Kto szybciej strzela, ten dłużej żyje

Kto szybciej strzela, ten dłużej żyje

Oddział „Łazika” – między AK i UB

Przyjechało do Łącka dwóch kupców owoców. Luty już trzymał, a oni z Nowego Targu aż tutaj się przykulali na rowerach. Śliwek dawno zdestylowanych nie oferowano. Gruszki też wpadły w zacier. Jabłek zostało mało, ale z niepomarszczoną skórką przetrwały w dobrym stanie. Kupcy chodzili po większych gospodarzach i szukali, kto ma większą ilość. Trzech z żalem odmówiło, twierdząc, że zbyt mało odłożyli. Jeden nie sprzedał, ponieważ ściorany wygląd kontrahentów wydał się mu podejrzany. Chodzili więc dalej, a za nimi fama, że muszą mieć po kieszeniach sporo gotówki, jeśli się do poważnego interesu przymierzają.

W Zabrzeży targowali cenę w domu starego Ciężkowskiego.

„Łazik” dowiedział się, że negocjują pod nosem, i poszedł po Bulandę. Oznajmił, że do zrobienia jest dwóch Żydków, bogatych kupców, i że ma na niego czekać o czasie przy gościńcu. Jasiek za Niemca był odważny, ale zawsze ostrożny, teraz też nie zamierzał ryzykować. Nie znał ich. Łażący z dużymi pieniędzmi zwykle mają broń. Spłukani również. Każdy ją mógł wyszarpnąć z kieszeni. Pomyślał, że kupców należy od Ciężkowskich wywabić bez niepotrzebnego nadstawiania karku.

Zatrzymał na gościńcu ciężarówkę Węglarza. Wszyscy ją znali. Trochę pocztę woził, trochę ludzi. Szofer pogadał chwilę z Jaśkiem i na środku drogi kazał wszystkim wysiadać. Pojechali we dwóch do Łącka na rynek. Z knajpy u Piksy Jasiek wyciągnął mocno podpitego Jaśka Kurnytę „Szczerbę”, wrzucili go na pakę i podjechali pod posterunek milicji. Do komisariatu wszedł „Łazik”. Jak zawsze w mundurze. Zameldował o dwóch podejrzanych osobnikach w Zabrzeży, których należy sprawdzić. Pogadał z komendantem Gargulą i po dłuższej chwili do ciężarówki wskoczyło dwóch milicjantów. Jasiek Klag i Władek Dybiec. Ten sam Władek, któremu „Łazik” nalał po pysku w lesie, przed całym oddziałem, za ruską propagandę. Ten sam. Teraz w Łącku pracował w milicji. Wszyscy zawrócili do Zabrzeży. Droga dużo czasu im nie zajęła, bo blisko. Parę kilometrów. Wieczór się zbliżał. W strefie nadgranicznej i po zmroku nie wolno było nocować bez meldunku i jeździć bez zezwolenia. Kupcy go nie mieli. Węglarz zatrzymał swoją ciężarówkę koło domu Ciężkowskich. Milicjanci wleźli do środka, wylegitymowali tych dwóch i sprawdzili, czy nie mają broni. Dziwne, ale nie mieli. Ani legalnej, ani nielegalnej. Powiedzieli kupcom, że nie mogą tu spać bez zameldowania w komisariacie, i wyprowadzili na zewnątrz. Formalnie nic do nich nie mieli. Ani na nich. Nic. No to pouczyli, zostawili i poszli na Łącko.
Kupcy marzli na gościńcu, a ciężarówka Węglarza stała obok jak cudowna okazja, żeby się zabrać na łebka. Chcieli wsiąść. Ale z szoferki wyszedł oficer w wyglansowanych cholewach. Oficer UB przedstawił się i powiedział, że ich zatrzymuje. Musi skontrolować. Sprawdził ich w chałupie zaprzyjaźnionego gospodarza Cebuli.

Ignacy Gronowski i Antoni Wiekiera. Kupcy.

Wybebeszyli przed władzą kieszenie ze wszystkiego. Śmiesznie mężczyzna wygląda, gdy wywali tak kieszenie, jakby miał uszy szmacianego misia przy biodrach. Takie dwa bezradniki, klapnięte po bokach, sypią się z nich resztki tytoniu, jakieś kłaczki, paprochy zbierane miesiącami, zawsze oznaczały poddanie. Pusto. Nie mam już nic, co dla ciebie warte, i nic na ciebie. Pistoletów nie było. Pieniędzy kupka na stole. Ze 140 tys.
Dużo. Podejrzane to aresztowanie. Wsiadać, jedziemy, na miejscu się wyjaśni. To wsiedli z ubekiem. W środku czekał szofer, „Szatan” i pijany „Szczerba”. Jechali kawałek i się wyjaśniło. Po kilkuset metrach.

Książka o Józefie Kurasiu

Zamordowanie kupców. Luty 1946. Zabrzeż

Koło potoku. Z lewej Dunajec, a potok schodzi z góry po prawej i przez przepust pod drogą włazi w rzekę. Całkiem mrok zapadł. Coś wołali ci dwaj. Pewnie, żeby im darować życie. I można by powiedzieć, że sypką, świeżą biel musieli butami pozagarniać na rozlaną czerwień, żeby zniknęła, żeby została tylko biel. Tylko że błoto było tego wieczora. Rozmrożona ziemia, ledwie tylko przyprószona śniegiem. Nie symbolicznie to wyglądało, tylko beznadziejnie i do końca ponuro.

Gdy ciężarówka pojechała zawrócić, kul poszło dużo. Jeden, zbyt pijany, choć strzelał, to chybiał, walić należało za niego, tak żeby udaremnić ucieczkę w krzaki i nie ryzykować rozpoznania, opisania zdarzeń, dwie pamięci usunąć z życia dla spokoju.

Później wzięli łopaty i wykopali dołek. Wybrali miejsce, jakieś 10 m w górę potoku. Po prawej. Chłód, kamienista ziemia jeszcze nie puściła całkiem, a w takiej ciężko się odpowiednio zagłębiać. Płytko kopali. Przypaprali ciała błockiem, przykrywając dla pewności cetyną i grubszym suchym leżącym wokoło.

Ciężarówka czekała już przy drodze, więc wsiedli i wrócili do chałupy, gdzie się zabici kupcy poddali. „Łazik” dzielił, co z nich wyjęli. Dla uczestników akcji. Dla współpracowników i informatorów. Dla milczenia. Dla poległych na pomniki. Kto ile dostał, to wiadomo. Ale czy to coś znaczy? Różnica jakaś jest? Na sumie rachunku i tak dwa trupy leżały. (…)

Wiosną ludzie więcej jeździli i gadanie szybciej się rozchodziło. No i jeszcze słońce całkiem roztopiło ziemię. A pamięta pan, mówiłem, że płytko kopali dla dwóch kupców. Wyszli na wierzch. Pastuszek ich znalazł. Wcześniej żony szukały mężów. Jeździły i pytały. Szły tropem jabłek, wypytywały o handlarzy, co zimą chcieli je kupić. Coś się mogło stać, ale co, nikt nic nie wiedział. Kamień w Kamienicę. Szukały dalej. Coś o strzałach w lutym ktoś szepnął. Jakoś od strony Zabrzeży niosło. Szły tam i na Szczawnickiej zapytały o nie w sklepie Smajkiewicza. Zza lady dał wskazówkę. Jeśli strzały, los może znać najlepiej zorientowany. Niecałą godzinę szły wzdłuż Dunajca do gospodarstwa w Zabrzeży. Zafrasowany Jasiek grzebał intensywnie w pamięci i odpowiedział, iż nie ma pojęcia, kto strzelał na jego terenie. Nie chciały uwierzyć. Drążyły. Poznały nazwiska, które plotki wmieszały między kule. Prosiły milicjantów z Łącka, żeby poszli z nimi i sprawdzali, ale usłyszały tylko radę: niech idą same, jak chcą. W Krakowie zgłosiły się w komisariacie milicji i jeszcze raz opowiedziały o zaginięciu mężów w okolicy Łącka, gdzie brano ich nie wiadomo dlaczego za Żydów i gdzie nie wiadomo dlaczego nikt im nie chce pomóc. Jednak prawda sama się wytopiła i ludzie sobie przypomnieli. Przy samogonie gadali na co dzień, więcej na koniec karnawału. Gadało się na łąckim targu. Na jarmarkach w Szczawnicy i Krościenku, po transakcjach, opowiadali w knajpach i słowa łapnęło ucho z innej doliny, zawożąc je do Nowego Targu, skąd pochodzili kupcy. W mieście mieszkał stary Batkiewicz, który miał ich za przyjaciół i robił z nimi interesy. Miał też syna Jaśka, „Śmigły” wołali na niego. Młody służył u „Ognia” w oddziale zgrupowania „Błyskawica”. Okazało się na dodatek, że po jednym z kupców jeszcze jakiś wpływowy krewny chodzi w żałobie. Trudno o gorszy splot. (…) Tym razem „Ogień” wyznaczył „Łazikowi” czapę za zastrzelenie dwóch kupców.

Ostatnia wieczerza „Łazika”. 2 maja 1946. Wieczór w Zabrzeży

W izbie było jasno i Jasiek spokojnie zjadł z talerza, co Maryśka naszykowała na kolację. Wstał i wychodząc, odwrócił się do niej, mówiąc, że za dwie godziny wróci.

W obozie „Ognia” pod Ostrowskiem także skończyli kolację. Przygotowano pięć porcji mniej. Tylu ludzi rano Józef Kuraś wysłał na patrol. Mieli iść do Krościenka. Józef Dyda „Czarny” nawet nie chciał. Bolała go noga i nie uśmiechało mu się tak męczyć na piechotę po górach. Jednak dowódcy zależało, żeby szedł właśnie on, co zrozumiałe, ponieważ „Czarny” tam mieszkał i doskonale znał teren. Wlókł się całą drogę noga za nogą. Na dodatek 10 kg erkaemu wrzynało się w ramię. Miał 22 lata. Pół roku wcześ­niej służył w nowotarskim UB. (…)
Tuż przed Krościenkiem do tych pięciu dołączyło jeszcze dwóch miejscowych ogniowców Józef Ćwiertniewicz „Długi” i Józef Gabryś „Krzaczek”. Zmrok już zapadł, gdy weszli na rynek.

Stali obok karczmy i nasłuchiwali. Nic się nie działo. Tylko jakieś szczekanie psa, zapach przypalonego i nieśpieszne kroki po bruku z kamieni wydobytych z Dunajca. Niebo rozgwieżdżone nad głowami i ani śladu warkotu motocykla. „Ogień” miał dobre źródła. Dając rozkaz wymarszu, wiedział, że „Łazik” przerzuca tej nocy Żydów przez granicę i obwąchując teren, jeździ na sachsie. Patrol miał zdjąć go z motocykla i doprowadzić do obozu nad Ostrowskiem. Jednak w ostatniej chwili, gdy już wyruszali, zmienił zdanie. Powiedział, że w razie spotkania Jaśka należy zastrzelić. (…)

Źle, że Jasiek miał ten motor. Zdradzał go zawsze warkotem i nocą światłem. Nie trzeba nawet sprawdzać, kto na nim siedzi. Wjechał prosto na ludzi z bronią, od razu bezbronny. Widzieli jego ręce z przodu. Nie to w nich miał, co trzeba w takiej sytuacji. Nie da się ściskać mocno kierownicy i jednocześnie trzymać pistolet. Jednak nie strzelili od razu. Zapytali, kto jedzie. Człowiek za kierownicą powiedział, że wiezie Adolfa Gabrysia na służbę do Ostrowska i sam się przedstawił. „Łazik”. Kopnęli „Bobka” w dupę i kazali uciekać. Gnał przed siebie, gdy usłyszał krótką serię. Trafiła jedna kula. Tuż nad lewe Jaśkowe ucho. Obok płynęła Krośnica. Górska rzeczka. Głośno szumi i nawet nie słychać plusku. „Bobek” biegł dalej. Przez góry. Tam, gdzie stała ciężarówka. Na pace panowała cisza. Bali się. Tylko szepty. (…)

Długo trwała ta cisza. Pewnie ponad godzinę i z każdym następnym kwadransem ciążyła bardziej. Zbyt spokojnie, by spać. Jakub Finkelsztajn zeskoczył z paki i zapytał szofera, co się dzieje. „Wiwer” tłumaczył, że to jeszcze z 5 km i nie ma innego wyjścia, jak cicho czekać, aż wrócą ci z motocykla i wszystko się wyjaśni. Do Finkelsztajna zszedł Jakub Orensztajn. Może się znali, bo obaj urodzili się w Równem. W tym samym 1919 r. Stali na drodze, gdy daleko błysnęło światło. Jeszcze jedno. Kołysały się, nikły i łypały coraz bliżej. Kilka latarek. Widzieli, że ktoś zbliża się od strony uzdrowiska.

Ludzie zza świateł podeszli i zapytali, czy są szoferami. Finkelsztajn zaprzeczył, podał swoje dokumenty i zaświadczenie. Kartkę papieru stwierdzającą, że stłoczeni na pace ciężarówki jadą na letnisko. Teraz w poświacie latarek zobaczył mundury i broń. Kilku, może nawet 10 wojskowych. Powiedzieli, żeby się nie bać. Nie są bandytami.

Orensztajn zapamiętał wysokiego, jasnego blondyna z zadartym nosem. Inni zwracali się do niego podporuczniku. Porucznik wyglądał inaczej. Średniego wzrostu, szczupły brunet z wąsikiem. Może strach był zbyt wielki, wyolbrzymiony długim czekaniem w ciemności. Przecież to wojskowi. Zachowywali się spokojnie, żadnego popychania, bicia, żadnych krzyków, a i to, że kazali wszystkim wysiadać, bo będą legitymować i sprawdzać, czy ktoś nie ma broni, też jest przecież normalne. Noc w strefie nadgranicznej ma swoje prawa. Był w tym nawet pewien porządek. Schodzili więc jeden po drugim z ciężarówki wśród zapewnień, że nie trafili na bandytów. Mają się spokojnie ustawić w szeregu, wzdłuż rowu, to wszystko. Tylko dwie kobiety nie chciały się ruszyć, zostały z chłopcem kurczowo trzymającym się spódnicy jednej z nich. Pozwolili im zostać. Rewidowali ciężarówkę. Zwykła kontrola.

Mężczyźni w mundurach mówili do siebie „Leń”, „Szary”, „Śmigły”. Dwóch z nich w ogóle nie nosiło się po wojskowemu, mieli cywilne ubrania. Strach wrócił.

Podchodzili kolejno, po trzech krokach podawali dokumenty. Światło omiatało twarz i zatrzymywało się na papierze. Izrael Holland. 45 lat. Szewc. W portfelu 1200 zł. Zabrali. Sprawne ręce szybko obmacały ciało w poszukiwaniu broni. W porządku. Następny. Właściwie następna. Imię: Tema. Też 45 lat. Też Holland. Żona Izraela. Dwie następne. Rachela i Chaja Holland. Córki. Mówią, że jadą na dwutygodniowe letnisko.
Kolejni. Trójka Wygodów. Potwierdzają wersję poprzedników i podają dokumenty, a jeśli w portfelu są pieniądze, każdy dostaje z powrotem portfel i dokumenty.

Następni. Czworo Binjuńskich. Również twierdzą, że właśnie przyjechali do uzdrowiska. Światło na twarz i na papier. I do szeregu w mrok. Kolejno. Wszyscy bez broni.
Strzelać!
To była mała chwila, pewnie kilka sekund. Mały dystans, pewnie kilka kroków. Nacisnęli spusty. „Żbik” puścił krótką serię z pepeszy. Zacięła się. 13 kul. „Czarny” też chciał wykonać rozkaz, ale broń nawet nie zagadała. Zawsze była do niczego. Ręczny karabin maszynowy puścił jedną serię i również zamilkł. Gdy strzelali, ręce mieli zajęte bronią. Schowali latarki i niewiele było widać.
Żydzi rzucili się do ucieczki. Padali i czołgali się, byle spod kul, a po sekundach, już za drzewami i krzakami, wstawali i biegli w las, w stronę krościeńskiego kirkutu.

Dwie kobiety i chłopca z ciężarówki wyrzucili na drogę. Mały Galler płaczliwie prosił, by go nie zabijali. Żeby nie zabijali mamusi. Dostał w głowę. Do matki strzelili dwa razy. Niecelnie. Maria upadła obok syna i udawała martwą. Kule trafiły w kok. Światła latarek omiatały ciała. Sprawdzali. Schylali się i coś brali, coś od razu wyrzucali. Syn jęczał. Słyszała go, nie widziała wiele, nie otwierała całkiem oczu i nagle usłyszała jeszcze, że jakiś mały dużo stęka i trzeba mu poprawić. Padł strzał i przestała słyszeć Józefa. Inny głos potrząs­nął nią i pytał, czy ma zegarek. Cywil najwyraźniej spostrzegł jej udawanie, pochylił się i zobaczył odsłonięte nadgarstki. Kazał leżeć cicho. Szukali blisko. Przeczesywali tylko najbliższe krzaki. Nie zamierzali nikogo ścigać nocą po lesie.

Rena Galler nie widziała matki i brata. Leżała trochę dalej między trupami i starała się wyglądać jak trup. Nie wiedziała nawet, jak długo. Nawet nie jęknęła, choć nogi parzyły. Szczególnie lewe kolano. Dostała tam dwa razy. Trzy inne kule rozdarły jej skórę na łydce, a dwie następne przestrzeliły prawą nogę. Zawarczał silnik. Żołnierze kazali szoferowi przygotować się do jazdy. Sami wsiedli pod plandekę i ciężarówka odjechała w stronę Krościenka. Tam, już przy drodze na Nowy Targ, kazali „Wiwerowi” na chwilę zatrzymać. Załadowali motocykl i wyznaczyli trasę dalej, w kierunku Ostrowska. Na miejscu, pod Snoską, rozładowali Jaśkowego sachsa, bagaże Żydów i poszli do obozu. Zbyt zmęczeni byli, żeby wszystko ze sobą od razu taszczyć. Furman cały ten majdan dowiózł im następnego dnia.

Koło Księżego Lasu panowała cisza, ale nikt się nie ruszał. Nie drgnął nawet. Na wszelki wypadek, bo na drodze pojawił się jakiś człowiek. Starszy, w ciemnym ubraniu i czapce. Pochylał się z uwagą nad ciałami, jakby z troską, ale nie znajdował żywych. Nie słyszał oddechów ani jęków. Zdejmował buty. I krzątała się jeszcze kobieta. Ktoś inny chodził i przyświecając sobie latarką, szukał po krzakach.
Dopiero po czwartej na ranem ożyło pierwsze ciało. Była majowa jutrzenka. Trzeciego. Jeszcze ktoś wstał. Ktoś usiadł. Maria Galler była bosa. Nie widziała syna. Nie szukała ani córki, ani męża. Niesłysząca i oniemiała. Po prostu poszła przed siebie. Po prostu poszła z tego miejsca.
Nigdy do siebie nie doszła.

Dziewięć ciał leżało z prawej strony drogi. Pięć w rowie i cztery na samym gościńcu. Z drugiej, od strony Dunajca, jeszcze dwa ciała. Na poboczu. W miasteczku już wiedzieli, że coś się stało pod Księżym Lasem. Na gościńcu zjawili się milicjanci.

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Jerzego Wójcika Oddział. Między AK i UB – historia żołnierzy „Łazika”, Wielka Litera, Warszawa 2016


Jan Wąchała „Łazik” był dowódcą patrolu likwidacyjnego „Orzeł” wchodzącego w skład 1. Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej na Sądecczyźnie. Zginął w maju 1946 r. z rozkazu Józefa Kurasia „Ognia”, skazany za zabicie dwóch kupców z Nowego Targu. „Łazika” wynajął Komitet Żydowski do ochrony Żydów, którzy 2 maja jechali ciężarówką w kierunku granicy. „Ogień”, który się o tym dowiedział, kazał „Łazika” zlikwidować, następnie jego ludzie zastrzelili Żydów, wcześniej zabrali im pieniądze.

Wydanie: 45/2016

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy