodarczego i ustrojowego”. Kto wygłasza takie bzdurki, staje się w dyskusji nieważki, tak pozbawiony ciężaru, jakby go wcale nie było. Przewodniczący PO powtarzał, że ludzie emigrują do krajów, gdzie istnieje liberalna gospodarka, a uciekają od socjalizmu. Ten od dawna kursujący slogan jest w oczywisty sposób nieprawdziwy. Masy z krajów biednych pchają się do krajów bogatych, gdzie płace są wyższe, opieka społeczna pewniejsza, zasiłki dla bezrobotnych wystarczające do wygodnego życia. Milionom bezrobotnych Azjatów, Arabów, Afrykańczyków jest obojętne, czy Francuzi, Niemcy albo Szwedzi płacą im wysokie zasiłki z racji panującego u nich liberalizmu, czy socjalizmu. Gdyby Europa nie była tak zsocjalizowana, jak jest, znacznie mniej imigrantów by przyciągała.
Czym w kampanii wyborczej najbardziej błysnęła partia braci Kaczyńskich? Co wystawiła na pokaz? „Oczywiście” swoje metody walki z korupcją. Upatrzyć sobie jakąś osobę, powołać odpowiedni sztab policyjny, wziąć tę osobę na podsłuch i podgląd, urabiać ją przez rok, aż dojrzeje do wzięcia łapówki, dać jej tę łapówkę i natychmiast za to aresztować. W stalinizmie panowały zupełnie odmienne zwyczaje. Od aresztowania się zaczynało, później było urabianie, niestety nie za pomocą czułych słówek i drobnych prezentów, lecz raczej średniowiecznych sposobów, i dopiero na samym końcu następowało przyznanie się do niepopełnionego przestępstwa.
O kampanii przedwyborczej LiD niczego nie mogę powiedzieć, bo jej nie zauważyłem. Wiem, że coś pisano na starej maszynie, ale nie wiem co. Mam nadzieję, że postkomunistyczni wyborcy stanęli na wysokości zadania i wybrali antykomunistycznego pana Lityńskiego i że on po wyborach ku obopólnemu pożytkowi przyłączy się do swoich.

Wydanie: 43/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy