Tag "dyplomacja"

Powrót na stronę główną
Kraj

Polska zbrojeniówka: partner czy klient?

Co kryje się za kontraktami zbrojeniowymi?

Podczas wielu edycji Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach prezesi polskich firm zbrojeniowych w świetle fleszy, przy fanfarach i kieliszkach ściskali dłonie zagranicznych partnerów, podpisywali memoranda, listy intencyjne i „strategiczne partnerstwa”. Decyzje, które wówczas zapadały – mówiąc delikatnie – nie budziły zachwytu. Miliardy dolarów za gotowy sprzęt kupiony przez Wojsko Polskie wypływały za granicę, a polskie fabryki dostawały resztki z pańskiego stołu albo nie dostawały niczego.

W ostatnich latach polski przemysł obronny rozpięty był między dwoma biegunami – od spektakularnych sukcesów, głównie jednej prywatnej firmy, do równie spektakularnych porażek, które miały silny zapaszek polityczny.

W 2022 r., po ataku Rosji na Ukrainę, Ministerstwo Obrony Narodowej ruszyło na zakupy. Wszak trzeba było uzupełnić magazyny po przekazaniu Kijowowi (w postaci darowizny) 48 pakietów pomocy wojskowej o łącznej wartości przekraczającej 4,2 mld euro, czyli ponad 18 mld zł. W tym: 350 czołgów, 400 bojowych wozów piechoty BWP-1, 100 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak, 54 armatohaubic Krab, 14 samolotów myśliwskich MiG-29 i 10-12 śmigłowców szturmowych Mi-24 – by wymienić tylko najważniejsze rodzaje uzbrojenia.

Zbrojeniowe zakupy

Już w lipcu 2022 r. Polska podpisała z Koreą Południową umowy ramowe, które obejmowały dostawę około tysiąca czołgów K2 Black Panther, produkowanych przez Hyundai Rotem, 360 haubic K9 z Hanwha Aerospace i 48 samolotów FA-50 z Korea Aerospace Industries. Łącznie kosztowało to równowartość kilkudziesięciu miliardów złotych. Plusem tych umów była rzadko uzyskiwana w przypadku naszego kraju zgoda zagranicznych partnerów na transfer technologii. Koreańczycy zgodzili się na stopniową polonizację czołgów – wariant Black Panther K2PL ma być montowany w zakładach Bumar-Łabędy, haubice K9PL zejdą z linii produkcyjnej Huty Stalowa Wola, a Hanwha wraz z prywatną Grupą WB uruchomi w Polsce produkcję rakiet do wyrzutni Homar-K, czyli polską wersję południowokoreańskiego systemu artylerii rakietowej K239 Chunmoo, będącą odpowiednikiem amerykańskich wyrzutni HIMARS.

Wydawać by się zatem mogło, że odchodzimy od modelu lansowanego głównie przez Amerykanów, czyli kupowania gotowych produktów bez przenoszenia know-how nad Wisłę. Problem w tym, że polonizacja koreańskiego uzbrojenia idzie wolniej, niż zapowiadano. Część komponentów wciąż płynie z Korei, a przedstawiciele krajowego przemysłu obronnego ostrożnie przyznają, że pełne uniezależnienie potrwa lata. Na podobne rozwiązania nie możemy liczyć w przypadku zakupów w Stanach Zjednoczonych. A za ocean popłynęły największe pieniądze.

W marcu br. szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przy okazji podpisania umów offsetowych do kontraktu na śmigłowce Apache powiedział, że polskie „obecne zobowiązania związane z pożyczkami i zakupami w USA to ponad 200 mld zł”. Kwota obejmuje wartość wszystkich głównych umów: na dostawy systemów artylerii rakietowej HIMARS,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Pominęli nas jak zawsze

Ludzie w MSZ wciąż o tym mówią – szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas ogłosiła niedawno nazwiska 33 nowych ambasadorów UE i siedmiu zastępców szefów misji. A dodajmy, że Unia ma swoje ambasady w 145 krajach. Nowi ambasadorowie pochodzą z Francji, Włoch, Niemiec, Hiszpanii, Belgii, Portugalii, Holandii, Irlandii, Malty, Grecji, Danii, Czech, Szwecji oraz Finlandii. I koniec. Wśród nominowanych nie znalazł się ani jeden Polak.

W ten sposób tradycji stało się zadość. Możemy bowiem sięgać w przeszłość – i nic tu się nie zmienia. Na przykład w roku 2018 nowych ambasadorów prezentowała ówczesna szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini. Opowiadała długo: że w gronie 43 nowo mianowanych 14 to kobiety, potem wymieniała nazwiska. A Polaka w tym gronie nie było.

Nawiasem mówiąc, wówczas to nie dziwiło, bo PiS nie chciało, by „uwolscy dyplomaci” mieli dobre stanowiska, więc ich kandydatury nie miały oficjalnego wsparcia. Ale dziś? Szósta gospodarka Unii? Największe państwo wschodniej flanki?

Radość ma zatem opozycja. Marek Magierowski, pisowski ambasador w Izraelu i USA, już napisał, że premier Donald Tusk i wicepremier Radosław Sikorski „powinni się głęboko zastanowić, co zrobili źle, albo czego nie zrobili, żeby uniknąć tego blamażu”. Trudno z tym polemizować, zastanówmy się raczej, dlaczego tak się dzieje, dlaczego Polacy są pomijani.

Co ciekawe, w historii MSZ już parokrotnie powoływano mniej lub bardziej formalnych pełnomocników, którzy mieli popychać kariery polskich dyplomatów w instytucjach międzynarodowych, a unijnych w szczególności. I zawsze efekt ich działań okazywał się skromny. Z drugiej strony,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Ameryka, Ameryka

Trzech emerytowanych ambasadorów siedziało niedawno przy zielonej herbatce (bo zdrowa) i zabawiało się cytatami. O Ameryce.

Oto nasz Wielki Brat odezwał się w sprawach polskich. Ustami Eda Martina, pełnomocnika prezydenta USA ds. ułaskawień. „Spotkałem się z Ziobrą kilka tygodni temu – mówił Martin polskim mediom. – Jest bardzo rozważny. Dla Amerykanina minister sprawiedliwości to bardzo ważna funkcja. To w pewnym sensie najwyższe stanowisko po prezydencie”. I dodawał z troską: „Widzieć, jak jest atakowany przez media, przez system sądowy i przez Tuska – to się wydaje niemożliwe. Niby niemożliwe, ale widzieliśmy właśnie, jak Trumpowi robili to samo. Moim zdaniem Ziobro jest na wiele sposobów jak Trump. (…) Rzeczy, które robił każdy inny minister sprawiedliwości, teraz nazywają przestępstwem. Aż trudno się to mówi. Sowieci byli na waszej ziemi nie tak dawno temu. A to wygląda jak sowiecki komunizm,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Draka na Morawach

Pierwszy kongres Niemców sudeckich w Republice Czeskiej

Stosunki czesko-niemieckie nigdy nie należały do najłatwiejszych. Ostatnio przeżyły kolejny test. W Brnie w drugiej połowie maja odbył się Zjazd Ziomkostwa Sudeto-niemieckiego, który był częścią festiwalu kulturalnego Meeting Brno. Przygotowaniom do imprezy towarzyszyły protesty polityków i mieszkańców głównego miasta Moraw.

Stosunki na nowo

W ostatnich latach relacje Pragi z Berlinem poprawiły się. Przyczyniła się do tego strona czeska, gdy w 2013 r. premier Petr Nečas wyraził ubolewanie z powodu cierpienia Niemców sudeckich wysiedlanych po II wojnie światowej z ówczesnej Czechosłowacji. Druga strona także zrobiła gest: wykreśliła ze statutu Ziomkostwa Sudetoniemieckiego fragment poświęcony dążeniom do odzyskania majątku odebranego Niemcom, obywatelom przedwojennej Czechosłowacji.

Niemcy sudeccy po 1945 r. znaleźli się głównie w Republice Federalnej Niemiec, w Bawarii, gdzie skoncentrowana jest działalność ziomkostwa. Od ponad 12 lat liderem organizacji pozostaje Bernd Posselt. W 2003 r. ten były dziennikarz głosował jako europoseł przeciwko przyjęciu Czech do Unii Europejskiej. Jako przyczynę podał dekrety Beneša, które jego zdaniem powinny trafić na „śmietnik historii”. Później jednak zawiał wiatr historii albo Posselt to i owo przemyślał. Będąc już szefem ziomkostwa, polityk CSU dokonał w 2015 r. zmiany statutu stowarzyszenia przez wykreślenie sformułowań o potrzebie odzyskania ojczyzny i sensie roszczeń odszkodowawczych.

Festiwal Meeting Brno wziął początek z Inicjatywy Roku Pojednania ogłoszonej w 2015 r. przez ówczesne władze morawskiej stolicy. Częścią corocznej imprezy stał się Marsz Pojednania organizowany jako wspomnienie ofiar tzw. brneńskiego marszu śmierci z 30 maja 1945 r.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Podpisze czy nie?

Radosław Sikorski co najmniej trzy razy dogadywał się z Andrzejem Dudą w sprawie ambasadorów – ze skutkiem śladowym. Prezydent podpisał nominacje niewielkiej grupie, ale zdecydowanie większej – nie podpisał. I tyle.

Teraz podobne rzeczy dzieją się z Karolem Nawrockim. Owszem, słyszało się różne newsy – że Nawrocki dostanie pakiet „swoich” ambasadorów albo że Sikorski wycofa Bogdana Klicha z Waszyngtonu i Ryszarda Schnepfa z Rzymu. I że to będzie początek współpracy. Ale na spekulacjach się skończyło.

Potem pojawiła się informacja, że powstanie specjalny zespół, który sprawy ambasadorów będzie uzgadniał z urzędnikami Kancelarii Prezydenta. A z ramienia MSZ działać w nim będzie Henryka Mościcka-Dendys. I to jest ciekawe. Otóż Henryka Mościcka-Dendys, dziś dyrektor generalna MSZ,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Klęska polityki wschodniej

Bartosz Cichocki, ambasador RP w Kijowie w latach 2019-2023, poinformował, że „w związku z decyzjami prezydenta Ukrainy honorującymi UPA i kolaboranta niemieckich nazistów” odesłał Wołodymyrowi Zełenskiemu otrzymane w 2022 r. odznaczenie. Odesłał, bo prezydent Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek imię Bohaterów UPA. Uczynił to „w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska”.

Wcześniej w tej sprawie do MSZ zaproszony został ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar, gdzie przyjął go wiceminister Marcin Bosacki. Z komunikatu wiemy, że „polska strona jasno wyraziła sprzeciw wobec decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i jasno wyjaśniła, jak bolesna była ona dla Polaków. Podkreśliła też, jaki gniew wywołuje to w Polsce i jak mocno zniechęca wielu Polaków do Ukrainy w tym trudnym wojennym czasie”. Był też komunikat rzecznika MSZ, który pisał: „Jednoznacznie negatywnie oceniamy nadanie ukraińskiej jednostce imienia Bohaterów UPA”.

Wszystko jasne? Otóż nie. Co najmniej od 11 lipca 2003 r., od uroczystości w Pawliwce (dawniej Poryck) z udziałem prezydentów Polski i Ukrainy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Leonida Kuczmy, którzy w 60. rocznicę zbrodni wołyńskiej wspólnie odsłonili Pomnik Pojednania Polsko-Ukraińskiego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Z UPA na piedestale

Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie

27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej.

Zełenski nie był pierwszy

Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego.

Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Dokąd maszeruje Ukraina?

Od lat bijemy w ten mur. Mur świadomie fałszowanej historii. Relacje polsko-ukraińskie na długo przed wojną z Rosją były praktycznie zamrożone. A teraz? Jest jeszcze gorzej. Mimo ogromnej pomocy, często ponad nasze realne możliwości, mamy ze strony ukraińskiej cały ciąg posunięć, które trudno nazwać inaczej niż jawnie wrogimi.

Polska jest praktycznie odsunięta od międzynarodowych rozmów dyplomatycznych dotyczących przyszłości Ukrainy. Nie ma nas tam, choć w trakcie wojny Rosji z Ukrainą jesteśmy dla Ukraińców szczególnie lojalnym i szczodrym sojusznikiem. Niestety, po drugiej stronie nie ma reakcji w sprawach,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Made in USA

Frak ambasadora musi mocno uwierać Toma Rose’a, bo co chwilę wyskakuje z jakimiś komentarzami dotyczącymi polskiej polityki. Tak było w ubiegłym tygodniu, gdy ze zgrozą pisał na platformie X o marszałku Sejmu Włodzimierzu Czarzastym: „Ten człowiek jest zagrożeniem! Celem jego zapalczywej retoryki obrażającej prezydenta USA Donalda Trumpa może być jedynie zaszkodzenie stosunkom amerykańsko-polskim i osłabienie własnego kraju”. A pisał dlatego, że Czarzasty w wywiadzie dla „Financial Timesa” powiedział, że Trump to lider chaosu.

Ale już parę dni później Rose chwalił Czarzastego i pisał: „Brawo dla niego!”. To po tym, jak marszałek Sejmu złożył w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez posła Konrada Berkowicza. Mamy więc ambasadora komentatora.

I to zapatrzonego w swojego prezydenta.

Jego poprzednik, Mark Brzezinski, również zaznaczał swoją obecność, ale robił to nieco inaczej. Znana jest sprawa z 15 listopada 2022 r., gdy w Przewodowie na Lubelszczyźnie spadła ukraińska rakieta obrony przeciwlotniczej, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch Polaków. To był szok, polskie władze musiały reagować, ale początkowo nie wiedziały, czyja to rakieta, czy to uderzenie przypadkowe itd. I wtedy do gry wszedł Mark Brzezinski. Wysłał do polskiego ministra spraw zagranicznych Zbigniewa Raua kilka SMS-ów o treści:

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Prokurator i polityka kulturalna

Sprawa hotelu Schwanen w Rapperswilu może być kolejną kompromitacją PiS i pisowskiego sposobu działania – wywala się grube miliony na zakup obiektu, nawet nie sprawdzając, czy do planowanych zadań się nadaje. Na czuja. Z radosnym optymizmem 10-latka.

Trwa bowiem śledztwo prokuratury w tej sprawie, a to za przyczyną władz Instytutu Pileckiego, które uznały, że osoby odpowiedzialne za majątek Pilecki-Institut (Schweiz) GmbH oraz całego instytutu w latach 2022-2023 działały niegospodarnie i na szkodę instytucji.

O sprawie już pisaliśmy, więc tylko gwoli przypomnienia: lokalne władze w Rapperswilu wypowiedziały umowę najmu miejscowemu Muzeum Polskiemu, które korzystało z sal tamtejszego zamku. Wzrok polskich decydentów padł wówczas na opuszczony hotel Schwanen, znajdujący się w centrum miasta. Dość szybko go kupiono, nie licząc się z kosztami. Zapłacono za niego prawie 120 mln zł, do tego trzeba doliczyć koszty odnowienia i utrzymania obiektu.

Co dostaliśmy w zamian? Minister kultury w rządzie Mateusza Morawieckiego Piotr Gliński, który ogłaszał w 2022 r. triumfalnie, że Polska uratowała muzeum, dziś też uderza w wysoki ton. Że hotel Schwanen został kupiony na potrzeby dwóch instytucji: Instytutu Pileckiego i Muzeum Polskiego w Rapperswilu. I przypomina, że muzeum na zamku miało ok. 100 m kw. ekspozycji, a hotel Schwanen to 2,7 tys. m kw.

Gdzie zatem haczyk? Otóż notarialny akt kupna-sprzedaży zawiera klauzulę mówiącą o tym, że hotel Schwanen zachowa funkcję hotelowo-gastronomiczną. A to oznacza, że praktycznie nie nadaje się na muzeum. Co więcej, ponieważ jest to budynek zabytkowy, korzeniami sięgający XVI w.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.