Tag "MSZ"
Nie rezygnujmy z Damaszku
Po MSZ przeszedł alarm, że minister Sikorski będzie chciał likwidować ambasadę RP w Damaszku. I że w ogóle to pierwszy krok na drodze do ograniczania naszej obecności na Bliskim Wschodzie. Bo w kolejce do zamknięcia czekają jeszcze inne placówki, m.in. w Trypolisie. Czy to ma sens?
Tłumaczenia są proste – sytuacja w Syrii nie sprzyja działalności dyplomatycznej. Dyplomaci, jeżeli jadą do Damaszku, to bez rodzin, a ich możliwości działania są znikome. Ich rodziny, żony, dzieci są albo w Warszawie, albo w Bejrucie – tam, w dzielnicy chrześcijańskiej można bezpiecznie mieszkać. I de facto stamtąd ambasada w Syrii jest prowadzona.
Jeżeli więc mamy utrzymywać (niewielką) placówkę dla samego jej utrzymywania, może rzeczywiście lepiej z niej zrezygnować? Zwłaszcza że nie ma chętnych, by tam jechać. To rozumowanie ma swoją logikę, ale jest to logika biurokraty. Wszystko bowiem zależy od tego, jaka jest przyszłość Syrii, co tam może się zdarzyć, i od tego, jakich ludzi chcemy tam wysłać.
A przyszłość może być interesująca, bogate państwa Półwyspu Arabskiego deklarują dziesiątki miliardów dolarów na odbudowę Syrii. To zrozumiałe, bo w miarę jak zaognia się konflikt z Iranem, rośnie jej rola jako państwa tranzytowego dla ropy i gazu. Port Latakię chce z kolei odbudowywać Francja. Czy więc jest sens wycofywać się z tak ciekawego miejsca? Chyba że – to kolejne przypuszczenie – Polska nie dysponuje wystarczającą grupą fachowych dyplomatów, którzy w Syrii mogliby pełnić misję.
To nie jest łatwa placówka, żeby tu funkcjonować,
Komu można ufać, a komu nie?
Nasz czy ich? Takie zawsze jest pierwsze pytanie, czy to prezydenta, czy premiera, gdy jadą z wizytą zagraniczną i wiadomo, że będzie ją przygotowywała miejscowa placówka. A tu można dużo – już na etapie organizowania spotkań, doboru rozmówców, gości. Można daną wizytę podbić albo uczynić ją mało zauważalną. Szef placówki może tu wiele, zwłaszcza jeśli na swojej robocie się zna.
I teraz jedzie Karol Nawrocki na szczyt NATO do Turcji, pytanie zasadnicze brzmi zatem, jak będzie. W przypadku Ankary Nawrocki może odetchnąć. W Turcji mamy pełnego ambasadora, jest nim Maciej Lang, zawodowy dyplomata. I to z CV długim jak u mało kogo. Był ambasadorem w Turkmenistanie, Afganistanie, Kazachstanie, Turcji, Rumunii i znów od roku 2023 jest w Turcji. Dodajmy – placówki opuszczał przed czasem, na żadnej nie dotrwał do końca zwyczajowej czteroletniej kadencji. A dlaczego? Bo inne obowiązki go wzywały. Na przykład w roku 2021, gdy był ambasadorem w Bukareszcie, otrzymał wezwanie od ministra Raua i pojechał do Kabulu, z którego uciekali Amerykanie. Tam kierował ewakuacją polskich obywateli.
To była poważna operacja: 52 loty wojskowe,
Pominęli nas jak zawsze
Ludzie w MSZ wciąż o tym mówią – szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas ogłosiła niedawno nazwiska 33 nowych ambasadorów UE i siedmiu zastępców szefów misji. A dodajmy, że Unia ma swoje ambasady w 145 krajach. Nowi ambasadorowie pochodzą z Francji, Włoch, Niemiec, Hiszpanii, Belgii, Portugalii, Holandii, Irlandii, Malty, Grecji, Danii, Czech, Szwecji oraz Finlandii. I koniec. Wśród nominowanych nie znalazł się ani jeden Polak.
W ten sposób tradycji stało się zadość. Możemy bowiem sięgać w przeszłość – i nic tu się nie zmienia. Na przykład w roku 2018 nowych ambasadorów prezentowała ówczesna szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini. Opowiadała długo: że w gronie 43 nowo mianowanych 14 to kobiety, potem wymieniała nazwiska. A Polaka w tym gronie nie było.
Nawiasem mówiąc, wówczas to nie dziwiło, bo PiS nie chciało, by „uwolscy dyplomaci” mieli dobre stanowiska, więc ich kandydatury nie miały oficjalnego wsparcia. Ale dziś? Szósta gospodarka Unii? Największe państwo wschodniej flanki?
Radość ma zatem opozycja. Marek Magierowski, pisowski ambasador w Izraelu i USA, już napisał, że premier Donald Tusk i wicepremier Radosław Sikorski „powinni się głęboko zastanowić, co zrobili źle, albo czego nie zrobili, żeby uniknąć tego blamażu”. Trudno z tym polemizować, zastanówmy się raczej, dlaczego tak się dzieje, dlaczego Polacy są pomijani.
Co ciekawe, w historii MSZ już parokrotnie powoływano mniej lub bardziej formalnych pełnomocników, którzy mieli popychać kariery polskich dyplomatów w instytucjach międzynarodowych, a unijnych w szczególności. I zawsze efekt ich działań okazywał się skromny. Z drugiej strony,
Podpisze czy nie?
Radosław Sikorski co najmniej trzy razy dogadywał się z Andrzejem Dudą w sprawie ambasadorów – ze skutkiem śladowym. Prezydent podpisał nominacje niewielkiej grupie, ale zdecydowanie większej – nie podpisał. I tyle.
Teraz podobne rzeczy dzieją się z Karolem Nawrockim. Owszem, słyszało się różne newsy – że Nawrocki dostanie pakiet „swoich” ambasadorów albo że Sikorski wycofa Bogdana Klicha z Waszyngtonu i Ryszarda Schnepfa z Rzymu. I że to będzie początek współpracy. Ale na spekulacjach się skończyło.
Potem pojawiła się informacja, że powstanie specjalny zespół, który sprawy ambasadorów będzie uzgadniał z urzędnikami Kancelarii Prezydenta. A z ramienia MSZ działać w nim będzie Henryka Mościcka-Dendys. I to jest ciekawe. Otóż Henryka Mościcka-Dendys, dziś dyrektor generalna MSZ,
Na Cyprze bez zmian
Premier Donald Tusk nie wytrzymał i podczas szczytu Unii Europejskiej na Cyprze oznajmił w mediach społecznościowych: „Po raz pierwszy od lat na sali nie ma Rosjan. Ogromna ulga”. To à propos tego, że na szczycie nie pojawił się Viktor Orbán. Tak oto Tusk wykazał polski temperament.
Do tej radości dodajmy jeszcze jedną – pierwszy raz od długiego czasu mógł liczyć na obecność ambasadora RP, a nie chargé d’affaires a.i. Chodzi o Marka Szczepanowskiego, jednego z nielicznych ambasadorów, którzy po przejęciu MSZ przez Radosława Sikorskiego nie zostali wycofani do Warszawy.
To dość symboliczna scena – otóż Szczepanowski był zatwierdzany przez sejmową Komisję Spraw Zagranicznych na tym samym posiedzeniu, na którym zatwierdzani byli Jakub Kumoch (Pekin), Arkady Rzegocki (Dublin) i Jarosław Guzy (Kijów).
Gdy przyszła nowa władza, Rzegocki z Guzym zostali wycofani do Warszawy. Nikt się nie dziwił – Rzegocki przyszedł do MSZ w czasach PiS, był szefem służby zagranicznej. Dla Guzego też była to pierwsza posada w MSZ. Skazani więc byli na powrót. Zrobiło się z tym trochę zamieszania. Szczególnie walczył Guzy,
Porozmawiajmy o zarabianiu
Gdy w roku 1999 likwidowano biura radcy handlowego, przedstawiano to jako wielki sukces, jako pogrzebanie starej, PRL-owskiej struktury. Tłumaczono, że polska gospodarka wygląda teraz inaczej i tak naprawdę, po tym jak wielkie przedsiębiorstwa państwowe przestały działać, biura te nie mają zadań.
Jeżeli więc jeszcze na początku 1999 r. funkcjonowały 103 biura radców handlowych, wydziały i przedstawicielstwa handlowe nadzorowane przez ministra gospodarki, to potem zaczęło się odcinanie. 78 placówek przekształcono w wydziały ekonomiczno-handlowe ambasad lub konsulatów RP. A 25 placówek, przeważnie jednoosobowych, zostało zlikwidowanych. Były to m.in. placówki w Phenianie, Kuwejcie, Bengazi, Islamabadzie i Dubaju.
Część pracowników BRH, a byli oni na etatach resortu gospodarki,
Trochę dyplomacji, dużo polityki
MSZ jest ministerstwem nietypowym, a to dlatego, że w swoje działanie ma wpisaną zmianę. To oczywiste, życie dyplomaty polega na tym, że parę lat pracuje się w centrali, potem parę lat na placówce, potem znów w centrali itd. Nie można więc przyzwyczajać się do stanowiska, bo pełni się daną funkcję może nie chwilowo, ale na pewno nie na zawsze. Owszem, są wyjątki. Agnieszka Wielowieyska zawsze jest dyrektorem jakiegoś departamentu i nie wyjeżdża za granicę. Jest jeszcze inny przykład, z czasów zamierzchłych – Maria Wierna, przed którą pół ministerstwa drżało, była dyrektorem generalnym MSZ w latach 1956-1968. Prawie 12 lat. I tylko minister był od niej ważniejszy, choć nie jest to wcale pewne. A teraz pytanie numer jeden do publiczności: jak długo dyrektorem generalnym będzie Henryka Mościcka-Dendys? Wcześniej była wiceministrem, jednym z sześciu. To pokazuje wagę jej stanowiska…
No dobrze, jeżeli jesteśmy przy wiceministrach i ich wielkiej liczbie, zwróćmy uwagę, że są wśród nich równi i równiejsi. I jak to zważyć?
Można np. w ten sposób. Otóż Marcin Bosacki jest sekretarzem stanu. I w strukturze MSZ odpowiada za pracę departamentów: Dyplomacji Kulturalnej i Promocji Polski,
Co tam, panie, w Teheranie?
Pisaliśmy tydzień temu, że w MSZ brakuje fachowców, którzy znaliby się na Iranie, potrafili podpowiadać, jak sytuacja się rozwinie. No bo na kogo, oprócz Barbary Ćwioro, można liczyć?
Owszem, jest Maciej Fałkowski. Wprawdzie nie zna perskiego, raczej jest specjalistą od rozbrojenia niż od Bliskiego Wschodu, ale był w Iranie pięć lat, w latach 2019-2024, więc wiedzy mu nie brakuje. Kłopot w tym, że obciążony jest zadaniami administracyjnymi, może nie ponad miarę, ale na pewno ponad zdrowy rozsądek. Oto bowiem w MSZ wymyślono nowy departament, którego Fałkowski został dyrektorem. Tą nową jednostką jest Departament Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej. A jeżeli ktoś miałby wątpliwości, że coś takiego może powstać i działać, to dodajmy do tego opis ze strony MSZ: „Departament Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej formułuje i realizuje cele polskiej polityki zagranicznej wobec państw Afryki, Bliskiego Wschodu, Ameryki Łacińskiej i Karaibów”.
Karaibów… Kuba w jednym worku z Iranem, Izraelem, Nigerią… Pół świata, półkula wschodnia i zachodnia w jednym, trudno o coś równie kuriozalnego. No i tym wszystkim kieruje Maciej Fałkowski, mając do pomocy czterech zastępców. I aż prosi się zapytać: skoro nasze MSZ tak pięknie dzieli świat, gdzie zakwalifikowało Grenlandię – do Europy czy do Ameryki Północnej?
No dobrze, wróćmy do Iranu. Poprzednik Fałkowskiego w Teheranie, Jarosław Domański, był tam tylko rok, wrócił przed czasem, dziś jest poza MSZ. Jego odwołaniu towarzyszyło wiele komentarzy, pomińmy je.
Poza MSZ jest też Juliusz Gojło,
Czy taki deal interesuje Nawrockiego?
Wojna o ambasadorów, jeżeli się skończy, zaowocuje jakimś dealem. Jakimś mniej lub bardziej formalnym podziałem, który pozwoli prezydentowi mieć kilku „swoich”.
Tak to wygląda. Do tej pory funkcjonuje w polskiej dyplomacji kilku ambasadorów wyznaczonych przez Andrzeja Dudę. Mówił o tym zresztą otwartym tekstem minister Sikorski: „W Pekinie, w Watykanie, w Kanadzie, w Rumunii nadal mamy ambasadorów prezydenta Dudy, w tym sensie, że prosił, żeby ich zostawić”. Dodalibyśmy do tego Krzysztofa Szczerskiego, ambasadora przy ONZ.
Ale wróćmy do wymienionej przez Sikorskiego czwórki. Czy w jakiś sposób polską dyplomację wzmacniają, czy nie za bardzo?
Najbardziej znany jest Jakub Kumoch, ambasador w Pekinie, doktorant Szczerskiego. Do MSZ dostał się poprzez pracę w Narodowej Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP, i to od razu na stanowisko ambasadora w Szwajcarii. A tam wylansował się, nagłaśniając odkrycie polskich dziennikarzy na temat tzw. grupy Ładosia,








