Tag "Big Tech"

Powrót na stronę główną
Technologie Wywiady

Kopiowanie nie wystarczy

Jak przejść na europejskie narzędzia cyfrowe

Yanis Kerdjana – francuski inżynier, 10 lat temu założył firmę programistyczną, którą niedawno sprzedał. Twórca wtyczki Charles pokazującej użytkownikom alternatywy dla amerykańskich produktów cyfrowych.

Charles – europejska alternatywa już czeka

Charles to nowoczesna wtyczka do przeglądarek internetowych, która wspiera użytkowników w budowaniu cyfrowej niezależności od amerykańskich gigantów technologicznych poprzez promowanie sprawdzonych europejskich alternatyw, zgodnych z unijnymi wartościami i przepisami RODO. Stworzył ją pochodzący z Francji inżynier Yanis Kerdjana.

Rozszerzenie działa jak osobisty przewodnik po europejskim ekosystemie cyfrowym. Analizuje odwiedzane strony i – w zależności od wybranego poziomu ochrony – informuje, ostrzega lub blokuje usługi spoza Europy, jednocześnie proponując bezpieczne zamienniki. Użytkownik ma do dyspozycji cztery tryby działania: od biernej obserwacji nawyków, przez delikatne sugestie, aż po pełne blokowanie niepożądanych serwisów.

Dzięki wtyczce Charles użytkownik może w prosty sposób dowiedzieć się o alternatywach dla amerykańskich programów, z których korzysta. Odkryć takie rozwiązania jak kDrive, Tresorit czy pCloud zamiast Google Drive; Element w miejsce Slacka; Jitsi zamiast Zooma czy GitLab jako alternatywę dla GitHuba. Wszystko to w przyjaznej, wielojęzycznej formie dostępnej w 24 językach krajów UE.

Wtyczka oferuje także elementy tzw. grywalizacji – użytkownik zbiera punkty i odznaki motywujące do konsekwentnych wyborów cyfrowych. Co najważniejsze, Charles w pełni respektuje prywatność użytkownika: nie zbiera danych osobowych, a wszystkie statystyki pozostają wyłącznie na urządzeniu lokalnym. To narzędzie stworzone dla osób i organizacji, które chcą korzystać z internetu w sposób bardziej świadomy, bezpieczny i europejski. Charles jest darmowy, a jego twórca obiecał, że tak pozostanie.

Jaką politykę cyfrową powinna przyjąć Europa?
– Sytuacja jest tragiczna. Udział rynku amerykańskiego w sektorze oprogramowania w Europie wynosi ok. 80%. Gdyby pojawił się problem z USA i Amerykanie chcieliby wywrzeć presję na Unię Europejską, np. odłączając część usług, to nie ma szans, aby europejscy dostawcy zdołali zaspokoić nagły popyt. Są zbyt mali i mają za mało kapitału. Stworzenie oprogramowania wydaje się proste, ale wymaga infrastruktury. Ta zaś potrzebuje ogromnych nakładów finansowych. Mam na myśli przede wszystkim centra danych, których nie da się stworzyć z dnia na dzień. To zajmuje lata.

To jak można pomóc europejskim dostawcom?
– Europejscy politycy powinni kierować przychody w stronę alternatyw poprzez kontrakty publiczne. Ale Unia Europejska nie może być naiwna i finansować firm, które po osiągnięciu odpowiedniej wielkości przeniosą się do USA. Europejscy obywatele, a zwłaszcza przedsiębiorstwa,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Kierunek na niezależność

Aby zerwać się ze smyczy amerykańskich gigantów cyfrowych, warto przejść na niezależny system operacyjny

Tworząc zestaw sprzętowy niezależny od big techów, można się poczuć jak cyfrowy rebeliant. Przesiadka na pojedyncze usługi dostarczane przez europejskie firmy to jedno. Ale zmiana całego systemu operacyjnego? To już brzmi abstrakcyjnie. W praktyce jednak okazuje się bardzo proste. Największą przeszkodą nie jest wcale brak alternatywnych rozwiązań. W publikacjach z poprzednich dwóch tygodni ustaliliśmy już, że dla każdej amerykańskiej usługi znajdziemy kilka europejskich zamienników. Największą przeszkodą jesteśmy my sami – nasze nawyki i wygodnictwo.

Komputer najbardziej osobisty

W tym tygodniu postanowiliśmy pokazać, że można wyjść poza systemy dostarczane przez amerykańskie korporacje. To trudne ze względu na nasze przyzwyczajenia. Myśląc o komputerze, myślimy o systemie Windows, niektórzy alternatywę widzą w sprzęcie z nadgryzionym jabłkiem w logo. Tymczasem do zerwania się ze smyczy gigantów wystarczy pendrive i nasz dotychczasowy komputer. Na początku wyjaśnijmy jednak, skąd bierze się tak silnie ugruntowane przekonanie, że nie ma życia poza dwoma amerykańskimi systemami od Apple’a i Microsoftu.

Ze statystyk portalu StatCounter wynika, że udział rodziny systemów Windows w polskim rynku wynosi ok. 81%. W całej Europie różne odsłony Windowsa znaleźć można na niemal 70% komputerów. Dużym graczem jest też system macOS firmy Apple. W Polsce udział komputerów z tym systemem to ok. 15-16% rynku. W Europie ta wartość również jest bliska 16%. Produkty Apple’a jawią się wielu użytkownikom jako ta „cool” alternatywa dla komputerów opartych na systemie Windows. Ale to tylko wrażenie, zbudowane przez lata sprytnego marketingu firmy – przypomnijmy sobie reklamę odwołującą się do „Roku 1984” Orwella.

Apple należy do ścisłej czołówki amerykańskich big techów. Pierwszą piątkę najwyżej wycenianych firm technologicznych w marcu 2026 r. stanowiły: NVIDIA (ok. 4,45 bln dol.), Apple (ok. 3,85 bln dol.), Alphabet (właściciel Google’a, ok. 3,7 bln dol.), Microsoft (ok. 2,99 bln dol.) oraz Amazon (ok. 2,25 bln dol.). Narzędzia Apple’a mają tę wadę, że tworzą hermetyczny ekosystem. Przeciwnicy firmy mówią, że to dobrowolne zamknięcie się w rezerwacie.

System Microsoftu króluje na rynku komputerów osobistych od lat. Jego pozycja jest niezachwiana bynajmniej nie ze względu na niezawodność. W latach 90. Windows zyskał popularność dzięki swojej otwartości – można było go zainstalować praktycznie na każdym komputerze. Decydującym czynnikiem był jednak pakiet Microsoft Office. W biurach na całym świecie szybko stał się standardem. Firmy masowo wdrażały Windowsa właśnie dlatego, że pracownicy znali już takie narzędzia jak Word, Excel i PowerPoint. A skoro cały ekosystem był popularny na rynku pracy i coraz powszechniejszy w domach, to także szkoły zaczęły go traktować jako standard. Dziś większość użytkowników nie wyobraża sobie alternatywy, bo Windows jest wszędzie, a tzw. niebieskie ekrany śmierci (BSOD – Blue Screen of Death – komunikat o krytycznym błędzie systemu Windows,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Cyfrowa suwerenność Europy

Wybór europejskich usług to gwarancja bezpieczeństwa danych i ochrony prywatności

A gdyby Donald Trump nakłonił w ciągu kolejnych 24 godzin amerykańskie big techy do odłączenia Europy od swoich usług? Oznaczałoby to większy chaos, niż nam się wydaje. Jako Europa jesteśmy od amerykańskich big techów w pełni zależni – np. 99,5% zapytań wyszukiwarek internetowych obsługują dziś Google, należący do Microsoftu Bing oraz rosyjski Yandex. W razie kryzysu geopolitycznego uzależnienie to może spowodować utratę kluczowych funkcji nie tylko wyszukiwarek internetowych, ale także większości usług sztucznej inteligencji, które do poprawnego działania potrzebują aktualnych danych.

Ucieczka od chaosu

Wiele narzędzi internetowych, takich jak poczta elektroniczna, programy do edycji tekstów czy komunikatory, jest własnością amerykańskich korporacji. Te zaś podlegają prawu Stanów Zjednoczonych. Skandale z ostatnich lat będące udziałem big techów pokazały, że inwigilacja i modele biznesowe oparte na zarabianiu na danych osobowych są codziennością. Mimo obowiązywania w Europie Aktu o usługach cyfrowych (DSA) część amerykańskich big techów próbuje omijać przepisy chroniące europejskich użytkowników. A w obecnych uwarunkowaniach geopolitycznych korzystanie z usług cyfrowych należących do Amerykanów to jak siedzenie na tykającej bombie. Zwłaszcza przy nieobliczalności Donalda Trumpa.

Jeśli ktoś bagatelizuje ryzyko odłączenia Europie wtyczki, przypomnijmy, że obecny prezydent USA groził nałożeniem 25-procentowych ceł odwetowych na kraje, które zastosują przepisy DSA wobec amerykańskich big techów. Ochrona praw europejskich użytkowników rzekomo godzi w interesy technologicznych gigantów. Poza tym w biznesie liczą się pieniądze. Między innymi za sprawą ustawy CHIPS and Science Act podpisanej przez Joego Bidena Intel wycofał się z budowania fabryk na całym świecie (w tym z Polski) i wszystkie moce przerobowe przerzucił nagle do USA. Firmy technologiczne wyłożyły też sporo pieniędzy na inaugurację prezydentury Trumpa.

Weźmy również pod uwagę sytuację z 19 lipca 2024 r., gdy na całym świecie nagle doszło do awarii na lotniskach, w bankowości, u operatorów płatności, w części firm telekomunikacyjnych i mediów, niektórzy odnotowali nawet problemy z pakietem Office. Wszystko przez aktualizację firmy CrowdStrike dla systemów Windows, w wyniku której komputery przestały się włączać i wyświetliły tzw. blue screen of death, czyli niebieski ekran informujący o krytycznym błędzie systemu.

Incydent miał dotknąć prawie 8,5 mln urządzeń. To zaledwie 1% komputerów z systemem Microsoftu, lecz już tyle wystarczyło, aby wysiadło wiele strategicznych usług. Problem rozwiązano w ciągu kilku godzin, ale sytuacja ta pokazuje, że jedną aktualizacją można pozbawić ludzi dostępu do ich własnych pieniędzy czy wywołać chaos komunikacyjny. I można to zrobić nie tylko przypadkiem, lecz także celowo.

„Mam wrażenie, że dzisiaj i w Polsce,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Ucieczka z sociali

Europejska odpowiedź na amerykańskie platformy

Wszyscy straszą nas TikTokiem i chińskim praniem mózgu. W dużym stopniu jest to uzasadnione. A jednocześnie wygodne dla pozostałych platform społecznościowych, które podobnie jak ta chińska wcale nie działają w interesie Europejczyków. Problem w tym, że większość użytkowników nawet nie wie, jak algorytmy wpływają na ich życie. Europa w obliczu prezydentury Trumpa dopiero zaczęła dostrzegać konieczność uniezależnienia się od amerykańskich big techów.

Hegemonia

Supremacja amerykańskich platform społecznościowych jest niezaprzeczalna. Facebook gromadzi 3,06 mld użytkowników miesięcznie, z czego 2,11 mld korzysta z serwisu każdego dnia. W Polsce z tego medium korzysta 25,54 mln użytkowników. Najważniejszą platformą w Europie jest Instagram, który odnotowuje szybki wzrost. Według danych firmy Meta, właściciela Facebooka i Instagramu, od stycznia do czerwca 2025 r. ten drugi urósł o 6,17%, podczas gdy pierwszy zaledwie o 0,65%. Nad Wisłą mamy 18,6 mln użytkowników Instagramu. Na świecie po niecałych 15 latach działania platforma przekroczyła 3 mld odwiedzających miesięcznie.

Z badania Mediapanel wynika, że tylko w grudniu 2025 r. przeciętny użytkownik FB spędził na nim prawie 18 godzin. Z IG internauci korzystali średnio 5 godzin i 56 minut. Obie platformy bije na głowę TikTok, z którego korzysta ok. 16 mln polskich internautów. Użytkownicy chińskiej platformy spędzają na niej średnio 22,5 godziny. Dużą popularnością cieszy się również X, czyli dawny Twitter, z 6,5 mln polskich użytkowników. Poświęcają temu serwisowi średnio godzinę i 43 minuty.

Przeciętny użytkownik nie widzi jednak, jak na jego codzienność wpływają algorytmy, które rządzą platformami. Twórcy cyfrowi najczęściej ślepo podążają za trendami proponowanymi przez platformy. W internecie rządzi emocja, która daje lepsze zasięgi. Niektórych twórców można posądzić o złą wolę, lecz większość bardziej niż konsekwencjami społecznymi przejmuje się zasięgami. Jeśli lepiej chwyta przekaz antyunijny, influencerzy idą w to, bo temat dobrze się klika.

Mark Zuckerberg, szef Mety, na początku 2025 r. zapowiedział, że kończy współpracę z zewnętrznymi weryfikatorami faktów. Zarzucił im m.in. „zbytnią stronniczość polityczną”. Jednocześnie zapowiedział system podobny do tego, który jest wykorzystywany w serwisie X, gdzie o wartości danej treści decydują użytkownicy. Tymczasem X od momentu przejęcia przez Elona Muska stał się rozsadnikiem fake newsów. Nieważne są fakty, liczy się zgodność z poglądami właściciela serwisu. „Wreszcie miliarderzy od mediów społecznościowych przestają udawać, że ich produkty mają cokolwiek wspólnego z mediami”, skomentował po zapowiedziach Zuckerberga Bartosz Węglarczyk, redaktor naczelny Onetu.

Zuckerberg ma z mediami na pieńku od lat. W 2021 r. zablokował użytkownikom z Australii możliwość dzielenia się linkami do serwisów informacyjnych i stron rządowych, a nawet do prognozy pogody. Było to pokłosie tworzonej wtedy ustawy, która miała nakazać big techom płacenie za korzystanie z wiadomości z portali informacyjnych. Podkreślmy,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto opodatkuje big techy

Czas zapłacić podatki od gigantycznych dochodów

Używając słynnego, choć wyświechtanego powiedzenia, można stwierdzić, że w amerykańskiej polityce ogon macha psem. Tyle że nie bardzo już wiadomo, kto jest w tej metaforze ogonem, a kto psem. Mowa o coraz bardziej symbiotycznej relacji pomiędzy tamtejszymi koncernami technologicznymi a rządem federalnym. Wbrew obiegowej opinii giganci z Doliny Krzemowej nigdy nie byli specjalnie odlegli od Waszyngtonu, bo od początku istnienia takich firm jak Facebook (potem Meta) czy OpenAI wisiało nad nimi widmo regulacji, a nawet rozczłonkowania. Dziś mało kto może o tym pamięta, ale przecież przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. jedną z głównych kandydatek do nominacji w Partii Demokratycznej była senator Elizabeth Warren, idąca do Białego Domu pod hasłem „Break Up Big Tech”, czyli podzielenia koncernów technologicznych na mniejsze spółki w celu przywrócenia w tym sektorze gospodarki chociaż śladowej, a dzisiaj nieistniejącej konkurencji rynkowej.

O ile jednak wcześniej waszyngtońskie elity próbowały zachować przynajmniej pozory kontroli nad Doliną Krzemową, w obecnej administracji mamy do czynienia z hołdem lennym. Do tego stopnia, że nie wiadomo, kto decyduje i o czym. Świat z prędkością światła obiegło zdjęcie z ubiegłorocznej inauguracji drugiej prezydentury Donalda Trumpa, gdzie obok siebie stali Mark Zuckerberg, Jeff Bezos, Elon Musk i szef Google’a Sundar Pichai, wszyscy gotowi do pełnej współpracy z nową władzą. Żeby jednak zrozumieć naturę relacji tych ludzi i ich firm z Donaldem Trumpem, trzeba się przyjrzeć współczesnym relacjom państwa z prywatnymi korporacjami. To pomoże odpowiedzieć na pytanie, czy gdziekolwiek na świecie aparat państwowy ma szansę taką relację zdominować.

Europa pod ostrzałem

O tym, że centrum władzy w życiu politycznym przechodzi z sektora publicznego do prywatnego, mówił w wykładzie inaugurującym rok akademicki na Uniwersytecie Stanforda brytyjski historyk prof. Timothy Garton Ash. Przypomniał wówczas, że dawniej w czasach kryzysu szefowie największych amerykańskich koncernów przemysłowych pielgrzymowali po rozwiązania do Waszyngtonu, a teraz kierunek pielgrzymki z reguły jest odwrotny. To decydenci polityczni proszą ludzi z Doliny Krzemowej o znalezienie rozwiązania problemu dezinformacji w czasie pandemii koronawirusa, przełamanie paraliżu inwestycji infrastrukturalnych, przeprowadzenie zielonej rewolucji energetycznej czy, jak obecnie, o wygraną w globalnym wyścigu po sztuczną superinteligencję.

Ten argument w opublikowanej dwa lata temu książce „The Tech Coup” rozwinęła Marietje Schaake, była holenderska europosłanka, dzisiaj również wykładowczyni na Stanfordzie. Główną tezą jej książki jest założenie, że w dzisiejszych czasach suwerenność „wypływa”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Europa kontra Wielka Technologia

Sądzić, karać, zdelegalizować? Europa zaczyna grać twardo z cyfrowymi gigantami Wielkie koncerny cyfrowe ostatnio nie mają w Europie za łatwo. Na początku września należąca do Facebooka platforma Instagram została ukarana przez irlandzki urząd ochrony danych osobowych karą przekraczającą 400 mln euro. Chodziło o naruszanie prawa do prywatności i niedostateczną ochronę danych nieletnich. Wkrótce sąd Unii Europejskiej w Luksemburgu wydał orzeczenie jeszcze boleśniejsze dla innego internetowego giganta, Google’a. Sędziowie utrzymali w mocy karę

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Z dnia na dzień

Donald Trump zakłada własny portal społecznościowy

Były prezydent Stanów Zjedoczonych Donald Trump ogłosił start własnego portalu społecznościowego pod nazwą TRUTH Social. Jak mówi sam założyciel, platforma ma stanowić konkurencję dla mediów liberalnych i Big Techów. Wszyscy pamiętają, jak po ataku