Tag "nacjonalizm"

Powrót na stronę główną
POLSKA-UKRAINA

Dlaczego Ukraina heroizuje UPA

Antypolskie kroki Zełenskiego natychmiast ożywiły i zradykalizowały epigonów nacjonalizmu ukraińskiego

Duża część polskiej sceny polityczno-medialnej dopiero pod koniec maja br., kiedy prezydent Ukrainy uhonorował jednostkę wojskową imieniem Bohaterów UPA, odkryła, że Ukraina opiera swoją tożsamość na heroizacji najbardziej skrajnych nurtów historycznego nacjonalizmu ukraińskiego. Tymczasem dzieje się tak od 2004 r. (z przerwą w latach 2010-2014), a wszelkie fakty o tym świadczące były przez 20 lat ignorowane przez wielu polskich polityków jako sprzeczne z neoprometejską linią naszej polityki wschodniej.

Były ambasador Polski w Kijowie Bartosz Cichocki ocenił, że na Ukrainie trwa obecnie antypolska kampania, a tamtejsza debata publiczna nie dopuszcza polskich argumentów w sprawie UPA. Cichocki przypomniał też systemowe dyskryminowanie Polaków przez władze ukraińskie od 1991 r., w tym przypadki odmowy zwrotu kościołów i ograniczania polskiego szkolnictwa. W jego opinii obecny kryzys może doprowadzić nawet do zerwania stosunków dyplomatycznych. Dlaczego Cichocki mówi o tym dopiero teraz? Jako ambasador milczał przecież w imię owych neoprometejskich miraży realizowanej w Warszawie polityki wschodniej. Czy w jego środowisku politycznym (PiS) przypadkiem nie był swego czasu popularny slogan „lepsza Ukraina banderowska niż sowiecka”?

Bohater Petlura?

Prezydent Nawrocki zasugerował w wystąpieniu z 19 czerwca, żeby Ukraińcy czcili Petlurę zamiast UPA. Z tego zapewne powodu, że był to sojusznik Piłsudskiego podczas tzw. wyprawy kijowskiej w 1920 r. Tylko że Petlura wcale nie jest postacią aż tak jasną. W latach 1917-1920 Ukraińska Republika Ludowa, która początkowo była protektoratem niemieckim, spłynęła żydowską krwią. Kilkaset pogromów, od 50 tys. do 250 tys. ofiar śmiertelnych, pół miliona wypędzonych i ograbionych. A działo się to 23 lata przed ludobójstwem zgotowanym europejskim Żydom przez Hitlera. Oczywiście pogromów na Żydach dopuszczały się wszystkie walczące tam strony (petlurowcy, biali, machnowcy i bolszewicy), ale to kierowany przez Petlurę od lutego 1919 r. Dyrektoriat URL szeroko wykorzystywał agitację antysemicką do politycznego scalania swoich zwolenników. Petlura zginął w maju 1926 r. w Paryżu z ręki żydowskiego zamachowca, poety Szolema Szwarcbarda, który utrzymywał, że morderstwa dokonał w akcie zemsty za wymordowanie jego rodziny na Ukrainie podczas rządów Petlury. Ława przysięgłych odniosła się z wyrozumiałością do tego wyjaśnienia i w konsekwencji francuski sąd uniewinnił Szwarcbarda. Ponadto Petlura był i jest uważany przez nacjonalistów ukraińskich za zdrajcę, ponieważ w umowie warszawskiej z 21 kwietnia 1920 r. zgodził się na oddanie Galicji Wschodniej i Wołynia Polsce.

Chociażby dlatego życzliwe rady w sprawie czczenia Petlury zamiast banderowców zostaną na Ukrainie zignorowane. Tego samego dnia, w którym prezydent Nawrocki odebrał Order Orła Białego Zełenskiemu, w miejscowości Botyń na Wołyniu odsłonięto pamiątkowy krzyż ku czci Petra Gudzowatego „Oczeretenki” (1912-1946), jednego z miejscowych watażków UPA. W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele lokalnych władz, duchowieństwa, weterani wojny rosyjsko-ukraińskiej oraz organizacje młodzieżowe. „Oczeretenko” był działaczem OUN od połowy lat 30. XX w., żołnierzem batalionu „Nachtigall” i 201. batalionu Schutzmannschaft, a następnie jednym z dowódców UPA na Wołyniu, w czasie gdy OUN-B i UPA dokonały tam ludobójstwa na ludności polskiej.

O jego udziale w tej zbrodni nie dowiemy się jednak z żadnych ukraińskich publikacji. Zaprzeczanie ludobójstwu wołyńskiemu, zwłaszcza tam, gdzie zostało popełnione, ma na Ukrainie charakter powszechny i stanowi fundament pomajdanowej polityki historycznej. Pomija się określenie „ludobójstwo” lub stosuje eufemizmy negujące ludobójczy charakter zbrodni („tragedia wołyńska”), nie pisze się, kto był sprawcą, relatywizuje lub zakłamuje („wojna chłopska”) powszechny udział ludności ukraińskiej w masowych mordach oraz sugeruje rzekomą odpowiedzialność NKWD. Skrupulatnie omijane są w kontekście ludobójstwa wołyńskiego nazwy UPA i OUN-B oraz nazwiska Bandery, Szuchewycza, Klaczkiwskiego i innych sprawców.

Rzeczywistość nie szczędzi polskiej klasie politycznej jeszcze boleśniejszych doświadczeń niż to, które zafundował jej prezydent Zełenski. Wydawnictwo Rainshouse, powiązane z pułkiem Azow, wprowadziło do obiegu pod koniec czerwca naszywkę, na której znajduje się napis: „Wołyń Pride”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Rzecznik praw PiS

Wystawienia Adama Borowskiego jako kandydata na rzecznika praw obywatelskich jest hucpą

„Pańska droga życiowa jest pięknym świadectwem odwagi, patriotyzmu, wierności wartościom oraz nieustannej służby drugiemu człowiekowi. Wieloletnia działalność społeczna i obywatelska stanowi wzór dla kolejnych pokoleń Polaków oraz dowód, że konsekwencja, uczciwość i troska o dobro wspólne mają fundamentalne znaczenie dla budowy silnego państwa. Jesteśmy przekonani, że doświadczenie, autorytet moralny oraz głębokie zrozumienie spraw obywatelskich czynią Pana najlepszym kandydatem do pełnienia tej zaszczytnej i odpowiedzialnej funkcji. Pańskie życie i dokonania są inspiracją dla wszystkich, którym bliskie są prawda, sprawiedliwość i służba Narodowi”, napisali w portalu X prawnicy ze Stowarzyszenia „Veritas et Ius. W Służbie Narodowi”, gratulując Adamowi Borowskiemu nominowania przez Jarosława Kaczyńskiego.

Takie poparcie nie jest przypadkowe. Veritas et Ius skupia propisowskich sędziów, prokuratorów i adwokatów, a działalność zainaugurowało w siedzibie warszawskiego klubu „Gazety Polskiej”, którego szefem jest Borowski. Na czele stowarzyszenia stoją owiani złą sławą neosędziowie Piotr Schab i Michał Lasota, zwani „rzeźnikami”, „katami” lub „egzekutorami” Zbigniewa Ziobry. Panowie ci za rządów PiS zrobili zawrotne kariery. Schab został głównym rzecznikiem dyscyplinarnym sędziów sądów powszechnych, a Lasota jego zastępcą. Zasłynęli z represjonowania sędziów za to, że ci stosowali się do wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i Sądu Najwyższego, protestowali przeciwko upolitycznianiu sądownictwa i uczestniczyli w akcjach w obronie praworządności. Między innymi za represje wobec sędziów, ale też inne popełnione przestępstwa, Schaba i Lasotę ściga teraz prokuratura.

W każdym cywilizowanym kraju taka rekomendacja byłaby kompromitująca dla kandydata na urząd ombudsmana, ale Borowski nie ukrywa swoich propisowskich, zamordystycznych poglądów (dwukrotnie bez powodzenia startował z list PiS do Sejmu, był w komitecie poparcia Karola Nawrockiego). Zaciekle zwalcza obóz demokratyczny, który jest dla niego spuścizną zdradzieckiego układu okrągłostołowego, a oprócz tego zgniłe brukselskie elity, liberałów, ekologów i tęczowe lewactwo. Może to dziwić, bo w czasach PRL Borowski działał w opozycji, za co był represjonowany. W wolnej Polsce uznał chyba, że jedyna demokracja, jaka jest do przyjęcia, to ta firmowana przez PiS. Ale to niejedyny powód, dla którego nie nadaje się na RPO.

Wszyscy dotychczasowi rzecznicy byli prawnikami, często wybitnymi, i mieli ogromny szacunek dla prawa, do tego cechowała ich empatia. Wystarczy wspomnieć profesorów Ewę Łętowską, Tadeusza Zielińskiego, Adama Zielińskiego czy Andrzeja Zolla. Tymczasem Adam Borowski, absolwent technikum mechanicznego, nigdy nie zajmował się prawami człowieka. Nie ma bladego pojęcia o prawie. W sposób lekceważący podchodzi do porządku prawnego, jeśli nie jest mu z nim po drodze.

Partyzant wolnego słowa

Na kandydacie na urząd RPO ciąży wyrok za zniesławienie Romana Giertycha, o którym Borowski powiedział, że „współpracuje z przestępcami”. Chodzi o głośną sprawę Polnordu, w związku z którą Zbigniew Ziobro chciał wsadzić wpływowego mecenasa do aresztu, czemu przeciwne były kolejne sądy. Oczywiście na swoje twierdzenia Borowski nie miał żadnych dowodów. Sąd warunkowo umorzył postępowanie przeciw niemu, ale nakazał mu publikację przeprosin w mediach społecznościowych. Borowski przeprosin nie opublikował, bo uznał, że byłoby to poniżej jego godności. W związku z tym został skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu na rok, ale nadal uparcie nie wykonał wyroku. Gdy realne stało się, że Borowski trafi do więzienia, propisowskie media rozpętały histerię, że brutalny reżim Tuska eliminuje przeciwników politycznych, wsadzając ich za kraty.

Jesienią 2021 r. Borowski przeprowadził w Warszawie „patriotyczną” akcję poprawiania tablic w miejscach walk i martyrologii z czasów II wojny światowej. Płaskorzeźby wykute w piaskowcu według projektu Karola Tchorka zawierają motyw krzyża maltańskiego z tarczą, na której umieszczono słowa: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny”. Na dole każdej z tablic znajduje się też krótka informacja o mordach dokonanych przez hitlerowców. Jednak Borowski uznał, że tablice kłamią, i słowo „hitlerowcy” zakleił paskiem z napisem „Niemcy”, bo zgodnie z propagandą PiS nasz zachodni sąsiad jest wrogiem Polski i ideowym spadkobiercą III Rzeszy. „Ten napis »hitlerowcy« powstał za czasów komunizmu. (…) A to nie hitlerowcy podpisali pakt Ribbentrop-Mołotow,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Świstowość, litworowość

Lato nareszcie. Zosia, córka moja szkocka, tradycyjnie wpadła z zięciem na czerwcowe chaszczowanie po Tatrach. W zeszłym roku jakoś nam się nie zebrało, wziąłem ich na Babią, widoczki, pogoda, nawet jakaś mszyca polowa na szczycie. Myślałem, że im wystarczy Królowa Beskidów, ale czuli niedosyt, bo za dużo turystów, no i to jednak nie to samo, co skaliste góry wysokie. Oni są parą miejską, od miasta uzależnioną, ale raz do roku uwielbiają być przeze mnie prowadzeni na manowce, w bezludne zakamary tatrzańskie. Zażywają w ten sposób porcji dzikości i przez kilkanaście godzin dziennie są offline, co dla ich zmęczonych korporacyjną harówą umysłów ma walor detoksykacyjny.

Na całej długości Doliny Białej Wody i jej prawych orograficznie odnóg nie ma zasięgu ani internetu. To jest być może jedna z przyczyn, dla których po słowackiej stronie Białki poza taternikami pedałującymi na táborisko pod Wysoką i pojedynczymi egzemplarzami ambitnych turystów, chcących się przeczesać Polskim Grzebieniem, nie spotyka się nikogo. Podczas gdy z polskiej strony z tejże samej Łysej Polany startują codziennie tysięczne tłumy i drepczą asfaltem do Morskiego Oka w ciżbie i harmidrze niczym na Krupówkach.

Chłopiec z Ukrainy dreptać nie chciał, szlabanu nie było, bo akurat remont drogi, to sobie podjechał pod samą taflę – no i dostał szlaban, pięcioletni, na Schengen. Wrogość wobec Ukraińców już się ulewa narodowi na każdym kroku, Nawrocki order odebrał, Zełenski go odesłał na koszt adresata i nie przyjechał na konferencję do Gdańska – mężczyźni unoszą się honorem, bogiem i ojczyzną, za którą potem każą ginąć chłopcom.

Lubię jeździć Boltami po Warszawie, odgaduję po imieniu kierowcy, z jakiego kraju pochodzi, co bardzo ich otwiera, można sobie pogwarzyć z Hindusem, Uzbekiem czy Tadżykiem o ich miejscach urodzenia. Tymczasem ostatnio ukraińscy taksówkarze, zapytywani przeze mnie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Inne racje

Antyimigranckie zamieszki w Belfaście przejęły mnie trwogą, palono samochody, z domów wywlekano ludzi o innym kolorze skóry. Powód: ciemnoskóry próbował zamordować białego na ulicy, co nagrano, a film powielono setki tysięcy razy i potoczyła się lawina. Nie mam wątpliwości, że zachodnia Europa przesadziła w gościnności wobec ludzi z odległych kultur. Gościnność – złe słowo, to był też interes, potrzebne są ręce do pracy. Jak widać, konieczny tu był jednak jakiś balans i myślenie o konsekwencjach, gdy wlewa się do narodowego zbiornika fala ludzi z innych kultur. Nasi nacjonaliści zachwyceni tym Belfastem, wołają: proszę, co będzie, jak Tusk wpuści do Polski obcych! Tusk nie zamierza, ale co szkodzi kłamać, wybory za rok. Inna sprawa, że teraz jako wrogów mamy Ukraińców. Do tej pory było zadowolenie, że to nie kolorowi, tylko sąsiedzi nawiedzili tak licznie Polskę. I ciężko u nas dla nas pracują. Teraz rozniecane są wątpliwości. Budowanie niechęci do Ukraińców przez prawicę, szczucie na nich ma być paliwem wyborczym. Gra na najniższych instynktach. A Ukraińcy giną na wojnie, której nie przegrywają, co jest niezwykłe. Musimy stać murem za Ukrainą, to jest nasza racja stanu. Prezes i Konfederacja mają inne racje.

W poprzednim felietonie pisałem o „zabytkowym” wielkim sumie, którego złowił podły Ukrainiec w gocławskim jeziorku i go zamordował, za co wydalono go z Polski (czy nie za łatwo, na pokaz rządzący wydalają?). Było powszechne oburzenie, a tu okazuje się, że sum przeżył. I już sobie pływa na powrót w jeziorku. Przeżyły też, i mają się coraz lepiej, nastroje antyukraińskie. Czasami sobie myślę, że nieszczęściem naszej cywilizacji jest to, że idioci zaczęli myśleć i te swoje przemyślenia upubliczniać z równą mocą, jak czynią to ludzie, którzy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Z UPA na piedestale

Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie

27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej.

Zełenski nie był pierwszy

Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego.

Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Ściganie wykroczeń

Niedawno młody Ukrainiec, influencer z zawodu czy zamiłowania, wjechał swoim sportowym samochodem pod schronisko w Morskim Oku, łamiąc obowiązujący tam zakaz wjazdu. To ewidentne wykroczenie drogowe zostało ukarane przez policję stuzłotowym mandatem i ośmioma punktami karnymi. Można rozważać, dlaczego wysokość mandatu wynosiła tylko 100 zł, a nie chociażby 200. Ale to temat do dyskusji między policjantem wystawiającym mandat a oficerem dyżurnym w jego jednostce.

Okazało się jednak, że jest to sprawa wagi państwowej. Zabrali w niej głos minister spraw wewnętrznych i administracji oraz sam premier. W mediach rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja. W zwierciadle polskiej duszy, jakim jest internet, można było tę duszę obejrzeć bardzo szczegółowo. A dusza ta wygląda, jak wygląda. Jest, jaka jest. Czasami obrzydliwa.

Przeważały głosy oburzenia. Nie dość, że wjechał mimo zakazu, to jeszcze Ukrainiec! Okolicznością obciążającą okazało się, że był z dziewczyną, w dodatku ładną. Tego już zdecydowanie za dużo! Bezczelnie, lekceważąc ponadtysiącletnie dziedzictwo narodu polskiego, z całym jego tragicznym heroizmem i martyrologią, misją cywilizacyjną, jaką nieśliśmy Europie i światu, i sporem o Morskie Oko, który bohatersko wygraliśmy na polu bitwy pod Grazem czy też przed sądem polubownym w Grazu (to nie jest jasne, ale wszystko jedno, wygraliśmy!), ten Ukrainiec, w dodatku z tą dziewczyną (i to ładną dziewczyną!), zrobił sobie focię! Skandal! A poza tym, co robił ten Ukrainiec nad Morskim Okiem? Dlaczego nie walczył w Donbasie? Kolejny dowód na ukraińskie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Stulecie

Jutro stulecie przewrotu majowego. Czterystu poległych w trzydniowych walkach obciąża Józefa Piłsudskiego. Czy jednak miał on wyjście? Obóz narodowy zawsze zagrażał państwu. Już w styczniu 1919 r. zamach stanu Eustachego Sapiehy i Mariana Januszajtisa omal nie spowodował upadku powstającej Rzeczypospolitej. Endecja, uznająca się za emanację narodu, uważała jednak, że państwo ma być dla niej. To przeciw takiemu myśleniu powstał w maju 1926 r. szeroki front: oddziałów Wojska Polskiego oraz partii polskiej lewicy: od socjalistów i radykalnych ludowców po… komunistów. Liderem tego frontu był przez moment Józef Piłsudski.

„Nie może być w państwie – gdy nie chce ono iść ku zgubie – za dużo nieprawości”, mówił Piłsudski w dniu zamachu. Jednak nieprawości jego rządów przewyższyły potem nieprawości poprzedników. Rzecz jasna, trudno to usprawiedliwiać, lecz trzeba pamiętać o alternatywie. Bo alternatywą była zawsze endecja. Lubimy pamiętać o rozprawie z Centrolewem, o twierdzy brzeskiej i procesie brzeskim. A przecież w roku 1933 władze rozwiązały endecki, faszyzujący Obóz Wielkiej Polski. A w roku 1934, po niespełna trzech miesiącach istnienia, zdelegalizowały endecki, wprost faszystowski, Obóz Narodowo-Radykalny. I to właśnie endecy stali się pierwszymi więźniami Berezy Kartuskiej. Dopiero po śmierci Piłsudskiego sanacja, pozbawiona jego charyzmy, poczuła się zmuszona

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Zacieranie austriackiego profilu

Jak Austria radzi sobie z wcale nienowymi wyzwaniami? Muzułmańscy uczniowie w wiedeńskich szkołach obowiązkowych są już większością

EsRAP pyta: „Jakie reguły tu rządzą?”. Rapują „Rozmowę o Wiedniu”, a kończą słowami: „uczynimy Wiedeń lepszym”. EsRAP to znany austriacki duet hiphopowy rodzeństwa Esry i Enesa Özmenów, dzieci tureckich gastarbeiterów. Dorastali w wielokulturowej Ottakring, 16. dzielnicy Wiednia. Są głosem ludzi z migrancką historią, drugim pokoleniem zaangażowanym społecznie, politycznie, protestującym i kontestującym. Śpiewają o dylematach tożsamości, wykluczeniu, rasizmie, miłości do miejsc, w tym o skomplikowanym uczuciu do Wiednia. Esra, o drapieżnym czasem wizerunku, jest także kobiecą twarzą nowoczesnego islamu.

Przeszło dziewięciomilionowa Austria z liczącą ponad 2 mln mieszkańców stolicą zmienia paradygmaty życia społecznego w obliczu nowych danych. Rządzi koalicja socjaldemokratów, ludowców i liberałów, miesza młodość i odwagę polityków z chrześcijańskim konserwatyzmem, tradycją socjaldemokratów i „czerwonego Wiednia”. A mają co robić.

Ludowcy z ÖVP i ci z „bardzo prawej” strony, czyli wolnościowcy z FPÖ, grzmią o „straconym edukacyjnie pokoleniu”, o katastrofie edukacyjnej, systemie na krawędzi. Chodzi m.in. o język niemiecki, którym w jednej z dzielnic Wiednia aż 72% uczniów szkół obowiązkowych nie posługuje się w codziennym życiu. Pierwsze i drugie pokolenia imigrantów nie znają go, nie używają na co dzień. Zdaniem części polityków przeszkadza to w rozwoju intelektualnym dzieci niemieckojęzycznych – jednocześnie rośnie liczba uczniów ze specjalnymi potrzebami językowymi. Wolnościowcy od lat chcą zakazu używania języka innego niż niemiecki w szkołach na przerwach czy w całodziennych przedszkolach dla dzieci imigrantów. Próbowali takie zapisy wprowadzić w krajach związkowych Górna i Dolna Austria. Bezskutecznie.

W 2020 r. w Austrii mieszkało  2,14 mln osób pochodzenia migracyjnego – 24,4% ogółu ludności. Ich odsetek w ciągu dziesięciu lat wzrósł o 5,9%. W 2024 r. było ich 2,509 mln – 27,8% ogółu ludności. Niemal 1,875 mln osób należy do tzw. pierwszego pokolenia – oni i ich rodzice urodzili się za granicą.

Największe grupy urodzonych za granicą to Syryjczycy (28 503 tys.), Ukraińcy (24 995 tys.), Niemcy (21 655 tys.), Rumuni (13 644 tys.) i Węgrzy (9924 tys.). Dane z początku 2025 r. pokazują trochę mniejszą liczbę – 1,855 mln cudzoziemców (dane za integrationsfonds.at).

41,2%, czyli najwięcej

W roku szkolnym 2023/2024 ok. 26% uczniów w całej Austrii posługiwało się językiem potocznym innym niż niemiecki. W Wiedniu to prawie połowa dzieci, dalej są kraj związkowy Vorarlberg – 25% i Salzburg – 21%. W zależności od rodzaju szkoły dane te się różnią, podobnie jak w dzielnicach: w najludniejszej i barwnej etnicznie Favoriten to 72% uczniów, podobnie w Ottakring i Simmering, gdzie 67% uczniów nie mówi po niemiecku. Bardziej nobliwe dzielnice stolicy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Oddziały szturmowe Prezydenta RP

Kodeks karny nic nie mówi o karze dla głowy państwa znieważającej prezydencki majestat, naród i Polskę

Czułe przywitanie na Jasnej Górze Karola Nawrockiego z nazistowskim kryminalistą Tomaszem P. „Dragonem” wywołało powszechne oburzenie. Widocznie wielu komentatorów i publicystów zapomniało już o przygotowanym dla Jarosława Kaczyńskiego raporcie, który ujrzał światło dzienne w grudniu 2024 r. W dokumencie tym na 72 stronach opisano powiązania Nawrockiego – wówczas prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej dyrektora Muzeum II Wojny Światowej – z kryminalistami, neonazistami i neohitlerowcami (pisaliśmy o tym w artykule „Karol z półświatka”, „Przegląd” nr 22/2025). Nawrocki nigdy w przekonujący sposób nie wytłumaczył się ze znajomości z bandytami, a wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że jako prezydent się ucywilizuje, nie znają gangsterskich reguł. Otóż przynależność do środowiska stadionowych chuliganów jest dożywotnia i nie zrywa się znajomości z kimś tylko dlatego, że siedział w kryminale, zajmuje się działalnością przestępczą i ma nazistowskie tatuaże.

Bandycka elita

Trzeba uczciwie przyznać, że przy Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu” „Dragon” to czeladnik – jeśli tego pierwszego uznać za mistrza w bandyckim fachu. 52-letni „Śledziu”, gdański stadionowy druh prezydenta Rzeczypospolitej i jeden z przywódców bojówki Lechii Gdańsk, przesiedział 14 lat w więzieniu za pobicia, udział w bójkach i nielegalne posiadanie broni. Na ramieniu ma wytatuowanego Adolfa Hitlera, a na rękach i plecach swastyki oraz motto SS: Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność). „Dragon”, 40-latek, szef bojówki Jagiellonii Białystok, ma na koncie wyroki za napaść z użyciem broni lub innego niebezpiecznego przedmiotu na funkcjonariusza publicznego, za podżeganie do napadu, w którym zginęła jedna osoba, i za zastraszanie świadków innego napadu. Uważany jest za zdemoralizowanego, pozbawionego empatii i wyjątkowo bezwzględnego człowieka.

W 2024 r. „Dragon” został skazany na sześć lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, udział w bójkach i propagowanie faszyzmu. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym, nawet jeśli Tomasz P. zostanie skazany, Nawrocki zapewne nie pozwoli, aby gnił w więzieniu, i go ułaskawi. Panowie znają się bardzo dobrze, a według

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Proces Niewiadomskiego

Łaźnia Nowa to teatr już nie pytań, ale czytelnych podpowiedzi i przestróg

„Proces Eligiusza Niewiadomskiego”, którego premiera nieprzypadkowo odbyła się w dniu Święta Niepodległości, to pierwsza odsłona Teatru Obywatelskiego, nowego formatu zdarzeń, wokół których reżyser i współtwórca tego miejsca Bartosz Szydłowski zamierza ogniskować program Teatru Łaźnia Nowa. Teatr ten powstał przecież z marzeń o przebudowie wizerunku Nowej Huty, traktowanej jako gorsza część Krakowa i spychanej co najwyżej do roli miejsca, gdzie – jak powiada Szydłowski – lądowali kosmici i proponowali swój teatr. Po czym odlatywali.

Szydłowscy – bo od początku było to współdziałanie Małgorzaty, scenografki wizjonerki, i Bartosza, reżysera, kreatora nowych relacji między teatrem a społecznością – nigdzie nie odlecieli. Teatr przez nich założony trwa, przez 20 lat wrósł w nowohucki pejzaż, związał się licznymi relacjami z mieszkańcami. I wciąż proponuje nowe formy spotkania i wymiany.

Pomysł nie pojawił się znikąd. W Łaźni zrealizowali Szydłowscy całą serię przedstawień politycznych, mocnych emocjonalnie, działających na wyobraźnię, które pobudzały do dyskusji o sytuacji obywatelskiej Polaków, błądzących między fantazjami o wielkości a skłonnością do hipokryzji. A jednak ta nazwa – Teatr Obywatelski – coś przecież znaczy: wyraźnie czerpie z dotychczasowego dorobku (choć tym razem Szydłowski nie działa w tandemie z Szydłowską), lecz chce się otworzyć na nowe rejestry. To ma być chyba teatr już nie pytań, ale czytelnych podpowiedzi, analogii i przestróg.

Pierwszy impuls do stworzenia tego właśnie spektaklu pojawił się mniej więcej półtora roku temu, kiedy Szydłowski natknął się na książkę Stanisława Kijeńskiego, będącą zapisem procesu Eligiusza Niewiadomskiego. Kijeński był jego obrońcą z urzędu. Sam się zgłosił. Oskarżony początkowo nie chciał żadnego obrońcy, w końcu przystał na pomocniczy udział mecenasa w procesie w roli czuwającego nad procedurą. Sam Kijeński, działacz narodowy, zmierzał do moralnego oczyszczenia mordercy, który, choć zabił, to z wyższych pobudek jako „mściciel krzywd zdrowej większości narodu”. Dlatego opublikował dokumentację procesu, która miała prawdopodobnie służyć upowszechnieniu kultu Niewiadomskiego. Paradoksalnie jednak udostępnił materiał, który potwierdził fanatyczne motywacje mordercy, jego nacjonalistyczne zaczadzenie.

Szydłowski od razu dostrzegł potencjał teatralny tego zapisu. Zapewne dlatego, że źródła postaw fanatycznych, zamkniętych na dialog i porozumienie, formujące gotowych na wszystko obrońców polskości i chwały narodu, wcale nie wyschły. Bartosz Szydłowski nie zdecydował się jednak na odtworzenie aury będącej pożywką dla radykalnych wystąpień. Tę atmosferę ukazywał pamiętny film Jerzego Kawalerowicza „Śmierć prezydenta” (1977).

Jądrem zdarzenia w Łaźni Nowej stał się stenogram procesu. Nawiedzony zbrodniarz wykorzystał rozprawę do głoszenia swojego programu obrony wielkiej Polski i autokreacji – jako bohatera narodowego, męczennika, który złożył się w ofierze ojczyźnie. Jednak ślad tego, co czuło się wtedy w powietrzu, został zasygnalizowany.

Kiedy 11 listopada wieczorową porą, przed godz. 20, zbliżałem się drogą na skróty, ciemnymi zaułkami, do mieszczącego w Osiedlu Szkolnym Teatru Łaźnia Nowa, już z oddali dobiegły mnie groźnie brzmiące okrzyki, przekrzykiwania i gwizdy. Początkowo myślałem, że toczy się tu jakiś mecz, że nerwy puściły kibicom. Im bliżej teatru, tym lepiej była słyszalna niepokojąca wrzawa – przypominała wiec albo demonstrację. Kiedy znalazłem się przed oświetloną rzęsiście fasadą teatru, ozdobioną sztandarami narodowymi, odkryłem, że hałas dobiegał z zainstalowanych przed teatrem głośników, które imitowały gorące zgromadzenie patriotyczne. W ten sposób przygotowywano widzów na to, co miało wkrótce nastąpić.

Najpierw trzeba było trochę poczekać, nim otwarte zostało wejście z tyłu małej sceny (choć bilety zapowiadały spektakl na dużej scenie). Po wejściu do środka okazało się, że trafiliśmy na salę sądową, z typową organizacją scenerii w Pałacu Sprawiedliwości: potężnym stołem sędziowskim

„Proces Eligiusza Niewiadomskiego”, reżyseria Bartosz Szydłowski, adaptacja Łukasz Drewniak, Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie, premiera 11 listopada 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.