Tag "dzienniki"

Powrót na stronę główną
Felietony Tomasz Jastrun

Płonący krzyż

Wertuję swoje dzienniki, cofnąłem się do lat 70. Kiepsko wtedy pisałem, myślałem też nienajlepiej. Czasami trafia się jakiś bursztyn, to go podnoszę. Minione życie zdaje się płaskie, bez zapachów i wszystko już wyjaśnione, czas unieważnia nawet to, co zdawało się bardzo ważne. Skupiam się teraz na latach 80. Jeśli zrobię książkę z tych dzienników, to będzie głównie ta dekada. Niezwykła. To nie tylko powstanie Solidarności, polityczny cud, unikatowy ruch w skali świata, potem stan wojenny, pacyfikacja kraju i postępujący rozkład ustroju, który doprowadzi do jego zawalenia się. Po czym rozsypie się całe imperium. Nieczęsto rozsypują się imperia. Co mnie dziwi po latach, nie docenialiśmy, że ta pacyfikacja jak na skalę operacji była mimo wszystko umiarkowana.

Równolegle siedzę w 20-leciu międzywojennym, tu z kolei nie w pełni wiedziałem, jak chora była ówczesna polska demokracja. Nie tylko Bereza i Brześć. Były zabójstwa polityczne, maltretowanie przeciwników politycznych, też artystów i dziennikarzy, zamach majowy. Getta ławkowe. I ten nacjonalistyczny smrodek, wzmocniony wonią koszar wojskowych, durny kult marszałka. I jak żałośnie pękła ta bańka we wrześniu 1939 r.

Idealizowałem na pewno Piłsudskiego, w czym później krzepił mnie Jerzy Giedroyc, zagorzały piłsudczyk. Zwykle nie ingerował w moje felietony, nawet kiedy pisałem o marszu toalet do Europy, a nie znosił toaletowego tematu, za to dwa razy prosił, bym złagodził słowa o marszałku. Trzeba jednak pamiętać też o tym, co działo się wtedy w Europie i jak tam wyglądała sytuacja polityczna, ile było przemocy. Teraz z kolei nie doceniamy, jak niezwykłym sukcesem była transformacja ustrojowa rozpoczęta w 1989 r. Tu konkurencją jest cud południowokoreański. Polska ma zaś obciążenia historyczne. Gdy w XVIII w. Europa błyskawicznie się modernizowała,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Życie i śmierć to zawsze splot okoliczności

Depresja bez wsparcia jest chorobą śmiertelną. Ze wsparciem też nią często bywa

2 marca 2016 roku
Nie wiem, jak zacząć

żyję

Uratowano mnie w ostatniej chwili, ale czy jestem pewien, że to był dobry pomysł?

Pamiętam dłoń z pierwszą ratą pigułek, wahającą się od kilku godzin. Czułem się jak żołnierz, który boi się wyskoczyć z okopu w stronę ściany ognia.

I jaka ulga, gdy ruszyłem… Jeszcze w pośpiechu kilka słów pożegnania… potem łykam następną ratę. Straszne ilości pigułek… jak mogli mnie po takiej dawce odratować? To nie było wołanie o pomoc, to było wołanie o nieistnienie. Śpieszyłem się, chciałem zdążyć przed powrotem dzieci do domu.

Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem smutno uśmiechnięte twarze Daniela i Ewy. Wcześniej to wypłukiwanie ze mnie leków, coś z tego pamiętam… tyle walki, by uratować moje życie, którego już nie chciałem, za wszelką cenę nie chciałem. Jak można było pogardzić taką determinacją.

Jak w przedszkolu pamiętam moje wielkie rzyganie mlekiem na świat cały z powodu kożucha, tak teraz, już po głównym płukaniu, ten rzyg, który pamiętam w przebłysku świadomości, w stronę pielęgniarki – ucieka z piskiem, taki wiejski śmigus dyngus, a ktoś mówi, to już tylko woda, a ja mówię, a pewnie raczej tylko myślę: przepraszam.

Oddział psychiatryczny, gdzie teraz jestem, to wcale nie jest takie ciekawe miejsce, jak się niektórym wydaje, natomiast bardziej okropne, niż się przypuszcza.

Wstrząs dla organizmu był tak wielki, że na dzień minęła mi depresja, dzień wczorajszy. Dzisiaj czuję, jak wraca zachmurzenie i niepokój, powoli, ale nieubłaganie. Jak cudownie było wczoraj czuć się normalnie. Nawet w tym nienormalnym miejscu.

Odwiedziny Pawła, a przede wszystkim Magdy z modemem, tu nie ma internetu… dzięki niej piszę.

Ewa z rzeczami dla mnie, aż strach mi pytać o dzieci, nie myślę o nich, by mniej cierpieć.

Szalona przed chwilą weszła do mojego pokoju i ubrała się w moje rzeczy. Wcześniej łaziła naga po korytarzu, wylewająca się ze swoich brzegów i zawodząca. Tak, dostałem osobny pokój, ruderę, jak nędzną więzienną celę, ale tu to i tak luksus. Jakim luksusem był pawilon więzienny w Białołęce, gdzie mnie osadzili, wobec tego oddziału. Teraz nieszczęsna zawodzi na cały oddział, a facet z wielką siwą brodą, w piżamie, snuje się, co chwila popierdując radośnie, kładzie się na podłodze i wygłasza kazania.

W pokoju nie mogę pisać,

Fragment książki Tomasza Jastruna Rok szczura, Czytelnik, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Pogwarki o zwolnieniach i zniewoleniach

W górach czuję się wolny najbardziej; straciłem dla nich głowę od pierwszego wejrzenia, jeszcze w głębokim dzieciństwie, palec straciłem znacznie później, po kilku dekadach wspinaczki podziemnej i graniowej. Konkretnie palec u lewej stopy. Od kiedy zaś go straciłem, zmieniła mi się postawa, stopa nieco się odkształciła, przesunęły najbardziej obciążane punkty, słowem łatwiej przyrastają mi odciski, muszę uczęszczać do podolożki. A ona lubi sobie pogadać przy skrobaniu nagniotków; od czego byśmy pogwarki nie zaczęli, kończymy tematem wolności.

Ona mnie podpytuje o podróże mniejsze i większe, o przeprowadzki i życie nomadyczne, sama bowiem jest domatorką i osobą rodzinną, wyjeżdża niechętnie, wolny czas zabija w przydomowym ogrodzie. Tym się teraz różnimy; kiedyś też największą wartością były dla mnie miłość i rodzina – nie powiem, abym z tego wyrósł samodzielnie, raczej turbulencje życiowe mnie przysposobiły do wolności i do tego, by się nią samotnie rozkoszować. „Dobrze jest mieć w życiu kogoś, kto zada pytanie: »Kochanie, kiedy wrócisz do domu?«”, mówi ona. „Ach, to przecież podwójne zniewolenie – odpowiadam. – Nie dość, że się jest uwiązanym do miejsca, to jeszcze do człowieka”. A ona, jako że mnie czyta, a przynajmniej podczytuje cytaty ze mnie, co to pierwsze wyskakują w wyszukiwarce, przywołuje: „Ale przecież kiedyś pan napisał, że ludzie tak naprawdę mogą mieszkać tylko w innych ludziach, depresja to nic innego jak bezdomność, na depresję cierpią ci, którzy nie mają w kim zamieszkać”. Tłumaczę więc, że to nie ja, lecz jeden z bohaterów mojej powieści, już nawet nie pamiętam który, wkładałem w usta postaci nawet i większe bzdury, ta konkretnie jest całkiem makabryczna, bo opisuje psychikę drapieżnego pasożyta, toż takie kocopoły mógłby powiedzieć na kozetce ósmy, obcy pasażer Nostromo.

I tak sobie gwarzymy dalej: „Ale przecież dobrze mieć w życiu coś stałego, jakiś widok z okna, do którego się przywykło, który jest nasz, oswojony”. Ja jej na to, że w pierdlu mają codziennie ten sam widok z okna, miarą wolności jest zmienność widoków, a potem już sam siebie cytuję w narcystycznym uniesieniu: „Wolę mieć widoki na bieżąco niż widoki na przyszłość”. I w końcu ona dochodzi do wniosku, że w takim razie powinienem był już dawno wyruszyć w nieustającą podróż dookoła świata, ja jej na to, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Łzy pradziadka

Obgadywałem sprawę zniesienia pańszczyzny. Gospodarzom podobały się moje słowa, lecz nie uwierzyli, żeby panowie tego chcieli

W lipcu 1845 r. zaczęła krążyć propaganda rewolucyjna między młodszą patriotyczniejszą szlachtą i tegoż rodzaju oficjalistami a młodzieżą akademicką. Na czele tej propagandy i od niej stali wychodźcy we Francji. Celem było uwolnić lud od pańszczyzny, wprowadzić równość praw i pociągnąć go za sobą ku wywalczeniu wolności i oswobodzenia Polski z wrogów. Historia oceniła to powstanie, niedołężnie kierowane, a więc bardzo smutnie zakończone. I nie mogło być inaczej, gdyż między szlachtą a ludem nie było nie tylko harmonii, lecz wręcz po największej części nienawiść. Rzadko gdzie był chłop sprawiedliwie traktowany, przeciwnie, na każdym prawie kroku wyzyskiwany.

Lud, konserwatysta z natury, podejrzliwy, bo uciskany od wieków, nie mógł ciemiężcom swym zaufać pomimo najsolenniejszych obietnic wolności. Gdy nadto rząd, na którego czele stali prawie wszędzie Niemcy starostowie, poznał, co się święci, bo szlachta sama swoją niedorzeczną gadatliwością, butą i odgrażaniem się uwagę jego na rewolucyjne dążności partii demokratycznej zwróciła, a chociaż kilkunastu roztropniejszych przed niebezpieczeństwem ostrzegało, warchoły nie dali się przekonać i z coraz większą zuchwałością prawie pod nosem starostów hałaśliwe i pijatyckie zjazdy rewolucyjne urządzali – przed innymi tak działo się i w Tarnowie. Czy to było zdradą, czy tylko głupotą, na jedno wyszło, gdyż starostowie w ten sposób znali każdego człowieka do powstania należącego.

Organizacja najgorzej była prowadzona. Magnateria stała na uboczu, a większa część wyjechała za granicę. Zdolniejsi i znaczeniem swem przedniejsi panowie, jeżeli nie usunęli się całkowicie, to zastawiali się swymi oficjalistami, a ci, jakkolwiek pełni poświęcenia, nie mieli ani zdolności, ani znaczenia na tyle u ludu, aby zjednać sobie jego zaufanie i tak wielkiej doniosłości przedsięwzięciu podołać. Dlatego pomimo tak słabych sił ze strony rządu powstanie w zarodzie upaść musiało.

Około 1700 osób inteligencji, nawet kilku księży, wskutek poduszczenia rządu poniosło śmierć w barbarzyński sposób z rąk chłopskich kosami, cepami, widłami, siekierami, a kilka milionów w majątkach przez pożary, burzenie sprzętów, rabunek w bydle, w zbożu etc. przepadło.

Zacząwszy od 17 lutego 1846 r., mordowano, rabowano, palono przez kilkanaście dni w Galicji majętniejsze dwory. Szczególnie tarnowski i bocheński cyrkuł, na czele których stali starostowie Bernd i Breinl [w rękopisie Breindl], zaciekli Niemcy i wrogi Polaków, był pastwą rozjuszonego chłopstwa, albowiem nie tylko dano mu wszelką wolność zabijania i rabowania, lecz nadto płacono po 10 f. za zabitego, a po 5 f. za aresztowanego szlachcica. Gdyby wszyscy starostowie taką rzeź urządzili, nie byłoby prawdopodobnie wiele dworów się ostało, a szlachty byłoby stokroć więcej wyginęło, lecz było kilku starostów bardzo zacnych, którzy rozkazu mordowania szlachty i rabowania nie usłuchali. Historia zapisała ich imiona ku wiecznej pamięci i wdzięczności narodu polskiego, chociaż niemieckie nosili nazwiska.

Z nieszczęścia tego korzystali,

Fragment pamiętnika pradziadka Rafała Skąpskiego z książki „Antoni i jego dzieci”, opisującej dzieje antenata i jego potomków, wydanej przez Fundację Historia i Kultura, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Drugiego „cudu nad Wisłą” nie było

Powstanie warszawskie w dziennikach MOTTO: Zofia Nałkowska: Co ich pcha, że (…) idą w śmierć. I wloką za sobą całe to milionowe miasto, które „idzie z dymem” w powietrze. 1 sierpnia to dzień, w którym co roku władze państwowe i media – żyjące na co dzień bieżącymi wydarzeniami – przypominają sobie o historii. Ale pamiętać to jedno, a myśleć i wyciągać wnioski – drugie. Polityczno-medialny obraz powstania warszawskiego każe postrzegać tamte 63 dni jako jeden z najważniejszych momentów naszych dziejów. Co roku

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Przebłyski Z dnia na dzień

Tfurczość w Orlenie

39 błędów we wstępniaku wicenaczelnego „Dziennika Zachodniego” to wizytówka tej gazety po przejęciu przez ekipę Obajtka. Literówka była nawet w nazwisku autora, czyli Jędrzeja Lipskiego. „Środe wakacji. powoli nadchodzi sierpień. Tym razem nie o wakacjach, ani o pogodzie. Le o sierpniu, polskim sierpniu” – tak zaczyna się wstępniak Lipskiego, opublikowany w „Dzienniku Zachodnim”. W tekście składającym się z sześciu akapitów jest, powtórzmy, 39 błędów. Literówki, błędy interpunkcyjne, niepoprawne użycie wielkich i małych liter. Najważniejsze, by Lipski

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Głupota i podłość roku

Do Konstancina po raz pierwszy jadę nowym mostem Południowym i niedawno oddaną do użytku autostradą, która na razie kończy się w Wilanowie. Już blisko Konstancina widzimy łosia, który łazi sobie w pobliżu zabudowań. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa. Ojciec poruszony odchodzi od telefonu, dzwoniła redaktorka, że w wyborze wierszy przygotowywanym w wydawnictwie jest w utworze zdanie: „Łoś, który już w lasach naszych nie żyje”. A łosie, co prawda przetrzebione przez wojnę, żyły jednak. Ojciec zdawał się bardzo strapiony, że musi przerabiać wiersz.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Paderewski – replika Hajdarowicza

Na początek wyrazy współczucia. Kierujemy je w stronę Pawła Łepkowskiego z „Rzeczpospolitej”. Autora kolejnego wywiadu z Grzegorzem Hajdarowiczem. Formalnym właścicielem wydawnictwa, w którym Łepkowski zarabia na coś do chleba z masełkiem. A może niepotrzebnie się o niego martwimy? Może lubi słuchać megalomańskich wynurzeń Hajdarowicza? I lubi krytykę ludzi, z którymi Łepkowski pracował? Może lubi pompować ego Hajdarowicza, porównując go do Paderewskiego? Oj, nieelegancko tak na żywca kpić z człowieka, który osobiście uratował „Rzeczpospolitą”. Hajdarowicz jest przekonany, że gdyby się nie pojawił w 2011 r., to ten

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Kłamali 31 razy

Dwa lata czekała Justyna Steczkowska na to, by „Super Express” przeprosił ją za opublikowane kłamstwa. A było za co. W ciągu kilku miesięcy w 2017 r. tabloid opublikował 12 artykułów o niej, a 19 tekstów umieścił na stronie internetowej. Rażąco naruszono prawa piosenkarki, kłamiąc na temat jej życia prywatnego. A jeśli coś dziwi, to obecność polityków lewicy w tym morzu kłamstw.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Jankowski – z buta na Superstację

Gdy PiS wydusiło na Solorzu zmianę nastawienia Polsatu do partii, wiadomo było, że to skromny początek zaprzęgania stacji do pisowskiego rydwanu. By załoga nie myślała o buncie, pokazową egzekucję wykonano na Superstacji. Na komisarza wysłano tam Grzegorza Jankowskiego, wieloletniego szefa brukowca „Fakt”. Nikt tak nie zepsuł rynku prasowego jak springerowski produkt. Rekordzista kłamstw i przegranych procesów. Wszystko pod rządami Jankowskiego. I w takie łapy wpadła Superstacja. Jankowski z przytupem i tupetem mówi tam: „Jestem dyrektorem programowym Superstacji i mam dla

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.