Kto szybciej strzela, ten dłużej żyje

Kto szybciej strzela, ten dłużej żyje

Apel w obozie oddzialu ochrony sztabu mjra "Ognia" . Gorce, lato 1946 r. Fot. domena publiczna. Kuras en face - odbiera meldunek

Oddział „Łazika” – między AK i UB Przyjechało do Łącka dwóch kupców owoców. Luty już trzymał, a oni z Nowego Targu aż tutaj się przykulali na rowerach. Śliwek dawno zdestylowanych nie oferowano. Gruszki też wpadły w zacier. Jabłek zostało mało, ale z niepomarszczoną skórką przetrwały w dobrym stanie. Kupcy chodzili po większych gospodarzach i szukali, kto ma większą ilość. Trzech z żalem odmówiło, twierdząc, że zbyt mało odłożyli. Jeden nie sprzedał, ponieważ ściorany wygląd kontrahentów wydał się mu podejrzany. Chodzili więc dalej, a za nimi fama, że muszą mieć po kieszeniach sporo gotówki, jeśli się do poważnego interesu przymierzają. W Zabrzeży targowali cenę w domu starego Ciężkowskiego. „Łazik” dowiedział się, że negocjują pod nosem, i poszedł po Bulandę. Oznajmił, że do zrobienia jest dwóch Żydków, bogatych kupców, i że ma na niego czekać o czasie przy gościńcu. Jasiek za Niemca był odważny, ale zawsze ostrożny, teraz też nie zamierzał ryzykować. Nie znał ich. Łażący z dużymi pieniędzmi zwykle mają broń. Spłukani również. Każdy ją mógł wyszarpnąć z kieszeni. Pomyślał, że kupców należy od Ciężkowskich wywabić bez niepotrzebnego nadstawiania karku. Zatrzymał na gościńcu ciężarówkę Węglarza. Wszyscy ją znali. Trochę pocztę woził, trochę ludzi. Szofer pogadał chwilę z Jaśkiem i na środku drogi kazał wszystkim wysiadać. Pojechali we dwóch do Łącka na rynek. Z knajpy u Piksy Jasiek wyciągnął mocno podpitego Jaśka Kurnytę „Szczerbę”, wrzucili go na pakę i podjechali pod posterunek milicji. Do komisariatu wszedł „Łazik”. Jak zawsze w mundurze. Zameldował o dwóch podejrzanych osobnikach w Zabrzeży, których należy sprawdzić. Pogadał z komendantem Gargulą i po dłuższej chwili do ciężarówki wskoczyło dwóch milicjantów. Jasiek Klag i Władek Dybiec. Ten sam Władek, któremu „Łazik” nalał po pysku w lesie, przed całym oddziałem, za ruską propagandę. Ten sam. Teraz w Łącku pracował w milicji. Wszyscy zawrócili do Zabrzeży. Droga dużo czasu im nie zajęła, bo blisko. Parę kilometrów. Wieczór się zbliżał. W strefie nadgranicznej i po zmroku nie wolno było nocować bez meldunku i jeździć bez zezwolenia. Kupcy go nie mieli. Węglarz zatrzymał swoją ciężarówkę koło domu Ciężkowskich. Milicjanci wleźli do środka, wylegitymowali tych dwóch i sprawdzili, czy nie mają broni. Dziwne, ale nie mieli. Ani legalnej, ani nielegalnej. Powiedzieli kupcom, że nie mogą tu spać bez zameldowania w komisariacie, i wyprowadzili na zewnątrz. Formalnie nic do nich nie mieli. Ani na nich. Nic. No to pouczyli, zostawili i poszli na Łącko. Kupcy marzli na gościńcu, a ciężarówka Węglarza stała obok jak cudowna okazja, żeby się zabrać na łebka. Chcieli wsiąść. Ale z szoferki wyszedł oficer w wyglansowanych cholewach. Oficer UB przedstawił się i powiedział, że ich zatrzymuje. Musi skontrolować. Sprawdził ich w chałupie zaprzyjaźnionego gospodarza Cebuli. Ignacy Gronowski i Antoni Wiekiera. Kupcy. Wybebeszyli przed władzą kieszenie ze wszystkiego. Śmiesznie mężczyzna wygląda, gdy wywali tak kieszenie, jakby miał uszy szmacianego misia przy biodrach. Takie dwa bezradniki, klapnięte po bokach, sypią się z nich resztki tytoniu, jakieś kłaczki, paprochy zbierane miesiącami, zawsze oznaczały poddanie. Pusto. Nie mam już nic, co dla ciebie warte, i nic na ciebie. Pistoletów nie było. Pieniędzy kupka na stole. Ze 140 tys. Dużo. Podejrzane to aresztowanie. Wsiadać, jedziemy, na miejscu się wyjaśni. To wsiedli z ubekiem. W środku czekał szofer, „Szatan” i pijany „Szczerba”. Jechali kawałek i się wyjaśniło. Po kilkuset metrach. Zamordowanie kupców. Luty 1946. Zabrzeż Koło potoku. Z lewej Dunajec, a potok schodzi z góry po prawej i przez przepust pod drogą włazi w rzekę. Całkiem mrok zapadł. Coś wołali ci dwaj. Pewnie, żeby im darować życie. I można by powiedzieć, że sypką, świeżą biel musieli butami pozagarniać na rozlaną czerwień, żeby zniknęła, żeby została tylko biel. Tylko że błoto było tego wieczora. Rozmrożona ziemia, ledwie tylko przyprószona śniegiem. Nie symbolicznie to wyglądało, tylko beznadziejnie i do końca ponuro. Gdy ciężarówka pojechała zawrócić, kul poszło dużo. Jeden, zbyt pijany, choć strzelał, to chybiał, walić należało za niego, tak żeby udaremnić ucieczkę w krzaki i nie ryzykować rozpoznania, opisania zdarzeń, dwie pamięci usunąć z życia dla spokoju. Później wzięli łopaty i wykopali dołek. Wybrali miejsce, jakieś 10 m w górę potoku. Po prawej. Chłód, kamienista ziemia jeszcze nie puściła całkiem, a w takiej ciężko się odpowiednio zagłębiać. Płytko kopali. Przypaprali ciała błockiem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2016, 45/2016

Kategorie: Historia