Tag "Donald Trump"
Czy kobiety zmienią Włochy?
Giorgia Meloni szykuje się na drugą kadencję, a jej rząd pobił już wiele historycznych rekordów
Korespondencja z Rzymu
Giorgia Meloni rządzi Włochami od 22 października 2022 r. i przekroczyła już półmetek legislatury. Jej gabinet należy do najdłużej urzędujących – wyprzedził rządy Andreottiego, Craxiego i Draghiego, ustępując jedynie kadencjom Berlusconiego. Pierwsze tysiąc dni upłynęło pod znakiem względnej stabilności politycznej, ale też ostrej debaty na temat priorytetów gospodarczych i społecznych.
Przed wyborami w 2022 r. obawiano się „powrotu faszyzmu”, jeśli do władzy dojdą Bracia Włosi. Nic takiego się nie stało. Partia Meloni okazała się bardziej liberalna niż koalicyjna Liga Salviniego. Sama premier przeszła drogę od politycznej outsiderki do ostrożnej liderki europejskiego formatu, choć nie odcięła się symbolicznie od postfaszystowskich korzeni swojej formacji. Dziś uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych i wpływowych liderek prawicy w Europie. Jej siła tkwi w podwójnej tożsamości: ideowo zakorzeniona w konserwatyzmie i nacjonalizmie, Meloni jest jednocześnie pragmatyczna na arenie międzynarodowej. Włochy nie stały się „drugimi Węgrami”, choć premier konsekwentnie wzmacnia symboliczną narrację o „Bogu, ojczyźnie i rodzinie”.
Osiągnięcia rządu
Gabinet Meloni może też się pochwalić rekordowym poziomem zatrudnienia, ostrożnym zarządzaniem finansami publicznymi, zmniejszeniem klina podatkowego, działaniami na rzecz zwiększenia dzietności i ochrony siły nabywczej rodzin. Budżet na 2026 r., o wartości ok. 18 mld euro, zaplanowany jest powściągliwie. W polityce gospodarczej rząd postawił na stabilność finansów publicznych, unikając frontalnej konfrontacji z Brukselą.
Podkreślana jest również terminowa realizacja Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (PNRR), opiewającego w latach 2021-2026 na ok. 194,4 mld euro ze środków unijnych, powiększonych o fundusz krajowy do ok. 225 mld euro. Ósma rata (12,8 mld euro) została zatwierdzona pod koniec 2025 r. Mimo to znaczna część funduszy musi zostać wydatkowana przed 31 grudnia 2026 r., co stanowi poważne wyzwanie administracyjne.
Rząd rozpoczął reformy strukturalne, w tym zmiany w wymiarze sprawiedliwości. W dniach 22-23 marca 2026 r. odbędzie się referendum konstytucyjne w kwestii tzw. reformy Nordio (od nazwiska ministra sprawiedliwości Carla Nordia – przyp. aut.). Ponieważ dotyczy ono zmian w konstytucji,
Od Watergate do masowych zwolnień
„Washington Post” kiedyś obnażył aferę i wzmocnił demokrację. Dziś sam jest ofiarą władzy
Korespondencja z USA
Gdy w 1974 r. dziennik „Washington Post” opisał kulisy afery Watergate, nie tylko uratował Amerykę przed dalszymi rządami człowieka, który skompromitował urząd prezydenta, ale także realnie wpłynął na amerykańską demokrację. Zjednoczył bowiem Kongres w wysiłkach na rzecz jej wzmocnienia, co zaowocowało reformami wymuszającymi na rządzie większą przejrzystość działań i ograniczającymi władzy wykonawczej pole do nadużyć i korupcji. To wówczas m.in. utworzono urzędy niezależnego prokuratora i specjalnych inspektorów w agencjach federalnych – organy kontrolne niezależne od Białego Domu, a Kongresowi przekazano większą kontrolę nad budżetem.
Wtedy też istotnie zreformowano system finansowania kampanii politycznych, wprowadzając limity wpłat od darczyńców prywatnych, a na polityków nałożono obowiązek upubliczniania zeznań podatkowych. Również wtedy ustanowiono wreszcie nowe standardy ochrony danych osobowych ludności. Samym obywatelom zaś przyznano prawo wglądu w dokumenty prezydenckie. Każda, nawet najmniejsza notatka prezydenta od momentu jego przeprowadzki do Białego Domu stawała się odtąd własnością publiczną.
Ujmując rzecz krótko, reportaż „Washington Post” zainicjował historyczny projekt udoskonalenia systemu checks and balances – kontroli i równowagi władz, który jest nieodzowny do sprawnego funkcjonowania demokracji.
Najczarniejszy dzień w historii prasy
Wydaje się, że amerykańska demokracja w roku 2026 wymaga nie mniejszej naprawy niż przed półwieczem. Jeśli jednak ktokolwiek miałby dziś obnażyć korupcję Donalda Trumpa, nie będzie to już „Washington Post”. Bynajmniej nie dlatego, że redakcji brakuje odwagi czy determinacji, by patrzeć władzy na ręce. Po prostu obecny właściciel gazety Jeff Bezos postanowił niedawno przerzedzić zastępy odważnych i zdeterminowanych.
4 lutego Bezos zwolnił prawie 400 osób, czyli niemal połowę redakcji, likwidując całe działy. Szokujący był też sposób, w jaki to zrobił – mejlowo. W efekcie korespondenci zagraniczni dowiadywali się, że właśnie stracili pracę, przebywając w strefach wojen tysiące kilometrów od domu. „Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To był jeden z najczarniejszych dni w historii prasy. Studium destrukcji własnej marki z efektem natychmiastowym”, skomentował decyzję Bezosa Marty Baron, jedna z najbardziej wpływowych postaci w amerykańskich mediach i legendarny naczelny wielu prestiżowych tytułów, w tym „Washington Post” w latach 2013-2021 („Why Jeff Bezos gutted the Washington Post”, „The Guardian”, 11 lutego 2026).
Żyjemy w przełomowym okresie zachodzących gwałtownie zmian norm i zasad, nie zabrakło więc głosów, że redakcję „Washington Post” spotkał los, który od dawna jest udziałem rosnącej rzeszy pracowników, zwłaszcza korporacyjnych. Zwolnień dokonuje się już niemal rutynowo przy pomocy firm zewnętrznych. Te zaś nie patrzą na doświadczenie, osiągnięcia czy lojalność pracowników. Liczy się wyłącznie osiągnięcie celu: oszczędności dla firmy i redukcja kadry o wymaganą liczbę osób. Z takiej perspektywy prywatny przedsiębiorca Jeff Bezos miał więc prawo zrobić ze swoim biznesem, co mu się żywnie podoba, prawda? Prawda.
A ponieważ jest to prawda i mówimy o miliarderze oraz „jego” gazecie, tym bardziej powinniśmy starać się zrozumieć, jakie mechanizmy tu zadziałały i dlaczego. Osobliwe przypadki dziennika, który kiedyś miał duże zasługi dla demokracji, a teraz stał się obiektem w kolekcji zabawek oligarchy, składają się na dramatyczną opowieść nie tylko o świecie, w jakim żyjemy. To przede wszystkim przestroga przed światem, który być może nadchodzi.
Kaprys miliardera
Zacznijmy od motywów Jeffa Bezosa, założyciela Amazona, człowieka legendy, dziś działającego również w branży kosmicznej, medialnej, sztucznej inteligencji oraz venture capital. Według magazynu „Forbes” Bezos to trzeci najbogatszy człowiek świata z majątkiem szacowanym w 2026 r. na 266 mld dol.
Bezos nabył „Washington Post” w 2013 r. od rodziny Grahamów, wieloletnich właścicieli dziennika (jeszcze sprzed czasów Watergate). Ci chcieli sprzedać tytuł, bo nie czuli się na siłach stawić czoła zmianom koniecznym do utrzymania się na rynku. Bezos zainwestował w gazetę
Polska nie jest kolonią
Zachowanie ambasadora Rose’a to nie tylko bezczelność na granicy chamstwa, ale także przejaw niebywałej pychy
To zdanie, które nie wydaje się odkrywcze, trzeba w ostatnim czasie jednak powtórzyć, a nawet częściej przytaczać, bo nabrało ono w świetle skandalicznych wypowiedzi amerykańskiego ambasadora nowego znaczenia. Marszałek Czarzasty, nie popierając absurdalnego wniosku o przyznanie Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla, nie tylko nie zrobił niczego złego i w najmniejszym stopniu nie obraził amerykańskiego prezydenta, ale po prostu postąpił słusznie. Poparcie tego wniosku byłoby kpiną z Trumpa. W dodatku ustawiałoby nasz kraj w gronie państw zależnych, niesuwerennych, klienckich. Samo dopominanie się nagrody miało w sobie coś z zachowania Nerona, który domagał się od Aten przyznania olimpijskiego wieńca w poezji, śpiewie i muzyce. Zresztą dla Nerona finał był smutny, gdy popełniał samobójstwo w obawie przed zasłużoną zemstą mieszkańców Rzymu, stwierdził: „Jakiż to artysta ginie we mnie”. Ciekawe, jak skończy karierę Trump.
Ogłoszenie przez niefortunnego ambasadora USA w Polsce, że zrywa wszelkie kontakty z marszałkiem Czarzastym, to właśnie przejaw imperialnej mentalności, oznaczającej, że zachcianki Trumpa są prawem, i inne państwa, a zwłaszcza sojusznicy Ameryki, mają obowiązek je spełniać. Jeszcze bardziej bezczelna była odpowiedź udzielona polskiemu premierowi. Na rzeczową i całkowicie słuszną uwagę, że sojusznicy nie powinni wzajemnie się pouczać, ambasador był uprzejmy stwierdzić, że odpowiedź premiera została wysłana do niego przez pomyłkę, a w rzeczywistości adresowana była do Czarzastego i dlatego panu Rose’owi bardzo się podobała. To nie tylko bezczelność na granicy chamstwa, ale także przejaw prostackiego poczucia humoru oraz niebywałej pychy ambasadora, który powinien znaleźć sobie inne zajęcie.
Polska wiele razy była zajmowana, atakowana,
Ćwierkanie już było
Wykład dla licealistów w szkole LEW, bardzo dobrej, do której chodzi mój Franio. Biedak wpadł w panikę, że go skompromituję. Kombinował nawet, jak nie iść tego dnia na lekcje. Na szczęście okazało się, że spotkam się tylko z drugimi klasami, on chodzi do pierwszej.
Patrzę na tę młodzież – czują się bardzo swobodnie, mało dyscypliny, luz. Ten luz mi się nawet podoba. Uczą się bezstresowo. Tylko tu zawsze rodzi się pytanie, gdzie stawiać granice i jak je stawiać, a one muszą być. Sam nie wiem, na ile uważnie słuchają. Miałem wrażenie, że najpilniej słuchała mnie mała Filipinka i ciemnoskóra dziewczyna, podobno obie słabo rozumieją po polsku. A przecież od tego zależy, jak będę mówił, o wiele łatwiej mówić, gdy czuje się uwagę słuchaczy. Jeden z uczniów chciał filmować nasze spotkanie, ale połowa nie wyraża na to zgody, chronią swój wizerunek, druga połowa – bardzo chętnie. Szkolna psycholożka potem mi mówi: „Tak już z nimi jest, połowa czegoś nie chce, a połowa chce i dogadaj się z nimi”.
Pytań do mnie uczniowie nie mają. Sam nie wiem, co myśleć o tym spotkaniu. Na szczęście uczeń, który zna syna, powiedział w metrze Franiowi: „Twój ojciec to git gościu”. Franek odetchnął z ulgą, ja też. Rozmawiam potem z nauczycielką, uważa, że jest dramat w edukacji: ze względu na brak dobrych nauczycieli trwa selekcja negatywna. Mało kto studiuje teraz pedagogikę czy polonistykę. W tej szkole jest inaczej, bo prywatna i są dobre wynagrodzenia. Nauczycielka jest przekonana, że wszystkie kolejne rządy lekceważyły edukację. Swoje dodają rodzice,
Historia, która powtarza się jako farsa
Po tym, gdy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty grzecznie odmówił Amerykanom zgłoszenia Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, a odmowę tę spokojnie uzasadnił, konkludując, że jego zdaniem amerykański prezydent po prostu na nią nie zasługuje, rozpętała się awantura. Najpierw oburzony ambasador Thomas Rose zarzucił marszałkowi, że ten rzekomo wypowiedział skierowane przeciw Trumpowi obelgi. Wypowiedź marszałka Sejmu jest powszechnie znana i jako żywo nie ma w niej żadnych obelg, obraźliwych słów, epitetów i tym podobnych. Widać, dla ambasadora Rose’a sama wątpliwość, czy Trump jest geniuszem, już stanowi obelgę wymagającą pomsty. W dawnych despotiach nazywane to było „obrazą majestatu” i nieraz karane śmiercią. Gdzieniegdzie przez wlewanie roztopionego ołowiu do gardła tego, który majestat obraził. Ale Stany Zjednoczone – nawet gdy na ich czele stoi narcyz za nic mający prawo międzynarodowe, to domagający się Grenlandii, to znów chcący pochłonąć Kanadę, zmieniający zdanie w sprawach o kluczowym często znaczeniu dla świata średnio po trzy razy dziennie – wciąż jeszcze nie są starożytną despotią. Najlepszy dowód, że ambasador Rose nie zażądał, aby marszałka Czarzastego ukarać śmiercią, tylko ogłosił, że zrywa z nim wszelkie kontakty.
Reakcja na bezczelność ambasadora była (i wciąż jest) w Polsce osobliwa. Politycy prawicowi, którzy co rusz mówią o wstawaniu z kolan, o obronie polskiej suwerenności, której zagrożenia dostrzegają wszędzie, nie tylko runęli na kolana przed ambasadorem,
Gdzie nasza niepodległość?
Nie zawsze utrata niepodległości następuje tak jak w roku 1939: w ciągu paru tygodni. W XVIII w. traciliśmy ją stopniowo, przez dziesięciolecia. Ostatnich polskich królów, Augusta III i Stanisława Augusta, wybrano pod osłoną wojsk rosyjskich. Długo sobie nie uświadamialiśmy, że nie jesteśmy już wolni. Gdy oprzytomnieliśmy – było za późno.
W XXI w. Karol Nawrocki został prezydentem z woli rodaków (choć z nieznaną liczbą głosów), ale i z poparciem obcych. Udzielona mu w trakcie kampanii audiencja w Białym Domu, skierowane do niego słowa Donalda Trumpa: „You will win”, bezprecedensowa, tużprzedwyborcza agitacja w Jasionce pod Rzeszowem amerykańskiej sekretarz Kristi Noem – już same te czynniki obniżają powagę obecnego prezydenta. I to tym bardziej, że tego poparcia wcale się on nie wstydzi: po wygranej, podczas kolejnej wizyty w Białym Domu, wylewnie za nie Trumpowi dziękował. Co znaczy, że takie ingerencje zalegalizował. Także na przyszłość.
No i pozostał Trumpowi wierny. W styczniu, po kompromitujących występach Amerykanina w Davos, pospieszył z deklaracją, że jego wsparcie dla niego „jest niezachwiane”. Milczał, gdy Trump obrażał pamięć europejskich, a więc i polskich, żołnierzy poległych w Afganistanie; nawet oddana Ameryce Giorgia Meloni wyraziła wtedy oburzenie. Gdy wreszcie Nawrocki zabrał głos w tej sprawie, o Trumpie nawet się nie zająknął. Wkrótce potem jego doradca, Sławomir Cenckiewicz, przekonywał, że wydawanie unijnych pieniędzy na inwestycje w UE jest niezgodne z nową amerykańską strategią bezpieczeństwa narodowego. Czyli ta nowa strategia ma obowiązywać także w Polsce. Od pół roku nie godzi się Nawrocki na nominację ambasadorską dla Bogdana Klicha – a czemu? Bo ten przed laty wypowiedział się krytycznie o Trumpie. Gdy zaś niedawno amerykański ambasador publicznie zrugał marszałka Sejmu, Kancelaria Prezydenta natychmiast stanęła po stronie Amerykanina. Zatem hasło Nawrockiego „Po pierwsze, Polska, po pierwsze, Polacy” powinno brzmieć: „Po pierwsze, Ameryka, po pierwsze, Trump”. Polacy są dla niego na dalszym miejscu. Czy tak się zachowuje prezydent państwa niepodległego?
Powie ktoś: niepodległość straciliśmy,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Autostrady do raju
Czytam swoje dzienniki. Tyle było tego życia, a teraz ocalało jedynie kilkanaście zeszytów zaczernionych moim szpetnym pismem. Kiepsko pisałem te dzienniki i będę musiał je spalić, zanim mnie spalą, chociaż trochę żal – nie mnie, ale tych dzienników. Z rzadka znajduję coś zabawnego. Oto scena sklepowa z 1975 r., zwraca uwagę w puencie odwołanie się do XXI w. „Jest 4 lipiec. Słońce pali niemiłosiernie. Śmierdzi spalinami. Powietrze jest naelektryzowane. Tłum bab stoi w kolejce, która coraz grubsza, aż nie wiedzieć kiedy zmienia się w tłum. Ten tłum faluje jak zboże na łagodnym wietrze. Nagle szaleństwo głów i rąk. Przywieźli mięso. Z tej kotłowaniny wyrywa się niewielki, łysawy człowieczek z brzuchem. Zamiast piłki trzyma połeć mięsa. Za nim gonią baby nadspodziewanie szybkie i zręczne. Jedna błyskawicznym ruchem wyrywa mu połeć mięsa, jakby wyrywała wątrobę z boku. Ten pada, po czym się podnosi i nienormalnie spokojny, jak odurzony, staje na końcu kolejki, która się z przodu nadal kłębi i burzy. Czytelniku z przyszłego wieku, zadumaj się, jaka osobliwa była Polska w 1975 r.”.
Zadumałem się. W jednym z zeszytów znajduję kilka kartek na żywność,
Jaka Polska? Suwerenna
Nawrocki i PiS stali się ekspozyturą interesów amerykańskich w Polsce
Mamy kolejny etap wojny na górze. Tym razem do walki z rządem, którą prowadzi Karol Nawrocki, przyłączył się ambasador USA w Polsce Thomas Rose. Z całym impetem. Stawka jest kluczowa. Najkrócej ujmując: jaka Polska?
Teoretycznie jest to wojna pierwszej i drugiej osoby w Polsce, czyli prezydenta z marszałkiem Sejmu. Ale też, miejmy świadomość, zaangażowali się w nią ci, których wpływ na polską politykę jest jeszcze większy – premier Donald Tusk i zgłaszający namiestnikowskie aspiracje ambasador USA Thomas Rose.
Czyja Polska? O to też w tej wojnie chodzi.
A wojna zaczęła się już w czerwcu 2025 r., gdy po wygranych wyborach prezydenckich Karol Nawrocki zadeklarował, że jego głównym celem jest szkodzenie rządowi i obalenie Donalda Tuska, jak mówił – najgorszego premiera w historii III RP. Nawrocki postawił się jako ten, kto realizuje wolę narodu i ma zamiar pełnić funkcję nadpremiera. Gonić rząd do roboty, recenzować i obalić.
To nie były czcze zapowiedzi. W następnych miesiącach mieliśmy serię wet do ustaw uchwalonych przez parlament. Ich liczba przekroczyła już 20.
Karol Nawrocki zaczął również wchodzić w kompetencje rządu. Zwołał Radę Gabinetową, ciało określone w konstytucji jako forum dyskusji i wymiany informacji o najważniejszych sprawach kraju. On zaś próbował ją przekształcić w rodzaj nadrządu, chciał przepytywać ministrów i ich strofować, ale został sprowadzony na ziemię. Rada Gabinetowa skończyła się jego porażką.
Prezydent ruszył też w kierunku MSZ, MON i MSWiA. Kontynuował więc blokadę nominacji ambasadorskich, żądając, by minister Radosław Sikorski uzgadniał z nim każdego ambasadora. Przepychanka trwa, a sprawa wciąż jest nierozwiązana.
Nawrocki wezwał także do Pałacu Prezydenckiego szefów służb specjalnych. W jakim celu? Na podstawie jakich przepisów? To wezwanie okazało się nieskuteczne, premier zabronił im samodzielnych kontaktów z Nawrockim. Żeby więc szefów służb ukarać i pokazać, jaką władzę ma prezydent, Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski absolwentom szkół wywiadu i kontrwywiadu. Sprawa częściowo rozwiązała się po paru miesiącach, kiedy to szefowie służb przyszli do Pałacu Prezydenckiego razem ze swoimi ministrami. I to ministrowie odpowiadali na prezydenckie pytania.
Po paru miesiącach okazało się, że bilans działań Nawrockiego jest ujemny. Nie rozbił rządu, wręcz przeciwnie – zjednoczył go i zmobilizował. A sam zaczął w sondażach tracić – Polaków raziły ślepe ataki na rząd i niektóre weta, chociażby do ustawy łańcuchowej. Okazało się również, że nadzieje prawicy związane z Nawrockim, że oto zarzuci Sejm swoimi ustawami i przejmie inicjatywę, są iluzoryczne. Nic takiego się nie stało, prezydent nie podporządkował sobie Sejmu. Dodatkowo musiał przełknąć gorzką pigułkę, bo nowy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty ostentacyjnie włożył projekty ustaw, które przyszły od prezydenta, do sejmowej zamrażarki. „Prezydent ma swój długopis, ja mam swój”, rzekł, nawiązując do prezydenckich wet.
Nawrocki jeszcze raz próbował odzyskać inicjatywę, zapraszając do pałacu przedstawicieli klubów parlamentarnych. Znów chciał się postawić w roli nadzorcy. I znów mu się nie udało. Jako pierwsza odmówiła mu lewica. Przewodnicząca klubu Nowej Lewicy oświadczyła, że nie jest zainteresowana wizytą u Nawrockiego. Narzuciła w ten sposób ton. Po kilku dniach do tej inicjatywy dołączyła Koalicja Obywatelska. Z kolei ci przedstawiciele klubów, którzy do prezydenta poszli, nie ukrywali rozczarowania, że rozmowa była o niczym. Miał być game changer, a wyszedł kapiszon.
Prawica w ostatnich miesiącach musiała przełknąć jeszcze inne wielkie rozczarowanie. Donald Trump! Gdy wygrywał wybory w listopadzie 2024 r., posłowie PiS założyli czerwone czapeczki z napisem MAGA i wołali w Sejmie: „Donald Trump! Donald Trump!”. PiS chwaliło się, że ma znakomite kontakty ze sztabem Trumpa i że już dostarczyło nowemu prezydentowi USA
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Droga na subkontynent
Umowa między największymi demokratycznymi obszarami świata nie zachwyca Donalda Trumpa
Po raz pierwszy o utworzeniu strefy wolnego handlu, która dzisiaj obejmuje 1,9 mld mieszkańców, obie strony zaczęły dyskutować w 2007 r. Świat był wówczas inaczej umeblowany i znaczenia umowy popisanej pod koniec stycznia br. nie da się zrozumieć bez krótkiego powrotu do przeszłości.
Dwie dekady rozmów
Unia Europejska była wtedy najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie stosunków międzynarodowych, z gospodarką równą Stanom Zjednoczonym, niezachwianymi normami demokracji i ochrony praw człowieka oraz pod każdym względem różową przyszłością obywateli. Na Starym Kontynencie panowało przekonanie, że to raczej reszta świata powinna zabiegać o względy Europejczyków, a nie odwrotnie. Ci z kolei mogli łaskawie spojrzeć na oferty krajów globalnego Południa, ale tylko na własnych warunkach.
Druga strona tego równania też wyglądała inaczej niż dziś. Indie nie były jeszcze najludniejszym krajem świata ani nie dominował w nich agresywny, nacjonalistyczny, miejscami przesycony przemocą populizm. Początek rozmów między Brukselą a New Delhi miał miejsce w świecie przed Trumpem, Orbánem, Modim, brexitem czy eksplozją mediów społecznościowych. Świecie, dodajmy, znacznie bardziej przewidywalnym, w którym istniało jeszcze paliwo napędzające optymizm czasów „końca historii” i prognoz Francisa Fukuyamy.
Dwie dekady później na wielu płaszczyznach uprawiania polityki role całkowicie się odwróciły. Indie mają największy na świecie rynek wewnętrzny, dynamiczną i wciąż rosnącą klasę średnią, niskie koszty pracy, dostęp do relatywnie taniej energii. Mają również premiera, który swoje przywództwo postrzega w kategoriach cywilizacyjnych, a nie jedynie politycznych. Narendra Modi nie mówi nawet po angielsku, o czym często przypomina oksfordzki historyk i podcaster Tom Holland, autor książki o historii chrześcijaństwa „Dominion”. Nie mówi nie dlatego, że jest niekompetentny – on po prostu nie musi, co samo w sobie jest wyznacznikiem zmiany w myśleniu, jaka zaszła wśród tamtejszych elit. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Indie dzisiaj nie zamierzają zginać karku przed nikim, nawet przed Stanami Zjednoczonymi.
Z kolei Unia Europejska desperacko potrzebuje dwóch rzeczy: dywersyfikacji partnerów w strategicznych obszarach, takich jak handel i bezpieczeństwo, oraz wzmocnienia pozycji geopolitycznej. Próba siłowego zwasalizowania Wspólnoty przez Donalda Trumpa i jego ruch MAGA, grożąca nawet naruszeniem suwerenności i integralności terytorialnej Danii, wybudziła europejskich przywódców z trwającego od 1989 r. letargu strategicznego. Co samo w sobie jest ciekawe, bo rok szantaży ze strony Trumpa był bardziej skuteczny niż prawie dwie dekady mniej lub bardziej intensywnych ataków na Europę przeprowadzanych przez Władimira Putina. Nic lepiej nie ilustruje priorytetów i punktów odniesienia europejskiej klasy politycznej niż szybkość reakcji na zagrożenia zewnętrzne. Oraz to, skąd one pochodzą.
Nagle więc brukselscy urzędnicy, razem z obudowującą ich codzienną pracę bańką ekspertów,








