Tag "historia"

Powrót na stronę główną
Historia

Retuszowanie historii

Zwycięstwo zostało przez Rosjan i narody radzieckie okupione stratami wielokrotnie większymi niż angielskie i amerykańskie

Bez wypowiedzenia wojny hitlerowskie Niemcy napadły 22 czerwca 1941 r. na Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, łamiąc pakt o nieagresji między tymi państwami z 23 sierpnia 1939 r. oraz podpisany tego samego dnia przez Ribbentropa i Mołotowa tajny protokół dodatkowy, uzupełniony jeszcze tajnym protokołem dodatkowym z 28 września tegoż roku. Wojna, rozpoczęta agresją III Rzeszy na Polskę 1 września 1939 r., do czego dołożyła się następnie klęska Francji, stała się wojną światową, do której po ataku Japonii na Pearl Harbor (Hawaje) włączyły się także 7 grudnia 1941 r. Stany Zjednoczone.

Francja i Wielka Brytania mogły się przeciwstawić agresji Hitlera na Polskę, tym bardziej że miały z naszym krajem zawarte układy sojusznicze, a III Rzesza, nawet po Monachium i zagarnięciu Czechosłowacji, nie mogłaby stawić czoła siłom zbrojnym państw połączonych sojuszami obronnymi. Nieudzielenie skutecznej pomocy Rzeczypospolitej, mimo wypowiedzenia Niemcom wojny przez Paryż i Londyn 3 września, spowodowało w czerwcu 1940 r. klęskę Francji, która nie chciała „umierać za Gdańsk”, i poważne zagrożenie Wielkiej Brytanii, bombardowanej przez Luftwaffe od 1 sierpnia do grudnia 1940 r. Z kolei USA były w dużo większym stopniu zaangażowane w wojnę z Japonią niż z III Rzeszą, choć wspierały materialnie i militarnie państwa koalicji antyhitlerowskiej, zwłaszcza na zachodnioeuropejskim odcinku działań zbrojnych.

Drugi front

USA działają zawsze głównie we własnym interesie. Świadczą o tym wydarzenia I wojny światowej, do której Stany przystąpiły dopiero w kwietniu 1917 r. Nie spieszyły się też z wypowiedzeniem wojny III Rzeszy po jej agresji na Polskę czy po klęsce Francji, zwlekały z udzieleniem wsparcia Wielkiej Brytanii. Licząc na pomoc ZSRR w walkach z Japonią, prezydent Franklin D. Roosevelt wiedział, że u progu 1945 r. miała ona pod bronią ogromne siły, łącznie 5,365 mln żołnierzy. Dopiero po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki na początku sierpnia 1945 r. prezydent Harry Truman nie życzył już sobie pomocy Armii Czerwonej.

Pamiętać też trzeba, że drugi front na Zachodzie został utworzony dopiero w czerwcu 1944 r., już po klęskach Wehrmachtu pod Stalingradem i na Łuku Kurskim, mimo że Stalin nalegał, by front ten powstał wcześniej, co odciążyłoby Armię Czerwoną. Nie oznacza to pomniejszania wysiłku zbrojnego aliantów zachodnich, lecz po 70 latach od zakończenia II wojny światowej nie sposób kwestionować, że decydujące znaczenie dla zwycięstwa nad III Rzeszą miały walki na froncie wschodnim. Na każdych 10 żołnierzy niemieckich poległych na wszystkich frontach w latach 1941-1945 aż ośmiu straciło życie w bitwach z Armią Czerwoną.

Nie ma żadnych poważnych argumentów pozwalających udowodnić, że decydującym zwrotem w wojnie była bitwa o Wielką Brytanię w 1940 r., kiedy obroniono ją przed atakami niemieckiego lotnictwa. Amerykańscy politycy i wojskowi twierdzą, że to militarne i materialne zaangażowanie USA doprowadziło do zwycięstwa aliantów. I Brytyjczycy, i Amerykanie pomijają fakt, że przełomowe znaczenie dla rezultatów wojny miał front wschodni. „Z pewnością Stalingrad jest (…) punktem zwrotnym w historii II wojny światowej”, stwierdził 15 lat po bitwie hitlerowski generał Erich von Manstein, chociaż jednocześnie uważał, że wojna na Wschodzie nie wydawała

Autor był profesorem nauk politycznych, rektorem Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku

Tekst opublikowany w „Przeglądzie” nr 19/2015

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Nigdy nie mówię „Ziemie Odzyskane”

Tysiąclecie dwóch pierwszych polskich koronacji, Bolesława Chrobrego i Mieszka II, wskrzesiło pamięć o Polsce Piastowskiej. Ale czym była ta Polska? Jej terytorium dopiero się kształtowało. Jeżeli nawet władztwo Mieszka I obejmowało Szczecin, to aż do roku 990 nie podlegały mu Śląsk ani dzisiejsza Małopolska. Z kolei państwo Bolesława Chrobrego sięgało po dzisiejszą Ukrainę i dzisiejszą Słowację, ale rozpadło się już kilka lat po obu koronacjach. Kazimierz Odnowiciel dopiero pod koniec panowania „odzyskał” Śląsk (przedtem „odzyskali” go Czesi). Bolesław Krzywousty podbił utracone przez Chrobrego Pomorze, ale była to w większości zależność typu lennego, która i tak skończyła się już po 60 latach. Nigdy nie przyłączono do Polski ziem pogańskich Prusów: dzisiejszych Warmii i Mazur. Po Krzywoustym (niezależnie od jego intencji) odziedziczyliśmy rozbicie dzielnicowe, w rezultacie którego Polska zmieniła się w konglomerat wojujących ze sobą państewek. Ostatni Piast, Kazimierz Wielki, zrezygnował ze Śląska na rzecz Czech, a z Pomorza na rzecz Krzyżaków, więc z Polski Piastowskiej ostały się tylko Wielka i Mała Polska. Ale swe państwo Kazimierz podwoił terytorialnie: przyłączył do niego Lwów i ziemie ruskie. Czy była to nadal Polska Piastowska?

Gdy wymawiamy ten termin, przypominamy sobie nazwy znane z wojen z Niemcami z X-XII w.: Cedynia, Niemcza, Głogów czy kompletnie zmyślone Psie Pole. A przecież Polska Piastowska była zawsze bliska Rzeszy. Tak zwany chrzest Polski został przyjęty z rąk któregoś z biskupów niemieckich, Mieszko I nosił tytuł „przyjaciela cesarza”, Bolesław Chrobry podejmował cesarza w Gnieźnie, Kazimierz Odnowiciel zaś odzyskał tron dzięki pomocy niemieckiej. A potem? Toż swą dzielnicę Piastowie śląscy germanizowali – o ileż skuteczniej, niż czynił to potem Otto von Bismarck! Rozwijali oni Śląsk gospodarczo, ale za cenę włączenia w obieg

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Kipu na zamku w Niedzicy

Czyli historia genialnej mistyfikacji

Wojna zakończyła się ponad rok wcześniej, ale latem 1946 r. na Podhalu daleko było od jakiejkolwiek stabilizacji. Formalnie działały organy nowej, ludowej władzy, ale lokalne posterunki przypominały małe twierdze, a barykadującym się na noc milicjantom przyświecał jeden cel – przetrwać. Wszystko z powodu aktywności oddziału Józefa Kurasia „Ognia” (…). W tej sytuacji ludność musiała często brać sprawy w swoje ręce. 20-letni Franciszek Szydlak z własnej inicjatywy zaopiekował się wiekowym niedzickim zamkiem, w którym służył jeszcze przed wojną. (…) Wrota otwierał jedynie dla nielicznych zwiedzających.

W ostatni dzień lipca, przed południem, oczom samozwańczego obrońcy zamku ukazał się niezwykły widok. Na wzgórze podjeżdżała ciężarówka, a zza szoferki słychać było roześmiane głosy. Po chwili z paki zeskoczył młody, przystojny mężczyzna z zawadiacko zaczesanymi włosami:

– Dzień dobry! Czy jest tu we wsi jakaś władza? Sołtys, milicjant?

– Jest oczywiście – odpowiedział ostrożnie Franciszek Szydlak.

– A o co chodzi?

– Nazywam się Andrzej Benesz. Decyzją Wojewódzkiego Urzędu Konserwatorskiego w Krakowie jestem upoważniony do wydobycia ukrytego na zamku testamentu. Będę potrzebował urzędowych świadków. Możecie ich tu poprosić?

– To chwilę zajmie – odpowiedział wymijająco klucznik z Niedzicy, studiując uważnie okazany mu dokument. – Do tego czasu musicie zaczekać przed bramą.

– Nic nie szkodzi, zejdziemy tu nad rzekę podziwiać panoramę Pienin – stwierdził kierownik tej dziwnej naukowo-rekreacyjnej wyprawy.

W ciągu kilkudziesięciu minut Franciszkowi Szydlakowi udało się zainteresować sprawą sołtysa Andrzeja Pukańskiego, leśniczego Stanisława Gołąba i trzech żołnierzy z pobliskiej strażnicy WOP. Po wejściu całej grupy na dziedziniec Andrzej Benesz od razu skierował się w stronę schodów prowadzących do bramy tzw. górnego zamku i bezdyskusyjnie przejął dowodzenie całą akcją:

– Proszę o pozostanie u podnóża schodów. Stąd dobrze widać, a żadnych badań nie przeprowadza się w takim tłoku.

Dzięki dostarczonemu przez wopistów kilofowi stosunkowo szybko udało się podważyć kamienny blok ostatniego stopnia schodów i wydobyć zmurszałą tubę długą na 18 cm, a szeroką na 3,5 cm. Po delikatnym odkrojeniu jednego z jej końców ze środka wyjęto pęk zbutwiałych skórzanych rzemieni, powiązanych w różnorodne węzły. Na końcach trzech z nich przytwierdzone były blaszki w kolorze złotym, z nieco niezdarnymi napisami „Titicaca”, „Vigo” oraz „Dunajecz”.

– Wygląda na to, że to kipu, pismo węzełkowe – oświadczył Andrzej Benesz, podnosząc na chwilę znalezisko do góry. Wśród zgromadzonych na zamkowym dziedzińcu dało się wyczuć pewne rozczarowanie, nie taki skarb spodziewano się odnaleźć… – Ten inkaski testament spoczywał tu od prawie 150 lat, gotowy zaraz rozsypać mi się w rękach – zauważył mężczyzna, szybko chowając kipu z powrotem do tuby. – W Krakowie przekażemy je do dalszych badań. Proszę wszystkich do pamiątkowego zdjęcia, a ja niezwłocznie przystępuję do spisywania protokołu. Obywatela sołtysa, obywatela leśniczego i obywatela kaprala z WOP będę prosił o jego podpisanie i potwierdzenie urzędowymi pieczęciami wszystkich okoliczności tego znaleziska.

Franciszka Szydlaka nieco zaskoczył pośpiech, z jakim krakowska ekspedycja ewakuowała się z Niedzicy. (…) Szybko zapomniał o sprawie, nie wiedząc, że to dopiero początek zdarzeń, które będą miały zasadniczy wpływ na życie jego i całej wsi.

Wysuniętą najbardziej na północny zachód część historycznego Spisza od zawsze ograniczały koryta rzeki Białki, a później przejmującego jej wody Dunajca. Przypuszczalnie na przełomie XI i XII w. tereny te weszły w skład Węgier

Ciąg dalszy tej wielowątkowej historii można przeczytać w książce Jakuba Kuzy Genialnie zmyślone. Skarby, fałszerstwa, mistyfikacje, Znak, Kraków 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Stanisław Filipowicz

Pospolitość

Chętnie dziś używamy słowa charyzma. Nawet wtedy, gdy nie ma żadnego powodu. Usłyszałem – był to jeszcze okres chłodu – uwagę dotyczącą podążającego ulicą dżentelmena w szortach: „Ma facet charyzmę”. Wzruszające, jak niewiele trzeba, żeby się wyróżnić. Takie oto czasy nadeszły. Ton nadają politycy, którzy dla efektu potrafią zrobić o wiele więcej niż jegomość w szortach, niektórzy nawet chodzą w kapeluszach. I tu rodzi się pytanie: czym w dzisiejszych czasach różni się charyzma od obciachu?

W dobie językowej anarchii pojęcie charyzmy nie ma już właściwie żadnego znaczenia. Szkoda, było kiedyś jednym z atrybutów mowy skupionej na dociekliwości. Teraz przypomina rybę pozostawioną na piasku – dogorywa.

Zmienia się słownik, ale zmienia się też rzeczywistość. Tak naprawdę wszystko dzisiaj przeczy charyzmie: nie rozumiemy ani nie cenimy cech wyjątkowych. W polityce upajamy się klimatem pospolitości, pospolitą skłonnością stało się również nadużywanie sztuczek i efektów specjalnych, mających imitować niepowtarzalność. Niestety, wszystko powtarza się potem tysiące razy – pospolitość wykłuwa nam oczy. Najświeższy przykład to kłębowisko pustosłowia i tanich wdzięków prezentowane pod szyldem „debaty prezydenckiej”. Ale nie gniewajmy się, być może to właśnie pospolitość napędza machinę dziejów.

W tym miejscu przytoczę opinię dotyczącą postaci z najniższych kręgów piekła polityki. Przypomina ona ukłucie – zmusza do refleksji. Mowa będzie o Adolfie Hitlerze. Rzecz jest ciekawa i ważna. Zastanówmy się: jeśli w świecie władzy dzieją się rzeczy niesamowite, kogo mamy obarczać odpowiedzialnością? Protagonistów zła? I to wystarczy? Zło musi mieć przecież jakieś korzenie, nie pojawia się w próżni. Co tak naprawdę toruje drogę ekscesom szaleńców? Jaki rodzaj przyzwolenia jest im potrzebny, by wspiąć się na wyżyny?

Niemiecki filozof Peter Sloterdijk pisze o Hitlerze w sposób następujący

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Czerwoni Khmerzy i maraton eksterminacji

Sprawcy ludobójstwa w Kambodży zostali ukształtowani przez stalinizm i maoizm

Po pięciu latach kambodżańskiej wojny domowej, 17 kwietnia 1975 r., do Phnom Penh wkroczyli ni to żołnierze, ni to partyzanci płci obojga. Ubrani w czarne, zgrzebne stroje, z kaszkietami na głowach i kraciastymi chustami zawiązanymi na szyi, co zdradzało przybyszów z głębokiej i biednej prowincji. Przeważnie mieli po 15-17 lat i byli dobrze uzbrojeni. Dominowała broń chińska, ale nie brakowało też radzieckiej (AK-47) i amerykańskiej. Twarze tych młodych ludzi nie zdradzały emocji, mimo że wielu po raz pierwszy znalazło się w dużym mieście i pierwszy raz zobaczyło zachodnie samochody, motocykle, jak również takie przejawy nieznanego im luksusu jak muszle klozetowe, wanny, lustra i łóżka. Samochody i motocykle natychmiast rekwirowali ich właścicielom, a pierwsza jazda w życiu niejednokrotnie kończyła się kraksą. Była to Rewolucyjna Armia Kampuczy – zbrojne ramię maoistowskiego i nacjonalistycznego ruchu stworzonego przez Pol Pota. W skrócie określani jako Czerwoni Khmerzy.

Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że wkrótce ludność stolicy oraz innych miast Kambodży zostanie wypędzona na prowincję i rozpocznie się jedno z najokrutniejszych ludobójstw XX w. Nagle zakończył się rok 1975. Przybysze ogłosili, że rozpoczął się Rok Zerowy. Wszystko, co było dotąd, jest nieważne i zostanie unicestwione, aby miejsce „feudalnej, kolonialnej i kapitalistycznej” przeszłości zajął „czysty socjalizm” (w odróżnieniu od „nieczystego”, który zdaniem Pol Pota i jego najbliższych współpracowników panował w ZSRR i krajach demokracji ludowej).

Nazwę kraju zmieniono na Demokratyczna Kampucza, a władzę przejęła tajemnicza Organizacja (w języku khmerskim Angkar). Dopiero we wrześniu 1977 r. ujawniono, że Angkar to Komunistyczna Partia Kambodży (Kampuczy), a Pol Pot jest jej sekretarzem generalnym i premierem rządu. W ciągu 44 miesięcy rewolucji Czerwonych Khmerów zginęło od 1,2 do 1,7 mln spośród 7,3 mln mieszkańców Kambodży. Do tego jednak należy dodać 600 tys. ofiar bombardowań amerykańskich z lat 1969-1973 i 300 tys. ofiar wojny domowej z lat 1970-1975 (w tym 240 tys. zabitych już wtedy przez Czerwonych Khmerów).

Trzy czynniki

Do dzisiaj trwa spór o to, co się stało w Kambodży w latach 1975–1979. W ZSRR i bloku wschodnim uznano, że „agrarny pseudosocjalizm” Pol Pota nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek ideą socjalistyczną i komunistyczną. Taką ocenę przyjęła też duża część zachodniej lewicy. Odmienne stanowisko zajęli prawicowi antykomuniści. Ich zdaniem Pol Pot pokazał, jak w rzeczywistości wygląda komunizm, a jego reżim jest dowodem kompromitacji ultralewicowych dążeń do stworzenia idealnego świata. W tym sporze często umyka kluczowy fakt. Dojście do władzy Czerwonych Khmerów było rezultatem zupełnej destrukcji, której mechanizm został uruchomiony przez Stany Zjednoczone.

Sprawcy ludobójstwa w Kambodży zostali ukształtowani przez stalinizm i maoizm. Pol Pot (właśc. Saloth Sar), Khieu Samphan, Ieng Sary, Son Sen, Hu Nim i Ieng Thirith podczas studiów w Paryżu na początku lat 50. XX w. znaleźli się pod politycznym i ideologicznym wpływem stalinistów z Francuskiej Partii Komunistycznej. Poza „grupą paryską” znajdowali się m.in. Nuon Chea (Brat Numer Dwa) i Ta Mok (Brat Numer Pięć), których od razu ukształtował maoizm i khmerski nacjonalizm. Ideami Mao Zedonga zafascynowała się również „grupa paryska” po powrocie do Kambodży.

Determinujący wpływ na polityczno-ideowy kształt przyszłej rewolucji Czerwonych Khmerów wywarły trzy czynniki. Bazą społeczną dla ich walki partyzanckiej nie była klasa robotnicza, oparli się na najbiedniejszych warstwach chłopskich kambodżańskiej prowincji. Ta „leśna rewolucja” zrodziła ideologię antymiejską, antyzachodnią i antyintelektualną. Ruch Czerwonych Khmerów był też wolny od bezpośrednich wpływów obcych, pozostając na marginesie zainteresowań ZSRR i Chin, których uwagę absorbował wtedy konflikt w Wietnamie. Właśnie to wyizolowanie komunizmu kambodżańskiego podsycało fanatyzm grupy Pol Pota. Trzecim czynnikiem był zaś kadrowy charakter organizacji kambodżańskich komunistów. Komunistyczna Partia Kambodży liczyła w 1970 r. 3 tys. członków, a w 1975 ok. 14 tys. Była to partia-sekta, kierowana przez 200 „starszych braci”, skazana na nieustanną ucieczkę do przodu.

Tragedia Kambodży miała bezpośredni związek z drugą wojną indochińską (1957-1975). Pod koniec lat 60. komuniści wietnamscy poprowadzili przez pograniczne tereny Kambodży jedną z odnóg tzw. szlaku Ho Chi Minha, którym transportowali zaopatrzenie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ziemia niepojęta

Dla jednych to ani Polska, ani Niemcy. Dla drugich trochę Polska, trochę Niemcy i jeszcze Czechy. A dla większości Śląsk to po prostu Śląsk

Grób Ernsta Wilimowskiego wkrótce może przestać istnieć. O tym, że miejsce pochówku bodaj najwybitniejszego piłkarza reprezentacji Polski jest zagrożone likwidacją, kibice Ruchu Chorzów dowiedzieli się niedawno. Zorganizowali zbiórkę, by sfinansować ekshumację. Wilimowski zmarł w 1997 r. Spoczywa na cmentarzu w Karlsruhe. Grób gwiazdy futbolu usiłuje ratować śląski europoseł Łukasz Kohut. Spotkał się z władzami Karlsruhe. Następnie wezwał do działania związki futbolowe – polski i niemiecki. Podkreślił, że Wilimowski to postać symboliczna nie tylko dla Śląska, ale też dla polskiej i europejskiej piłki nożnej.

Genialny piłkarz i folksdojcz

Ernst Wilimowski urodził się w Katowicach. Piłkarską karierę zaczynał w 1. FC Katowice, by następnie przenieść się do Ruchu Chorzów, który wtedy jeszcze nazywał się Ruch Wielkie Hajduki. Właśnie z tym klubem zdobywał tytuły mistrzowskie. W maju 1939 r., w spotkaniu Ruchu z Unionem-Touring Łódź, strzelił 10 goli.

Był gwiazdą reprezentacji Polski i geniuszem futbolu. Jako pierwszy w historii mistrzostw świata zdobył cztery bramki w jednym meczu. Stało się to podczas pamiętnego spotkania Polski z Brazylią w 1938 r. Po wybuchu II wojny światowej Wilimowski wpisał się na folkslistę. Następnie grał w reprezentacji Niemiec. Po wojnie raz była szansa, by odwiedził nasz kraj. W 1995 r. zaproszono go na 75-lecie Ruchu. Wtedy legendarny sprawozdawca sportowy Bohdan Tomaszewski nazwał Wilimowskiego zdrajcą. Piłkarz nie przyjechał.

Jego decyzja nie była na Śląsku niczym niezwykłym. Ludzie wpisywali się na folkslistę, by siebie i swoje rodziny chronić przed represjami. A czasem dlatego, że sami nie do końca wiedzieli, kim są. Na Górnym Śląsku nic w relacjach polsko-niemieckich nie było proste. Przykładem jest los Wilimowskiego i jego rzekoma zdrada – nie pierwsza tak naprawdę.

Klub 1. FC Katowice nazywał się wcześniej FC Kattowitz. Grali w nim ludzie czujący się Niemcami. Z kolei Ruch Wielkie Hajduki uchodził za „arcypolski”. Gdy Wilimowski przeszedł do Ruchu, po raz pierwszy usłyszał, że jest zdrajcą. Powiedział to Georg Joschke, prezes FC Katowice (a od 1939 r. kreisleiter NSDAP w Katowicach). On właśnie wymógł na Wilimowskim wpisanie się na folkslistę.

Gdy rodziła się Polska samorządowa, na Śląsku Opolskim zaczęto budować pomniki ku czci żołnierzy w pikielhaubach i hełmach Wehrmachtu. Miejscowi upamiętniali w ten sposób tych, którzy walczyli dla Niemiec podczas obu wojen światowych. Pojawiły się oskarżenia o zdradę, mówiono o piątej kolumnie, która rzekomo chce oderwać Opolszczyznę od Polski.

Jako młody dziennikarz odwiedziłem wsie, gdzie postawiono pomniki niemieckich zoldatów. Usiłowałem zrozumieć, dlaczego tak się działo. Uderzyły mnie liczby poległych wyryte na pomnikach. W Jemielnicy ponad 200 nazwisk. Nic dziwnego, że chciano ich jak najgodniej upamiętnić. Ale monumentalizm niektórych budowli mógł wyglądać jak próba gloryfikacji niemieckiego militaryzmu. Z rozmów z miejscowymi wynikało jednak, że intencje były inne, pomniki stawiano, by uczcić pamięć ojców, braci, przyjaciół. A ich monumentalizm? Cóż, taka tradycja. Kto był w Lipsku i widział Pomnik Bitwy Narodów, wie, o czym mówię.

Frauenfeld brzmi pięknie

Po dojściu Hitlera do władzy przeprowadzono na tych terenach reformę nazewnictwa. Chodziło o to, by słowiańsko brzmiące miejscowości przemianować na niemieckie. I tak Szczedrzyk, który był Sczedrzikiem, stał się Hitlersee. Każda nazwa przypominająca o słowiańskich korzeniach Śląska dla hitlerowców była nienawistna. A mieszkańcy tych wiosek – mówiący gwarą śląską – mieli się stać „stuprocentowymi Niemcami”, czy tego chcieli, czy nie.

Zajrzałem wtedy do Dziewkowic. Ich sołtys Helmut Wiescholek stał się wówczas sławny. Jako pierwszy bowiem postawił na wjeździe do wsi dwujęzyczne tablice z jej nazwą, a w tamtym czasie nie było to legalne. Wybuchła awantura, tym gorętsza, że nazwa, która pojawiła się na tablicach, nie była tą historyczną. Jeszcze na początku lat 30. XX w. wieś nosiła niemiecką nazwę Dziewkowitz. Jednak po reformie przeprowadzonej przez hitlerowców zmieniono ją na Frauenfeld. I to Frauenfeld widniało na tablicach ustawionych przez sołtysa. Wiescholek bronił swojej decyzji. Uważał, że Frauenfeld to piękna niemiecka nazwa. Dziewkowitz po niemiecku nic nie znaczy, a Frauenfeld to „kobiece pole”. Upierał się, że taka nazwa jest bardziej poetycka, elegancka. I nie rozumiał, dlaczego wzbudziła tyle emocji.

Wiescholek – w czasach PRL będący Wiesiołkiem – przyjął mnie w swoim gabinecie. Za plecami sołtysa wisiały dwie flagi: polska i… szwajcarska. Brakowało niemieckiej. Zapytałem o to. Wiescholek był wtedy bardzo rozżalony na Niemców z RFN. Dziennikarze z Bundesrepubliki zrobili reportaż o opolskich Niemcach. Wypowiedź lidera mniejszości zilustrowali fragmentem kroniki nakręconej we wrześniu 1939 r. I stukasami

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki Wywiady

Antykolonialna rewolucja

We wrześniu 1802 r. do Haiti przybyła jednostka ok. 2,5 tys. polskich żołnierzy. Po dwóch miesiącach zostały z niej niedobitki

Zbigniew Marcin Kowalewski – badacz ruchów społecznych, autor prac o ruchach i teoriach rewolucyjnych. Publikował w Wenezueli, Francji, Stanach Zjednoczonych, Ukrainie. Tłumacz z hiszpańskiego, francuskiego i portugalskiego. Jego ostatnie książki to „Rap. Między Malcolmem X a subkulturą gangową. Naród Islamu w czarnej Ameryce” (2020), „Ukraińskie rewolucje” (2023) oraz „To nie jest kraj dla wolnych ludzi. Sprawa polska w rewolucji haitańskiej” (2025).

Po co właściwie wracać do wydarzeń rewolucji haitańskiej z przełomu XVIII i XIX w.?
– Bo literatura historyczna do nich wraca. Zainteresowanie na świecie istnieje; publikacje na ten temat są rozległe. Natomiast koniec badań w Polsce nastąpił w latach 70. i 80. Jan Pachoński pisał o wyprawie polskich legionistów do Haiti. Tadeusz Łepkowski tuż przed śmiercią wywiązał się ze swojego zobowiązania, które złożył w 1965 r., że całą sprawę polską w tej rewolucji postara się wyjaśnić. Moim zdaniem nie do końca mu się to udało. Postanowiłem zaproponować swoje rozstrzygnięcie starych zagadek historycznych.

Czy w ciągu lat wypłynęły jakieś nowe fakty na ten temat?
– Jedną ze stosunkowo niedawnych fal uruchomiła Susan Buck-Morss książką o Heglu i Haiti. 30 lat temu pojawiło się fantastyczne odkrycie, mianowicie ktoś wreszcie wpadł na pomysł, by ustalić, skąd przed wybuchem rewolucji wziął się tak duży napływ niewolników z Afryki. Nikt nigdy nie dociekał, kim byli ci ludzie. A jest to jeden z kluczy do odpowiedzi na pytanie, dlaczego była to jedyna podjęta przez niewolników rewolucja w dziejach ludzkości, która odniosła sukces.

Czy podobne zrywy miały miejsce także w innych koloniach?
– Pojawiały się rozmaite ruchy powstańcze na obszarach, gdzie istniało niewolnictwo – poczynając od Ameryki Północnej, przez kolonie na Morzu Karaibskim, aż po Brazylię. Nie wspominając o wystąpieniach niewolników w starożytności. Były one jednak bez porównania bardziej ograniczone i ponosiły porażki. Początek powstania w Haiti to był huragan. Od razu zaczęły się walki na ogromną, zdumiewającą skalę. Po dwóch miesiącach, według ocen historyków, na północy kraju, gdzie wybuchło powstanie, większość niewolników uczestniczyła w rewolucji. Bez różnicy wieku i płci.

Jak ważnym miejscem z punktu widzenia kolonii wyspiarskich było Haiti?
– Wśród historyków są spory na ten temat. Jedni zastanawiają się, czy była to najcenniejsza kolonia francuska. Drudzy, czy była to najcenniejsza kolonia w ogóle. Haiti nabrało wagi jako teren plantacji trzciny cukrowej, która w tamtym czasie miała ogromne znaczenie, a następnie jako ważny punkt eksportu kawy. Przy czym była to kolonia o szczególnym stopniu wyzysku, niezwykle zabójcza. Niewolnicy masowo umierali z wycieńczenia. Taniej było kupić niewolnika z Afryki, niż zapewnić mu ludzkie warunki przetrwania.

Co było iskrą do wzniecenia rewolucji?
– Powstanie w Haiti wybucha dwa lata po rewolucji francuskiej. Łączy się z tym, co dzieje się we Francji, a więc ze zmianą ustroju, a to obejmuje również sprawę przyznania praw obywatelskich tym, którzy są wyzwoleńcami. Te echa mają oddźwięk na terenie kolonii; stwarza się pewna sprzyjająca atmosfera. Ale punktem wyjścia jest spisek – nie bardzo wiadomo, przez kogo zainicjowany. Zaczyna się od spotkania 200 przedstawicieli setki plantacji. Są to niewolnicy, ale ci uprzywilejowani, którzy są majstrami, mistrzami, kierownikami robót.

Z początku ich postulaty są ograniczone. Nie chodzi o zniesienie niewolnictwa, raczej o to, jak długo ma trwać tydzień roboczy, a więc o kwestie mające polepszyć sytuację niewolników. Spiski wśród niewolników zdarzały się w różnych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Warto było

75 lat Zrzeszenia Studentów Polskich

Praca, rozwój, kompetencje, kompromis. To był kod kulturowy ludzi ZSP, który tak bardzo pomógł im w karierach w latach III RP

Aby zrozumieć fenomen ZSP, trzeba przejść na drugą stronę rzeki. Odrzucić solidarnościowe opowieści o Polsce Ludowej, ipeenowskie czytanki, tę propagandę, która niczym mgła zasłania Polskę lat 60. i 70. Trzeba też pewnego wysiłku intelektualnego – Polska sprzed Solidarności, tej pierwszej, to inna Polska niż po tym okresie. Inna, jeśli chodzi o społeczeństwo, jego aspiracje, sposób funkcjonowania. Inna również, jeśli chodzi o środowisko studenckie.

Dopiero wtedy niezrozumiałe stanie się zrozumiałym.

Zrzeszenie Studentów Polskich narodziło się w 1950 r., w najciemniejszych czasach stalinowskich. Trudno więc doszukiwać się tu budującego mitu. A jednak… ZSP powstało w wyniku połączenia się organizacji samopomocowych działających w środowisku akademickim, podczas Kongresu Studentów Polskich 16 kwietnia 1950 r. O jego dalszych losach zadecydowały dwa elementy Po pierwsze, ZSP sformatowano jako organizację skupiającą się na sprawach bytowych studentów, kwestie ideologii pozostawiając w gestii ZMP. To ZMP był główną organizacją młodzieży, a ZSP – de facto studenckim związkiem zawodowym.

Ten podział okazał się istotny – ocalił niezależność ruchu studenckiego. W krajach tzw. realnego socjalizmu to był ewenement. Tam z reguły była jedna organizacja, w rodzaju Komsomołu czy Wolnej Młodzieży Niemieckiej (FDJ), która jednoczyła wszystko. Do tego ustalono, że pieczę polityczną nad ZSP będzie sprawować wydział nauki KC PZPR, a nie – tak jak w przypadku ZMP, a później ZMS i ZSMP – wydział organizacyjny. To było decyzją kluczową – nie oczekiwano od ZSP politycznych serwitutów (przynajmniej nie w takiej skali jak od ZMP, ZMS), wydział nauki traktował zrzeszenie po akademicku, pozostawiając sporo swobody. Po drugie, statut ZSP zakładał pięcioprzymiotnikowe wybory na wszystkich szczeblach i luźną strukturę. Aby pełnić jakąś funkcję, trzeba było zostać wybranym w tajnym głosowaniu. Czyli ważniejsze było poparcie wyborców, studentów, kolegów, a nie władzy. I może jeszcze jedno. Przywykliśmy, że w Polsce Ludowej wciąż powtarzano, że to państwo robotników i chłopów, że klasa robotnicza jest przewodnią siłą itd. Warto zatem dodać tutaj, że tamta Polska miała też swoich ulubieńców. To była nasza młodzież, studenci, nasza przyszłość. Im wolno było więcej, im bardziej się pobłażało, ich kochano, w nich lokowano nadzieje.

To był ten zaczyn.

Bogdan Jachacz, rocznik 1941, bardzo się emocjonuje, gdy opowiada o ZSP. Do zrzeszenia zapisał się pierwszego dnia studiów. To było w Toruniu, w 1959 r. Był świeżutkim studentem polonistyki. Dostał się! Dla niego, chłopca spod Świecia, studia, studenckie życie to był świat pełen atrakcji i możliwości samorealizacji. Marzył o nim, czytając „Świat Młodych” – regularnie, każdy numer, bo miał umowę z dworcowym kioskarzem i mógł pożyczać gazety do domu. Teraz ten gazetowy świat przed nim się otwierał. Jachacz czerpał więc z niego pełnymi garściami.

Już na pierwszym roku wybrano go do rady wydziałowej. Na drugim – do rady uczelnianej. Dwie kadencje był szefem Rady Uczelnianej ZSP na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. „Do ZSP należało 90% studentów. Trzeba było mocno pracować, żeby cię wybrali”, podkreśla. I zaraz dodaje: „Mieliśmy koła naukowe, organizowaliśmy rajdy turystyczne, była muzyka, jazz, muzyka poważna… Byłem pierwszym, który zorganizował toruńskie juwenalia. Otwierałem je razem

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Pierwsze państwo protestanckie

Pięćset lat temu Polska powołała do życia pierwsze na świecie państwo protestanckie. Zrobiła tak już siedem lat po wystąpieniu Marcina Lutra.

Jak to było możliwe? Państwo Krzyżackie cieszyło się poparciem zarówno papieża, jak i cesarza. W roku 1501 Maksymilian I Habsburg (wówczas jeszcze król niemiecki) wręcz zakazał wielkiemu mistrzowi dalszego składania hołdu królowi Polski. Gdy Polska, dochodząc swych praw, rozpoczęła w 1519 r. wojnę z zakonem, była osamotniona. Gdy jednak u Krzyżaków zaczął się szerzyć luteranizm, gdy w 1524 r. nawet biskup sambijski odszedł od katolicyzmu, to z kolei wielki mistrz znalazł się w politycznej próżni.

Król Zygmunt I (wtedy jeszcze nienazywany Starym) był katolikiem i wrogiem protestantyzmu. Ale rządził się polską racją stanu. Owszem, mógł kontynuować wojnę z wielkim mistrzem, a jego państwo mógł wcielić do Polski. Ale zasoby skarbca koronnego były na wyczerpaniu, a nad Polską wisiała wojna znacznie poważniejsza – z Moskwą. Traktat krakowski z 8 kwietnia 1525 r., dokonujący sekularyzacji i protestantyzacji Państwa Zakonnego, zagwarantował mu dalsze istnienie, natomiast poparcie papieża i cesarza skończyło się jak nożem uciął. Odtąd Prusy Książęce były luterańskie i mogły liczyć już tylko na Polskę. W dodatku musiały słono się opłacić. Były wielki mistrz, a obecnie „książę w Prusiech” Albrecht Hohenzollern, zobowiązał się świadczyć Polsce wszelką pomoc, także zbrojną. Od jego wyroków poddani mogli się odwoływać do króla Polski. Za niesubordynację groziła księciu konfiskata lenna.

Albrecht był siostrzeńcem Zygmunta. A księstwo pruskie było w znacznej mierze… polskie. Lub – mówiąc ściślej – mazowieckie, bo większość Mazowsza stanowiła jeszcze wtedy odrębne od Polski, lenne księstwo. Krzyżacy ściągali osadników z Mazowsza już od XIV w., a w ciągu stuleci liczba tych Mazurów stale rosła: w XVII stuleciu będą stanowić już niemal połowę ludności pruskiej. Tymczasem Albrecht jako gorliwy luteranin starał się szerzyć nową wiarę w językach wszystkich poddanych: zarówno w niemieckim, jak i polskim. Choć najbardziej spektakularna była jego troska o języki litewski i staropruski. W roku 1547 wydano w Królewcu pierwszą książkę litewską: „Katechizmusa prasty szadei” (Proste słowa katechizmu) Marcina Mażwida. I tylko języka staropruskiego nie udało się już uratować.

Widownią większości tych poczynań był

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Husarze, szmalcownicy i zdrowy rdzeń narodu z przetrąconym kręgosłupem

Na ważny i godny upowszechnienia tekst prof. Jana Grabowskiego („Co naprawdę wydarzyło się w Markowej”, „Przegląd” 12/2025) zareagował jeden z Czytelników. Najpierw przedstawił swoją dość oryginalną teorię muzealnictwa, twierdząc, że muzea mają prezentować w ekspozycjach nie prawdziwe dzieje, tylko te ich fragmenty, które przekazują godne naśladowania wzorce. Jak rozumiem, podobną rolę mają odgrywać podręczniki do historii. To nic nowego. Lukrowanie historii i jej mitologizowanie jest od dawna ulubionym zajęciem niektórych historyków, a dla historyków pisowskich to nawet dogmat. W czasach rządów PiS ci, którzy szczególnie zasłużyli się w lukrowaniu, byli odznaczani najwyższymi orderami. Byli też ulubionymi przewodnikami niedouczonych polityków w „polityce historycznej”. Natomiast ci, którzy chcieli na własną historię spojrzeć krytycznie, to oczywiście byli zdrajcy, a w najlepszym razie kosmopolici i lewacy. Do tej kategorii zaliczani są więc Szujski (i cała krakowska szkoła historyczna), Norwid, a ze współczesnych oczywiście Gombrowicz i Miłosz. Tylko jak polukrowana historia ma być nauczycielką życia? Jak mamy być w przyszłości mądrzejsi, lepsi, jeśli nie wskażemy, co w dotychczasowej historii było błędem, co złem?

Oburzony na tekst prof. Grabowskiego Czytelnik ewidentnie myli rolę pomnika z rolą muzeum. Pomniki stawiamy tym, których czyny chcemy wyróżnić, utrwalić w narodowej pamięci. Rola muzeum (i podręcznika do historii) jest inna. Ma przekazywać pełną, nieocenzurowaną wiedzę o przeszłości.

Czytelnik krytykujący prof. Grabowskiego nie zarzuca mu tego, że napisał nieprawdę, tylko ma pretensję, że napisał całą prawdę. Nie przeczy, że na rodzinę Ulmów doniósł sąsiad Polak, nie przeczy, że Polacy częściej wydawali Żydów Niemcom, niż ich ukrywali, ani nawet temu, że ich czasem mordowali. Ale wywodzi, że tych szmalcowników i morderców nie upoważniała do ich czynów żadna polska władza, że były to ekscesy kryminalne jednostek, wprawdzie dość licznych i narodowości polskiej, ale przecież nie obciąża to państwa polskiego ani polskiego narodu. To prawda, polskie państwo podziemne nikogo do mordowania czy choćby wydawania Żydów Niemcom nie nawoływało, co więcej – postępki takie potępiało. Ale też zdarzały się przypadki, że Żydów mordowali nie pojedynczy mordercy, nie watahy cywilnych zwyrodnialców, lecz oddziały podziemnego wojska. Czytelnik przyznaje, że „normalnie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.