Tag "Donald Trump"

Powrót na stronę główną
Opinie

Amerykańsko-izraelska wojna z Iranem a MAGA 

W zeszłym roku prezydent Donald Trump wypowiedział słowa, które miały skłonić przedstawicieli Komitetu Noblowskiego do przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla: „Oni mówili: »On będzie wszczynał wojny«. Nie zamierzam wszczynać wojen. Zamierzam je kończyć”. Niestety, bliżej nieokreśleni „oni” mieli całkowitą rację. I rację miał Komitet Noblowski, nic sobie nie robiąc z presji wywieranej przez amerykańską administrację, aby uhonorować jej zwierzchnika. Druga kadencja Trumpa to prezydentura ekspansjonistyczna i niezwykle agresywna. Prezydentura niemająca prawie nic wspólnego z hasłami skoncentrowania się na wielorakich problemach wewnętrznych Ameryki, powstrzymania się od interwencjonizmu, od mieszania się w sprawy innych państw, szczególnie gdy Stanów nie wiążą z nimi istotne interesy.  

A właśnie te hasła konstytuują, jak wiadomo, konserwatywny ruch MAGA, który wyniósł Donalda Trumpa do władzy. Intelektualni orędownicy ruchu MAGA siedzieli cicho po awanturze wenezuelskiej, bo była krótka i jak na razie przyniosła sukces. Nie chcą jednak dalej siedzieć cicho, gdy prezydent wywołał kolejną wojnę – tym razem bardzo niebezpieczną dla samych Amerykanów i dla reszty świata. To z tego obozu słyszymy już, że prezydent Trump „działa w sposób bezczelny w imieniu obcego rządu, sprzeniewierzając się tym samym swoim obowiązkom wobec narodu amerykańskiego zapisanym w Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która nie upoważnia prezydenta do przemierzania świata i bombardowania – wedle swej woli – innych państw” (Doug Bandow). 

Można było się domyślać, że obrońcy działań prezydenta USA, nie chcąc go poróżnić z ruchem MAGA, będą przedstawiali jego decyzję nie jako wywołanie nowej wojny, ale zakończenie starej. Ściślej rzecz biorąc, trwającej 47 lat wojny irańsko-amerykańskiej.  

Skąd liczba 47? Oddam tu głos prezydentowi Trumpowi: „Od 47 lat irański reżim wykrzykiwał »śmierć Ameryce« i uruchomił niekończącą się kampanię rozlewu krwi i masowych mordów, biorąc na cel Stany Zjednoczone, nasze oddziały i niewinnych ludzi w wielu, wielu krajach”. Przywódca Ameryki odniósł się w ten sposób do wydarzeń z roku 1979 i słynnego kryzysu związanego z wzięciem przez Iran amerykańskich zakładników. Wszystko to działo się za prezydentury Jimmy’ego Cartera i z pierwszoplanowym, niedającym powodów do dumy z racji finału sprawy, udziałem „naszego” Zbigniewa Brzezińskiego. Następnie Trump wymienił rok 1983 i śmierć 241 amerykańskich żołnierzy w zamachu na bejruckie koszary, za którym stał Iran. Działo się to za prezydentury Ronalda Reagana, który w reakcji na tę tragedię postanowił wycofać z Bejrutu amerykańskich żołnierzy. Potem Trump przywołał rok 2000, stwierdzając, że Iran „wiedział i prawdopodobnie był zaangażowany w atak na USS Cole” (było to za prezydentury Billa Clintona). Zakończył zaś odwołaniem do 7 października 2023 r. i ataku Hamasu na Izrael, którego ofiarami byli także amerykańscy obywatele. Rządził wtedy Joe Biden. Warto podkreślić, że żaden z wymienionych prezydentów nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny z Iranem, choć miał casus belli.  

Wiemy, że obecny prezydent Stanów Zjednoczonych od czasów pierwszej kadencji popadł w spór z obiektywną prawdą. Nie było jednak wiadomo, że jest również na bakier z matematyką. Powinien przecież zacząć swoje obliczenia nie od roku 1979, lecz od 1953,

Prof. Piotr Kimla jest pracownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych i Polityki Zagranicznej Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?

Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej

To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.

„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.

Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.

Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.

W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.

Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.

Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Żałosny zwierzchnik

Stało się tak, jak chciał Kaczyński. Gdy prezes PiS wezwał do zawetowania SAFE, było oczywiste, że Nawrocki to zrobi. I że ekipa prezydenta będzie rozpaczliwie szukała czegoś, co mogłoby weto jakoś usprawiedliwić. A że pod ręką był polityk od dziesięcioleci związany z prezesem i z PiS, to użyto Glapińskiego. Ośmieszając przy okazji Narodowy Bank Polski. To, co plótł Piekarski na mękach, jest niczym w porównaniu z wystąpieniami prezesa banku. Glapiński, wiedząc, że tańczy na linie i każdy błąd prowadzi go wprost do Trybunału Stanu, kluczył i kłamał. Ze 100 mld strat zrobił równie wielkie, choć tylko potencjalne zyski. W odwracaniu kota ogonem ściga Kaczyńskiego i jego „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne czarne”.

Piszę o Kaczyńskim,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Ciemniak

Czytam, a właściwie słucham książki Wojciecha Lady o Berezie. Wstrząsająca. Przypominam, bo młodzi mogą nie wiedzieć: Bereza Kartuska to polski obóz odosobnienia, a prawdę mówiąc obóz koncentracyjny. Powstał w 1934 r., gdy pogłębiały się chaos polityczny i walki partyjne. Pomysłodawcą był premier Leon Kozłowski (kolaborował potem z hitlerowcami, AK wydała na niego wyrok śmierci), a kształt obozowi nadał słynny sadysta, zwany „Wieszatielem”, Wacław Kostek-Biernacki. Obóz przeznaczono dla przeciwników sanacji, a też dla tych, którzy uchodzili za niebezpiecznych dla państwa. Załapywali się więc jednako oenerowcy, jak i komuniści. Sąd nie był potrzebny, wsadzano wedle uznania.

Wiedziałem o Berezie, że była haniebna, ale wiedziałem niewiele. Nie przyszło mi do głowy, że ten istniejący do września 1939 r. obóz był aż tak podobny do hitlerowskich. Więziono tam setki, potem tysiące ludzi. Zamordowano niewielu więźniów, bo katowano umiejętnie, ale były samobójstwa i popadanie w obłęd. Ciągłe bicie pałkami, upokarzanie najrozmaitszymi torturami, najstraszniejszą był braku snu. Jak wiadomo,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Trzy Konfy w łódce (nie licząc Psa)

Miarą zbydlęcenia polskiej prawicy jest fakt, że spośród trzech partii konkurujących (pozornie, po wyborach zewrą koalicyjne szeregi i wsiądą do jednej łódki) o władzę teraz Konfederacja sprawia wrażenie ugrupowania najbliższego politycznej ogłady.

Bosak i Mentzen, do niedawna symbole oszołomstwa, młodej fali radykałów, wszechpolackiego narodowego wzdęcia z jednej strony i libertariańskiego fundamentalizmu z drugiej, to chłopcy wygadani. Można, a nawet trzeba się ich światopoglądowi sprzeciwiać, ale w sporze z nimi człowiek musiałby się poważnie wysilić, zgrabnie stosują bowiem erystyczne pułapki, no i są swojej ideologii szczerze oddani. Tymczasem pirackie oko Brauna łypie już zupełnie obłąkańczo na autorską wizję wschodnioeuropejskiego faszyzmu, a w drodze do uczynienia z Polski Królestwa Bożego brauniści gotowi są wejść w spółkę choćby i z samym diabłem. Kaczyzm zaś to czysta demagogia w XX-wiecznym stylu, trącąca niewietrzoną zakrystią i przymulająca dziaderskimi perorami rodem z plenarnych posiedzeń Komitetu Centralnego.

I oto prezes zwąchał ducha czasu – na przyszłego premiera namaścił mrożkowego Edka; nie nowoczesnego bankstera ani smęcącą katechetkę, ale swojskiego Wuja, co Lepiej Wie. Wierny „Pies” Terlecki musiał ustąpić miejsca w sejmowej ławie po prawicy wodza, inteligenckie pochodzenie i hippiesowska przeszłość okazały się zbyt obciążające, teraz nadszedł czas Chama. Kaczor zapatrzony w Trumpa, uosobienie politycznej bandyterki, uznał, że to musi zadziałać także na rodzimym gruncie – lud się znudził politycznym teatrem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Mamy akt brutalizacji, prymitywnej i barbarzyńskiej

Trump udziela licencji na zabijanie

Prof. Roman Kuźniar – politolog,  profesor nauk humanistycznych, dyplomata, w latach 2005-2007 dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Panie profesorze, jak atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran zmienił świat?
– Myślę, że wojna w Iranie jedynie potwierdziła to, co już o świecie wiedzieliśmy od ponad roku. Jest przecież egzemplifikacją władzy Donalda Trumpa, egzemplifikacją jego polityki. Tego się spodziewaliśmy po Trumpie. I po jego najbliższym sojuszniku, który właściwie go w tę wojnę wciągnął.

Spodziewaliśmy się?
– Jej wybuch był zapowiedziany w tej, jak ją nazwałem, „strategii predatora” ogłoszonej przez Stany Zjednoczone w grudniu 2025 r. – Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA. Tam jest ta cała ideologia. Kto czytał ten dokument dokładnie, wiedział, czego możemy się spodziewać.

Jaki interes ma Ameryka w tej wojnie?
– A nie, my nie mówimy o interesach Ameryki. To był interes samego Trumpa. Owszem, Ameryka jest, można powiedzieć, współwinowajczynią w tej wojnie. Jest w jakimś spisku ze swoim prezydentem. Ale to jest wojna zdecydowanie bardzo osobista, bo taka jest ta prezydentura. Trump uwolnił się od ograniczeń republiki – mówię o trójpodziale władzy, o opozycji, która jest bardzo słabiutka, mam też na myśli wolę poddanych, bo już nie można powiedzieć o Amerykanach, że są obywatelami, oni to poczucie obywatelskości stracili. Stali się w dużym stopniu zniewolonymi konsumentami, zarówno dóbr materialnych, jak i tej papki, którą im serwuje Donald Trump. On i jego klan, jego obóz, łącznie z big techem, który obsługuje interesy klanu Trumpa. Nie jest to zatem wojna w interesie Ameryki, na pewno.

Więc?
– To przede wszystkim wojna Izraela. Agresję na Iran rozpoczął Izrael, potem dołączyły siły USA. Myślę, że to była świadoma decyzja Netanjahu, widział wahania Trumpa, ponieważ toczyły się rozmowy amerykańsko-irańskie, które mogły przynieść dobry rezultat, bo takie mieliśmy oświadczenia. Umówili się na kolejną turę, po Genewie miał być Wiedeń. I nagle, ni stąd, ni zowąd…

Wojna!
– Dosyć symptomatycznie nazywa się „Epicka Furia”. Furia, jak wiadomo, nie jest aktem racjonalnym, nie ma nic wspólnego z interesami furiata, a Trump występuje w niej przecież trochę w tej roli. Został do wojny wciągnięty przez przebiegłego premiera Izraela. Tak że ja tutaj nie widzę interesu Ameryki, widzę za to interes Trumpa, również taki, że chciałby w jakiś sposób uciec od coraz bardziej niewygodnej dla niego afery Epsteina. No i swój interes wyczuł wielki biznes…

Wielki biznes zarobi.
– Wielki biznes na tej wojnie skorzysta, mam na myśli przede wszystkim koncerny zbrojeniowe. Oczywiście część tego klanu, która żyje z tej prezydentury, skrajny odłam Partii Republikańskiej, nawet nie MAGA, ale ludzie o gangsterskiej mentalności, którzy są także w establishmencie amerykańskim – też skorzystają.

A jakie Izrael ma interesy w tej wojnie?
– Na pewno klarowny interes ma Netanjahu. On wojny potrzebuje, żeby przedłużać swoją władzę. Bo tak długo, jak jest premierem, pozostaje poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. To przypadek podobny trochę do przypadku Trumpa, który, gdyby nie został prezydentem, pewnie trafiłby do więzienia, przynajmniej za to, co się stało 6 stycznia. To pokazuje, z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Jeden jest słusznie oskarżony o zbrodnie wojenne przez Międzynarodowy Trybunał Karny, mam tu na myśli Gazę. Drugi też ma dorobek bardzo zaszargany. Natomiast, jeżeli mówimy o jakimś interesie Izraela… Izrael wyhodował sobie wroga, tak on to przynajmniej postrzega, w postaci Iranu, który był wsparciem dla palestyńskich grup terrorystycznych działających w otoczeniu Izraela.

Netanjahu ma takie podejście, że po co szukać sprawiedliwego rozwiązania problemu palestyńskiego, problemu dwóch państw, skoro można po prostu zrobić z Iranu drugą Gazę. Zamienić go w morze ruin i przynajmniej na jakiś czas osłabić jego zdolności do udzielania pomocy wrogom Izraela. Bo oczywiście bezpośredni atak Iranu na Izrael nie wchodził w grę. To, co mówili Izraelczycy w pierwszych godzinach wojny, że jest to preemptive strike, było zwykłym kłamstwem.

Uderzenie wyprzedzające…
– I proszę nie mylić tego z prewencją, co czasem pada w polskich mediach. To są dwie różne sytuacje. Otóż absolutnie nie ma potwierdzenia, nawet najmniejszego, że atak na Iran mógłby być uderzeniem wyprzedzającym. Gdyby tak było, Izrael musiałby przedstawić dowody tego w Radzie Bezpieczeństwa.

Nie przedstawił nic.
– Mówienie więc o preemptive strike było kłamstwem. Podobnie jak kłamstwem było to, co mówiła administracja amerykańska, że chodzi o potencjał nuklearny Iranu. On nie istniał. Słuchałem dłuższej rozmowy z szefem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, który absolutnie to wykluczał. A przedstawiciele MAEA w Iranie byli, robili badania. Zwłaszcza po atakach w ubiegłym roku. No to po co one były? Ale i wcześniej nie wyglądało na to, aby Iran prowadził prace, które mogłyby go doprowadzić do broni nuklearnej. Gdyby coś miało być, to zarówno wywiad izraelski, jak i agencja wiedeńska, i nie tylko one, o tym by wiedziały. A nie ma takich dowodów.

Interesujące jest zachowanie państw arabskich, które – chociaż są atakowane – wyraźnie nie chcą wejść do tej wojny.
– Państwa Zatoki to państwa, w których rządzi pieniądz. Są całkowicie bez zasad czy poczucia solidarności, jakiejś lokalnej troski o bezpieczeństwo w regionie. To ich zupełnie nie obchodzi. Tu się zdają na Stany Zjednoczone. Natomiast rzeczywiście nie wchodzą w wojnę, mimo że są prowokowane przez Iran. Ale trudno to uznać za prowokacje, ponieważ jeżeli Iran jest atakowany z terytorium tych krajów, z baz amerykańskich, to państwa te stają się uczestnikiem wojny…

A Europa? Czy Europa da się wciągnąć w tę wojnę?
– Europa początkowo zachowała się bardzo nie w porządku. Język europejski w odniesieniu do Trumpa był przed wojną taki, że my jesteśmy po stronie porządku międzynarodowego. Pamiętamy te słynne polemiki z Davos, Monachium. A kiedy wojna się zaczęła, to wypowiedzi przywódców europejskich, Macrona czy Ursuli von der Leyen, były wobec Iranu bardzo napastliwe. Za to, że Iran się broni. Jakby nie wiedzieli, kto tę wojnę rozpoczął. Dopiero po jakimś czasie nastąpiło w Europie wyrównanie kursu,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Konfederat Leszek Miller

W tym zwariowanym świecie, w którym mocarz wywołujący coraz to nowe wojny domaga się za to Pokojowej Nagrody Nobla, nic już nie powinno dziwić. Nawet to, że prezydent Nawrocki za cenę bezbronności Polski zawetował ustawę SAFE, by aktualny rząd odnotował sukcesu, co nie powinno dziwić, choć powinno oburzać. To, że dla polskiej prawicy interes jej partii okazuje się ważniejszy od interesu Polski, nie jest przecież niczym nowym. Podłe to, głupie, ale w pewnym sensie normalne. A więc nie dziwi.

Jednakowoż w tej politycznej rzeczywistości, w której już nic nie powinno dziwić, choć coraz więcej powinno oburzać, zdarzają się fakty, które zadziwiają. Zadziwia mnie np. Leszek Miller. To, że publicznie skrytykował Włodzimierza Czarzastego za odmowę poparcia dla kuriozalnego wniosku o Nagrodę Nobla dla Donalda Trumpa, z dużym trudem, ale jeszcze jakoś dałoby się usprawiedliwić. Dłużej potrzebujemy Ameryki niż Trumpa, Ameryka jest nam potrzebna. Stanowi wciąż – za Trumpa i przez Trumpa coraz bardziej wątpliwy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Nawrocki broni interesów Ameryki i Trumpa

Politycznie chodzi o to, żeby wydawać pieniądze na zakup broni amerykańskiej

Prof. Marek Belka – ekonomista, były premier i były prezes NBP

Na czym polega pomysł prezydenta RP i prezesa NBP – SAFE 0%? Pan to już mówił w jednym z wywiadów: „Propozycja prezydenta Nawrockiego jest dość rozpaczliwa i wydaje się szukaniem sposobu, żeby nie podpisać rządowej ustawy o SAFE”.
– Politycznie chodzi o to, żeby uniknąć jakichkolwiek związków z Unią Europejską i żeby wydawać pieniądze na zakup broni amerykańskiej. To podstawa podstaw. O to chodzi.

A te zapewnienia, że to kredyt 0%?
– Tu chodzi nie o to, żeby jakieś koszty obniżyć, bo jestem przekonany, że na tym akurat prezydentowi w ogóle nie zależy. Tak samo jak nie zależało PiS przez wiele lat, kiedy kupowali różny sprzęt w USA i w Korei.

Na zakup czołgów, haubic i samolotów w Korei Polska brała kredyt na 6%.
– Czyli tak naprawdę chodzi o to, żeby bronić amerykańskich interesów.

I Karol Nawrocki w tej grze bierze udział.
– Przecież to oczywiste. Nawrocki broni interesów Ameryki i swojej przyjaźni z Donaldem Trumpem.

Na tej szali stawia prawie wszystko.
– Przecież amerykańska broń będzie nas przed Rosjanami bronić, przynajmniej taka jest teza. Tylko istnieje pewne ryzyko, bo jeśli będziemy mieli w Waszyngtonie prezydenta pokroju Trumpa czy J.D. Vance’a, jeżeli będziemy mieli takich partnerów, to nie można wykluczyć, że gdy zechcemy użyć Patriotów czy Himarsów do zestrzelenia rosyjskich rakiet, oni mogą nam powiedzieć: nie zgadzamy się, bo nasze biznesy w Rosji mogą ucierpieć. W związku z tym Amerykanie mogą nam nie dać kodów sterujących.

Mogą powiedzieć: dogadajcie się sami z Rosjanami.
– Dlatego Europejczycy twierdzą, słusznie, że poleganie wyłącznie na broni ze Stanów Zjednoczonych jest ryzykowne. Choć czasami nie ma alternatywy. A poza tym może się zdarzyć taka sytuacja – i zdarza się – że tamtejszy sprzęt będzie najlepszy. Ale też najdroższy. Nie chodzi więc o to, żeby w ogóle nie kupować uzbrojenia w Ameryce. Po prostu nie można tego traktować jako jedynego źródła albo nawet głównego. Powinniśmy myśleć, że przede wszystkim trzeba rozbudowywać nasze własne możliwości obronne.

I własne zakłady z ośrodkami badawczymi. Rozwijać nasze badania.
– Przemysł zbrojeniowy w wielu krajach, np. w USA, ale także w Izraelu, przecież był i jest stymulatorem rozwoju najwyższych technologii. Pod warunkiem że się uczestniczy w produkcji.

Tymczasem SAFE Nawrockiego ustawia nas w ten sposób, że odwracamy się od Europy, i od Polski, i kupujemy amerykański sprzęt.
– Jest taki nacisk.

Amerykanie naciskają też Europę w sprawie jej programów zbrojeniowych.
– Bo w tych programach została zapisana wyraźnie preferencja dla europejskich firm. Co Trumpa doprowadza do wściekłości. Przecież nie po to zmusza Europę, żeby wydawała więcej na zbrojenia, by wydawała na sprzęt włoski, francuski czy niemiecki.

Bo powinna kupować przede wszystkim amerykański.
– Naturalnie!

Konflikt gospodarczy między Stanami Zjednoczonymi a Europą jest poważny?
– Tak mi się wydaje. To jedna z rzeczy wręcz niezrozumiałych: Trump traktuje gorzej sojuszników niż wrogów. Bo jeżeli wrogiem są Chiny, to jest wobec nich łagodny, bo nic im nie może zrobić. Chińczycy mają taką pozycję, jeśli chodzi o metale ziem rzadkich, że szantażu amerykańskiego

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Śmierć irańskich dziewczynek

Mówienie o potworności wojny, każdej wojny, i jej ofiarach „ubocznych”, czyli o większości realnych ofiar, niezaangażowanych w działania wojenne – nie ma dobrej prasy, nie ma dobrego czasu. Wzmożenie prowojenne już nie tylko niesie oswojenie się z możliwą pożogą, wchodzi bezszelestnie w nasz język, w słowa, ale też jakby niezauważalnie demontuje nam ludzkie, naturalne odruchy etyczne. Akceptacja scenariuszy wojennych (ponoć koniecznych i nieuniknionych) staje się akceptacją wydarzeń, zbrodni, przemocy, na które w innej, codziennej skali nie dajemy przyzwolenia. Żywo reagujemy na doniesienia np. o śmierci czy poranieniu dziecka w wypadku drogowym. Pojedyncze utonięcia zasługują na obecność w obiegu informacji. Ujawniane akty przemocy wobec dzieci w przestrzeni domowej wzbudzają wciąż żywe emocje, oburzenie i niezgodę.

I nagle, kiedy w taki pejzaż wkracza taka zbrodnia jak zbombardowanie (najpewniej przez USA, równie dobrze Izrael – bo tę wojnę wywołali i prowadzą ramię w ramię, bomba w bombę) irańskiej szkoły, gdzie uczyły się dziewczynki, a liczba ofiar sięgnęła 150 osób – zapada cisza, wzrok odwraca się gdzie indziej, usta milczą, zwykły odruch i zareagowanie rozpływają się w ciszy i milczeniu. W polskiej przestrzeni komentariackiej pojawiły się nawet głosy, „że tak już jest na wojnie”.

Język amerykańskich przywódców dawno przekroczył wszystkie etyczne i racjonalne granice. Trump mówi, że miał intuicję, że Iran go „oszukuje”, i wojna jest jedyną możliwą reakcją. Sekretarz obrony (chociaż ichnie Ministerstwo Obrony zostało przemianowane dziwnie trafnie na Ministerstwo Wojny) Pete Hegseth chwalił się, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wojna jako biznes

Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem mimo deklarowanej niechęci do angażowania się w sprawy Bliskiego Wschodu

Korespondencja z USA

„Jak na razie słyszeliśmy, że choć wybiliśmy irański reżim, to nie jest wojna mająca na celu obalenie reżimu. Choć wcześniej zmietliśmy z powierzchni ziemi ich program nuklearny, musieliśmy iść na tę wojnę… właśnie z powodu tego programu. Choć Iran nie planował żadnych ataków na USA, mógł je planować – zależy, kogo pytamy. I choć nie jest to wojna, by wyzwolić irański naród,

to ten naród właśnie stał się wolny albo będzie wolny – w zależności od tego, kto przejmie władzę, z tym że my tego nie wiemy. Przekaz w sprawie tej wojny jest, mówiąc delikatnie, chaotyczny!”. Gdyby szukać najlepszego opisu odczuć, jakie tydzień od rozpoczęcia wojny w Iranie targają Amerykanami, wypowiedź Matta Walsha (wpis z jego konta na X) wydaje się trafiać w sedno. Rzecz jest znamienna, bo Walsh to gwiazda prawicy, publicysta występujący na platformie The Daily Wire, z którą współpracują także Ben Shapiro, Michael Knowles oraz Andrew Klavan.

Niedoinformowani czy oszukiwani?

Choć większość konserwatywnej Ameryki poparła ataki (55% CBS/YouGov, 2 marca 2026), Amerykanie jako społeczeństwo czują się przede wszystkim niedoinformowani, a nawet oszukiwani, zwłaszcza jeśli chodzi o przyczyny wojny. Głównie dlatego, że argumenty wysuwane przez Biały Dom w pierwszych dniach przypominały ruchome piaski. Przechodziły od tezy o konieczności „ucięcia głowy reżimowi” – co w dzień ataku usłyszała Ameryka z ust Donalda Trumpa – przez konieczność zniszczenia arsenału irańskiej broni rakietowej i programu nuklearnego – to słowa sekretarza wojny Pete’a Hegsetha z jego pierwszego briefingu o wojnie – po „przyjacielską” przysługę, jaką USA po prostu oddały Izraelowi, który „potrzebował” zaatakować Iran, zanim Iran go zaatakuje – tak z kolei przedstawił sprawę sekretarz stanu Marco Rubio przed briefingiem dla kongresmenów w poniedziałek 2 marca.

A że wypowiedź Rubia wywołała gigantyczną falę oburzenia, i to po obu stronach, we wtorek 3 marca do akcji znów wkroczył Trump ze sprostowaniem, że to Izrael podpiął się pod Amerykę, a nie na odwrót. Mimo braku potwierdzenia ze strony wywiadów z innych części świata Trump każe Amerykanom wierzyć, że Iran szykował się do zmasowanych ataków rakietowych na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie.

Bombardowanie Iranu było dla zdecydowanej większości Amerykanów dużym zaskoczeniem. Nie każdy śledzi codzienne wiadomości, a doniesienia o tym, że USA wysłały w ostatnim czasie na Bliski Wschód niemal jedną trzecią swojej floty wojennej, ustępowały miejsca rewelacjom o upublicznionej ostatnio najnowszej transzy akt Epsteina.

Tuż przed atakiem, w czwartek i w piątek, media serwowały odbiorcom głównie smaczki na temat kongresowych przesłuchań Clintonów w tej właśnie sprawie, wciąż żywe były też echa wtorkowego orędzia Trumpa o stanie państwa. Choć prezydent przemawiał niemal dwie godziny, Iranowi poświęcił ledwie trzy minuty, czym zwiódł nawet ekspertów. Dotąd prezydenci wykorzystywali tę okazję, aby informować naród o najważniejszych planach i celach swojej polityki, zwłaszcza jeśli chcieli rozpocząć działania wojenne.

Mnie wiadomość o zbombardowanym Iranie zastała w ośrodku narciarskim. O skali szoku, w jakim znaleźli się Amerykanie, najlepiej chyba świadczy to, jak często wpadały mi w uszy słowa „Trump”, „wojna” oraz „Iran”, gdy stałam w długich kolejkach do wyciągów (w Góry Skaliste zima przyszła dopiero dwa tygodnie temu!). Nie miałam także wątpliwości

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.