Tag "kaczyzm"

Powrót na stronę główną
Kraj

Dlaczego Kaczyński nie wyrzucił Morawieckiego?

PiS ma ,,drugie płuco”. I zadyszkę.

Siedem godzin trwała rozmowa Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim. Zastanówmy się, jakiż to wielki problem stanął przed nimi, że musieli omawiać go tak długo. Prezes partii z wiceprezesem.

Problem jest znany. Mateusz Morawiecki założył Stowarzyszenie Rozwój Plus, co Kaczyński uznał za pierwszy krok do frondy i zbudowania własnego ugrupowania. Zażądał więc kapitulacji. Ale Morawiecki nie skapitulował – negocjował z szefem i jakiś kompromis osiągnął. Czyli wygrał? I tak, i nie. Kaczyński nie rozwiązał problemu, ale zyskał czas. Morawiecki zatrzymał się, jak Prigożyn, gdy szedł na Moskwę. Czy spotka go podobny los?

Te siedem godzin to było za mało, bo niemal natychmiast po zakończeniu rozmów politycy PiS zaczęli się kłócić na temat ich wyników. Bo rzeczywiście, więcej nie ustalono, niż ustalono. Po rozmowach Kaczyński powiedział, że działalność Stowarzyszenia Rozwój Plus „będzie prowadzona wewnątrz partii”. A posłowie i europosłowie, którzy dołączyli do stowarzyszenia, mają wejść w skład Rady Eksperckiej. „Pozostałe działania będą wstrzymane. To nie oznacza, że stowarzyszenie będzie zlikwidowane”, mówił prezes. Dodając, że dzięki takiemu rozwiązaniu „partia będzie miała dwa płuca”.

Te ogólne stwierdzenia każdy zinterpretował, jak mu było wygodnie. Jacek Sasin, ważny „maślarz”, na platformie X przekonywał, że stowarzyszenie decyzją prezesa PiS zostało „zawieszone”. Z kolei Tobiasz Bocheński, też przedstawiciel „maślarzy”, napisał: „Bardzo dobry dzień dla obozu patriotycznego. Działalność stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego zostaje zawieszona. Wszyscy aktywni, kreatywni, pełni pomysłów posłowie i europosłowie wchodzą do Rady Eksperckiej PiS”.

„Chyba słuchaliśmy innego oświadczenia Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego. Stowarzyszenie Rozwój Plus będzie działało i ma konkretne zadania do wykonania. Proszę sobie odsłuchać jeszcze raz: DWA PŁUCA!”, odpowiedział mu natychmiast Krzysztof Szczucki. A Michał Dworczyk deklarował: „Działalność stowarzyszenia nie tylko nie zostaje zawieszona, ale – jak tylko zostanie zarejestrowane – rzucamy się w wir działań”.

Odłóżmy te kłótnie na bok, to detale, które pokazują gorącą atmosferę wewnątrz PiS, ale nic więcej. Zasadniczy problem nazywa się inaczej. W PiS toczy się bowiem potężna walka wewnętrzna. Chodzi o to, jaka to będzie partia, w którym kierunku ma zmierzać. Kto będzie w niej miał dużo do powiedzenia, a kto niewiele. No i kto będzie w niej numerem 2, bo wprawdzie Kaczyński wciąż wyrasta ponad wszystkich w PiS, to jego autorska partia, ale przecież słabnie, co każdy widzi.

Oto najważniejsza wiadomość z wewnątrzpisowskiego frontu. Ryszard Terlecki,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Pęknięcie

Dwa dni w Nysie i dwa spotkania, w szkole i w bibliotece – oba bardzo udane. Nysa dostatnia, słoneczna i ładna, ma stare, przytulne fragmenty. Miasto niestety było częściowo zburzone, a w puste miejsca jak wszędzie weszła nędzna architektura z lat 60. i 70., ale jakimś cudem połączyło się to nieźle z tym, co ocalało lub zostało odbudowane. Byłem w Nysie na festiwalu poetyckim ponad pół roku temu i już opisywałem to miasto. Do Nysy dojeżdża się szynobusem z Opola. Linię tę uruchomiono ponownie nie tak dawno, po drodze małe miejscowości i wsie, niewielkie dworce pozamykane i w ruinie. To wszystko czeka na generalny remont. Ale widzę ludzi, którzy z pojazdu szynowego korzystają – dużo ładnej młodzieży, wszyscy dobrze ubrani, żadnego śladu prowincji. To jest też ta wielka zmiana, choćby wyglądu ludzi – zniknęły rozdeptane przez pańszczyznę oblicza i widać dostatek.

Spotkanie z kilkoma klasami w liceum Carolinum, założonym w 1624 r. przez jezuitów, z bogatą tradycją naukową i humanistyczną. Szkoła, pierwotnie działająca jako gimnazjum jezuickie, stała się kluczowym ośrodkiem edukacyjnym w regionie, świętując w 2024 r. 400-lecie. Jej grube mury trzymają chłód. Niebywała sala szkolnej biblioteki, ogromna, ze schodami w dół, z półkami biegnącymi pod niezwykle wysoki sufit. Przepiękny obiekt. Ładniejszą salę biblioteczną widziałem już chyba tylko w Sztokholmie, w zamku królewskim. Oprowadzał mnie po niej osobisty bibliotekarz króla, polski emigrant Adam Heymowski, z którym byłem blisko, mieszkając w stolicy Szwecji.

Z kolei drugie spotkanie w bibliotece, w pięknym miejscu przy starym rynku, gdzie niedawno uruchomiono tańczące fontanny, a budynek jest też z XVII w. Sporo ludzi na sali.

Nazajutrz, mając trochę czasu do odjazdu pociągu, przeglądam w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Prokuratorzy Kaczyńskiego

Jeden pilnuje prezydenta, a drugi Trybunału

To nie Przemysław Czarnek jest dziś głównym nabojem Jarosława Kaczyńskiego. Wojna polityczna prowadzona z koalicją rządzącą toczy się na dwóch polach. Pierwsze to prezydent Nawrocki i jego kancelaria – weta, obstrukcja, odmowa nominacji i przeszkadzanie rządowi w każdy możliwy sposób. Drugie to Trybunał Konstytucyjny, który również może blokować rządzących, przeszkadzać, kwestionować w zasadzie wszystko, byle tylko sparaliżować Polskę.

W obu przypadkach mamy twarde boje. Taka jest intencja Kaczyńskiego – ani kroku do tyłu. To wynika i z charakteru prezesa PiS, wyżej stawiającego konflikt niż szukanie konsensusu, i z przekonania, że każdy gest „dobrej woli” wyborcy uznają za przejaw słabości, za przyznanie się do pomyłki. A na to w dzisiejszych warunkach nie można sobie pozwolić.

Jeżeli taką wojnę się prowadzi, potrzebni są odpowiedni wykonawcy rozkazów. Dyspozycyjni, oddani, walczący. I mamy ich – z ramienia Kancelarii Prezydenta boje z koalicją koordynuje szef kancelarii Zbigniew Bogucki. Z kolei w Trybunale Konstytucyjnym człowiekiem, który blokuje wszelkie zmiany, jest prezes Bogdan Święczkowski. Wspomaga go Stanisław Piotrowicz. Wszyscy trzej to byli prokuratorzy. Przypadek?

Zbigniew Bogucki ukończył prawo na Uniwersytecie Szczecińskim. Po studiach w latach 2009-2012 wykonywał zawód prokuratora. Potem uzyskał wpis na listę adwokatów. Ale szybko rzucił się w wir działalności politycznej. Już w 2014 r. kandydował z listy PiS do Rady Miasta Szczecina, a w latach 2015 i 2019 do Sejmu. Mandatu nie uzyskał.

Za to rozkwitała prokuratorska kariera jego żony, Julity Dziedzic-Boguckiej. Ona z kolei do 2017 r. pracowała w Prokuraturze Rejonowej Szczecin-Zachód, a potem awansowała od razu o dwa szczeble – delegowano ją do Prokuratury Krajowej, do Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji.

Była tam w grupie prowadzącej śledztwo w sprawie afery melioracyjnej,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Wiosenny porządek

Przed czterema laty Antek po raz pierwszy założył narty; dzisiaj, w 11. roku życia, jeździ lepiej niż większość dorosłych – to skutek matczynych inwestycji podczas rozmaitych zimowych ferii, kiedy go pakowała do szkółek dziecięcych, by pod okiem instruktorskim mógł bezpiecznie baraszkować na stoku. Z tych baraszków niepostrzeżenie wyrósł demon szusujący z taką prędkością i techniką, że dogonić go nie sposób. Właśnie jesteśmy w Awlpach Karnickich, bo po sezonie taniej, w Wielkim Tygodniu najpuściej, a z początkiem kwietnia najprzyjemniej, wszak na dole wiosna, a u góry zima, można sobie zmieniać pory roku w ciągu dnia.

W Polsce jeździć na nartach się boję, bo na stokach ciasno, a rodzimi narciarze są jak polscy kierowcy, odczuwają samczy imperatyw dominacji, to żadna przyjemność jeździć z duszą na ramieniu i lękiem, że zaraz ktoś większy i szybszy właduje się we mnie, połamie mi żebra i jeszcze opier… że mu zajechałem drogę.

Im jestem starszy, tym lepiej czuję się w krajach germańskich, gdzie hasło ordnug muss sein, irytujące dla młodych rogatych dusz, przynosi jednak dużą ulgę, kiedy człowiekowi z wiekiem opóźnia się czas reakcji na niespodziewany atak licha. Ten germański porządek, który za młodu wyszydzałem, a nawet kojarzyłem go z odcieniem brunatnym, teraz pojmuję jako wyższy stopień rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i szczerze go zazdroszczę, bo w Polsce naród nad społeczeństwo się wynosi na ołtarze. Nie ma takiej umowy społecznej, która przetrwałaby napór narodu, powiem nawet, że obecne przepołowienie Polski to podział na tych, co to odczuwają dumę z bycia Polakiem, i tych, którzy czują odpowiedzialność za bycie obywatelem Rzeczypospolitej. Germanofobia,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Czy Nawrocki jest konserwatystą?

Największym zagrożeniem dla świata są cyniczni zamordyści udający konserwatystów

Skrót CPAC wszedł już na stałe do języka polskiej polityki. Conservative Political Action Conference to coroczna impreza amerykańskiej prawicy, organizowana od lat 70. XX w. W jej ostatniej edycji, która odbyła się pod koniec marca w Teksasie, oprócz polityków z USA wzięli udział zagraniczni goście, spośród których jedyną głową państwa był prezydent Karol Nawrocki. Ten sam, dla którego w maju 2025 r., kilka dni przed drugą turą wyborów, urządzono w podrzeszowskiej Jasionce lokalną edycję CPAC, której głównym gościem była Kristi Noem, ówczesna szefowa Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA z ekipy Donalda Trumpa (zresztą niedawno przez niego zdymisjonowana).

Nic dziwnego, że podczas ostatniej konferencji w Teksasie polski prezydent bił rekordy w podlizywaniu się Trumpowi. „Wasz prezydent jest prawdziwym przyjacielem Polski, ale jest również wojownikiem: walczy o lepsze życie dla Amerykanów, w tym dla prawie 10 mln Polaków, którzy uczynili Amerykę swoim domem. Potrzebujemy takich przywódców jak on: przywódców, którzy na pierwszym miejscu stawiają swoich obywateli, chronią ich miejsca pracy, bronią rodzin i zabezpieczają ich przyszłość”, mówił Nawrocki do uczestników najważniejszej imprezy amerykańskiej prawicy, rewanżując się za skuteczne poparcie sprzed roku. Ale też kolejny raz potwierdzając swoje bezkrytyczne zapatrzenie w Trumpa i stuprocentowe uzależnienie od niego.

Karol Nawrocki oczywiście nie jest pierwszym polskim politykiem, który nazywa siebie konserwatystą. Jest jednak pierwszym znaczącym politykiem w III RP, który związał swoje losy z konserwatystami zza oceanu. Dotąd w naśladownictwie amerykańskiej prawicy specjalizował się u nas polityczny i ekonomiczny folklor spod znaku Janusza Korwin-Mikkego, dziś mamy formacje Mentzena i Brauna, przy czym ci politycy wyraźnie podkreślają rozbieżność interesów Polski i USA. Odwrotnie niż PiS, które zawsze było ostentacyjnie proamerykańskie (a przy tym antyrosyjskie i coraz bardziej antyniemieckie), ale ze względu na swój etatystyczny i socjalny charakter w niczym nie przypominało skrajnie wolnorynkowych konserwatystów ze Stanów Zjednoczonych.

Dwa nurty

Dopiero w osobie Karola Nawrockiego doszło do syntezy obu tych nurtów, czemu trudno się dziwić: wszak został on prezydentem dzięki połączeniu głosów prawicy pisowskiej, mentzenowskiej i braunowskiej. Nawrocki należy też do nowego pokolenia prawicowych polityków, wychowanego już na internetowym bełkocie i chamstwie oraz na kulcie Donalda Trumpa, który w gruncie rzeczy nie ma wiele wspólnego z dawną prawicą amerykańską, symbolizowaną przez poprzednich prezydentów z Partii Republikańskiej: Eisenhowera, Nixona, Forda, Reagana i obydwu Bushów. Wszyscy oni – mimo licznych błędów i nieprzemyślanych decyzji, zdarzających się każdemu przywódcy – prowadzili politykę racjonalną i przewidywalną, która starała się umacniać pozycję i autorytet USA w świecie środkami akceptowanymi przez partnerów zagranicznych i większość amerykańskiego społeczeństwa (podobnie postępowali kolejni prezydenci z Partii Demokratycznej). Na ich tle Trump nie tylko jest politycznym ignorantem i arogantem, ale też szkodzi stabilności świata i samej Ameryce, która wskutek jego działalności ma coraz mniej sojuszników, a coraz więcej wrogów.

Z takim oto patronem związał swój los obecny polski prezydent, pośrednio czyniąc z nas wszystkich, obywateli RP, wiernopoddańczego sojusznika najgłupszej chyba administracji w dziejach USA. Możemy oczywiście się pocieszać, że to nie prezydent sprawuje w Polsce realną władzę,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Łgarstwa religii smoleńskiej

Pora kończyć tę hucpę

Religia smoleńska. Umarła na naszych oczach, uschła jak setki różnych nieudanych herezji. Symbolem jej upadku jest niemal pusty Plac Piłsudskiego i szarpiący się z „nieprawomyślnym” wieńcem Jarosław Kaczyński. Coraz bardziej bezsilny i zdenerwowany. A przecież pamiętamy zamknięte ulicy Warszawy i wielotysięczne przemarsze z katedry przed Pałac Prezydencki i pod pomnik Lecha Kaczyńskiego, i przemówienia Jarosława Kaczyńskiego. Wszystko pod ochroną setek policjantów. Z tego nic już nie zostało. Klęska? I tak, i nie.

Religia smoleńska od początku była łgarstwem, okazją, którą wyczuł i złapał w lot Jarosław Kaczyński. Była genialnym politycznym konceptem, falą, na której PiS płynęło. Teraz właśnie ta fala dobija do brzegu.

Ale przecież cel udało się zrealizować. Po trumnach smoleńskich Kaczyński wspiął się po władzę. Więcej – na wiele lat zdobył rząd dusz ogromnej części Polaków. Osiem lat PiS w Polsce nie wzięło się znikąd.

Jak to się stało?

Najpierw był szok po katastrofie, który na wiele tygodni zdominował polskie życie. Miliony Polaków autentycznie przeżywały tragedię. Szybko też zaczęły się mnożyć teorie o zamachu i o spisku. Bo przecież prezydent RP i ministrowie nie mogli zginąć ot tak. Prof. Janusz Czapiński mówił o tym na łamach „Przeglądu” kilka dni po katastrofie. Że to eksploduje.

Jarosław Kaczyński także to widział. Jeszcze kampanię wyborczą 2010 przeszedł w sposób klasyczny, próbując sięgać po wyborców centrum, puszczając w eter swoją pojednawczą przemowę do Rosjan, „do przyjaciół Moskali”. Po porażce ogłosił, że nie był sobą, bo zażywał środki uspokajające. Kampania ta była ostatnią, w której walczył o centrum. Od tego czasu walczy o coś innego – o wyborców prawicy, o ich wierność, o ich mobilizację.

Katastrofa smoleńska okazała się znakomitym spoiwem. Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, tłumy przed Pałacem Prezydenckim, klimat straszliwej tragedii – to wszystko budziło zakodowane w duszach milionów Polaków kalki kulturowe.

Nieżyjący już prof. Zbigniew Mikołejko poświęcił religii smoleńskiej potężny rozdział w książce „Między zbawieniem a Smoleńskiem. Studia i szkice o katolicyzmie polskim ostatnich lat”. Czytamy tam m.in.: „Męczennicy smoleńscy, poprzez straszliwe, szlachetne i mesjanistyczne piękno swej tragicznej śmierci usprawiedliwiają prawo do resentymentu i odpowiedniej zemsty, nawet jeśli wina jest urojona, a zemsta ma nie znać granic. Tego rodzaju zemsta okazuje się ponadto warunkiem budowania wspólnoty, a ofiara, śmierć w smoleńskich oparach, śmierć »zdradzonych o świcie« przekształca się w akt założycielski nowego nieskażonego ładu”.

Trąci to egzaltacją? A skąd! Przeczytajmy, co mówił w „Tygodniku Powszechnym” niedługo po katastrofie Ludwik Dorn: „Pojawia się koncepcja PiS, który zmonopolizuje coś, co nazywam odsuniętą o 20 lat ofiarą za Rzeczpospolitą, bo taki sens został zbiorowo nadany tragedii w Smoleńsku. (…) Śmierć Lecha Kaczyńskiego przywraca substancjonalność państwu. Cała jego polityka historyczna była nie tyle krytyką Okrągłego Stołu, którego był uczestnikiem, ile dezawuacją koncepcji, że niepodległa Polska wzięła się z tegoż Okrągłego Stołu. Ona wzięła się z wysiłków, cierpień i ofiary krwi wcześniejszych pokoleń i można powiedzieć, że ta śmierć Lecha Kaczyńskiego wplotła się w tę koncepcję. Śmierć musi być u początków każdego miasta-państwa, łącznie z Rzymem. Ofiara krwi jest niezbędna (…). Tego III RP, która wzięła się z »jakiegoś gadania przy stole«, zabrakło. Obchody rocznicy Okrągłego Stołu były walką o mit założycielski, ale katastrofa w Smoleńsku unieważniła te starania”.

Oto cyniczny wykład, jak można wygrać śmierć Lecha Kaczyńskiego. Przedstawić ją jako wielką ofiarę za Polskę. I rzucić w twarz przeciwnikom. Będą się śmiać? Będą lekceważyć? Wzruszać ramionami? Tym lepiej. Bo ten podział PiS się opłaca. A im mocniejszy,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Wiosenne niedzielne przedpołudnie

Choć od kalendarzowej wiosny dzielił nas jeszcze tydzień, pogoda w Krakowie była piękna i ciepła. Pojechałem za miasto, do Tyńca, by z bliska zobaczyć, jak przyroda budzi się po zimie do życia. Sceneria piękna. Siedzę na tarasie kawiarni, piję kawę. Dołem, u stóp skały, na której stoi opactwo, płynie spokojnie Wisła. Przede mną kościół i klasztor najstarszego w Polsce opactwa.

Benedyktynów do Polski sprowadzono w XI w. z Włoch. Wtedy nie było jeszcze ONR, PiS ani Konfederacji i nikt nie twierdził, że Polska jest tylko dla Polaków, nikt więc ich nie wyganiał. Osiedliwszy się zatem na polskiej ziemi, benedyktyni – a w ślad za nimi ich młodsi bracia cystersi – sprowadzali nad Wisłę Europę, a więc sztukę pisania, uniwersalną wówczas łacinę, sztukę uprawy roślin, nowoczesne jak na tamte czasy zielarstwo. Zakładali młyny, winnice, apteki. Benedyktyni przepisywali księgi… Oczywiście poseł Kownacki zapewne uważa, że było zgoła odwrotnie. Włoscy benedyktyni, a tym bardziej niemieccy cystersi dopiero tu, nad Wisłą, od miejscowych kmieci uczyli się łaciny, a potem zaczęli przepisywać znalezione pod ich strzechami księgi. Nie spierajmy się z nim, bo jeszcze nie daj Boże Suskiego powoła na arbitra i dopiero będzie!

Siedzę więc na słoneczku, popijam kawę, zerkam to na Wisłę, to na opactwo. Jest miło, czas jakby też płynął wolniej niż w pobliskim Krakowie. I nagle coś mnie podkusiło. Tak, podkusiło. Zajrzałem do Facebooka. A tam dyskusja o prezydenckim wecie do ustawy o SAFE. Czytam i oczom nie wierzę! Jakaś paniusia stwierdza krótko, że „prezydent dobrze zrobił, wetując, bo jest patriotą i dba o bezpieczeństwo Polski”. Jak paniusia sobie wyobraża to bezpieczeństwo przy niedozbrojonej armii, już nie pisze. Ktoś tam nieśmiało z paniusią próbuje dyskutować, ale bez skutku. Paniusia już wszystko, co wiedziała, napisała. A na odsiecz paniusi rusza cały legion mędrków.

Jeden z nich, jakiś jegomość dumny zapewne ze swojej mądrości i przenikliwości, wali w oponentkę paniusi jak husarskim obuchem. Ha, pożyczka miała być nie w złotówkach, ale w obcej walucie! A jak się wychodzi na kredytach w obcych walutach i co one są warte, to już się przekonali ci, którzy wzięli kredyty frankowe. Jegomość najwyraźniej jest przekonany, że za amerykańskie i koreańskie samoloty, czołgi, rakiety i haubice pisowski rząd Morawieckiego płacił gotówką i żadnych kredytów do spłacania nie mamy, a jak już brał kredyty, to zapewne w Banku Spółdzielczym w Limanowej, no i oczywiście w złotówkach. A może wierzy, że premier Morawiecki, kierując się typowym dla pisowców patriotyzmem, dorzucił coś ze swojego majątku, który, jak wiadomo,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Premierzy Kaczyńskiego: od Mazowieckiego do Czarnka

Czy następnym szefem rządu zostanie Przemysław Czarnek? Ogłoszenie jego kandydatury półtora roku przed wyborami parlamentarnymi tylko pozornie wydaje się przedwczesne. W istocie Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił przejąć inicjatywę, narzucając polskiej scenie politycznej kierunek rozwoju w wymiarze tyleż ideologicznym, co przede wszystkim personalnym.

Nie ma w dziejach III RP drugiego tak skutecznego polityka. Po raz pierwszy swoją sprawczość pokazał już 37 lat temu, latem 1989 r., gdy wraz z bratem (obaj byli świeżo wybranymi senatorami z listy Solidarności) otrzymał od Lecha Wałęsy misję utworzenia koalicji rządowej Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. To „odwrócenie przymierzy” przez dotychczasowych satelitów PZPR uniemożliwiło powołanie rządu z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele (pod patronatem nowo wybranego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego), a w rezultacie na czele nowego gabinetu stanął bliski doradca Wałęsy Tadeusz Mazowiecki.

Mazowiecki i początek „przyśpieszenia”

Wybór Mazowieckiego nie był przypadkowy. Sam lider Solidarności nie miał ochoty zostawać premierem, w grę wchodzili zatem trzej opozycjoniści o największym autorytecie: Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i właśnie Mazowiecki. Spośród nich jedynie ten ostatni był praktykującym katolikiem, a nawet znanym dziennikarzem katolickim, tylko on też nie należał w przeszłości do PZPR, choć w czasach stalinowskich był aktywnym działaczem PAX, a potem wieloletnim posłem na Sejm PRL z ramienia koła Znak.

To zresztą znamienne dla solidarnościowej opozycji, że większość jej czołowych postaci miała w życiorysach dłuższą lub krótszą aktywność w oficjalnych strukturach PRL. Wtedy to Kaczyńskiemu nie przeszkadzało – i prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mu nigdy w przypadku ludzi, którzy stali po jego stronie. Co innego przeciwnicy polityczni – tym zawsze potrafił wypomnieć „niewłaściwą” przeszłość, choć sam do 1989 r. wiódł dosyć spokojny żywot żoliborskiego inteligenta pochodzącego z rodziny dobrze ustawionej w tamtym ustroju.

Tadeusz Mazowiecki był więc pierwszym premierem wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście trzeba pamiętać, że nagły i niespodziewany awans 40-letniego zaledwie senatora Kaczyńskiego możliwy był tylko dzięki Wałęsie, który pod koniec lat 80. poszukiwał nowych współpracowników i znalazł ich w bliźniakach wywodzących się co prawda z przedsierpniowej opozycji, ale zajmujących tam znacznie niższą pozycję niż ludzie otaczający Wałęsę w początkach Solidarności.

Nie powinno zatem dziwić, że dla żadnego z braci Kaczyńskich nie znalazło się miejsce w pierwszym rządzie solidarnościowym, co zwłaszcza Jarosław musiał odebrać jako osobiste upokorzenie (Lech Kaczyński był wtedy zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność i faktycznie kierował strukturami związku). Sam zresztą po latach wspominał: „Gdyby Mazowiecki dał mi wtedy sekretarza stanu, to bym się cieszył. Ale nic nie chciał dać”.

Pewną satysfakcją dla młodego, ambitnego polityka mogło być powierzenie mu przez Wałęsę jesienią 1989 r. funkcji redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, którą wcześniej pełnił Mazowiecki. Spowodowało to bunt i odejście większości zespołu redakcyjnego, ale dzięki temu Kaczyński mógł uczynić z oficjalnego pisma związku własny organ polityczny i ośrodek budowania przyszłej partii.

Partią tą stało się Porozumienie Centrum, utworzone w maju 1990 r., początkowo jako szeroki sojusz prawicowych środowisk popierających kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP. Bo to właśnie prezydenckie ambicje gdańskiego noblisty postanowili wykorzystać bracia Kaczyńscy jako trampolinę do władzy i dominacji na scenie politycznej. A właściwie głównie Jarosław, który po latach wspominał: „Mój brat był zdecydowanie przeciwko wysuwaniu Wałęsy na prezydenta, bo znał go lepiej niż ja. Tę sprawę ja forsowałem. (…) Kalkulowałem na zimno, że trzeba wykorzystać dynamikę Wałęsy do stworzenia nowej siły politycznej”.

Na nieszczęście dla dalszych losów Polski przeciwnicy PC i Wałęsy przeforsowali koncepcję powszechnych wyborów prezydenckich, licząc na osobistą popularność ich kandydata – premiera Mazowieckiego. Sam Kaczyński był początkowo zwolennikiem wyboru Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe, ale gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, szybko zrozumiał, jak świetnym polem dla demagogii i populizmu są powszechne wybory prezydenckie – i lekcji tej nie zapomniał do dzisiaj. To bowiem Kaczyński był ojcem demagogicznej i populistycznej polityki w III RP, rzucając już wiosną 1990 r. hasło „przyśpieszenia”, stanowiące krytykę rzekomej zbytniej powolności i zachowawczości rządu Mazowieckiego. Sam później tak definiował owo „przyśpieszenie”: „Należało przystąpić do zdecydowanych działań: zdelegalizować PZPR i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Robert Walenciak

Jaka toczy nas choroba?

To plaga naszych lat – polityka staje się coraz bardziej knajacka. To w zasadzie wbrew logice, przecież świat jest coraz bardziej skomplikowany, zarządzanie jakimikolwiek procesami wymaga coraz większej wiedzy, poza tym rośnie grupa ludzi wykształconych. I co? I pojawia się Przemysław Czarnek, który woła: OZE-sroze, węgiel, węgiel! I to jest pomysł PiS na odzyskanie władzy.

Co ciekawe, szybko się okazało, że Czarnek zamontował na swoim domu panele fotowoltaiczne. Korzystając, a jakże, z unijnych dopłat, które zorganizowała gmina. Za panele i montaż instalacji zapłacił niewielką część kosztów, ledwie 8,1 tys. zł. A jego rachunki za energię spadły o ponad 1 tys. zł rocznie. Ale co tam! „Natychmiast, jak tylko minie okres trwałości projektu i spłaci mi się to wszystko, zdemontuję to świństwo!”, woła Czarnek.

My też wołamy: Premierze (in spe), odwagi! Wykaż się sprawczością! Teraz ściągaj panele! A my, dziennikarze, te 2 tys. zł, których ci brakuje do spłaty – dołożymy! To przecież będzie piękna transmisja, patrzeć na durnia, który wyrzuca z dachu fotowoltaikę! Ludzie będą to oglądać!

Koniec, panie Czarnek,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

O co chodzi w wojnie Nawrockiego z rządem?

Walczy z Tuskiem i marzy o Rzeczypospolitej prezydenckiej

To widzimy: istniejący w Polsce system władzy Karolowi Nawrockiemu nie wystarcza, rozpycha się więc w nim, uzurpując sobie coraz więcej kompetencji.

„Prezydentowi Nawrockiemu wyraźnie uwiera gorset nałożony przez Konstytucję. Chciałby być rządem, sądem i prokuratorem”, komentował te starania na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński. I nie są to zarzuty na wyrost.

Nawrocki chciałby być nad-rządem. Pilnować premiera, narzucać mu program działania i go rozliczać. Temu służyły zwoływane przez niego rady: Rada Gabinetowa i Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Skończyły się dla prezydenta klapą. 27 sierpnia, podczas pierwszej (i ostatniej) Rady Gabinetowej, w zderzeniu z Donaldem Tuskiem Nawrocki poległ. Próbował rozliczać rząd, ale szybko mu przypomniano, jakie ma uprawnienia. Dyscyplinowaniu rządu i koalicji miała też służyć Rada Bezpieczeństwa Narodowego. Ostatnia miała miejsce 11 lutego. I jeżeli ją pamiętamy, to z awantury między Nawrockim a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

Nawrocki chciał też kierować armią i służbami specjalnymi. Wzywał więc do Pałacu Prezydenckiego szefów służb. To też skończyło się klapą, szefowie na spotkanie nie przyszli. W rewanżu Nawrocki odmówił podpisania nominacji na pierwszy stopień oficerski 136 funkcjonariuszom ABW i Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Ostatecznie doszło do spotkania szefów służb z prezydentem, ale zaproszono na nie również ministra obrony i ministra koordynatora ds. służb specjalnych. A co do nominacji oficerskich, prezydent zapowiedział, że każdy wniosek będzie rozpatrywał „indywidualnie”.

Karol Nawrocki ingeruje także w obszar trzeciej władzy. Odmówił podpisania nominacji sędziowskich 46 sędziom. Chce mieć władzę nad sędziami, by się pilnowali, czy ich orzeczenia spodobają się prezydentowi, czy nie.

W tym kontekście jego weto do ustawy o KRS można uznać za detal. Natomiast detalem na pewno nie będzie to, czego się spodziewamy w związku z wyborem przez Sejm sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A spodziewamy się – mówią o tym politycy PiS – że prezydent odmówi przyjęcia ich ślubowania. To będzie oznaczało, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego eskaluje i że Nawrocki jest tej eskalacji głównym winowajcą.

Prezydent chce też rządzić polityką zagraniczną. Nie podpisuje nominacji ambasadorskich i żąda uzgadniania z nim nazwisk ambasadorów. Do tego deklaruje, że niektórym nominacji nigdy nie podpisze. Próbuje kształtować polską politykę zagraniczną, zarówno jeśli chodzi o stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w ramach Unii Europejskiej. Pałac Prezydencki wciąż usiłuje zmonopolizować kontakty z USA i z Donaldem Trumpem. Wmawiając nam przy tym, że Karol Nawrocki ma znakomite relacje z amerykańskim prezydentem. To oczywista bujda, ale służy do rozpychania się.

Jeśli chodzi o Unię Europejską, prezydent już wiele razy dał się poznać jako jej przeciwnik i polityk podgrzewający antyunijne nastroje. Podczas wizyty w Czechach, w listopadzie, wygłosił na Uniwersytecie Karola referat na temat przyszłości UE. Krytykował w nim obecną Unię za zbytnią „centralizację” i m.in. opowiadał się za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i za zmianą w systemie głosowania w Radzie UE. To była ta powtarzająca się fraza o Unii jako luźnym związku,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.