Tag "Legia Warszawa"
Polskie Porto i piłkarscy koloniści
Najlepsze lata polskiej reprezentacji przypadały na czas, gdy po kilku kadrowiczów grało ze sobą w silnym klubie
Kwestia transferu Oskara Pietuszewskiego, uchodzącego za najzdolniejszego polskiego młodzieżowca, rozpaliła nadwiślańskie głowy, wszak odeszło nasze nastoletnie dobro narodowe, któremu zwiastuje się światową karierę. Wyłożone przez FC Porto 10 mln euro to prawie rekord Ekstraklasy (Moder i Kozłowski odchodzili w swoim czasie do Brighton za 11 baniek każdy), dla Jagiellonii to kosmiczna kwota równa rocznemu budżetowi klubu, ale nie brakuje marudnych głosów besserwisserskich, że to dużo za mało, że Polaków się nie szanuje, że taki talent poszedłby za trzy razy więcej, gdyby był Hiszpanem albo Anglikiem. Osobiście widzę same zyski – Jaga będzie miała okazję wzmocnić kadrę przed wiosną na dwóch frontach, o ile oczywiście pieniądze zostaną rozdysponowane rozsądnie. Nasz zdolny skrzydłowy trafił zaś do drużyny, której kluczowymi graczami w tym sezonie są dwaj reprezentanci Polski – Jakub Kiwior i Jan Bednarek.
O tym, ile obaj znaczą dla legendarnych Dragões, mogliśmy się przekonać na własne oczy w minioną środę, kiedy w ćwierćfinale krajowego pucharu rozegrano portugalskie El Clásico między Porto a Benficą. Jedyną bramkę w meczu zdobył głową właśnie Bednarek, który ponadto ze stoickim spokojem kierował blokiem defensywnym, Kiwior w ostatnich chwilach zaliczył interwencję ratunkową, blokując na linii bramkowej strzał rywali – obaj nasi obrońcy są regularnie wybierani na najlepszych defensorów miesiąca w Liga Portugal. Trudno temu się dziwić, skoro Porto po prostu nie przegrywa, prawie w ogóle nie traci goli i pewnie zmierza po dublet. W Lidze Europy, grając na pół gwizdka, Smoki też mieszczą się w ósemce, a w najbliższy czwartek w Pilznie można się spodziewać europejskiego debiutu Pietuszewskiego w nowych barwach.
Polacy mają nierówne szczęście do FC Porto. Pierwszym naszym bramkarzem, który sięgnął po piłkarski Puchar Mistrzów, był Józef Młynarczyk, przed bez mała 40 laty jeden z bohaterów zwycięskiego finału przeciw Bayernowi Monachium. Ależ się wtedy ekscytowaliśmy golem, którego bezczelnie strzelił piętą Bawarczykom Rabah Madjer, niejako mszcząc się za „hańbę w Gijon” z Mundialu 1982, kiedy to Niemcy dogadali się z Austriakami, aby wyeliminować Algierię.
W Porto spędził kilka sezonów także Grzegorz Mielcarski, ale
Urban et orbi
Może właśnie na takiego selekcjonera kadra czekała
Były lęki, że będzie za miękki. Bo potrafi się dogadać z piłkarzami i nie trzyma krótko za mordę. A przecież Polacy tęsknią do zamordystów, autokratów, do złego tyrana, którego będą się bali, a jednocześnie obdarzali go bałwochwalczą czcią, jak w syndromie sztokholmskim – będą go kochali za to, że go nienawidzą, bo Polak lubi mieć tego złego, na którego może wyrzekać, zarazem czując się zwolnionym z obowiązku samostanowienia. Polakom wolność nie jest pisana, bo od razu robią z niej anarchię, na to przynajmniej wskazuje przechył preferencji wyborczych w stronę obu konfederacji.
Naród polski nie jest stworzony do small talku, nie ceni miękkich kompetencji, Okrągły Stół śmierdzi mu zdradą, kompromisami się brzydzi, w hymnie ma „szablą odbierzemy”, a nie „wynegocjujemy”. I to wszystko przekłada się na mentalność kibica – o piłkarzach naród ma niewysokie mniemanie, że to przepłacane darmozjady, że w klubach zachodnich zarabiają, to im się chce, a na kadrę przyjeżdżają z musu, rozleniwieni, rozmemłani, zdemotywowani, trzeba im bata, żeby zechcieli się poderwać do biegu, trzeba im tresera, a nie trenera, inaczej nie wyskoczą do główki, wślizgu nie zrobią, głowy za ojczyznę nie nadstawią.
Prezes Cezary Kulesza, swojak z Podlasia, idący z Duchem Puszczy w rytmie disco polo, jak dotąd szczęścia do trenerów nie miał – w miejsce ślicznego portugalskiego bajeranta, który zwiał przed barażami, przywołał Czesława Michniewicza, za którym ciągnąć się będzie dozgonnie gorąca linia z „Fryzjerem” z czasów, kiedy piłkarze ustawiali mecze częściej, niż się kibole młócili w ustawkach. Wyniki były, ale w tak kiepskim stylu, że głos ludu o dziwo się wzburzył na strategię „laga na Robercika” i polski minimalizm – okazało się, że oprócz celu ważne są środki.
No to się Kulesza zastawił, a postawił i za ciężkie miliony ściągnął Fernanda Santosa, który co prawda w CV miał mistrzostwo Europy, ale najlepsze lata trenerskie minęły mu już dawno, o polskiej piłce pojęcia nie miał i mieć nie chciał, piłkarze nie wiedzieli, co grać, więc na wszelki wypadek przegrywali wszystko jak leci. I w końcu zatrudnił Kulesza tyrana, kłótliwego buraka, zarozumiałego, apodyktycznego samca alfa, który za wyzwanie selekcjonerskie uznał dowiedzenie wszystkim, kto tu rządzi i że żadnego gwiazdorstwa tolerował nie będzie.
Probierzowski zamordyzm nie zadziałał sportowo, reprezentacja Polski nie przestała się staczać, aż w końcu Lewandowski postawił sprawę jasno: „Probierz albo ja” i naród jednak się opowiedział po stronie piłkarza, boć dotarło do rozumów pospólnych, że trener bez piłkarzy nigdzie nie awansuje, już prędzej piłkarzom bez trenera to się przytrafić może. I męczył się prezes Kulesza, przymierzał jak pies do krzaka, kombinował, aż w końcu z zaciśniętymi zębami zatrudnił tego, który wydawać by się mógł wyborem najbardziej oczywistym. Dał robotę Janowi Urbanowi, przy czym kontrakt sformułował tak, żeby nie było wątpliwości – jak tylko się noga powinie, koniec kropka, zwolnienie, piąty kandydat za kadencji Kuleszowej już przebiera nóżkami.
Jan Urban najlepsze lata kariery
Awanse na oparach
Kluby zwalniają tempo, Legia na dnie
Z końcem jesieni polskie kluby tradycyjnie zwalniają tempo w Europie. Nie wiedzieć czemu gra na dwóch frontach, ergo rozgrywanie meczów co trzy dni jest dla piłkarzy zarabiających w Polsce przykrością, do której nijak się przyzwyczaić nie mogą. Rodzimi gracze wychowali się w lidze, która o Europę zaczęła się ocierać dopiero po wynalezieniu Ligi Konferencji, w większości zatem przywykli do tego, że gra się w weekendy, a w tygodniu trenuje. Obcokrajowcy też jakby skuszeni najmniej wymagającą z przyzwoicie płacących lig nie są przekonani do takiej harówki. Ma być syto i leniwie, a tu trzeba biegać do samych świąt za punktami. W ubiegłym roku Jagiellonia i Legia dojechały do play-offów na oparach; w bieżącym Legia już nigdzie nie dojedzie, a Jagiellonia też ledwie awansuje do jednej szesnastej dzięki punktom uciułanym jesienią na słabeuszach. W konfrontacji z przeciętnym klubem La Liga drużyna z Białegostoku nie była faworytem, albowiem hiszpańska przeciętność w przekładzie na polski oznacza wybitność.
Taki Jesús Imaz, który wciąga nosem całą Ekstraklasę od kilkunastu lat, piłkarz w Białymstoku już pomnikowy, przed przyjazdem do Polski tułał się po niższych ligach w swojej ojczyźnie, a w dzisiejszym Rayo Vallecano nie zmieściłby się nawet w szerokich rezerwach. Piłkarze z Villa de Vallecas nie zamierzali mieć litości dla gospodarzy, zwłaszcza że ich kibice zostali tradycyjnie powitani przez białą polską siłę – czerstwym chlebem w ryj i solą w oczy. W ramach szlachetnych form męskiej rywalizacji (Karol Nawrocki lubi) chłopcy z Podlasia zasadzili się na ekspresówce na autokary, wtargnęli do środka, powybijali zęby dziewięciu fanom z Hiszpanii, trzech wysłali do szpitala, po czym w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku patriotycznego (Rayo to czerwona hołota z robolskich przedmieść Madrytu, więc należy ich raz sierpem, raz młotem etc.) rozjechali się sprawnie po swoich dumnych kątach.
Na boisku sprawy miały się bliźniaczo do meczu, w którym ostatnio oberwał od Czerwonych Szarf Lech Poznań – polska ekipa trzymała się w miarę dzielnie przez godzinę, dopóki trener Hiszpanów nie zrobił potrójnej zmiany, wprowadzając swój podstawowy tercet ofensywny.
O ile jednak Lech rozsypał się dopiero w doliczonym czasie i zaiste zdążył obwąchać punkty, o tyle Jagiellonia straciła gola decydującego o porażce natychmiast po trenerskiej korekcie. Wprowadzony koło 60. minuty Urugwajczyk Alfonso „Pacha” Espino zobaczył frajerskie ustawienie w bramce młodego Abramowicza i w pierwszym kontakcie z piłką uderzył z daleka z ostrego kąta do siatki. Początek meczu też zresztą należał do gości: zdobyli bramkę po szkolnym niedopatrzeniu defensorów Jagi, a potem raz za razem obijali słupki.
Białostocka ekipa jest ewidentnie zmęczona rundą, w zeszłym tygodniu przegrała nawet w Niecieczy i w Katowicach, toteż licho prezentowała się na tle solidnego rywala z najlepszej technicznie ligi świata. W końcówce pierwszej odsłony Hiszpanie pozwolili się przycisnąć i za sprawą przytomności Imaza Jaga wyrównała, może nawet w przekroju całego spotkania zasłużyła na polubowne rozstrzygnięcie, lecz raczej z uwagi na wolę walki niż na walory piłkarskie. Jednakowoż trener Siemieniec na pomeczowej konferencji odleciał w stratosferę, stwierdzając, że „przegrała drużyna zdecydowanie lepsza”.
Dramatycznie słaby był Dawid Drachal, na
Waluś na posła
Ryba psuje się od głowy. Losy Legii Warszawa są brutalnym dowodem. Klub nie ma prezesa. W realu. Bo na papierze jest nim Dariusz Mioduski. Teoretycznie ma ogromną władzę. Jest przecież także właścicielem klubu. Może więc prawie wszystko. I co? Legią rządzą kibole z Żylety. A nimi bojówkarze z Teddy Boys 95. Kilkadziesiąt osób, które działają jak mafia. Mają kasę, bo handlują narkotykami na wielką skalę. Policja sobie nie radzi. A miasto? Stadion jest przecież jego własnością. Kosztował 374 mln zł. Zapłacili za niego podatnicy.
Prezydent Trzaskowski ma instrumenty, by wraz z policją przywrócić prawo na trybunach. Nie robi tego, więc Żyleta fetuje Walusia i Brauna. I czekają, aż Waluś i jemu podobni za dwa lata będą posłami.
Papszun na wydaniu, Legia w kryzysie
Polski czwartek w europejskich pucharach
Papszuniada trwa w najlepsze. Przybliżmy postać, wokół której rozkręciła się właśnie najgorętsza od lat telenowela piłkarska w Polsce. Marek Papszun jest urodzonym warszawiakiem. Z wykształcenia historyk, do 2016 r. był nauczycielem i wuefistą, przy okazji trenował w niższych klasach rozgrywkowych kluby z podwarszawskich miejscowości, Legionovię prowadził nawet w sezonie zakończonym awansem do II ligi. Wiosną 2016 r. właściciel Rakowa Michał Świerczewski, twórca i założyciel sieci sklepów komputerowych, na której dorobił się miliardów, zaprosił Papszuna na rozmowę kwalifikacyjną, która wedle wspomnień szkoleniowca trwała… osiem godzin, a przysłuchiwała się jej w milczeniu psycholożka, prywatnie partnerka Świerczewskiego. Trener przedstawił szczegółowo swoje plany i został przyjęty do roboty, ale wcześniej na wszelki wypadek wziął bezpłatny urlop ze szkoły.
Początek miał kiepski, zaczął od kilku porażek, nie wykonał doraźnego zadania i mimo przejęcia drużyny walczącej o awans do wyższej ligi znalazł się poza miejscem barażowym. Świerczewski wykazał się cierpliwością, dzięki czemu zaczęła się bezprecedensowa, najdłuższa kadencja klubowa w Ekstraklasie – z jednym sezonem przerwy na odpoczynek Papszun jest w Rakowie do dzisiaj (stan na 28 listopada). Gdyby został w Częstochowie, za pół roku mógłby świętować dziesięciolecie rozpoczęcia projektu marzeń: potęgi Rakowa, którą zbudował od podstaw. W ciągu siedmiu lat przeszedł z klubem drogę od trzeciej klasy rozgrywkowej na szczyt, zdobył mistrzostwo Polski i… wziął sobie wolne.
Miał nadzieję na pracę w reprezentacji Polski, ale prezes Kulesza ostatecznie zdecydował się na Michała Probierza – jak wiemy, z fatalnym skutkiem. Raków przejął na rok Dawid Szwarga, asystent Papszuna, i wszystko się posypało: drużyna odpadła z Ligi Europy po fatalnej grze i porażce z Atalantą, zajęła w Ekstraklasie dopiero siódme miejsce i groziło jej popadnięcie w przeciętność. Marek Papszun jednak wrócił i z marszu sięgnął po wicemistrzostwo, przy czym jego drużyna walczyła o tytuł z Lechem do samego końca.
Dorobek ekstraklasowy Papszuna w Rakowie jest imponujący: w ciągu
Wojownicy i rezerwiści
Tylko Legia nie wygrywa w Europie
Legia to stan umysłu. Megalomania i arogancja niweczą potencjał sportowy i finansowy. Kibice są przekonani, że tytuł mistrza Polski powinien być nieprzechodni i do końca świata nieodwołalnie należeć do ekipy z Łazienkowskiej. To, że Legia już od czterech lat tytułu nie zdobyła, w Warszawie uznaje się za niedopuszczalne, za spisek sił nieczystych, błąd w matriksie, hańbę, porutę i zniewagę uczuć religijnych. Żyleta bez względu na miejsce drużyny w tabeli Ekstraklasy śpiewa swoją najpopularniejszą pieśń bojową, zaczynającą się od słów „Mistrzem Polski jest Legia…”, a potem dokłada mantrę: „Niepokonane miasto, niepokonany klub”, bo kibice Legii nie uznają innych wyników, dla nich tabela, w której Legii nie ma na czele, jest nielegalna jak sejmowa komisja śledcza dla Ziobry. Presja na mistrzostwo jest obłędna – od Żylety siadam jak najdalej, ale nawet w sektorach rodzinnym czy prasowym panuje obłąkańcze ciśnienie na mistrzostwo.
Na meczach w europejskich pucharach fani Wojskowych nie mówią o niczym innym, dla nich brak tytułu jest jak utrata niepodległości. OK, fajnie się pokazać w Europie, ale mistrzostwo po prostu MUSI wrócić. Przy Łazienkowskiej zainteresowanie sukcesami zagranicznymi jest takie jak na Nowogrodzkiej – najważniejsze, żeby rządzić w kraju, reszta świata ma znaczenie, tylko jeśli może przyczynić się do tego. Tyle że piłkarsko dzieje się inaczej – drużyny grające w fazie grupowej europejskich pucharów nie wygrywają Ekstraklasy, bo nie dają rady grać jednocześnie na dwóch frontach.
Trener Edward Iordănescu musiał zatem otrzymać wyraźny sygnał od zarządu, że nie za Ligę Konferencji będzie rozliczany, tylko za tytuł. I ugiął się, we czwartek na turecki Samsunspor wystawił drugą drużynę, która w dodatku pierwszy i najpewniej ostatni raz w życiu zagrała w takim zestawieniu. Na efekty nie trzeba było długo czekać – już po dziesięciu minutach Legioniści przegrywali, bo drugorzędny obrońca Marco Burch, który w lidze nie zagrał od sierpnia ani minuty, dał się urwać holenderskiemu skrzydłowemu rywali.
To, że występuje legijna dwójka, było widać gołym okiem, chłopaki mieli dobre chęci, ale brakowało umiejętności i zgrania – to i tak spory sukces, że gospodarze mieli przewagę w posiadaniu piłki i nieustannie dążyli do wyrównania, które ostatecznie byłoby rezultatem sprawiedliwym. Słupek, poprzeczka, nieuznany gol, szczęśliwie zablokowana bomba w doliczonym czasie – Legia przegrała pechowo, ale na własne życzenie (czytaj: trenera i kibiców). Chcecie mieć mistrzostwo? OK, będziemy rotować składem – najlepsi grają w kraju, na Europę wystawiamy rezerwy, mamy szeroką kadrę, może się uda coś tam nawet wygrać ze słabiakami i urwać punkcik średniakom, żeby się przeczołgać do styczniowych play-offów, naprawdę wiele nie trzeba.
Dlaczego w takim razie ustalono wielokrotnie wyższe niż w Ekstraklasie ceny biletów? Znajomy, który musi mnożyć wszystko razy cztery (kibicuje z żoną i dwójką dzieci), ze łzami w oczach mówił, że go w tym roku na puchary nie stać. No i w sumie na tym wygrał, za to 18 tys. najwierniejszych lub najbogatszych kibiców (najniższa w sezonie frekwencja była bezpośrednim efektem drastycznej podwyżki cen) dało się nabrać.
Bramkarz turecki nosi swojsko dla mnie brzmiące nazwisko Kocuk, więc trzymałem za niego kciuki, ale zupełnie niepotrzebnie, gdyż Legia w ciągu półtorej godziny zatrudniła go tylko dwukrotnie.
W niedzielę w Zabrzu na boisku lidera „jak za dawnych lat” doszło do weryfikacji mocarstwowych planów – czy pozytywnej, jeszcze nie wiem, bo piszę tekst przed weekendem. Z całą jednak pewnością żaden polski klub nie ma tak silnych zmienników, żeby móc w komplecie zmienić graczy z pola i z powodzeniem
Czerwony gwiazdozbiór
Polska piłka klubowa wychodzi zza żelaznej kurtyny niemocy i partactwa
Nasze kluby wygrały w minionym tygodniu wszystkie mecze i awansowały w komplecie do kolejnych rund eliminacji pucharowych. Dla kibiców znękanych wieloletnią smutą pucharową tak szalone wieczory jak ten, w miniony czwartek, kiedy jedynie zaawansowani adehadowcy mieli szanse na satysfakcję, śledząc jednocześnie trzy mecze polskich drużyn, zachodzące na siebie czasowo, to coś wyjątkowego. W każdym z nich nasi strzelali, trafiali i zwyciężali – można od tego postradać zmysły, choć nie można się przejeść. Czuję się trochę jak w lipcu 1986 r., kiedy wraz z rodziną po raz pierwszy przekroczyliśmy żelazną kurtynę przy okazji odwiedzin u znajomych ojca w Wiedniu. Pierwszy z brzegu supermarket i nagle feeria zapachów, kolorów, zarazem oszałamiająca i upokarzająca, bo sobie człowiek w kilka sekund uświadomił, jak żyją ludzie w normalnym świecie.
Otóż polska piłka klubowa wychodzi zza żelaznej kurtyny niemocy i partactwa, dlatego ekscytujemy się każdym meczem, w którym nasi nie tylko unikają wpadek, ale pokonują rywali z polotem i finezją. Jest pięknie, coraz piękniej, choć przynajmniej dla Lecha zaczynają się teraz schody. Wiadomo, że w drodze do Champions League trafi się co najmniej na jednego giganta – w XXI w. tylko raz polski klub z racji rozstawienia we wszystkich rundach nie musiał zagrać z drużyną wyżej notowaną i skrzętnie to wykorzystał. W 2016 r., choć Legia pod wodzą Besnika Hasiego zaczęła sezon fatalnie, grała brzydko i nieskutecznie, potrafiła awansować do Ligi Mistrzów dzięki szczęśliwej drabince – trafiła na rywali z Bośni, Słowacji i Irlandii. Bywały za to „wtopy” we wczesnych fazach pomimo rozstawienia – w 2009 r. Wisła już w pierwszej rundzie odpadła z Levadią Tallin, Legia w drugiej fazie w 2018 r. ze Spartakiem Trnawą. Lech załatwił sprawę już w pierwszym spotkaniu, w rewanżu na Islandii mecz odbył się bez historii, gospodarze byli zdumiewająco nieporadni, zwłaszcza w ofensywie. Lechici robili masę kardynalnych błędów, z których rywale nie potrafili skorzystać, za to poznaniacy wykorzystali jeden z prezentów – gola zdobyli pressingiem, wystarczyło odrobinę nacisnąć i wikingowie się pogubili. Mikael Ishak, najlepszy w historii Lecha pucharowy snajper miał okazję poprawić swoje statystyki.
Ale z taką grą Lech nie ma żadnych szans przeciw kolejnemu rywalowi – w środę na stadionie w Poznaniu Kolejorz zmierzy się z Crveną zvezdą Belgrad. Przy okazji: nie rozumiem, dlaczego gros dziennikarzy uparcie się błaźni, błędnie odmieniając pierwszy człon nazwy, która oznacza oczywiście czerwoną gwiazdę. Słyszymy więc o Crvenie, czasem nawet o… Krwenie, zamiast o Crvenej – toż nie trzeba być poliglotą, żeby się tutaj odnaleźć, wystarczy odrobina słuchu.
Ekipa ze stolicy Serbii to najsłynniejszy i najbardziej utytułowany klub z Bałkanów – zdobywca najcenniejszych trofeów klubowych na świecie (Puchar Mistrzów i Puchar Interkontynentalny w 1991 r.), a także finalista Pucharu UEFA w 1979 r. U schyłku lat 70. Zeszłego wieku jugosłowiański jeszcze wtedy klub nie miał łatwej ścieżki do finału, zwłaszcza że już w pierwszym meczu dostał solidnie lanie od enerdowskiego Dynama Berlin – 2:5. W rewanżu udało się odrobić straty, ale na dalszej drodze stawały kluby angielskie i hiszpański – dopiero w finałowym dwumeczu silniejsza okazała się Borussia Mönchengladbach z niesamowitym Duńczykiem Alanem Simonsenem. Prym wtedy wiedli w Crvenej Dušan Savić, Miloš Šestić i Vladimir Petrović, który po latach jako asystent trenera powiódł swój klub do zwycięstwa w Pucharze Mistrzów. Tuż przed rozpadem Jugosławii i wybuchem wojny domowej, wiosną 1991 r., drużyna złożona z reprezentantów wszystkich republik odniosła największy sukces w historii bałkańskiej piłki. Obok Serbów
Mioduski – idol żylety
Dariusz Mioduski, właściciel Legii Warszawa, to w polskim futbolu figura symboliczna. Co roku są szumne zapowiedzi podboju Europy. I przaśny real na co dzień. Prościutka metoda działania. Kupić gdzieś piłkarza możliwie tanio, podpromować w Legii i sprzedać. Wszyscy piłkarze, którzy choć trochę się wybili, zostali sprzedani. Protestują kibole, którym Mioduski oddał tzw. żyletę. Cicha ajencja trybuny nie pomogła. Żyleta robi, co chce. A głównie wiesza obelżywe hasła z repertuaru skrajnej prawicy. Nie oszczędza też samego Mioduskiego.
Pożegnania i pocieszenia
Lucjan Brychczy mógł zostać legendą Ruchu Chorzów, bo jak większość górnośląskich dzieciaków marzył o karierze w szeregach Niebieskich
Umarł Lucjan Brychczy. Powiedzieć na Żylecie, że „Kici” był hanysem, to jakby przypomnieć na antenie Radia Maryja, że Jezus był Żydem. A jednak Brychczy – ikona warszawskiej Legii, człowiek, który przy Łazienkowskiej spędził jako piłkarz i trener 70 lat – urodził się na Fryncicie, w Nowym Bytomiu, dzisiaj dzielnicy Rudy Śląskiej, a przed plebiscytem przyzakładowej kolonii Friedenshütte, i pośród familoków się wychował. Brychczy mógł zostać legendą Ruchu Chorzów, bo jak większość górnośląskich dzieciaków marzył w czasach powojennych o karierze w szeregach Niebieskich, ale kiedy przyszedł na testy przy Cichej, zabrakło butów w jego rozmiarze. Urażony nie biegał zbyt zgrabnie w za dużych korkach, więc go odesłano. O losie garbaty, który tak sobie zakpiłeś! To najbardziej parszywy przypadek spośród tych, które wpłynęły na losy śląskiego futbolu – zamiast u boku Gerarda Cieślika „Kici” zadebiutował w Ekstraklasie na stadionie przy Cichej w drużynie przeciwnej, bo pierwszy mecz w barwach Legii zagrał właśnie z Ruchem w Chorzowie jesienią 1954 r. A potem poszło jak w bajce – rekordowe 182 gole ligowe dla CWKS, takoż rekordowe 452 mecze w barwach Wojskowych i pół wieku na ławce trenerskiej.
Powiedzieć, że Legia pogrążyła się w żałobie, to nic nie powiedzieć – niewielu już zostało wśród żywych kibiców, którzy pamiętaliby Legię bez Brychczego. „Kici” przy Łazienkowskiej był zawsze, jego odejście to dla Legionistów koniec epoki, a nawet koniec świata. Przydomek otrzymał z uwagi na nikczemny wzrost – 166 cm – od trenera Jánosa Steinera. „Kicsi” po węgiersku znaczy „mały”, co nie przeszkodziło mu zostać wielkim piłkarzem. Także ze względu na jego długowieczność – w czasach gdy piłkarze po trzydziestce wieszali już buty na kołku, on strzelał hat tricka w Pucharze Europy – wiosną 1970 r., jako napastnik 36-letni!
Żeby jednak nie ulec zanadto zmartwieniom, skierujmy uwagę tam, gdzie futbolowi szowiniści nie kierują jej na co dzień. Mamy bowiem w FC Barcelona oprócz Roberta Lewandowskiego jeszcze jedną gwiazdę piłkarską, która regularnie strzela gole. Ewa Pajor, nasza najlepsza napastniczka, od tej jesieni lukratywnie (jak na warunki futbolu kobiecego) zakontraktowana przy Camp Nou, odpłaca się golami i bajecznie wysokimi notami (za hat tricka w derbach z Españolem dostała dziesiątkę). Kapitanuje też naszej kadrze narodowej, którą właśnie powiodła do historycznego sukcesu – nasze orlice przebrnęły dwuetapowe baraże i awansowały do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Po wyeliminowaniu Rumunek Polki
Tak możemy konferować
Tej jesieni na czwartkowych imprezach wiedziemy prym. Jaga i Legia rywalizują wręcz o tytuł królowej balu
Trwaj, chwilo, jakże jesteś piękna! Dwutygodniowe interwały w europejskich pucharach mają moc utrwalania chwil – właśnie czas zastygł na tych kilkanaście dni, kiedy wszyscy powinniśmy wydrukować sobie statystyki Ligi Konferencji, oprawić je i powiesić w widocznym miejscu. Napawajmy się, bo tak pięknie jeszcze nie było.
Nasze dwa kluby na półmetku rozgrywek zajmują miejsca na podium w 36-zespołowej tabeli, a gdyby ktoś marudził, że to specjalnie dla nas stworzony Puchar Łamag i Patałachów, niechże spojrzy, kto tej lidze przewodzi. Legia i Jagiellonia ustępują bowiem stosunkiem bramek tylko londyńskiej Chelsea, a nasz najlepszy snajper, Afimico „Piętaszek” Pululu (w czwartek po raz pierwszy w fazie grupowej zakończył mecz bez gola zdobytego piętą), jest na szczycie listy snajperów, razem z Portugalczykiem João Félixem i Francuzem Christopherem Nkunku, gwiazdami światowego formatu.
Wygraliśmy dotąd wszystkie mecze, tracąc zaledwie jednego gola. Legia pozostaje w Lidze Konferencji jedyną drużyną z czystym kontem. Ba, wliczając rundy eliminacyjne, wygrała w bieżącym sezonie 11 z 12 rozegranych spotkań, raz tylko remisując z duńskim Brøndby. Ten mecz faktycznie kosztował sporo nerwów, zarówno kibiców, jak i trenera Gonçalo Feio, który od tego momentu znalazł się na celowniku wszystkich strażników dobrych obyczajów i arbitrów manier. Owszem, środkowy palec pokazany przyjezdnym kibicom nie przystoi coachowi, ale stanowczo zbyt wiele uwagi poświęca się pozaboiskowym wyczynom portugalskiego trenera.
Kazimierz Górski miał talent do błyskotliwych bon motów, które na stałe zagościły w słowniku futbolowym. Niegdyś rzekł był o Januszu Wójciku, że to „dobry trener, ale nie ma wyników”. W ten sposób kurtuazyjnie usprawiedliwiano zwolnienia coachów w polskich ligach, a wiemy, że nad Wisłą nie ma posady bardziej nietrwałej niż stołek trenerski. Zwalnianie trenerów stało się w Polsce sztuką dla sztuki, robi się to nie tylko spontanicznie, ale i, by tak rzec, profilaktycznie, prewencyjnie, bez związku z boiskową rzeczywistością. Teraz zdaje się obowiązywać zasada: „Zły trener, chociaż ma wyniki”.
Kampania medialna na rzecz zwolnienia Bestii,







