Tag "Andrzej Duda"
Jak wygląda niezgoda
Jeżeli ktoś wątpił, że mieliśmy dwie polityki zagraniczne, zupełnie niezależne, idące obok siebie, to po wymianie uprzejmości między Andrzejem Dudą a Radosławem Sikorskim chyba tych wątpliwości się wyzbył. Pisaliśmy już o tym, że Duda ma swoich ambasadorów i ich uznaje, a „tuskowych” nie. Że gdy składa wizyty zagraniczne, pilnuje, aby ci „rządowi” trzymali się od niego z daleka. Stany Zjednoczone? Wszelkie kontakty utrzymuje swoimi kanałami i oficjalnie mówi, że Bogdan Klich, który kieruje ambasadą w Waszyngtonie, nie powinien
Wesołek na tronie
Zapamiętamy Andrzeja Dudę jako autora sytuacji śmiesznych i żenujących. Nawet nie trzeba go parodiować
Znany narciarz, gawędziarz, raper, przyjaciel Wąsika i Kamińskiego, ale przede wszystkim bohater niezliczonych internetowych memów. Długo można wymieniać przymioty mieszkańca Pałacu Prezydenckiego. Nie drukujemy jednak laurki dla Andrzeja Sebastiana Dudy. Każde zawierające garść faktów podsumowanie będzie dla prezydenta niekorzystne. Nie zmienia to faktu, że przygody Andrzeja Dudy są beczką śmiechu.
Andrew Polish
– Andrzej Duda nie potrafi znaleźć swojego czasu, żeby jakoś w ogóle się zaprezentować. Ma cechę osoby, która odzywa się nie wtedy, kiedy by należało – mówi satyryk i felietonista Michał Ogórek.
Duda rzeczywiście wydaje się człowiekiem, który trafia obok celu, a jego reakcje są przesadzone. Przypomina to satyrę stworzoną przez legendarnego komika Rowana Atkinsona w filmie „Johnny English”. Główny bohater to nieudolny szpieg w stylu Jamesa Bonda, karykatura brytyjskich stereotypów i zachowań. Jeśli nawet coś mu się udaje, jest to dziełem przypadku. Film prezentuje humor w stylu cringe, czyli mający wywołać śmiech poprzez zażenowanie. Cóż, sporo wystąpień publicznych Dudy daje taki sam efekt. Ba! Niektóre momenty kariery prezydenta (szczególnie te uwiecznione przez media) są jak polska adaptacja brytyjsko-francuskiego „Johnny’ego Englisha”. Andrew Polish zasiadający w Pałacu Prezydenckim.
– Jaką rolę ma prezydent Duda? Śmieję się, że kiedy pan prezydent pojechał na inaugurację Trumpa, to dostał tam takiej migreny, że wezwano lekarza. Podczas badania okazało się, że Dudzie skoczyło ciśnienie, i lekarz pyta, kiedy ostatnio to ciśnienie Dudzie badano. Prezydent odpowiedział, że trzy lata temu po powrocie z Nowogrodzkiej. Lekarz dalej go bada i mówi: „Poziom wazeliny wysoki, ale z tego, co pamiętam, to panu nie szkodzi. To jeszcze chciałem zapytać, kto zrobił wlewkę”. Pan prezydent odpowiada, że pan Mastalerek. Ukontentowany lekarz stwierdza: „To dobrze, bo to dobry specjalista”. Przechodząc do diagnozy, lekarz wyrokuje: „Panie prezydencie, muszę panu powiedzieć, że to, co pana boli, to nie jest migrena, pan ma po prostu za ciasną aureolę”. I mniej więcej w ten sposób oceniam rolę pana prezydenta – komentuje satyryk Krzysztof Daukszewicz.
Specyficzna nienaturalność prezydenta sprawia, że przeważająca część jego publicznych wystąpień natychmiast stawała się obiektem żartów, a telewizyjne kadry na zawsze zapisały się w historii polskiego memiarstwa. Dlaczego Andrzej Duda jest chodzącym generatorem sytuacji żenujących i śmiesznych?
– Odpowiedź jest bardzo prosta. Andrzej Duda nie dostosowuje mimiki do przekazu, a na dodatek stara się proste rzeczy umocnić miną. A że robi to nienaturalnie, pojawia się ogromny rozdźwięk między treścią a formą przekazu, który jest po prostu śmieszny. Tę karykaturalność doskonale było widać w słynnej wypowiedzi o rzeczach, które się człowiekowi nie śnią. Prezydent Duda, choć mówił zupełnie szczerze, próbował jednocześnie wzmocnić swój przekaz tonem głosu i ta nienaturalność wyszła komicznie – tłumaczy politolog dr Mateusz Zaremba z Uniwersytetu SWPS.
Z tą naukową opinią zgadza się Michał Ogórek. – Jeśli pan prezydent czasem zdobędzie się na jakiś poważniejszy gest, szybko okazuje się to nie mocnym tupnięciem, tylko lekkim puknięciem otwartą dłonią w stolik. Na dodatek zawsze wykonuje ten gest nie w tym momencie, kiedy należało. Czy to wynika z opóźnionego refleksu? Sądzę, że on cały czas myśli, że powinien coś zrobić, nie bardzo wie co, a gdy w końcu zdecyduje się coś zrobić, zawsze jest za późno – zauważa satyryk.
Zagubienie w złożoności świata polityki i jej różnych kontekstach dostrzega też Witold Bereś, redaktor naczelny miesięcznika „Kraków i Świat”: – Prócz książek ma Andrzej Sebastian Duda nad półkotapczanem zestaw DVD z pasjami oglądanym „Zezowatym szczęściem”. Kiedy już zapada zmrok i nikt Andrzejowi Sebastianowi Dudzie nie przeszkadza w subtelnych analizach własnej duszy, wraca nasz Wielki do sceny, gdzie obywatel Piszczyk przypadkiem idzie w marszu narodowców, choć wcześniej był kimś w rodzaju demokraty w Unii Wolności. Tłum krzyczy: „Wodzu, prowadź na Kowno! Niech żyje Polska od morza do morza!”, a Piszczyk konstatuje: „Stopniowo zaczął mnie ogarniać nastrój tego krzyczącego tłumu, chociaż wcale mi nie zależało na Kownie”. Po chwili jednak do marszu dochodzi druga grupa, która skanduje: „Ży-dzi na Ma-da-ga-skar!”. „Zupełnie nie wiedziałem, co krzyczeć – trochę się bałem, że z powodu mojego nosa mogą mnie wziąć za Żyda. Dlatego postanowiłem wykrzykiwać na przemian: jedno hasło dla tych z przodu pochodu, a drugie dla tych z tyłu”.
Nieudane próby wpisania się w trendy i bieżącą sytuację są znamienne dla prezydentury Andrzeja Dudy. Weźmy podjęcie wyzwania Hot16Challenge podczas pandemii. Kolejne osoby publiczne, aby dodać otuchy obywatelom siedzącym w pandemicznym zamknięciu, nagrywały rap lub melorecytacje i zapraszały do zabawy kolejnych wskazanych. W tym zestawieniu pojawił się wreszcie prezydent ze swoim „Ostrym cieniem mgły”. Widać
Dyplomacja po polsku
Media wyzłośliwiają się z powodu opiewającego na sumę 1,2 tys. euro rachunku za wizytę Andrzeja Dudy w rzymskiej restauracji Vladimiro. Naigrawają się, gdyż sprawa przynosi kolejne odkrycia.
Najpierw śmieszkowano, że prezydent, który pod koniec marca złożył dwudniową wizytę we Włoszech, udał się do restauracji o takiej nazwie. Duda więc odpowiedział na platformie X: „Informuję wszystkich zainteresowanych, że w ogóle nie byliśmy w restauracji »Vladimiro« w Rzymie. Ten pan kłamie jak zwykle.
Taka prawda”. „Ten pan” to piszący o wizycie dziennikarz „Gazety Wyborczej”.
Równocześnie portal wPolityce.pl oznajmił, że prezydent Andrzej Duda nie gościł we Vladimiro, z komentarzem: „Co wyjątkowo zastanawiające, kolację w tym miejscu proponował Ryszard Schnepf. Delegacja głowy państwa wybrała inny lokal”. Tytułem uzupełnienia: Schnepf to chargé d’affaires ambasady RP w Rzymie, a nie jest pełnym ambasadorem dlatego, że Duda odmówił podpisania mu nominacji.
Teraz akt drugi. Odgryzło się MSZ.
Rzecznik ministerstwa Paweł Wroński (były dziennikarz „GW”) przekazał, że „wbrew insynuacjom niektórych mediów chargé d’affaires w Rzymie, p. Ryszard Schnepf, nie miał wpływu na program wizyty oraz liczebność delegacji p. Prezydenta Andrzeja Dudy. Przedstawiciele ambasady nie brali udziału w żadnym spotkaniu na wyraźne życzenie Pana Prezydenta”.
Z kolei dziennikarz „GW” pokazał rachunek z restauracji – na 1,2 tys. euro. Od kogo go dostał? Chyba nie trzeba długo się zastanawiać. Najciekawsze jednak przed nami – otóż możemy na paragonie przeczytać, że jest to dopłata do rachunku uiszczonego wcześniej. Wystawiona na ambasadę RP przy Watykanie, którą kieruje ambasador Adam Kwiatkowski, wcześniej szef gabinetu prezydenta Dudy. Właśnie jego Radosław Sikorski wymienił w grupie siedmiu prezydenckich ambasadorów, których pozostanie na stanowiskach negocjował z nim Duda.
Pomińmy sprawę rachunku i tego, w jaki sposób wypłynął – chwały to obecnemu MSZ nie przynosi. Pomińmy przepychanki, kto mówi prawdę, a kto nie. Najistotniejsza w tym wszystkim jest informacja, że polskie ambasady funkcjonują jak partyjne placówki. Że Duda pojechał do Włoch i bardzo pilnował, aby ludzie z „wrogiej” ambasady w ogóle z nim się nie zadawali, a cały plan wizyty złożył w ręce „swojej” ambasady. To patologia. Ale to też wyjaśnia, dlaczego Duda tak walczy o ambasadorów. Bo traktuje ich jak swoich partyjnych urzędników, a nie reprezentantów Rzeczypospolitej. Schnepfa zaś uważa za wroga, który tylko czyha na jego potknięcia. Ba – jak pokazuje wpis portalu wPolityce.pl – wręcz te potknięcia aranżuje.
Takie są jego cele.
Ta patologia jest zresztą szersza. Dotyczy i innych placówek, na których są ludzie PO i ludzie PiS – mają oni swoje kanały kontaktów i swoje tzw. umocowania. Po co? Żeby służyć własnej partii (w razie potrzeby). Kwiatkowski służył w Rzymie, w Nowym Jorku służy Szczerski. Swego czasu w Strasburgu zastępczyni ambasadora załatwiła w Radzie Europy list w sprawie immunitetu Romanowskiego. I tak to się kręci.
Podobnie jest w innych resortach, podobnie w mediach… Smutne to bardzo. Ale tak wygląda Polska i mało co wskazuje, że kiedykolwiek to się zmieni.
Sposób na Dudę
Ciekawe rzeczy ujawnił minister Sikorski na temat umów dotyczących ambasadorów, które zawierał z prezydentem Andrzejem Dudą. Otóż powiedział, że zawarł trzy takie umowy. „Dotrzymałem ich z nawiązką – zaznaczył. – Ludzie pana prezydenta są ambasadorami w Nowym Jorku, Londynie, Kanadzie, Paryżu, Bukareszcie, Watykanie i Pekinie. A pan prezydent pierwotnie prosił o czterech. Wszystkie trzy umowy nie zostały przez pana prezydenta dotrzymane, więc ja będę prosił w najbliższych dniach na piśmie, aby prezydent już zechciał się wstrzymać od realizacji moich wniosków. Będę je wycofywał”.
No i teraz zaczęły się spekulacje. Po pierwsze, kadencja prezydenta Dudy upływa 6 sierpnia. Czyli za cztery miesiące. W tym jeden wakacyjny. Faktycznie nie ma zatem sensu boksować się z Dudą o cokolwiek – ani o kogokolwiek – bo czas biegnie nieubłaganie.
Po drugie, jeśli chodzi o bój polityczny, kwestia jest rozstrzygnięta. Sprawę ambasadorskich nominacji Duda przegrał – a to dlatego, że odmawiał ich podpisania wszystkim kandydatom Sikorskiego. Także tym, którym wcześniej nominacje podpisywał, gdy jechali na inną placówkę. Nie wykorzystał sytuacji, nie mówił: lepszym podpiszę, gorszym nie. Jego opór został więc uznany za złośliwy i bezrefleksyjny.
I jest jeszcze po trzecie. Otóż Sikorski wymienił siedem placówek kierowanych przez ludzi, o których pozostanie
Duda zabiegał. Miesiącami nikt ich nie ruszał, w imię nadziei Sikorskiego, że jakoś z prezydentem się dogada. Jeżeli jednak umowy nie ma, to i tych siedmiu traci Dudową ochronę. Czyli ich los jest już tylko w rękach Sikorskiego.
Chyba najlepiej zrozumiał to Jakub Kumoch, od września 2023 r. ambasador w Pekinie, a wcześniej szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta. Przyuważono go, jak się wdzięczył do Sikorskiego, co zrozumiałe, bo w Pekinie jest dopiero półtora roku, więc ma o co zabiegać. Ale Duda dowiedział się o tym i miał mówić, że już mu nie ufa…
Inna sytuacja jest z Krzysztofem Szczerskim, który ambasadorem przy ONZ jest od czerwca 2021 r., mijają mu zatem cztery lata przebywania na placówce i w zasadzie powinien zjeżdżać do kraju. Zwłaszcza że Andrzej Duda do ONZ już nie pojedzie.
A Londyn, Paryż i Ottawa? Tam ambasadorami od trzech lat są Piotr Wilczek, Jan Emeryk Rościszewski i Witold Dzielski. Z tego grona najbliższy Dudzie jest Witold Dzielski, który przez siedem lat był w Kancelarii Prezydenta dyrektorem Biura Polityki Międzynarodowej. Pewnie więc latem wróci z Kanady. Podobny los wróżony jest Adamowi Kwiatkowskiemu, ambasadorowi w Watykanie, który był sekretarzem stanu w kancelarii Dudy, a wcześniej zakładał Ruch Społeczny im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.
A Paweł Soloch, od sierpnia 2023 r. ambasador w Rumunii, wcześniej szef BBN? Jego pozycja też wisi na włosku.
W historii MSZ deale były różne – miejsce znajdowali tam sobie ludzie różnych opcji i różni politycy. Z reguły na zasadzie dżentelmeńskich umów. Duda na żadną z takich umów się nie zdecydował, ba, nie zdecydował się nawet na jakąkolwiek grę polityczną. Za parę chwil napinania się oddał ludzi, którzy mu zaufali.
PS Wygląda na to, że prezydent poniewczasie swój błąd zrozumiał. Po twardych słowach Sikorskiego podpisał 18 nominacji ambasadorskich (Klicha ani Schnepfa w tej grupie nie ma…) i zapowiada, że podpisze kolejne. U swoich stracił nimb twardziela, dla PO jest miękiszonem. Tak to wychodzi, jak się nie ma głowy do polityki.
Mów mi wuju
Andrzej Duda popiera Karola Nawrockiego, robi to jednak nie z przekonaniem, lecz z wyrachowania. Wie, że jeśli Nawrocki zostanie prezydentem, to na jego tle bardzo zyska i nawet dzisiejsi wrogowie będą go wspominać z rozrzewnieniem. To, że Mentzen goni Nawrockiego i lawinowo przybywa zwolenników Konfederacji, może niepokoić. Jeśli Mentzen przegoni Nawrockiego w wyścigu o pierwszą turę, jestem pewien, że w drugiej prezes zagryzie zęby i będzie nawoływać do głosowania na Mentzena. Może nawet zasugeruje, że to brat, chociaż nie bliźniak, ale duchowo pokrewny.
Niedawno Mentzen zwierzył się: „Nie powinno się zabijać niewinnych dzieci. Nawet jeżeli to niewinne dziecko sprawia komuś wielką traumę. Nie mamy prawa zabić innego człowieka tylko dlatego, że ten człowiek sprawia nam przykrość, że jest dla nas nieprzyjemny, że może bardzo zaszkodzić naszemu życiu. Nie zabijamy niewinnych ludzi”, mówił o aborcji w przypadku ciąży powstałej w wyniku gwałtu. Mentzen właśnie wbił sobie nóż w brzuch, gwałt jako nieprzyjemność. Tak powstał nowy eufemizm. „Co ci się stało, żeś taka smutna? Spotkała mnie nieprzyjemność”.
Generalnie gwałciciele to ci obcy, imigranci. I jakże często kobiety wrabiają biednych facetów w gwałt. Nie wolno ufać kobietom. Zresztą kobieta nie powinna za dużo się ruszać, jej miejsce jest w kuchni. W kuchni nikt jej nie skrzywdzi. A ochrona zdrowia płatna, studia też. I pomyśleć, że milionom wyborców ten niewielki człowieczek, trochę przypominający prosiaka, bardzo się podoba. Sprawnie pływa w internecie. Mój syn 14-latek powtarza bzdury, które gada Mentzen, i jak w sklepie z zabawkami wybiera z jego gadania, co mu się podoba. Że niskie podatki, że Trzaskowski winien, że zbudowano muzeum klocek. To są takie klocki propagandowe, równo ucięte, można się nimi dowolnie bawić.
Brytyjski pisarz Nate White pisze prozą niemal ironiczny poemat o Trumpie. Oto małe fragmenty: „Trumpowi brakuje pewnych cech, które Brytyjczycy tradycyjnie cenią. Na przykład nie ma klasy, uroku, opanowania, wiarygodności, współczucia, dowcipu, ciepła, mądrości, subtelności, wrażliwości, samoświadomości, pokory, honoru i wdzięku – wszystkich tych cech, którymi hojnie został obdarzony jego poprzednik, Obama”. W finale tekstu: „W końcu nie da się przeczytać jednego jego tweeta, usłyszeć jednego czy dwóch zdań tego człowieka, by nie widzieć w nich otchłani. (…) Jest Picassem małostkowości; Szekspirem gówna. (…) Nawet jego wady mają wady itd. w nieskończoność. Bóg wie, że na świecie
Jakiego ambasadora chce Duda?
Miała miejsce kolejna potyczka między prezydentem Andrzejem Dudą a ministrem Radosławem Sikorskim. Dotyczyła Bogdana Klicha, który pełni obowiązki kierownika polskiej ambasady w USA. Nie jest pełnym ambasadorem, jest chargé d’affaires, czyli szarżykiem, bo prezydent nie podpisał mu nominacji.
Otóż w jednym z wywiadów prezydent Duda stwierdził, że Klich „nie nadaje się na ambasadora RP w Stanach Zjednoczonych”. A dlaczego się nie nadaje? Ano dlatego, że jego wcześniejsze wypowiedzi na temat Donalda Trumpa były mało Trumpowi przychylne, więc nie jest on odpowiednim kandydatem na ambasadora. Jest, jak określił Duda, kierownikiem placówki, uczynionym na siłę, na zasadzie „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.
Na ten wywiad Sikorski odpowiedział bardzo szybko (ciekawe, czy ktoś go do tej odpowiedzi zachęcał…). Na platformie X zaapelował do Andrzeja Dudy, „by nie osłabiał pozycji polskich dyplomatów”. „Proszę Pana Prezydenta, aby nie dezawuował publicznie naszego chargé d’affaires w Waszyngtonie, gdyż utrudnia mu to pracę na rzecz Rzeczpospolitej”, napisał Sikorski. Dodając, że podczas wizyty Andrzeja Dudy w USA Klich „okazał się bardziej kompetentny niż wybrańcy prezydenta”.
Wymiana tych uprzejmości jest dość śmieszna i średnio trafna. Po pierwsze, dowiedzieliśmy się, jak Andrzej Duda ocenia kompetencje dyplomatów. Jeśli mówią (czy mówili) nieprzychylnie o Trumpie, to znaczy, że się nie nadają. Staż dyplomatyczny, doświadczenie, wiedza – te sprawy są bez znaczenia (a mógł Klicha zaatakować za to). Liczy się wazelinka.
Po drugie, nasuwa się pytanie, kogo w takim razie chciałby mieć Duda jako szefa ambasady w Waszyngtonie. Odpowiedź wydaje się prosta – pewnie poprzedniego ambasadora, Marka Magierowskiego, swojego dawnego ministra.
No to posłuchajmy, co Magierowski mówi o Trumpie i trumpowskiej ekipie. Oto kilka jego wypowiedzi z ostatnich dni.
„Jestem bardzo zaniepokojony tym, jak bardzo narracja Kremla przeniknęła do kręgów decyzyjnych w USA. Do Białego Domu i departamentów, które zajmują się polityką zagraniczną. Słyszymy niemalże słowo w słowo komentarze i deklaracje ze strony amerykańskich przedstawicieli, które można wsadzić w usta prezydenta Putina, byłego prezydenta Miedwiediewa czy rzecznika Pieskowa, nie zauważylibyśmy żadnej różnicy”.
„Zajmuję się polityką międzynarodową długo, ale w najdzikszych snach nie spodziewałem się, że dożyję dnia, w którym Stany Zjednoczone będą głosowały tak samo jak Rosja, Białoruś, Korea Północna czy Nikaragua”.
„Słyszałem, że mamy do czynienia z szachistą Trumpem, który rozgrywa pięciowymiarową rozgrywkę z prezydentem Putinem, ale jak spojrzymy na konkretne posunięcia obecnej administracji USA, to naprawdę włosy stają dęba. Mówimy nie tylko o retoryce, ale o konkretnych krokach i faktach”.
„Władimir Putin jest bardzo zdolnym politykiem, który w moim przekonaniu rozgrywa Stany Zjednoczone w sposób mistrzowski. Stany Zjednoczone chyba nie do końca zdają sobie z tego sprawę”.
I co pan, panie prezydencie (jeśli pan jeszcze nie zemdlał), sądzi o tych słowach? Też nieprzychylne?
Donosili, donoszą i będą donosić
PiS wierzy, że dzięki dobrym kontaktom z Trumpem wróci do władzy
Przez osiem lat rządów politycy PiS stale oskarżali opozycję, że zajmuje się donoszeniem na ich rząd. „Ulica i zagranica!”, krzyczał Joachim Brudziński. Każdą próbę pokazania sytuacji w Polsce nazywali „zdradą stanu”. „Donoszenie na Polskę za granicę jest w genach najgorszego sortu Polaków”, pouczał Jarosław Kaczyński.
To moralne wzmożenie minęło PiS równo z utratą władzy. Od grudnia 2023 r. (!) politycy tej partii regularnie donoszą na rząd Donalda Tuska, na niego samego oraz na jego ministrów. Gdzie się da i przy każdej okazji.
Skarżenie zaczęło się dosłownie kilka dni po oddaniu władzy, już w grudniu, bo wtedy odwiedziła Polskę wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Věra Jourová. W programie miała spotkania m.in. z marszałkami Sejmu i Senatu oraz ministrem sprawiedliwości. I właśnie w Sejmie została zaczepiona przez posłów PiS, m.in. Elżbietę Witek, Rafała Bochenka i Antoniego Macierewicza. Witek poskarżyła się na zmiany w mediach publicznych. „Chcielibyśmy, aby pani komisarz miała właściwą wiedzę na temat tego, co się dziś w Polsce wydarzyło”, mówiła, dodając, że wyborcy PiS są pozbawieni dostępu do mediów publicznych: „Czegoś takiego po 1989 r. w Polsce nie było”. „To czarny dzień dla polskiej demokracji”, dopowiadał Rafał Bochenek.
Miesiąc później, w styczniu 2024 r., mieliśmy nie tylko skargi na korytarzu, ale także oficjalne pisma. Dowiedzieliśmy się o nich na konferencji prasowej, którą zorganizowali w Sejmie posłowie i europosłowie PiS: Arkadiusz Mularczyk, Iwona Arent i Kacper Płażyński. Otóż złożyli skargę na Polskę do Rady Europy ze względu na „zamach na media publiczne, prokuraturę i łamanie praw człowieka związane z torturami”. Oprócz tego złożyli projekt rezolucji potępiającej Polskę za „łamanie praw człowieka”. Owo „łamanie praw człowieka” miało dotyczyć „nielegalnego zatrzymania i aresztowania” Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika.
Do walki o „wolność dla Kamińskiego i Wąsika” włączyli się też inni politycy PiS i europosłowie.
Mateusz Morawiecki nagrał 10 stycznia 2024 r. specjalny filmik po angielsku, w którym przekonywał, że w Polsce są więźniowie polityczni: „Po raz pierwszy od 35 lat, od upadku komuny i wielkiego zwycięstwa Polaków nad totalitaryzmem, mamy w Polsce więźniów politycznych – informował świat. – Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik to ofiary politycznej zemsty nowego rządu Donalda Tuska. Apeluję do demokratycznej wspólnoty świata Zachodu, by nie patrzyła biernie na to, co dziś dzieje się w Polsce!”.
Europą potrząsał również Patryk Jaki. „Będziemy informowali europejską opinię publiczną i polityków o tym, co dzieje się w Polsce, szczególnie w kontekście tego, co stało się z posłami, ale trzeba to nieść w świat”, deklarował w rozmowie z telewizją wPolsce.pl. Choć przyznawał, że szanse na sukces w tej sprawie są niewielkie. „W świecie unijnym jest to dobrze odbierane, gdyż oni w ten sposób widzą demokrację – tłumaczył. – Dla nich polega ona na tym, że rządzi grupa oligarchiczno-lewicowo-liberalna. Oni nie szanują żadnego prawa, żadnych zasad i traktatów. To są ludzie, którzy chcą wsadzać do więzienia za to, że się polubiło jakiś wpis w portalu społecznościowym”.
Swoje dwie minuty Jaki miał też w styczniu 2025 r., po tym jak Donald Tusk
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Amerykański koń trojański w Unii
Co rusz słyszę, że świat musi się nauczyć rozmawiać z Trumpem. Bo taka jest potrzeba i racja stanu. A Trump taki jest, że trzeba mu grzecznie potakiwać. I nieustannie schlebiać, bo to lubi. Orszak pochlebców ma alibi dla swojej służalczości. Bo Trump jest najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Bo przecież może wszystko. Choć nic z tego nie jest prawdą, w te mity bardzo chętnie uwierzyła część polskich polityków. Głównie z PiS, ale podobnej klasy myśliciele są też w innych partiach i w mediach.
Na czele stawki bezkrytycznych apologetów Trumpa plasuje się prezydent Duda. Śmiać mi się chce, jak widzę te maślane oczęta i gotowość stania się choćby na moment podnóżkiem Amerykanina. Bo a nuż rzuci jakąś kosteczkę, poklepie po plecach i nazwie największym przyjacielem. Oczywiście poklepie, bo dlaczego miałby tego gestu żałować komuś tak przymilnemu. Dla Trumpa zachowanie Dudy i jego gotowość służenia jest świetnym interesem. Ma wreszcie kogoś, kto w Unii Europejskiej ochoczo wystąpi w roli amerykańskiego konia trojańskiego.
Nikt inny mu tego za bezdurno nie zrobi.
Służalcze postawy polityków PiS nie mogą zaskakiwać. Jeśli ktoś tak bezczelnie i na ogromną skalę okradał własny kraj i rodaków, to zrobi kolejny krok i chętnie wlezie pod parasol gwarantujący mu bezkarność. Nawet chwilową. Podtapianie u Trumpa obecnego rządu i samego Tuska jest dla nich czymś normalnym. Chwalą się tym. Są zdesperowani, a Trump to dla nich jedyna szansa na szybszy powrót do władzy. Ich zachowanie jest tak obrzydliwe, że musi odepchnąć nawet część żelaznego elektoratu. Proamerykańskie nastroje Polaków z powodu polityki Trumpa mogą tylko słabnąć. Za rok czy dwa bycie największym przyjacielem Trumpa może mieć urok gwoździa w bucie.
Fanom budowania bezpieczeństwa Polski na niewzruszonym sojuszu z USA, które mają nas obronić przed Rosją, sprawiony został bardzo zimny prysznic. Jeden amerykański prezydent zapewniał Ukraińców, że ich nie opuści i że mogą liczyć na taką pomoc, która pozwoli im się obronić przed Rosją. A drugi potraktował prezydenta Zełenskiego w sposób obraźliwy i urągający cywilizowanym normom. Dla Trumpa Ukraina tyle znaczy, ile może zapłacić. A nawet jak zapłaci, niczego nie może być pewna.
Czy przekonawszy się, jak USA traktują naszego sąsiada, polscy politycy ciągle wierzą, że w razie czego przyjdą chłopcy z Dakoty czy Alabamy? Jeśli tak, to można powiedzieć, że w Polsce naiwność nigdy nie umrze. Podobnie jak wiara w nadchodzący pokój w Ukrainie.
Ta wojna szybko się nie skończy. Przejdzie tylko w kolejne fazy i etapy.
Tarczyński zamiast Dudy
Coraz ciekawsze są opowieści, dlaczego Duda Andrzej nie stanął przed obliczem Trumpa Donalda mimo ogromnego apetytu na podlizanie się władcy świata.
Trump nie zaprosił Dudy, choć Marcin Mastalerek i Adam Bielan tygodniami siedzieli na głowie jego sztabowcom. Nie zaprosił, choć najpierw pięknie, po staropolsku, prosili, a w końcu wręcz żebrali. Może ktoś od tego drugiego Donalda przypomniał Amerykanom, że Duda Andrzej zawsze na widok prezydenta USA staje się lizusem i podnóżkiem. Przed Bidenem też klękał. Ma to chyba w genach.
Swoją drogą niezaproszenie na inaugurację najlepszego przyjaciela fatalnie świadczy o Trumpie. Chyba że amerykański Donald, który mało co czyta, a już polskiej prasy w ogóle, nie wie, że ma w Polsce tak bliskiego kumpla. A może go pomylił z Dominikiem Tarczyńskim? I tylko tego zaprosił. Czekamy, aż media dojnej zmiany jakoś nam to wytłumaczą.







