Tag "Donald Trump"
Polscy trumpiści w odwrocie
Amerykanie przyzwyczajeni do czołobitności i hołdów, jakie im składali polscy politycy, przegapili zmiany w postawach Polaków. Nie zauważyli, że za plecami pochlebców są też ludzie o innych poglądach. I że znacząca część społeczeństwa serio traktuje deklaracje o suwerenności naszego państwa. Wielu wyborców Nawrockiego myślało, że jego okrzyki: „Po pierwsze, Polska, po pierwsze, Polacy!” są na serio. Nie na pokaz. I nie po to, by cynicznie wykorzystać patriotyczne nastroje.
Stało się wręcz odwrotnie. Ludzie czują się oszukani. Rozczarowanie nie dotyczy tylko Nawrockiego. Stoją przecież za nim PiS i Konfederacja Bosaka i Mentzena. Polskie partie trumpistów tak gorliwie poparły wybór Trumpa i są tak bezkrytyczne nawet wobec jego najgłupszych decyzji, że zaczynają ponosić konsekwencje tej polityki. A to dopiero początek ich problemów. Kula śniegowa, pchnięta przez Trumpa i jego polskich wyznawców,
Od hegemonii do patostreamingu
Od wejścia Trumpa do realnej polityki trwa nieprzerwanie telenowela, w której USA mogą się przejrzeć, zobaczyć agonię swojej hegemonii jako farsę. Zarówno dla milionów Amerykanów i Amerykanek, jak i choćby dla Europy emitowany dzień po dniu real-sitcom z Donaldem Trumpem w roli najgłówniejszej z głównych musi być jak koszmarny sen. Funkcjonowanie Trumpa jest zaiste pozaintelektualnym stand-upem o wulgarności władzy absolutnej, o jej grafomańskim przesłaniu, o czymś, co można by nazwać uświęconym kretynizmem. Dla tych, którzy z racji swoich interesów wciąż próbują nas przekonać, że mamy do czynienia z demokratycznie wybranym prezydentem mocarstwa jądrowego i militarnego, więc po prostu należy się dostosować i grać według jego nut, ważna jest „autentyczność” samej postaci Trumpa. Cóż, Trump jest sobą i wyłącznie sobą, na tym polega całe nieszczęście tej persony. Kiedy zderzamy się z ogromem infantylizmu i groteskowości tego przedstawienia jednego aktora, musimy się przyznać do czegoś w rodzaju porażki, nasza wyobraźnia nie pomieściła takiej figury na politycznej szachownicy świata. Kiedyś rozmawiałem ze swoimi studentami o fenomenie polskiego patostreamera i zapytałem ich, o co chodzi, skąd jego sława przekładająca się na gigantyczne zarobki. Usłyszałem, że sławę zdobył, rozpalając ognisko w swoim mieszkaniu. A dalej poszło samo.
Sława goni sławę i sławą pogania. Kiedy słucham tłumaczeń i prób racjonalizowania aktywności Trumpa,
Geografii nie zmienimy
Albo jakoś się dogadamy z Rosją, albo będziemy wzajemnie się niszczyć
Dr Jarosław Suchoples – pracownik naukowy Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, były ambasador RP w Finlandii.
Trump dostanie w końcu Grenlandię?
– Gdyby bardzo chciał ją dostać, jeśli postawiłby wszystko na jedną kartę, to by dostał. Militarnie by ją zajął, to znaczy zlikwidował tam lokalną administrację i wywiesił amerykańską flagę. Natomiast w tej chwili się cofnął.
Rozsądnie.
– Obawiam się, że rozsądne elementy w działaniach Trumpa pojawiają się przypadkowo. A list do premiera Norwegii? Co pan pomyślał, jak go przeczytał?
Że Trump ma problemy psychiczne.
– I tu pojawia się następny problem – bo nawet gdyby doszło, załóżmy teoretycznie, do jego impeachmentu, to kto przyjdzie po nim? Zapewne J.D. Vance, który ma równie fatalną albo jeszcze gorszą opinię.
Wynika z tego, że Trump to nie jest błąd w systemie, tylko efekt systemu. Że taka jest dziś Ameryka.
– Załóżmy, że w Ameryce dojdzie do głosu partia rozsądku, odrzucająca politykę Trumpa. Czy to może doprowadzić do odwrócenia pewnych sytuacji? Otóż do odwrócenia sytuacji w stosunkach międzynarodowych na pewno nie. My już żyjemy w nowej rzeczywistości.
W jakiej?
– W świecie, który staje się wielobiegunowy i w którym Amerykanie sami się izolują.
Co więc nam zostaje?
– Możemy doprowadzić do porozumienia z Chinami i Indiami. Te kraje mogą być przeciwwagą dla Stanów Zjednoczonych i Rosji. Pozostaje tylko problem psychologiczny, czy wypada nam współpracować np. z Chinami, mocarstwem, które notorycznie łamie prawa człowieka i nie uznaje zasad demokracji. Uważam, że nie możemy w Europie powiedzieć z góry „nie”. Bo sprawa naszego bezpieczeństwa, zasad przestrzeganych na naszym terenie i sprawa naszej wolności są ważniejsze. I to nie tylko w kontekście militarnym, ale i każdym innym.
Druga rzecz. Stoimy wciąż przed dylematem z poprzedniej epoki – i to nas hamuje – czy Europa federalna, czy Europa narodów itd. Musimy więc zrobić porządek na własnym podwórku. Doprowadzić do tego, żeby Europa mówiła jednym głosem. Bo albo chcemy być mocarstwem, albo nas rozegrają, jak chcą. Inna sprawa, czy to w tej chwili jest możliwe. Wydaje się, że w przewidywalnej przyszłości będzie to bardzo trudne.
Ale w sprawie Grenlandii nas nie rozegrali.
– Nie rozegrali przede wszystkim dlatego, że Grenlandia jest sprawą stricte europejską. To jednak terytorium zależne od Danii, to bezpośrednio dotyczy NATO, więc nie podlega negocjacji z jeszcze innymi aktorami stosunków międzynarodowych. Sprawa rozgrywa się na linii Europa-Waszyngton. Kwestia grenlandzka ma wiele implikacji dla samej Europy: dla Polski, rejonu Morza Bałtyckiego, również dla Rosji. Bo ta sprawa pokazała, że gwarant NATO jest przeciwko NATO. Przeciwko Kanadzie i krajom europejskim. No i w Moskwie radość…
Dlaczego car stworzył Sankt Petersburg?
Czego dzisiejsza Rosja chce od Europy? Skąd ta wrogość?
– Jeżeli pan spojrzy na Rosję, to co jakiś czas pojawiał tam się władca, który próbował dokonać modernizacji. A to Piotr Wielki, później Aleksander II, a nawet Mikołaj II – jak przegrał z Japonią w 1905 r., doszedł do wniosku, że trzeba coś zmienić. Falą modernizacji był również okres komunistyczny, industrializacja. Próbował też Gorbaczow, próbowano w czasach Jelcyna. Myślano o jakichś związkach z Zachodem.
A teraz?
– Obecnie tego nie ma. Natomiast wróciło przekonanie, że na pytanie, z kim graniczy Rosja, odpowiedź brzmi: graniczy, z kim chce. Jeżeli nie ma modernizacji, trzeba wykazać się w inny sposób, najłatwiej poprzez „zbieranie ziem ruskich”, które odpadły od „macierzy” (takich jak Ukraina, pewnie też państwa bałtyckie), by przywrócić status rzeczywiście wielkiego mocarstwa i przygotować grunt pod dalszą ekspansję. Kreowanie wrogów. Rosjanie uwierzyli przy tym w swoje opowieści, że są tak potężni, że Ukrainę przyłączą w ciągu trzech dni. A okazało się to niemożliwe, ich armia, struktury państwa, politycy nie spełniają standardów i są nieefektywni.
Dlatego ta wojna trwa, już dłużej niż wojna z Hitlerem z lat 1941-1945.
– Tak i Putin nie może z tego zrezygnować! Wszedł w uliczkę, z której nie ma innego wyjścia niż po trupie Ukrainy. Bo jak ma się wycofać? Jaki to byłby sygnał dla przeciętnych Rosjan? Że przegraliśmy wszystko. Dlatego tam pokoju nie będzie, o ile Ukraina nie skapituluje. Bo czy zginie milion Rosjan, czy 5 mln, dla niego nie ma znaczenia. On walczy o to, żeby, po pierwsze, pozostać u władzy, po drugie – w ogóle przeżyć, no i po trzecie – każdy taki władca ma obsesję, żeby przejść do historii. A jak on by przeszedł do historii, gdyby się wycofał z Ukrainy? Z jakim ogromem problemów społecznych i gospodarczych musiałby się zmierzyć, nie dając nic w zamian?
Oni tłumaczą, że Ukraina im zagraża, bo chce się związać z Zachodem…
– Rosja ma pewne stałe paradygmaty myślenia, jeżeli chodzi o jej politykę bezpieczeństwa. Spójrzmy na północ. Im zawsze chodziło o to, by wyjść na Bałtyk, na świat. Dlatego car zbudował Sankt Petersburg, żeby stworzyć pewien fakt geopolityczny: tu jesteśmy i tu będziemy. Bo Sankt Petersburg nie był zwykłym miastem, ale stolicą imperium. W związku z trzeba było zapewnić jej bezpieczeństwo i sprawić, by inne mocarstwa uznały tę potrzebę Rosji za coś naturalnego.
Czyli istnienie Petersburga wyznaczyło priorytety rosyjskiej polityki w regionie bałtyckim.
– Tak: musimy panować nad północnymi i południowymi brzegami Zatoki Fińskiej. Bez tego zawsze będziemy odcinani od Bałtyku, no i stolica naszego imperium będzie zagrożona. Dlatego Rosja toczyła wojny ze Szwecją. Dlatego podporządkowała sobie Finlandię. Dlatego pakt Ribbentrop-Mołotow przewidywał w tej części Europy oddanie Związkowi Radzieckiemu wszystkich terytoriów, które Rosja straciła w wyniku I wojny światowej. Bo idealna sytuacja dla Rosji i Niemiec,
W poszukiwaniu nowych biegunów
Mark Carney w Davos rzucił rękawicę Trumpowi. I może wygrać, bo jest większym realistą
Jednym z najczęściej powtarzanych dziś sloganów na temat rewolucyjnych wręcz zmian w stosunkach międzynarodowych jest przypisywane Antoniowi Gramsciemu, sparafrazowane przez Slavoja Žižka stwierdzenie, że stary porządek już umarł, a nowy wciąż walczy o to, by się narodzić – teraz natomiast trwa era potworów. Giuliano Da Empoli, włoski kulturoznawca i doradca polityczny, współpracujący m.in. z Matteo Renzim, twierdzi z kolei, że mamy do czynienia z okresem zdominowanym przez barbarzyńców, którzy anarchię wprowadzają celowo, bo w zamieszaniu wywołanym brakiem zasad łatwiej jest kraść i się wzbogacać, bez względu na społeczne czy wręcz ogólnoświatowe konsekwencje.
Z kolei jeśli wsłuchać się w słowa Donalda Trumpa, a następnie wczytać w dokumenty publikowane przez jego administrację, można odnieść wrażenie, że wszystko już wiadomo. Wracamy do XIX-wiecznej koncepcji stref wpływów, w których może istnieć tylko jeden ośrodek władzy. Wszystko, co wyszło spod ręki członków obecnej amerykańskiej ekipy rządzącej – od Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przez Narodową Strategię Obrony po priorytety Departamentu Stanu – zdaje się jednoznacznie stwierdzać, że Waszyngton już dominuje nad półkulą zachodnią, Azję oddając Chinom, a Europę zostawiając samą w starciu z Rosją.
Współczesny świat w starych ramach
Czasem jako uzasadnienia tej teorii używa się argumentów pseudopragmatycznych. Jak w przypadku Wenezueli czy Grenlandii, gdzie Stephen Miller i Marco Rubio dwoją się i troją, żeby przekonać świat, że od amerykańskich interwencji w tych miejscach zależy bezpieczeństwo wewnętrzne USA. Można też używać pokrętnej logiki historycznej, jak w słynnym tekście „Prezydentura Lotu 93” robił to kilka lat temu Michael Anton, były już szef planowania polityki w Departamencie Stanu. On z kolei uzasadniał, że awanturnictwo militarne poza własną strefą wpływów prowadzi do upadku imperium, co wiadomo z historii Związku Radzieckiego, jego zdaniem przegranego w zimnej wojnie z powodu niepotrzebnej obecności wojskowej na Kubie.
Można przywoływać stare paradygmaty, jak doktryna Monroego z 1823 r., dająca Amerykanom prawo do chronienia zachodniej półkuli przed europejską rekolonizacją. Albo iść w stronę przepowiedni i hiperboli, jak słynna opowieść o Objawionym Przeznaczeniu, czyli religijno-strategicznej doktrynie zakładającej, że Stany Zjednoczone powinny rozciągać się od oceanu do oceanu, bo Bóg tak chciał.
Wszystkie te ćwiczenia mają jednak mniej więcej tyle sensu, ile wlewanie wody do dziurawej szklanki. Choćby nie wiadomo, ile cieczy wlać, nigdy nie zostanie ona w naczyniu – nie przyjmie jego kształtu.
Tak właśnie jest w 2026 r. ze światem, który Donald Trump próbuje wcisnąć w ramy rodem z XIX w. Nie trzeba być ekspertem od geopolityki ani profesorem historii, żeby rozumieć, że ten manewr skazany jest na porażkę.
Historie o świecie podzielonym na strefy wpływów Chin, Rosji i USA można z wielu przyczyn włożyć między bajki. Nawet jeśli trwają poważne dyskusje na temat tego, ile dziś mamy biegunów geopolitycznych. Jennifer Lind, wykładowczyni Uniwersytetu Stanforda i wybitna analityczka zajmująca się Chinami, w niedawnym eseju dla magazynu „Foreign Affairs” przekonywała, że są tylko dwa bieguny, a ten chiński jest znacznie silniejszy od amerykańskiego. Nie wszyscy jednak z tym się zgadzają.
Premier Indii Narendra Modi, lider postrzegający swoje przywództwo w kategoriach nie kadencyjnych czy partyjnych, lecz cywilizacyjnych (nie mówi po angielsku i samo w sobie jest to ciekawe – bo uważa, że nie musi), raczej nie zamierza poddawać się chińskiej dominacji, wszak Indie to dziś najludniejszy kraj świata i potężny gracz gospodarczy. Tak samo trudno uwierzyć, że Rosję stać na bycie czymkolwiek innym niż podwykonawcą Chin.
Tezy o zacementowanym już porządku światowym są publicystycznie chwytliwe, ale dalekie od rzeczywistości. Świat jest dziś w tzw. momencie kontradyktoryjnym – z jednej strony podzielony bardziej niż kiedykolwiek po 1945 r., z drugiej – bardziej niż kiedykolwiek połączony. Łańcuchami dostaw, powiązaniami handlowymi, wieloetnicznymi rodzinami, migracją i wszystkim innym, co zostało z umierającej globalizacji. Pozostaje pytanie, jak to wszystko pozszywać, żeby przy okazji uniknąć globalnego konfliktu.
Czego chce Mark Carney
Premier Kanady Mark Carney w wystąpieniu w Davos pokazał, że można podjąć taką próbę. Co więcej, istnieje realna szansa na zrobienie tego w sposób systemowy, a nie anarchiczny, oparty na nagiej sile militarnej i eksporcie wojny, jak chce to robić Trump. Jakkie Cilliers, południowoafrykański politolog i badacz trendów, stwierdził niedawno, że fakt zabicia starego porządku opartego na zasadach nie znaczy, że w jego miejsce nie może powstać nowy. Z tą różnicą, że będą to inne zasady, korzystniejsze dla państw postkolonialnych i rozwijających się. Wszystko wskazuje na to, że Carney dokładnie to chciałby osiągnąć.
Oczywiste jest, że premier swoje przemówienie budował od wielu miesięcy. W Europie nie brakuje polityków, którzy już po Davos chwalili się, że słyszeli na żywo pierwsze, prawdopodobnie próbne wersje tego wystąpienia. Wtedy jeszcze przyjmowali tezy Carneya ze zdziwieniem, dzisiaj widzą w nich pragmatyzm i racjonalizm. Nawet jeśli od Davos nie minęły jeszcze dwa tygodnie, a Carney już znalazł się pod gigantyczną presją z powodu swojej wizji rzeczywistości.
Żeby jednak zrozumieć, co naprawdę chciał osiągnąć, po co otwarcie sprowokował Trumpa i na co naprawdę może liczyć, trzeba cofnąć się do minionej wiosny, kiedy amerykańska administracja regularnie poniżała ówczesnego premiera Kanady Justina Trudeau, nazywając go gubernatorem i grożąc aneksją kraju oraz przekształceniem go w 51. stan USA.
Kiedy Trump przejmował władzę po raz drugi, wydawało się niemal pewne, że liberałowie, którym przewodził Trudeau i których dziś reprezentuje Carney, przegrają wybory w 2025 r. z kretesem. Winne temu były wewnętrzne czynniki strukturalne, jak rosnące koszty życia, kryzys mieszkaniowy, stagnacja gospodarcza i nierówności pomiędzy różnymi prowincjami w kraju. Jeśli jednak Trump kiedykolwiek dokonał cudu przy urnie, to właśnie wtedy, w dodatku nie w wyborach, w których sam startował.
W ciągu dwóch miesięcy liberałowie odrobili ponad 20 pkt proc. straty do konserwatystów, przegonili ich i obronili stanowisko premiera. Głównie dzięki Trumpowi, do którego zaczęto porównywać przywódcę Partii Konserwatywnej Pierre’a Poilievre’a – ostatecznie pozostawionego przez wyborców poza parlamentem. To był pierwszy globalny przypadek, w którym zbliżenie z Trumpem okazało się toksyczne, nawet jeśli było to jedynie zbliżenie estetyczne,
Stany Zrozpaczone Ameryki
Widok osób cywilnych rozstrzeliwanych z zimną krwią w biały dzień na ulicy w Minneapolis przez milicjantów ICE jest wstrząsający, nie daje mi spokoju, burzy krew i budzi nienawiść do pomarańczowego diabła i jego popleczników. Wiem, że w tym samym czasie ginie nieporównanie więcej ludzi protestujących przeciw władzy ajatollahów w Iranie, wciąż umierają ofiary izraelskiego ludobójstwa w Gazie, ruskie drony załadowane bombami uderzają w bloki mieszkalne w Ukrainie – mimo to śmierć Renée Good i Aleksa Prettiego boli szczególnie, zwłaszcza że oba morderstwa zostały sfilmowane i są powszechnie dostępne w sieci. Boli szczególnie, bo na chwilę przed śmiercią widzimy twarze obywateli głęboko przekonanych, że mieli szczęście urodzić się w kraju swobód demokratycznych, że gdzie jak gdzie, ale w USA za to, że wyrażasz swój sprzeciw wobec władzy, ta władza nie strzeli ci z bliska w głowę albo w plecy. A potem świadkujemy bestialskim egzekucjom na bogu ducha winnych ludziach.
Przywykliśmy do tego, że na świecie istnieją reżimy,
Długi rządzą polityką
W gospodarce USA rośnie znaczenie długu publicznego. Jego koszt wynosi już 19% dochodów budżetu
W Polsce politykę światową pokazuje się w kategoriach militarnych. W mediach i na forach społecznościowych ciągle prowadzi się rozważania dotyczące perspektywy wojennej. Tymczasem działania prowadzone na polu politycznym i militarnym mają zakorzenienie w gospodarce. Światem rządzą interesy. Tylko w Polsce dyskusja publiczna tak mocno zdominowana jest przez emocje, miłość do Ameryki i nienawiść do Rosji.
Kierowanie się emocjami kompromituje polityków, ale społeczeństwu to się chyba podoba, na co wskazują wyniki wyborów. Tak prezentowany świat jest nieprawdziwy, ale mniej skomplikowany. Teraz Trump trochę zamącił w miłości polskich polityków do USA. W rozmowach kuluarowych chyba są już wątpliwości dotyczące relacji polsko-amerykańskich, ale publicznie nikt tego nie ujawnia. Nie ma tak bardzo odważnych.
Polityka mocarstw światowych za przyczyną Trumpa pozbawiona jest hipokryzji. Poprzedni prezydenci USA też realizowali politykę amerykańskich interesów, ale robili to pod osłoną moralnych frazesów. Teraz ujawnia się świat nagich interesów, które stoją za działaniem mocarstw. USA i Chiny są niewątpliwie głównymi aktorami światowej polityki. Relacje finansowe między USA i Chinami w dużym uproszczeniu wyglądają w ten sposób,
Z samych prawaków zguba Polaków
„Z samych panów zguba Polaków”, pisał w roku 1790 Stanisław Staszic. Po pięciu latach Polski już nie było. Dziś miejsce panów zajęli prawacy, a moja trawestacja czyż nie jest zgrabniejsza? Pytanie tylko, co z Polską.
Kolejne formy polskiej niepodległej państwowości były w XX w. powoływane przez siły lewicowo-liberalne. Powstawały zawsze w drodze porozumienia: w roku 1918 z Radą Regencyjną, w roku 1989 z PZPR. W konsekwencji nowe państwo stawało się państwem dla wszystkich. Zagwarantowały to w roku 1921 Konstytucja marcowa, a w roku 1997 Konstytucja „wielkanocna”. Ale tak Druga, jak Trzecia Rzeczpospolita były szybko pozbawiane swych ideowych fundamentów.
Wszak nie minęły nawet dwa miesiące od historycznego Listopada, gdy w styczniu 1919 r. książę Eustachy Sapieha i płk Marian Januszajtis spróbowali dokonać prawicowego zamachu stanu. Na taki akt wrogości wobec tworzącego się państwa nie zdecydowali się wtedy nawet komuniści. I żaden z członków Komunistycznej Partii Robotniczej Polski nie rzucał potem grudami błota w świeżo obranego Pierwszego Prezydenta, żaden też z premedytacją i zimną krwią Prezydenta tego nie zastrzelił. Ówczesna prawica, endecja, nienawidziła swego państwa: było ono za mało polskie. Dla mniejszości narodowych miała więc tylko jedną propozycję: wynarodowienie. A zatem była jak dynamit rozrywający państwo: działała jak komuniści. U jednych i drugich Polska nie mogła być dla wszystkich.
Oczywiście fundamentów Drugiej RP nie niszczyli cieszący się niewielkim poparciem komuniści. Czyniła to przede wszystkim, mająca rząd dusz,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Problem z Madagaskarem
Zażartowałem sobie w poprzednim felietonie (nr 4/2026), że wykorzystując trudną sytuację Danii, podobnie jak wykorzystaliśmy swego czasu trudną sytuację sąsiadów (Czechosłowacji w 1938 r. – zażądaliśmy od niej Zaolzia, Spisza i Orawy – a ostatnio Ukrainy, domagając się przeprosin za rzeź wołyńską i zgody na ekshumacje), teraz, w dodatku zgodnie z doktryną Trumpa i naszą polityką historyczną, powinniśmy od Danii zażądać Bornholmu.
Jak się okazuje, żart był nieudany. Jedni zaczęli mnie podejrzewać, że chcę się ubiegać o stanowisko doradcy prezydenta Nawrockiego, drudzy, że przystępuję do Konfederacji. W jeszcze innych rozbudziłem nadzieje imperialne i pytają, dlaczego domagam się tylko Bornholmu, a tak lekko odpuszczam nasze słuszne pretensje do Madagaskaru.
Muszę teraz ze swojego głupiego – jak się okazuje – żartu się wytłumaczyć. Nie ubiegam się o funkcję doradcy pana prezydenta, nie zapisuję się też do Konfederacji.
Jeśli zaś idzie o Madagaskar, problem jest bardziej skomplikowany, niż mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Żądać Zaolzia, Spisza, Orawy, Bornholmu, ekshumacji i przeprosin od sąsiada, który znalazł się w opresji, to co innego. Madagaskar jest teraz niestety niepodległy. Nazywa się oficjalnie Republika Malgaska. Nie przeżywa też ostatnio żadnych kryzysów, które moglibyśmy sprytnie wykorzystać. To po pierwsze. Po drugie, na Madagaskar wprawdzie z Radomia jest niewątpliwie bliżej niż z Warszawy (ach, to genialne odkrycie posła Suskiego!), ale w sumie i tak dość daleko.
Kuszące niewątpliwie jest to, że
Bezsilność
Książka „Dziady i dybuki” Jarosława Kurskiego. Wiele lat temu, gdy mi go przedstawiano, zrobiłem niepewną minę, a znajomi wybuchnęli śmiechem. Wołali: „Nie bój się, to tylko brat, ten porządny”. Jarosław Kurski od lat kieruje „Gazetą Wyborczą”.
Książka w pierwszej części jest poruszająca. Kurski odkopuje swoje dwa rodzinne korzenie, odkrywa, że jeden jest żydowski, ten od strony matki. Wyobrażam sobie, że jego brat jest zdruzgotany tą książką. Ojciec dyrektor już na pewno wie, i Braun, i koledzy z partii. Jaki wstyd. To zdumiewające, że w jednym domu wychowywało się dwóch braci – jeden jest człowiekiem mądrym i szlachetnym, a drugi po prostu kanalią. Wśród tylu obrzydliwości w PiS Jacek Kurski wyróżnia się, stworzył telewizję, która korzystała z doświadczeń propagandy krajów totalitarnych. Gardzą nim nawet ludzie prawicy. Ciekawe, że bracia mają to nawet wypisane na twarzach: uczciwość i podłość.
Brakuje mi Marcina Króla, zmarłego kilka lat temu historyka idei, twórcy „Res Publiki”, od 1988 r. byłem w redakcji tego pisma. Marcin, chcąc nie chcąc, bardzo wpłynął na moje życie. Zachorował na grypę (ciekawe, kto go zaraził, tej osobie też jestem wdzięczny), a miał jechać na małe stypendium do Szwecji,
Krótka pamięć Trumpa
Służyli ramię w ramię z Amerykanami. Dziś słyszą, że byli „niepotrzebni” i „trzymali się z tyłu”
To była cisza przed burzą. Kolumna czterech MRAP-ów (wojskowych pojazdów opancerzonych) dotarła bez problemów do wioski. Wizyta w mauzoleum też przebiegła sprawnie. Specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów oczekujących na placu. Konwój ruszył. Wybuch. Plac w Rawzie spowił kurz. W powietrzu latały kamienie, odłamki uderzały w pancerze wozów. Mina pułapka. Zginęło pięciu polskich żołnierzy 20. Brygady Zmechanizowanej: st. kpr. Piotr Ciesielski, st. szer. Łukasz Krawiec, st. szer. Marcin Szczurowski, st. szer. Marek Tomala i szer. Krystian Banach. Najmłodszy z nich miał 22 lata. To był 21 grudnia 2011 r. W rocznicę tamtego wydarzenia czcimy Dzień Pamięci o Poległych i Zmarłych w Misjach i Operacjach Wojskowych poza Granicami Państwa.
Panie Trump, właśnie tak działa NATO
Donald Trump stwierdził, że Stany Zjednoczone nigdy nie potrzebowały pomocy NATO: „My nigdy ich nie potrzebowaliśmy. My nigdy tak naprawdę o nic ich nie prosiliśmy”. Jak mówił prezydent USA w telewizji Fox News, wojska NATO podczas misji w Afganistanie „trzymały się trochę z tyłu” i „trochę z dala od linii frontu”.
Do Afganistanu, obok sił USA, wkroczyły wojska wielu państw NATO, w tym Polski. Zachodni sojusznicy, m.in. żołnierze z Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch czy Danii, przebywali w Afganistanie niemal 20 lat. W tym czasie zginęło ponad 3,5 tys. żołnierzy koalicji. 1144 z nich było żołnierzami państw sojuszniczych. W misjach w Afganistanie i Iraku zginęło łącznie 65 Polaków. Według danych dowództwa operacyjnego obrażenia w działaniach bojowych w Afganistanie odniosło ponad 800 osób, z których 361 zostało rannych. Setki naszych żołnierzy odniosło rany, z którymi żyją do dziś. Ranni często doznawali ciężkich urazów wielonarządowych. W wielu wypadkach potrzebne były amputacje kończyn. Najczęstszą przyczyną ciężkich obrażeń były improwizowane urządzenia wybuchowe (ang. IED), pieszczotliwie nazywane „ajdikami”.
Obraz wydarzeń w Afganistanie przedstawiany przez Trumpa jest zakłamany. Przypomnijmy, że po ataku Al-Kaidy na World Trade Center i Pentagon 11 września 2001 r. Stany Zjednoczone jako pierwszy i jak dotąd jedyny kraj w historii NATO uruchomiły procedury zapisane w art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Stanowi on, że atak na jedno z państw NATO uważa się za atak na cały Sojusz, a wszyscy członkowie Sojuszu przyjdą z pomocą zaatakowanemu państwu.
– Sojusz Północnoatlantycki polega na spełnianiu pewnych obowiązków wynikających z przynależności do niego. Jednym z takich zobowiązań, zgodnie z art. 5, jest solidarne wsparcie państwa członkowskiego, które zostało napadnięte. Ze swojego obowiązku polscy żołnierze, jak i inni członkowie NATO, którzy brali udział w wojnie w Afganistanie, wywiązali się w stu procentach. Zginęło tam 44 naszych kolegów. Kilkuset zostało rannych i od tamtego czasu do końca życia będą odczuwać te rany i tę wojnę – mówi płk rez. Szczepan Głuszczak, weteran, który służył w Iraku i Afganistanie.
Słowa Trumpa dowodzą, że nie ma on pojęcia, jak wyglądały obie wojny. Nikt nie zostawał na tyłach. Nawet jeśli bazy należały do konkretnych państw, stacjonowali tam żołnierze różnych nacji, w tym Amerykanie. Aby się o tym dowiedzieć,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl








