Tag "Donald Tusk"
Pollicitatio nad Wisłą
Debata publiczna karleje i ulega dramatycznej trywializacji
Pojęcie res publica w pierwotnym, rzymskim rozumieniu wykraczało daleko poza proste, instytucjonalne określenie ustroju państwowego czy formy rządu. Res publica to przede wszystkim „rzecz wspólna”. To domena publiczna, której nienaruszalnym fundamentem jest concordia – zgoda obywatelska – oraz libertas, wolność rozumiana jako brak arbitralnej dominacji, tyranii i zniewolenia. Rzymska republika nie była jedynie zbiorem martwych praw i suchych przepisów. Funkcjonowała jako specyficzny sposób zarządzania państwem oparty na nieustannym poszukiwaniu konsensusu, szacunku dla uświęconych tradycją procedur (antiqua forma) i racjonalnej debacie angażującej elity oraz obywateli. To w owych „sposobach działania”, w gotowości do współpracy ponad podziałami dla dobra ogółu, tkwiła istota republikańskiego etosu. Niestety, poddając chłodnej ocenie współczesną polską scenę polityczną, trudno oprzeć się wrażeniu, że owa antyczna forma ulega postępującej, głębokiej i być może nieodwracalnej erozji. Debata publiczna, będąca krwiobiegiem każdej dojrzałej demokracji, karleje i jest dramatycznie trywializowana. Ustępuje miejsca zjawisku, które w rzymskiej tradycji prawnej określano mianem pollicitatio.
W starożytności pollicitatio oznaczała jednostronne przyrzeczenie obywatela wobec miasta lub społeczności. Najczęściej dotyczyło ono ufundowania monumentalnej budowli użyteczności publicznej, zorganizowania igrzysk lub przekazania znacznych środków finansowych. Obietnica ta była składana zazwyczaj w zamian za objęcie zaszczytnego urzędu (ob honorem) lub z czystej chęci zyskania poklasku i ugruntowania swojej pozycji społecznej. Choć w pierwotnych założeniach mechanizm ten miał służyć dobru wspólnemu i budowaniu infrastruktury miejskiej, z czasem zaczął odsłaniać swoje mroczne oblicze. Stał się narzędziem kupowania przychylności tłumu i korumpowania sfery publicznej.
Współcześnie mechanizm ten uległ daleko idącej degeneracji, stając się głównym, a nierzadko jedynym orężem w arsenale politycznego populizmu. Dzisiejsza pollicitatio to obietnica absolutnego bezpieczeństwa, dobrobytu, mocarstwowej potęgi i bezbolesnych rozwiązań skomplikowanych problemów. Jest składana przez decydentów nie na podstawie realnych możliwości makroekonomicznych państwa, lecz wyłącznie w celu maksymalizacji krótkotrwałego kapitału politycznego i wyborczego. W miejsce merytorycznego sporu o dobro wspólne otrzymujemy niekończącą się licytację na slogany, w której racjonalne argumenty ekonomiczne, prawne i strategiczne toną w zgiełku emocjonalnej polaryzacji. Upadek debaty publicznej nie polega bowiem na tym, że politycy zamilkli,
Polska w ogniu paliwowym
Trzy tygodnie szoku cenowego na stacjach benzynowych
W ubiegłym tygodniu Stanisław Barna, rolnik z woj. zachodniopomorskiego, nagrał w trakcie pracy w polu film z apelem do rządu. „Dzisiaj robię zabieg na robaczka w rzepaku i podaję mikroelementy. Ale nie o tym chciałem mówić. Otóż czekamy na reakcję ministerstwa. Na naszym terenie nie ma nawozów azotowych. A jeśli już są, to w bardzo wysokich cenach. Mamy paliwo już po 9 zł. Panie ministrze Stefanie Krajewski, nie gadajcie, tylko reagujcie”, apelował rolnik.
Vox populi, vox Dei
Dziś prawdziwy barometr nastrojów społecznych to nie sondaże IBRiS ani komentarze niezależnych ekspertów w studiu TVN 24. To media społecznościowe – platforma X, Facebook, fora internetowe – gdzie Polacy niezwiązani z żadną partią i nieopłacani przez żadną redakcję wyrażają opinie bez skrępowania i cenzury. A opinie w marcu 2026 r. są druzgocące. „Na dwóch prawie codziennie mijanych przeze mnie stacjach przy ul. Puławskiej w Warszawie benzyna 95 już po 6,98 i 6,94 zł. Przypominam, że prawie połowa ceny litra benzyny to podatki. Rząd ma w ręku narzędzia, żeby cenę obniżyć, ale tego nie robi, bo dzięki podwyżkom kroi nas na VAT”, napisał użytkownik serwisu X. Jego wpis polubiło ponad 1,1 tys. osób, udostępniło 141.
Historyczny moment uwiecznił internauta z Sandomierza: „Rekord!! Rekord!! Mamy rekord!! Brawo, panie premierze Donald Tusk. Najwyższa cena paliwa w historii Polski. Na stacji w Sandomierzu dziś, w niedzielę 22 marca 2026 r., musimy zapłacić już ponad 9 zł. Uśmiechamy się”.
Wpis został opatrzony hashtagami: #paliwo #tusk #polska i dokumentował moment przełamania psychologicznej bariery 9 zł za litr oleju napędowego. Bariery, o której jeszcze miesiąc temu mówiono wyłącznie w najczarniejszych scenariuszach.
Na serwisie X pojawiały się też głosy pełne czarnego humoru: „Typowy komunizm. Jak benzyna droga, to rząd uczy oszczędnej jazdy. Jak tramwaje od Niemca popsute, to Dzień Pieszego Pasażera. Jak jedzenie w sklepach drożeje, eksperci radzą, jak się odchudzać”. To gorzka diagnoza systemu,
Siewcy polexitu. Antyunijne fejki są skuteczne
Straszenie Unią pozwala zbijać kapitał polityczny
Unia Europejska nie jest dziś w Polsce krytykowana – jest systematycznie w debacie politycznej obrzydzana. Nie przez poważną rozmowę o reformach, ale przez kpinę, kłamstwo i cyniczne straszenie, które mają jedno zadanie: produkować polityczne zasięgi oparte na emocjach. To nie jest już margines internetu. To zorganizowany strumień przekazów, w którym Unia rzekomo zakazuje gotowania obiadu i odbiera suwerenność, przytwierdzając nakrętkę do butelki. Absurd goni absurd, ale każdy z nich celnie trafia w poczucie zagrożenia.
Dziś polska prawica, w tym duża część PiS, dmie w tę antyunijną trąbę, aby zbijać kapitał polityczny przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r. Politycy, którzy zapewniają, że „nie chcą polexitu”, jednocześnie robią wszystko, by oswoić społeczeństwo z myślą, że Unia jest wrogiem. Grają na granicy odpowiedzialności, licząc, że nad ogniem da się zapanować. Brytyjczycy już się poparzyli. Polska może wypaść z Unii nie dlatego, że tego chce, lecz dlatego, że zbyt długo rozum przegrywa z cynizmem, a fakty z algorytmami.
Dziś do wyjścia z Unii, o czym pisał na łamach „Przeglądu” Robert Walenciak, wystarczy zwykła większość parlamentarna.
Rozum uśpiony
– Antyunijną narrację w kontekście dezinformacji można podzielić na kilka kategorii. Pierwsza z nich to reakcja na bieżące decyzje urzędników lub Unii jako całości. W ten sposób narodził się np. fałszywy przekaz o tym, że UE będzie zmuszać obywateli do jedzenia robaków. Wszystko zaczęło się od rozporządzenia wykonawczego Komisji Europejskiej zezwalającego na wprowadzenie na rynek częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszcza domowego. Wywołało to dyskusję, że już niedługo będziemy zmuszeni jeść owady, nie wiedząc o tym, co oczywiście było nieprawdą. Unijny dokument wymagał, aby informacja o tego typu dodatkach do żywności znalazła się na etykiecie – mówi „Przeglądowi” Mateusz Cholewa, zastępca redaktora naczelnego portalu Demagog.
Unia pozbawiła już twarzy połowę polskiej prawicy. Można tak wywnioskować, kiedy przejrzy się internetowe wpisy polityków i zwolenników prawicy, którzy wywołali legendarną już burzę po wprowadzeniu dyrektywy Single-Use Plastics, w konsekwencji której, m.in. nie da się oderwać zakrętki od plastikowej butelki. Problem jak z popularnego żartu: „Panie doktorze, mam problem z okiem”. „Jaki?” „Jak piję herbatę to mnie oko boli”. „Proszę przed piciem wyciągać łyżeczkę z kubka”. Butelkę tymczasem wystarczy obrócić.
Można się śmiać, ale to jeden z elementów strategii obrzydzania Unii, który trafia do milionów Polaków jako realny argument. Jednocześnie wielu osobom umyka fakt, że siewcy tych antyunijnych treści są dziś często europosłami.
Można śmiać się z argumentów, ale nawet ta głupkowata w przekazie strategia działa. W miediach społecznościowych poprzez algorytmy, które karmią się polaryzacją społeczną, część baniek informacyjnych, w których są zamknięci prawicowi odbiorcy,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?
Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej
To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.
„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.
Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.
Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.
Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.
Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.
W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.
Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.
Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Trzy Konfy w łódce (nie licząc Psa)
Miarą zbydlęcenia polskiej prawicy jest fakt, że spośród trzech partii konkurujących (pozornie, po wyborach zewrą koalicyjne szeregi i wsiądą do jednej łódki) o władzę teraz Konfederacja sprawia wrażenie ugrupowania najbliższego politycznej ogłady.
Bosak i Mentzen, do niedawna symbole oszołomstwa, młodej fali radykałów, wszechpolackiego narodowego wzdęcia z jednej strony i libertariańskiego fundamentalizmu z drugiej, to chłopcy wygadani. Można, a nawet trzeba się ich światopoglądowi sprzeciwiać, ale w sporze z nimi człowiek musiałby się poważnie wysilić, zgrabnie stosują bowiem erystyczne pułapki, no i są swojej ideologii szczerze oddani. Tymczasem pirackie oko Brauna łypie już zupełnie obłąkańczo na autorską wizję wschodnioeuropejskiego faszyzmu, a w drodze do uczynienia z Polski Królestwa Bożego brauniści gotowi są wejść w spółkę choćby i z samym diabłem. Kaczyzm zaś to czysta demagogia w XX-wiecznym stylu, trącąca niewietrzoną zakrystią i przymulająca dziaderskimi perorami rodem z plenarnych posiedzeń Komitetu Centralnego.
I oto prezes zwąchał ducha czasu – na przyszłego premiera namaścił mrożkowego Edka; nie nowoczesnego bankstera ani smęcącą katechetkę, ale swojskiego Wuja, co Lepiej Wie. Wierny „Pies” Terlecki musiał ustąpić miejsca w sejmowej ławie po prawicy wodza, inteligenckie pochodzenie i hippiesowska przeszłość okazały się zbyt obciążające, teraz nadszedł czas Chama. Kaczor zapatrzony w Trumpa, uosobienie politycznej bandyterki, uznał, że to musi zadziałać także na rodzimym gruncie – lud się znudził politycznym teatrem,
Robimy to, co najważniejsze dla pacjentów
Zależy mi na czytelnym systemie i na tym, żeby każdy umiał się w nim sprawnie poruszać
Jolanta Sobierańska-Grenda – doktor nauk społecznych, prawniczka i urzędniczka samorządowa, prezes zarządu spółki Szpitale Pomorskie (2017-2025), minister zdrowia w trzecim rządzie Donalda Tuska (od 2025).
Dokąd płynie łódź zwana Ministerstwem Zdrowia? My – pacjenci, dziennikarze – mamy poczucie chaosu. Wrażenie, że ministerstwo nie tylko nie rozwiązuje problemów systemu, ale coraz częściej samo staje się ich źródłem. Na przykład są problemy z płynnością finansową rządowego programu in vitro.
– Program in vitro ma płynność finansową. Sprawdzaliśmy jego efektywność, skuteczność, wskaźniki jakościowe. Bardzo nam na tym programie zależy. Dzięki niemu urodziło się już 10,5 tys. dzieci. W 2025 r. przeznaczyliśmy na jego finansowanie 600 mln zł, a w 2026 r. budżet został utrzymany na tym samym poziomie. Podział środków na 2026 r. jest powiązany z efektami leczenia oraz poziomem wydatkowania dotacji, a co za tym idzie – potencjałem realizatorów w roku poprzednim. Podobnie jak w ubiegłym roku ośrodki mogą występować o dodatkowe finansowanie, jeśli wykażą większe zapotrzebowanie. Kryteria są jednakowe dla wszystkich, nie jest to mechanizm uznaniowy. Na razie rozdysponowaliśmy 509 mln zł, więc do dyspozycji pozostaje jeszcze 90 mln zł. Wierzę, że dzięki rządowemu programowi będzie coraz więcej ciąż.
Pytałam o chaos w Ministerstwie Zdrowia. Rozumiem, że powyższą odpowiedzią uspokaja pani, że panujecie nad wszystkim?
– Kieruję resortem siedem miesięcy, a sektor ochrony zdrowia ma przed sobą wiele wyzwań. Dzięki temu, że mam wokół siebie osoby doświadczone w zarządzaniu, mamy uchwycone strategiczne wątki, ważne z punktu widzenia pacjentów. Pierwsze miesiące w Ministerstwie Zdrowia poświęciłam na identyfikowanie wyzwań, które są najpilniejsze, i nadałam im priorytety. Zachęcamy interesariuszy i podmioty lecznicze do patrzenia na zmieniającą się demografię i wyzwania w związku ze starzejącym się społeczeństwem. A to jest zawsze dłuższy proces. Przychodząc tutaj, mówiłam, że ważne dla mnie jest, żebyśmy nie wzbudzali niepotrzebnego niepokoju wśród pacjentów. Zależy mi na czytelnym systemie i na tym, żeby pacjenci umieli sprawnie się w nim poruszać.
Które to są „wątki strategiczne dla pacjenta”?
– Na pewno dziś jest to e-rejestracja. Widzimy, że zadziałała w pandemii, że możemy zapanować nad odwoływanymi wizytami, zarządzać czasem. To jest powiązane z profilaktyką. A właśnie na tym polu mamy najwięcej do odrobienia w stosunku do innych krajów europejskich. Chodzi o stworzenie przyjaznego systemu profilaktyki z łatwym dostępem do badań. Potrzebna jest edukacja, bo profilaktyka jest bardzo ważna. To nasz duży priorytet.
Ważne jest dla nas również profilowanie podmiotów leczniczych zgodnie z potrzebami pacjentów. Tworzymy różnego rodzaju zachęty, ale decyzje na temat konkretnych zmian muszą zapadać po dyskusjach w regionach i to jest dla mnie priorytet, z którym przyszłam do ministerstwa.
„Regiony” przyjechały pod gmach MZ. Mówię o proteście dyrektorów szpitali. Frekwencja nie była wprawdzie taka, jakiej oczekiwano, ale głos dyrektorów był słyszalny. Macie więc kłopoty z dogadaniem się.
– Rozumiem emocje towarzyszące dyrektorom, bo doświadczyłam podobnych 15 lat temu, kiedy zmienialiśmy szpitale na Pomorzu. Widziałam u siebie w regionie, że mamy dużo szpitali, że konkurują między sobą, że mamy problemy finansowe, że nie wiadomo, co nas czeka za 5-10 lat, bo zmienia się demografia, społeczeństwo się starzeje. Było sporo nerwów. Nie było łatwo przekonać wszystkich do zmian, ale dziś z satysfakcją mogę powiedzieć, że się udało.
Protest przed ministerstwem dotyczył szpitali powiatowych, które już dzisiaj mogą np. przeprofilować się zgodnie ze zmianami potrzeb pacjentów w kierunku opieki długoterminowej i geriatrycznej. Do szpitali powiatowych trafiły środki z KPO i z Funduszu Medycznego. Za kilka miesięcy,
W stanie przedwojennym
Zmarł sędziwy Robert Duvall, aktor, któremu do miejsca w filmowym panteonie wystarczyło siedem lat z czterema powstałymi w tym czasie arcydziełami Francisa Forda Coppoli – zagrał bowiem w obydwu częściach „Ojca chrzestnego”, „Rozmowie” i „Czasie apokalipsy”. W tym ostatnim zapadł w pamięć jedną z najsłynniejszych, ale i najbardziej mrocznych fraz w historii kina: „Uwielbiam zapach napalmu o poranku”, wieńczącą brawurową sekwencję nalotu kawalerii powietrznej na wioskę zajętą przez partyzantkę Wietkongu.
Przez lata byłem ślepo zachwycony fantazją sceny helikopterowego ostrzału przy dźwiękach wagnerowskiego „Cwału Walkirii”, dzisiaj, w dobie obłąkanego trumpizmu, patrzę inaczej i widzę więcej. Jak Trumpowi marzy się amerykańska riwiera w zrównanej z ziemią Gazie, tak podpułkownik Kilgore, życiowy epizod aktorski Duvalla, chce po prostu posurfować w delcie Mekongu, gdzie tworzą się największe fale. Kiedy wśród żołnierzy napotyka mistrza surfingu, idée fixe staje się zadaniem bojowym – trzeba zapakować deski na pokład i przysposobić zatokę do zabawy. A że jest mocno obsadzona przez wietnamską partyzantkę, do zadania wykorzystuje się eskadrę śmigłowców, myśliwców i grad bomb zapalających. Trup ścielący się gęsto i artyleryjski ostrzał nie stanowią dla Kilgore’a przeszkody, dopiero kiedy pożar wzniecony przez rzeczony napalm zmienia termikę powietrza i powoduje zanik fal, podpułkownik musi się pogodzić z tym, że ch… bombki strzelił, surfowania nie będzie.
Psychopatyczni bogowie wojen
Polska nie jest kolonią
Zachowanie ambasadora Rose’a to nie tylko bezczelność na granicy chamstwa, ale także przejaw niebywałej pychy
To zdanie, które nie wydaje się odkrywcze, trzeba w ostatnim czasie jednak powtórzyć, a nawet częściej przytaczać, bo nabrało ono w świetle skandalicznych wypowiedzi amerykańskiego ambasadora nowego znaczenia. Marszałek Czarzasty, nie popierając absurdalnego wniosku o przyznanie Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla, nie tylko nie zrobił niczego złego i w najmniejszym stopniu nie obraził amerykańskiego prezydenta, ale po prostu postąpił słusznie. Poparcie tego wniosku byłoby kpiną z Trumpa. W dodatku ustawiałoby nasz kraj w gronie państw zależnych, niesuwerennych, klienckich. Samo dopominanie się nagrody miało w sobie coś z zachowania Nerona, który domagał się od Aten przyznania olimpijskiego wieńca w poezji, śpiewie i muzyce. Zresztą dla Nerona finał był smutny, gdy popełniał samobójstwo w obawie przed zasłużoną zemstą mieszkańców Rzymu, stwierdził: „Jakiż to artysta ginie we mnie”. Ciekawe, jak skończy karierę Trump.
Ogłoszenie przez niefortunnego ambasadora USA w Polsce, że zrywa wszelkie kontakty z marszałkiem Czarzastym, to właśnie przejaw imperialnej mentalności, oznaczającej, że zachcianki Trumpa są prawem, i inne państwa, a zwłaszcza sojusznicy Ameryki, mają obowiązek je spełniać. Jeszcze bardziej bezczelna była odpowiedź udzielona polskiemu premierowi. Na rzeczową i całkowicie słuszną uwagę, że sojusznicy nie powinni wzajemnie się pouczać, ambasador był uprzejmy stwierdzić, że odpowiedź premiera została wysłana do niego przez pomyłkę, a w rzeczywistości adresowana była do Czarzastego i dlatego panu Rose’owi bardzo się podobała. To nie tylko bezczelność na granicy chamstwa, ale także przejaw prostackiego poczucia humoru oraz niebywałej pychy ambasadora, który powinien znaleźć sobie inne zajęcie.
Polska wiele razy była zajmowana, atakowana,
STOP DLA POLEXITU
O wyjściu Polski z Unii Europejskiej mogą zdecydować tylko Polki i Polacy. W referendum
Czas wyjść ze strefy komfortu. Od lat realizowana jest w Polsce kampania przeciwko Unii Europejskiej. Przeprowadza się ją na różne sposoby. Zobaczmy, jak to się sączy.
Unia raz jest przedstawiana jako twór zupełnie bezsilny, spróchniały, który za chwilę się zawali. „Czas wyjść z walącej się rudery! – wołają więc na prawicy. – To tonie. Czy mamy tonąć razem z nimi?”. Innym razem o Unii mówi się jak o żarłocznym Lewiatanie, który narzuca mniejszym swoją wolę. „Czy mamy temu ulec? – wołają, dodając: – Zachowajmy niezależność. Nie dajmy się pożreć! Nie dajmy się biurokratom z Brukseli”.
Jest też grupa, która twierdzi, że Unia to Niemcy i realizuje niemieckie interesy. „Czy Niemiec ma nam pluć w twarz? Czy chcemy superpaństwa zarządzanego z Berlina?”, pytają, odświeżając polskie fobie.
Tym, którzy czują się związani z Kościołem, sączy się, że Unia jest świecka, coraz mniej katolicka. No i staje się gej-Europą. Ten strach chwyta. Tym z kolei, którzy ulegli propagandzie antyimigranckiej, sufluje się, że coraz większą grupę w Europie stanowią przybysze z państw afrykańskich, wołając: „To kalifat!”.
A gdy ktoś powie: „Zobaczcie, ile przez te lata zyskaliśmy finansowo”, antyeuropejczycy odkrzykną: „A moglibyśmy zyskać więcej!”. Wszystko jest więc na „nie”. I ta kampania przynosi rezultaty.
Parę tygodni temu głośno było o sondażu pracowni OGB. Pytanie brzmiało: „Gdyby w
Faryzeusze prawa i sprawiedliwości
Akolici PiS udający sędziów nie cofną się przed niczym, aby zachować swoje wpływy
21 stycznia br. uzbrojeni funkcjonariusze policji pod wodzą „żurkowych” prokuratorów napadli na Krajową Radę Sądownictwa. „To nie jest tak, że miałam jakikolwiek wpływ na to, żeby kogoś wpuścić bądź nie wpuścić do budynku, tylko został zastosowany przymus bezpośredni, aparat państwa zadziałał swoją siłą poprzez wprowadzenie funkcjonariuszy (…). Wszystkie drzwi były obstawione policjantami, było chyba ze stu policjantów, sytuacja nieprawdopodobna. Dla mnie to wyglądało jak w jakimś filmie gangsterskim”, mówiła neosędzia Dagmara Pawełczyk-Woicka, szkolna koleżanka Zbigniewa Ziobry i szefowa upolitycznionej, nieuznawanej przez środowiska prawnicze KRS.
Napastnicy nie tylko zajęli siłą pisowską świątynię sprawiedliwości – po „kilkunastu godzinach okupacji KRS pozostawiono zniszczone drzwi, szafy i sejfy”. Według Łukasza Piebiaka, szefa Stowarzyszenia Prawnicy dla Polski skupiającego sędziów lojalnych wobec byłej partii rządzącej, cała akcja była starannie przemyślana i skoordynowana. Wybrano akurat taki dzień, gdy prezydenta Karola Nawrockiego nie było w Polsce, brał bowiem udział w forum ekonomicznym w Davos, „w Brukseli dział się Mercosur”, a w Sejmie procedowano projekt ustawy o KRS.
O tym, że „w przypadkowość zaistniałej sekwencji zdarzeń trudno uwierzyć”, mówiła też pierwsza prezes Sądu Najwyższego, neosędzia Małgorzata Manowska. Zdaniem przyjaciółki Andrzeja Dudy działania prokuratury, które zbiegły się z debatą w Sejmie nad projektem tzw. ustawy praworządnościowej, „budzą poważne wątpliwości odnośnie do ich motywu” i mogą być postrzegane jako próba „zastraszenia sędziów w przededniu dyskusji nad przygotowanymi przez rząd rozwiązaniami”. Manowska zapomniała jednak dodać, że celem wspomnianej ustawy jest odpolitycznienie KRS i usunięcie z niej nominatów PiS. Zgodnie z wprowadzonymi zmianami już nie politycy, ale sędziowie będą wybierać swoich przedstawicieli do KRS – tak jak to było przed 2018 r.
Przeciwko ustawie praworządnościowej protestują sędziowie nieukrywający sympatii do PiS. Przez osiem lat rządów partii Jarosława Kaczyńskiego zostali tak zdeprawowani (licznymi przywilejami, możliwością dodatkowego zarobku, awansami i bezkarnością), że nie potrafią funkcjonować bez politycznego parasola. I tu dochodzimy do sedna sprawy „zamachu na KRS”.
Wbrew kłamliwej narracji policjanci nie napadli na konstytucyjny organ, nie stosowali przemocy wobec sędziów, nikogo nie zastraszali, nawet nie podeptali godności i czci Dagmary Pawełczyk-Woickiej ani innych neosędziów znajdujących się w budynku. Prokuratorzy z Wydziału Spraw Wewnętrznych Prokuratury Krajowej przyszli w asyście policji do KRS, bo w tym budynku mieści się biuro rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych i jego zastępców. Prokuratorzy działali legalnie, w granicach prawa,






