Sztuka rządzenia

Sztuka rządzenia

Od Mazowieckiego do Belki. Poczet premierów. Mędrcy i dyletanci

Rządzenie zużywa. Polską rządziło dziewięciu premierów i każdy, gdy żegnał się z fotelem szefa, miał o niebo gorsze notowania niż wówczas, gdy obejmował urząd. Bohater mediów z pierwszych tygodni sprawowania władzy po paru miesiącach przeistaczał się w Czarnego Piotrusia. Prawica, lewica – to nie miało znaczenia.
Fatalizm? Skądże! Chwilę później większość szefów rządu stawała się lokomotywami swoich ugrupowań. Nie byłoby Kongresu Liberalno-Demokratycznego i najpewniej dzisiejszej Platformy Obywatelskiej, gdyby nie Jan Krzysztof Bielecki, który był premierem po Tadeuszu Mazowieckim. A Unia Demokratyczna? Czy powstałaby bez Mazowieckiego? W niebyt pewnie odszedłby już dawno PSL, gdyby nie Waldemar Pawlak i jego pierwsze podejście, czyli 33 dni na stanowisku szefa rządu. Jan Olszewski na swoim mało udanym premierowaniu (a przede wszystkim na jego końcu) zbudował wręcz legendę, która pozwoliła mu przez wiele lat być ważnym graczem na prawicy. Jeszcze w pierwszej połowie 1997 r. jego ROP uzyskiwał w sondażach prawie 20% poparcia. By później po prostu się rozpłynąć.
A SLD? Czyż w wyborach 2001 r. jego wyniku nie zbudowała legenda lat 1995-1997, kiedy rządzili SLD-owscy premierzy, a Polska przeżywała gospodarczy bum?
Nie ma więc łatwych tez – że kto zasiada w fotelu szefa rządu, otrzymuje pocałunek śmierci – bo może być różnie.

Czy Polską da się rządzić?

Andrzej Celiński, polityk SdPl, socjolog, na tak postawione pytanie odpowiada prosto: „System polityczny Polaków to epoka głębokiego feudalizmu. Wtedy był rycerz, który dawał podwładnym wikt i opierunek i zapewniał poczucie bezpieczeństwa. Przychodził kataklizm – lud go wymieniał. No, wówczas ścinali głowy, a teraz niezadowolony lud zabiera partiom procenty. Ale oczekiwania ma podobne”.
Jest w tym jakaś gorzka refleksja. Lecz czy to nowość? „Dla Polski da się zrobić wszystko, z Polakami – nic”, mawiał Józef Piłsudski (za Aleksandrem Wielopolskim), co dzisiaj stanowi wygodne alibi dla wielu polityków – że oni chcieli dobrze, tylko ludzie ich nie zrozumieli.
Ale coś w tym jest! W każdym razie opinia ta brzmi bardziej przekonująco niż jej przeciwieństwo, że Polacy są wspaniałym narodem, tylko politycy są do niczego. Mądry naród wybiera sobie głupich polityków? W to nikt nie uwierzy.
Natomiast jak najbardziej poważna jest teza, że w życiu narodu są momenty, kiedy kierować nim łatwiej, i takie, kiedy jest to niemal niemożliwe. I dodajmy jeszcze jedno – w dużym stopniu ten stan zależy od samej klasy politycznej.
„Bardzo ważnym składnikiem rządzenia w warunkach demokracji jest zdolność rozumienia różnych podmiotów, które są na scenie – tłumaczy prof. Janusz Reykowski. – Umiejętność koordynacji ogromnej liczby rozbieżnych interesów, które te podmioty artykułują”. W tym obrazie polityk musi więc wiedzieć, kto czego chce, kto ile jest wart i kto ile może. Obserwujemy to zresztą na co dzień – lewicowy rząd lekceważył feministki i to, że domagały się nowelizacji ustawy aborcyjnej. Dogadywał się natomiast z biskupami. Oni – potężni, one – co najwyżej głośne. Z kolei rozpoznanie zawiodło go przy pisaniu ustawy o mediach – chcąc wzmocnić media publiczne, wywołał wojnę z mediami prywatnymi. W pierwszej połowie lat 90. każdy rząd drżał przed gniewem związkowców, dziś bardziej interesuje go głos organizacji świata biznesu. Wtedy na salonach bywali Krzaklewski i Wiaderny, dziś Henryka Bochniarz i Jan Kulczyk.
Ale to obraz statyczny, zapisany w fotograficznym kadrze. W rzeczywistości sytuacja jest dynamiczna. „Społeczeństwa nie są identyczne, jeśli chodzi o rozbieżności – uzupełnia Reykowski. – Kiedy sytuacja jest stała, poszczególne grupy społeczne uznają, że ich poziom zarobków i przywilejów jest normalny, godzą się z tym. W sytuacjach zmiany mamy mobilizację roszczeń. Wtedy polityk jest atakowany przez coraz to nowe grupy, coraz trudniej mu godzić rozbieżne interesy. I trudniej rządzić”.
W III RP wciąż mamy czas zmiany, wciąż kraj jest kipiącym kotłem. Waldemar Kuczyński, „zausznik” Tadeusza Mazowieckiego i doradca Jerzego Buzka, tłumaczy to jeszcze jednym czynnikiem – wyżem demograficznym. W Polsce w ostatnich 30 latach liczba ludności zwiększyła się o 60%, podczas gdy w Czechach lub na Węgrzech o kilkanaście. Mamy zatem kraj przeżywający tak naprawdę rewolucyjne zmiany – własnościowe, obyczajowe, kulturowe – a na dodatek biedny. Tu jeszcze struktury społeczne się nie zasklepiły, jeszcze można się rozepchnąć, choć już wiadomo, kto jest za burtą, a kto podróżuje w pierwszej klasie.
Politycy mają więc trudniejsze zadanie niż w czasach normalnych. Ale i tak nie do końca to ich tłumaczy.
„Polityk powinien mieć zdolność rozumienia rozbieżności i znajdować środki, by je usuwać – tłumaczy Reykowski. – Otóż wielu polskich polityków widzi świat przez pryzmat własnej prawdy. A innej nie chce rozumieć. Politycy prawicy są tak zamknięci we własnej prawdzie, że trudno im się porozumieć nawet w ramach własnego obozu. Ci z lewicy z kolei kiepsko rozumieli stanowiska innych podmiotów na scenie politycznej. Dlatego tak łatwo wchodzili w konflikty, zamiast zawierać kompromisy. Sztuką polityki jest umiejętność samoograniczenia. Władza nie powinna wykorzystywać swych możliwości do końca, powinna liczyć się z innymi. U nas jest z tym kiepsko. Jedna ekipa wzięła np. telewizję i teraz wyrzuca nie swoich”.
Na to nakłada się jeszcze jeden element. W zakorzenionych demokracjach istnieją utarte procedury rozładowywania konfliktów. To sieci nieformalnych kontaktów, to także sfera obyczaju, który nakazuje nieutrudnianie sobie życia. U nas te procedury są w powijakach. W Polsce modne jest, by jeden polityk nawymyślał drugiemu, by grozili sobie trybunałami i wyzywali się od złodziei i barbarzyńców.
Mamy więc kraj, który wciąż jest w okresie przemiany, w którym trudniej o godzenie sprzecznych interesów i łagodzenie emocji. Mamy polityków przedkładających horyzonty partyjne (lub wręcz koteryjne) nad jakiekolwiek inne i poprzez nieznajomość otaczającej ich rzeczywistości kreujących dodatkowe konflikty, mamy wreszcie nieukształtowany system polityczny, gdzie mechanizmy rozładowujące konflikty są w powijakach.
To cud, że Polską w ostatnich 15 latach rządziło tylko dziewięciu premierów.

Zderzaki i siekierki

Jako pierwszy ten mechanizm opisał Lech Wałęsa, rzucając hasła „zderzaków” i „siekierki”. Wałęsa szybciej od innych zdał sobie sprawę, że społeczeństwo w epoce gwałtownej przemiany będzie żądało głów i że – aby utrzymać się na fali – ten proces trzeba kontrolować. Słowem – w czasach rewolucji trzeba być pierwszym rewolucjonistą. Najpierw więc pozbył się Mazowieckiego, potem poświęcił Bieleckiego, później Olszewskiego, jeszcze później Pawlaka i Suchocką. Aż wreszcie sam padł ofiarą własnej polityki, przegrał wybory prezydenckie z Aleksandrem Kwaśniewskim i zakończył karierę.
Dlaczego przegrał?
Bo Polska w ciągu pięciu lat jego prezydentury na tyle się zmieniła, że ludzie poczuli się zagrożeni wojną na górze, zaczęli cenić kompromis i argumenty odwołujące się do rozumu.
W ten oto sposób zostały nakreślone dwie strategie polskiej polityki, które, w różnych wariantach, realizowali nasi politycy. Pierwsza to strategia wojny, szukania wroga, ciągłego mobilizowania społeczeństwa za pomocą haseł odwołujących się do emocji. Czyli narzucania mu własnych celów, tak by stanąć na jego czele. Druga to strategia pokoju. Zamykania konfliktów, pozyskiwania zwolenników poprzez niezadrażnianie, tłumaczenie argumentami odwołującymi się do rozumu.
Ojcem strategii wojny był bez wątpienia Lech Wałęsa. Ale zdążył się dorobić pokaźnej gromadki politycznych dzieci. Bracia Kaczyńscy od zawsze twierdzą, że Polską rządzi „układ” i że trzeba go rozwalić, a tylko oni to potrafią. Ich najnowszym pomysłem jest Komisja Prawa i Sprawiedliwości – komisja, która funkcjonowałaby albo w Sejmie, albo poza nim (sic!), miałaby jak najszersze uprawnienia, wręcz takie, że mogłaby aresztować przesłuchiwane osoby. No i oczywiście jej celem byłoby rozwalanie „postkomunistycznego układu”, przy czym to ona (czyli Kaczyńscy) decydowałaby, co jest tym układem, a co nie. Mielibyśmy więc coś na kształt PiS-owskiej czerezwyczajki. Rozliczać tych, którzy w III RP czegoś się dorobili, chce także Andrzej Lepper, wciąż aktualny jest jego pomysł lustracji majątkowej; wojnę przeciwko czerwono-różowym elitom (czyli powiązanym z SLD, UW i PO) zapowiadają Roman Giertych i jego Liga Polskich Rodzin.
Z drugiej strony, mamy strategię pokoju – odwoływania się do rozumu, uspokajania społeczeństwa, cierpliwego tłumaczenia. Z takim sposobem prowadzenia polityki kojarzeni są politycy UW – Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek – oraz politycy lewicy – Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Borowski, Krzysztof Janik.
Gdy patrzy się na historię III RP, strategia pokoju wcale nie jest skazana na przegrywanie. Przeciwnie – wiele razy wygrywała. Rzecz polega jednak na tym, że jest narzędziem nieporęcznym. Łatwiej krzyczeć o złodziejach i zdrajcach, epatować krzywdami historycznymi i obecnymi, niż prowadzić merytoryczną debatę. Ludzie chętniej to kupują, zwłaszcza w chwilach społecznego rozchwiania. Gdy w latach 1994-1997 Polska przeżywała okres bumu, rosły zarobki, spadało bezrobocie, krzykacze spychani byli na margines. Gdy gospodarka została zamrożona, a bezrobocie skoczyło lawinowo, wrócił ich czas.
Łatwo jednak jest rozgrzać ludzi, łatwo wywołać kolejną wojnę na górze. Natomiast znacznie trudniej taką wojnę zakończyć i prowadzić „spokojną” politykę. Zwłaszcza w takim kraju jak Polska.
A taka jest strategia Marka Belki. To widać gołym okiem. Belka chce uspokoić nastroje, sprowadzić politykę do poziomu merytorycznej debaty. Ludzie, którzy podejmują decyzje wyborcze z rozmysłem, w dobrym stanie ducha, głosują inaczej niż ludzie wzburzeni. Siłą rzeczy w takich nastrojach lewica może myśleć o jakimś honorowym wyniku. Ale tak naprawdę gra toczy się o większą stawkę – bo kraj mniej rozedrgany funkcjonuje lepiej. Więcej w nim merytorycznych decyzji niż tych pod publiczkę, więcej obliczalności. Jest miejsce na refleksję, bijatyka jest źle widziana.
Polityka Belki uderza więc przede wszystkim w partie radykalne albo te, które radykalnymi metodami się posługują w naiwnej wierze, że gdy wezmą władzę, to uspokoją. Otóż nie uspokoją.

Epoka Millera

Tę wiarę miał w sobie Leszek Miller. Lider SLD wygrał wybory na fali niechęci do AWS, rosnącego bezrobocia i dziury budżetowej. I gdy je wygrał, pojawiło się pytanie: co dalej? Miller jest typem fightera, jest psychicznie przygotowany do polityki wojennej. On tak, ale nie jego formacja. Stanął więc przed dylematem – miał zradykalizowane nastroje, dziurę budżetową, jego minister finansów, Marek Belka, mówił mu, że rząd może nie przetrwać roku, bo zaczną się rozruchy, tymczasem jego zaplecze chciało spokojnie konsumować owoce władzy. Tego nie dało się pogodzić.
Miller próbował uciekać w polityczną socjotechnikę. Z jednej strony, dokonywał całej serii niepopularnych, ale niezbędnych ruchów, dlatego dziś Polska notuje bez mała sześcioprocentowy wzrost gospodarczy, ma jakąś swobodę manewru. Z drugiej zaś, musiał to jakoś przykryć – więc raz był agresywny, wdając się w rozmaite polityczne wojny, innym razem przymilny – jak podczas telewizyjnych programów. Potem dobiły go SLD-owskie afery.
Nastroje niezadowolenia, które Miller lekko tylko przygasił, wybuchły na nowo.

Ten trend wzmocniły dodatkowo dwa czynniki. Polska w ostatnich latach przeżyła okres tabloidyzacji życia publicznego, a z drugiej strony – lepperyzacji. Tabloidy, media elektroniczne narzuciły nam sposób publicznej debaty, gdzie forma – zręczny kuplet, celna riposta – stała się ważniejsza niż treść.
Tylko że zrobiło się to zabójcze. Mówi i pisze o tym wielu politologów, ograniczmy się zatem tylko do opinii prof. Stanisława Filipowicza z Uniwersytetu Warszawskiego: „Schlebianie opinii staje się ważniejsze niż jej kształtowanie. Moce rozumu muszą poddać się kurateli większości. Prawda staje się sloganem, umożliwiającym maskowanie pychy, zakłamania, bezmyślności. Za prawdę uchodzi tylko to, co gotowa jest zaakceptować opinia”.
Z kolei sukcesy Andrzeja Leppera spowodowały, że szybko znalazł on naśladowców. Tym szybciej, że polska scena partyjna jest jeszcze nieukształtowana, tu każdy sondaż to walka o życie. Największa dzisiaj partia (PO) zbiera 24% poparcia, czyli pamiętając, że absencję wyborczą deklaruje co drugi Polak, naprawdę uważa ją za swoją 10-12% społeczeństwa. A pozostałe? Polskich partii jest po prostu za dużo i są za słabe. Nie dziwmy się więc, że w tej ciasnocie politycy przede wszystkim zajmują się rywalami, a nie prawdziwą polityką.
Jeżeli porównamy politykę do sztuki sprzedawania, to w ostatnich latach mogliśmy zaobserwować pewną prawidłowość – politycy w swych kramach starali się wykładać towar, który się dobrze sprzedaje, więc wykładali towar coraz gorszej jakości, za to coraz głośniej go reklamowali, przekrzykując konkurencję.
To był fałszywy teatr.

Sztuka ułudy

Co polityk musi mieć, żeby się przebić, żeby być na powierzchni? Andrzej Celiński bez wahania wymienia dwa elementy: „Po pierwsze, trzeba mieć zaplecze, pieniądze na kampanię i ludzi, którzy podczas tej kampanii pomogą. Po drugie, trzeba być, trzeba uczestniczyć w życiu publicznym”.
To znaczy, że trzeba być w mediach, pokazywać się, mówić, komentować. Ale żeby być, trzeba przyjąć obowiązującą konwencję. W tej konwencji nikt nie oczekuje projektów, wizji przyszłości, debat. Liczy się komentarz dnia. Najlepiej na temat kogoś. Jakiegoś błędu, jakiejś awarii, jakiejś patologii. W ten sposób nasza cywilizacja, w której tempo zwyciężyło nad refleksją, kształtuje polityków.
To jest sito przepuszczające ludzi tylko o określonej konstrukcji psychicznej i na pewno osobę o formacie de Gaulle’a czy Piłsudskiego zatrzyma. Co najwyżej przepuści kogoś, kto takiego polityka będzie grał.
Z jednej strony, mamy więc polityków grających nie swoje role – Katonów, Piłsudskich, Grabskich. Z drugiej strony, ci politycy, często wylansowani potrzebą chwili, gdy obejmują jakąś funkcję, ważniejszą lub mniej ważną, boleśnie przekonują się, jak niewiele mogą, że także padli ofiarą zbiorowej ułudy.
Mechanizm władzy państwowej jest niesłychanie skomplikowany, trzeba wielkich umiejętności, wielkiego doświadczenia, by nim sterować, by przeprowadzić swą wolę. Nie można naciskać bezmyślnie guzików – dziś dowalimy Kościołowi z Funduszem Kościelnym, jutro podniesiemy podatki najbogatszym – bo to jest kontrskuteczne. Wpierw trzeba wiedzieć, by realizować swą wolę. Weźmy przykład najprostszy – stosunki ministra i aparatu jego ministerstwa. I odpowiedzmy na pytanie: ile jego decyzji to jego własne, a ile to decyzje urzędników, którzy każdego ministra potrafią sobie ustawić – dawkując mu informacje, obudowując odpowiednimi ekspertyzami. Mądry decydent, doświadczony, potrafi oddzielać ziarno od plew i jakoś tam realizuje swoje wizje. Przeciętniak płynie razem ze swoim resortem. Decydent niemądry z nim walczy (często przy tym głosząc, że walczy ze służbami specjalnymi zadomowionymi w administracji, z II linią oficerów etc.)… I szybko kończy.
Ale czy ma to decydujące znaczenie? Skoro sukcesy i porażki można przedstawić w sposób właściwie dowolny?
Nikt nie neguje faktu, że w okresie rządów Buzka gospodarka polska straciła impet, wygasała, a w okresie rządów Millera przyspieszyła do prawie 6% PKB. Tłumaczy się to jednak w ten sposób, że to nie zasługa ekipy Millera, tylko polskich przedsiębiorców, którzy dobrze pracują. I nikt się nie zastanawia, że ci sami przedsiębiorcy musieli w takim razie za czasów Buzka pracować bardzo źle… Każdy, kto odwiedza warszawskie urzędy i chce coś w nich załatwić, może się nasłuchać, że miasto jest de facto sparaliżowane, o inwestycjach nie ma mowy, że ekipa Kaczyńskiego nie podejmuje żadnych decyzji, że tak źle nie było od dawna. Tylko czy to ważne, skoro prezydent Warszawy przeprowadził udane uroczystości rocznicy powstania warszawskiego, otworzył Muzeum Powstania i walczy z agencjami towarzyskimi? I jak mówią sondaże, wygrałby w Warszawie kolejne wybory?

Ludzie z przypadku

Kaczyński nie byłby dziś prezydentem stolicy, gdyby słabnąca ekipa Buzka nie powołała go na ministra sprawiedliwości. Jego kandydaturę wymyśliła Teresa Kamińska, chodziło o to, żeby znaleźć niekontrowersyjnego (dla AWS) kandydata, no i żeby choć trochę poszerzyć bazę mniejszościowego rządu. W ten sposób Lech Kaczyński, jadąc pociągiem Warszawa-Gdańsk, otrzymał propozycję, która odmieniła jego życie. Bo ją dobrze spożytkował.
Takich przypadków w świecie polityki jest mnóstwo. Najczęściej wygląda to tak, że strony nie potrafią się dogadać i wówczas pada na tego spoza układu.
„Żaden z tych, którzy doszli do stanowisk w polityce przez przypadek, nie uważa, że to był przypadek”, zauważa zgryźliwie Grzegorz Rydlewski, autor książki „O skutecznym działaniu w polityce”, doradca premiera Belki.
Hanna Suchocka nie byłaby dziś ambasadorem w Watykanie, gdyby nie Jan Rokita. Który głęboką nocą, po kilkunastu godzinach dyskusji między UD a ZChN w sprawie rządu, rzucił jej nazwisko. Dla wymęczonych negocjacjami polityków to było jak wybawienie. Józef Oleksy też pewnie nie byłby premierem, gdyby nie Michał Strąk, który dopisał w ostatniej chwili wariant z nim w roli szefa rządu do wcześniejszych dwóch punktów, które PSL zamierzało przedłożyć SLD. Ludowcy byli pewni, że to propozycja, która SLD-owców zainteresuje najmniej. Tymczasem… Za to mniej szczęścia Oleksy miał w 2004 r. Gdy Leszek Miller nosił się z dymisją, to Oleksy, w pierwszej wersji, miał go zastąpić. Ale prezydent zmienił zdanie i postawił na Marka Belkę. Przypadek? Nieważne. Ważne, jak zostanie wykorzystany.


Czy politycy polscy posiedli sztukę rządzenia?
Czy są przygotowani do pełnienia ważnych funkcji?
Dlaczego są tak słabo oceniani przez społeczeństwo?

Dr Jerzy Głuszyński, dyrektor Instytutu Badania Opinii i Rynku PENTOR
Widzimy, jakie są efekty rządzenia, ale powiedzieć, że politycy nie są zupełnie przygotowani ani nie potrafią, to przesada. Jednak dyskomfort jest znaczny, i to z przyczyn naturalnych. U nas wszyscy znają się na polityce, każdy wie, jak ją robić, dlatego narzekania są uzasadnione. Gdzie nie ma mężów stanu, są tylko politykierzy. Świat jednak się komplikuje, zagrożone są podstawowe wartości i swobody demokratyczne. Trudno więc rządzącym komunikować się z tymi, nad którymi sprawują władzę. Politycy w codziennym zachowaniu relacjonowanym przez media udają głupszych, niż są naprawdę, bo liczą się różne kryteria zastępcze, a nie te najważniejsze dla nas, przynoszące pozytywne efekty społeczne. Politycy dużo mówią pod publiczkę i ich energia się marnuje nie na to, co jest najważniejsze. Polityka jest wielkim marnotrawieniem i nieprzestrzeganiem elementarnych reguł. Wystarczy posłuchać Giertycha, jak grozi Trybunałem Stanu i Trybunałem Konstytucyjnym, jak inni mówią o Goebbelsie, o zamachu stanu. Nie dziwota, że człowiek tego nie trawi, bo gdyby chciał brać wszystko dosłownie, toby zwariował.

Prof. Mariusz Gulczyński, nauki o polityce
Politycy polscy – ci, którzy są u władzy – posiedli sztukę zarządzania, a nie rządzenia. Są trzy poziomy władzy: panowanie, czyli stwarzanie reguł i tłumaczenie, co to jest władza, rządzenie, to znaczy układanie planów dla grup społecznych, co należy robić, oraz zarządzanie konkretnymi ludźmi, a więc decyzje personalne i stawianie konkretnych zadań. Tak powstał m.in. dramat ze służbą zdrowia, bo rządzący myśleli jak zarządzający i nie brali pod uwagę oporu materii społecznej. Jeśli rządzący tylko zarządzają i nadmiernie dyscyplinują, powodują niezadowolenie. Zamiast tylko ukierunkować ludzką aktywność, nakazują, co ludzie mają robić.

Michał Strąk, b. minister, szef Urzędu Rady Ministrów
Posiedli w bardzo niewielkim stopniu. Od pewnego czasu próbuję uruchomić kształcenie, ale nie ma chętnych, nie mogę znaleźć szkoły, w której by doradzano, jak rządzić. Można znaleźć wielu doradców w zakresie zdobywania władzy, doboru krawatów i występów w telewizji, ale właściwie nie funkcjonuje u nas doradztwo w zakresie sprawowania władzy. Łatwo można zdobyć władzę, ale szybko się ją traci, czego doświadcza lewica. Platformę Obywatelską też czeka taki los. Nie mamy wystarczającej obudowy posłów. Gdyby zmniejszyć skład parlamentu o połowę, to część pieniędzy powinna pójść na doradców. Jeśli się nie nauczymy sztuki rządzenia w krajach zaprzyjaźnionych, będziemy wciąż narzekać na polityków i odmawiać im poparcia.

Andrzej Urbański, wiceprezydent Warszawy
Znajomości sztuki rządzenia brakuje nie tylko politykom najwyższego szczebla. Całego pokolenia nie nauczono umiejętności dobrego sprzedawania swojej pracy, ciągłego chwalenia się, tymczasem dziś cała kultura jest nastawiona na marketing i każda studentka uczelni biznesowej poznaje zasady takiego działania. Z tym że politycy nie potrafią dobrze sprzedać swoich programów i decyzji, nie ma też rozmowy ze społeczeństwem. Traktowane jest ono jak publiczność w teatrze, jednak monologi w dzisiejszym świecie są przyjmowane niechętnie. Sztuka rządzenia ma również aspekt pracy zespołowej, wymaga umiejętności kierowania zespołem i motywowania pracowników do pracy. Wreszcie należy przyjąć specyficzną pozycję polityka, który musi niekiedy „paktować z diabłem”. Taki polityk przez duże P potrafi zaryzykować dla dobra swojego państwa, narodu itd. O takich się pamięta. Polityków przez małe „p” szybko się zapomina, bo oni nawet nie wiedzą, jaki obowiązek na nich ciąży. W efekcie Polacy są rozczarowani politykami, bo nie mają poczucia, żeby byli to ludzie zasługujący na szacunek. Politycy przez duże P pojawiają się rzadko. Dziś modne jest oskarżanie polityków o wszystko, dlatego oni często działają z populistycznej chęci przypodobania się. To najkrótsza droga do chorowitej klasy politycznej, jeśli każdy będzie pokazywał, że jeździ tylko rowerem, codziennie oddaje krew i kocha zwierzęta. Taka klasa polityków będzie się bała siebie i społeczeństwa. Myślę więc, że Platforma Obywatelska wybiera prostą drogę do przepaści, jeżeli będzie nadal destruować klasę polityczną. Takie działanie nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla tych, którzy popełniają faule. Teraz politycy PO cieszą się zaufaniem społecznym, ale gdy Platforma i PiS będą w rządzie, czas się nie zatrzyma. Brak rozmowy ze społeczeństwem, spłaszczanie relacji państwo-obywatel ma bardzo krótkie nogi.

Prof. Mirosław Karwat, politolog
Sądząc po jakości rządów i jakości opozycji, niezupełnie posiedli tę sztukę. Zaryzykować można nawet tezę, że mamy do czynienia z armią dyletantów, choć są też ludzie o wybitnych uzdolnieniach, ale selekcja jest przypadkowa. Polityk najszybciej robi karierę, kiedy oskarża i szczuje. Paradoksem jest to, że polityk przenikliwy w oskarżeniach innych, sam robi to samo. Przeprowadza czystki, sporządza listy proskrypcyjne, dokonuje porachunków osobistych, ustawia znajomych… Tęsknimy do czasów, gdy politycy byli utożsamiani z mężami stanu. Teraz jednak ich główną kwalifikacją jest nie mieć poglądów, bo to przeszkadza. Mamy obsesję władzy, chorobę władzy, ale u polityków dostrzegam niewiele cech ludzi władczych, bo oni nie wiedzą, czego chcą. Polityk jest mocny w gębie, lubi uchodzić za mocnego człowieka, jak Nikodem Dyzma. Politycy lubują się w rytualizmie fasadowym. Kolejni premierzy i ministrowie powołują rady programowe i doradców, których się używa najwyżej do roli agitatorów i komentatorów uzasadniających decyzji. Nikt ich nie pyta i nie słucha. Nie w tym rzecz, by polityków posłać do szkoły, bo formalnie mają kwalifikacje wysokie, prawnicze, ekonomiczne, biznesowe, choć pojawiają się także ludzie robiący szybko maturę i studia, ale to margines. Rzecz w tym, by egzekwować kontrolę społeczną. Potrzebne są raczej kwalifikacje dżentelmena, który gra ostro, ale z honorem. Potrafi przeprosić i się wycofać. Najbardziej u polityków uderza nie brak kwalifikacji, lecz godności własnej. Krętacz nie może mieć godności. Ma mentalność cwaniaka, może się zbłaźnić, wygłupić, byle do przodu. Taka jest jakość rządów. Społeczeństwo więc ma powód do tego, aby nie ufać takim ludziom, ale niestety nie można mu wystawić wyższej oceny od tych, na których tak narzeka. Jeśli człowiek w pracy też kręci, robi wszystko byle jak, to uznaje, że to powszechny standard. Politycy są tacy jak społeczeństwa, z których wyrastają.

Piotr Tymochowicz, doradca medialny polityków
Jest takie przekonanie, że liderem trzeba się urodzić. Ludzie nie biorą pod uwagę czynnika czasu, bo można się urodzić dyktatorem lub liderem stada, ale cech liderów demokratycznych w genach nie mamy. Prawdziwy lider to sprawa umiejętności współżycia, a więc raczej cech umiarkowanych. W Polsce nie ma liderów ani urodzonych, ani wyszkolonych. Politycy nie są więc przygotowani do rządzenia. Ocenia się ich negatywnie z kilku powodów. Kandydat na polityka jest zawsze „po naszej stronie”, ale gdy staje się politykiem, przechodzi na drugą stronę lustra, a tam mamy tylko samych wrogów. Jeszcze od czasów socjalizmu mówimy „oni”. Kiedyś był Wielki Brat, teraz jest politbiznes. Trudno jest nie budzić niechęci, gdy się instrumentalnie traktuje swój elektorat. Los polityka nie zależy od funkcji publicznych ani elektoratu, który topnieje w oczach. Polak ma kompleks stanu posiadania, on „ma” żonę” , „ma” dzieci, „ma” samochód, a to często nie jest prawdą, bo auto z leasingu jest tylko w użytkowaniu, a nie w posiadaniu. Polityk też mówi: „mam” elektorat, bo myśli, że to jest jego narzędzie dane na stałe.

Waldemar Kuczyński, szef doradców b. premiera Jerzego Buzka
Politycy są różni, jedni posiedli sztukę rządzenia, drudzy nie. Ale jeśli patrzeć na całe 15-lecie niepodległości,to obraz nie jest najgorszy. Widać to, kiedy porównuje się Polskę z innymi krajami przechodzącymi gospodarczą i ustrojową przemianę.
Generalnie politycy się sprawdzili, ale nie wszyscy i różnie to było w różnych okresach. Ten „miot” polityków, których wyłonił naród w wyborach 2001 r., jest jak dotąd najgorszy. Bo też wyłonił go naród w stanie frustracji, kiedy to po okresie poprawy nagle się pogorszyło. Ponieważ sądzę, że będzie się poprawiało, to mam nadzieję, iż najbliższe wybory, najlepiej w terminie konstytucyjnym, wyłonią lepszy garnitur niż ten, który dał początek rządowi Millera i wszystkiemu, co potem się stało. Przy czym kiedy mówię lepszy, to znaczy lepszy, a nie prawicowy czy lewicowy.
Polityk nigdy nie rodzi się z ukończenia jakiejś szkoły dla polityków, kształtuje go i wyłania praktyka działania w partiach. I to jak będzie rządził krajem zależy od tego, czym przeniknięte jest życie partii. Jeśli walką o stołki czy ułatwianiem sobie różnych szwindli, to powstaną drobni oszuści, których niemało jest w Samoobronie, albo baronowie uważający, że ich region to ich folwark. Nie powinni rządzić krajem „konfiturotropiści” rozglądający się, gdzie leżą konfitury, ale także niebezpieczni są fanatycy. I ci, co patrzą na państwo jak na bożka, najlepiej z własną twarzą, i ci, którzy wszędzie węszą układy i mogą zafundować nam polski minimaccartyzm, czy różne czerezwyczajki, i także wycierający sobie co chwila usta Polską, narodem i patriotyzmem. Dla Polski się robi, Polską się nie pyskuje..
Złe oceny polityków przez społeczeństwa to jest chyba jakiś znak czasów, bo Francuzi nie lubią swoich, a Niemcy swoich i tak dalej. Ponadto oceny klasy politycznej falują. W 15-leciu był czas, kiedy się poprawiały, podobnie jak oceny III RP, to był środek minionej dekady, dobre lata, splot wielu przyczyn, nie tylko rządów SLD. A potem się pogorszyło. Miller miał błędną ocenę sytuacji. Sądził, że jak SLD rządziło, było fajnie, przyszła prawica i zepsuła, teraz wracamy i znów będzie fajnie. I guzik. Gospodarka zwolniła, a na rynek zaczął wchodzić wyż demograficzny. Wysokie bezrobocie nakłada ludziom czarne okulary i wszystko wygląda niedobrze. Inny powód to wysyp afer, właśnie w SLD. Do tego dołączyła się histeria w mediach, nie to, że tropią afery, to bardzo dobrze. Chodzi mi o lawinę czarnych uogólnień, która temu tropieniu zaczęła towarzyszyć, przedstawiających kraj jako esencję wszelkich plag.

Not. BT

Wydanie: 42/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy