Tag "polityka historyczna"

Powrót na stronę główną
Historia

Wojna światowa, wojna polska

Wypowiedzenie wojny Hitlerowi przez Brytyjczyków i Francuzów jest zbywane krótkimi wzmiankami. A przecież ten dzień zmienił sytuację nie tylko w Europie, ale i na świecie.

3 września 1939 r. Zofia Nałkowska zapisała w dzienniku: „Obiektywnie biorąc, dzień był pełen zdarzeń: Anglia o 11 rano, a Francja o 5 wypowiedziały wojnę. Radio transmituje manifestacje tłumu przed obu ambasadami. Jest to już więc nie sama bolesna wojna Polski i Niemiec, ale nowa wojna światowa”.

To, co było wówczas oczywiste dla znakomitej pisarki, nie jest oczywiste dla dzisiejszych Polaków, zwłaszcza dla tych, którzy prowadzą politykę historyczną III RP. Bo dla nich kluczowe są dwie daty: 23 sierpnia i 17 września 1939 r. Obie układają się w logiczną całość, której sednem jest niemiecko-radziecki „pakt dwóch diabłów” przeciwko Polsce. Po tylu latach antykomunistycznej polityki historycznej nie trzeba już tu dopowiadać, że nie byłoby wybuchu II wojny światowej, gdyby nie pakt Ribbentrop-Mołotow, i nie byłoby klęski Polski w 1939 r., gdyby nie wejście Armii Czerwonej 17 września.

Do tej układanki w żaden sposób nie pasuje data 3 września. Wypowiedzenie wojny Hitlerowi przez Brytyjczyków i Francuzów zwykle jest zbywane nawet przez naszych zawodowych historyków krótkimi wzmiankami, jakby chodziło o wydarzenie bez znaczenia. A przecież ten dzień zupełnie zmienił sytuację polityczną nie tylko w Europie, ale wręcz na świecie! Wojnę III Rzeszy wypowiedziały dwa największe imperia kolonialne, lecz także – o czym w Polsce zupełnie się nie pamięta – Kanada, Indie, Australia i Nowa Zelandia. Hitlerowska napaść na Polskę zamieniła się wtedy w wojnę światową, w której przeciwko Niemcom wystąpiły kraje ze wszystkich kontynentów.

Znając dalszy bieg dziejów, można stwierdzić, że 3 września 1939 r. był „początkiem końca” niemieckich snów o potędze. Wypowiedzenie wojny przez Londyn i Paryż niweczyło dotychczasową taktykę Hitlera, polegającą na osiąganiu kolejnych sukcesów przy bierności zachodnich demokracji. Odrzucenie traktatu wersalskiego, remilitaryzacja Nadrenii, zajęcie Austrii i czeskich Sudetów, wreszcie likwidacja Czechosłowacji – to wszystko przychodziło Berlinowi bezkarnie. Również wojna z Polską miała być wyłącznie wojną lokalną, zakończoną szybkim zwycięstwem lub przynajmniej zgodą zachodnich sojuszników na zmuszenie Warszawy do ustępstw terytorialnych, jak w przypadku Pragi rok wcześniej podczas konferencji monachijskiej.

Konsekwentni Brytyjczycy.

Jednak wiarołomstwo Hitlera, który w Monachium zadeklarował wobec premierów największych państw europejskich koniec roszczeń, a już w marcu 1939 r. zajął Czechy i podporządkował sobie Słowację, sprawiło, że dla Londynu i Paryża stało się oczywistością, iż Niemców można zatrzymać tylko zbrojnie. Pół roku, które minęło od zajęcia przez Wehrmacht Pragi do uderzenia na Polskę, to czas, gdy zaczyna się tworzyć koalicja antyhitlerowska. Przewodzą jej Brytyjczycy, którzy zawsze mieli najbardziej globalne spojrzenie na rzeczywistość polityczną i zdawali sobie sprawę, jakim zagrożeniem byłaby niemiecka hegemonia w Europie. Zagrożeniem nie dla samego ich imperium kolonialnego i dominacji na oceanach – choć i to było dla nich istotne – ale też dla równowagi na kontynencie, której polityka brytyjska od kilku wieków konsekwentnie strzegła.

Od marca do końca sierpnia 1939 r. Londyn i Paryż robiły więc wszystko, by zbudować w Europie skuteczną zaporę przed zakusami Hitlera. Dlatego tak ważna stała się dla nich Polska – choć jeszcze jesienią 1938 r. nie była uważana za partnera na konferencji w Monachium, a samowolne zajęcie przez nią czeskiego Zaolzia zrobiło fatalne wrażenie i wywołało podejrzenia o cichą współpracę z Niemcami. Jednak przywódcy mocarstw zachodnich szli dalej, chcąc pozyskać do współpracy także Związek Radziecki. Mimo wielomiesięcznych rozmów na ten temat, trwających aż do 21 sierpnia 1939 r., do tego sojuszu wówczas nie doszło, a stało się tak za sprawą Polski i Rumunii, które stanowczo odrzuciły warunek Stalina, by Armia Czerwona do walki z Niemcami mogła przejść przez terytoria tych państw.

Nie wiemy oczywiście – i już się nie dowiemy – na ile szczerze radziecki przywódca brał pod uwagę scenariusz „wielkiej koalicji” w tamtym okresie. Nie ulega jednak wątpliwości, że pakt Ribbentrop-Mołotow nie był wynikiem długofalowej, wieloletniej strategii Stalina, lecz sytuacji, jaka nastąpiła w Europie wiosną i latem 1939 r., czyli nieskrywanych przygotowań niemieckich do napaści na Polskę i antyniemieckich działań dyplomatycznych Zachodu. Wszyscy, którzy dziś twierdzą, że porozumienie Hitlera ze Stalinem było „nieuchronne” czy wręcz „naturalne”, nie biorą pod uwagę autentycznego antykomunizmu nazistów i równie autentycznego antyfaszyzmu komunistów przez całe lata 30. Tych dwóch totalitaryzmów nic nie łączyło – poza wzajemną nienawiścią i chęcią zniszczenia, co dobitnie potwierdziła wojna domowa w Hiszpanii z lat 1936-1939, którą słusznie uważa się za pierwszy poligon przyszłego starcia Wehrmachtu z Armią Czerwoną. Przywoływanie w tym kontekście niemiecko-radzieckiego układu z Rapallo z 1922 r. jest ahistoryczne: to demokratyczna Republika Weimarska podjęła współpracę z leninowską Rosją, natomiast Hitler po przejęciu władzy w 1933 r. zdecydowanie tę współpracę zerwał.

Jeżeli więc doszło do układu niemiecko-radzieckiego z 23 sierpnia 1939 r., to stało się tak wskutek ryzykownej polityki Hitlera, który, wyznaczając datę agresji na Polskę trzy dni później, nie mógł być pewny, jak się zachowa wschodni sąsiad II Rzeczypospolitej. Za to uspokojenie niemieckiego dyktatora Stalin kazał sobie słono zapłacić (obietnicą połowy Polski, całej Łotwy, Estonii i rumuńskiej Besarabii) i trzeba przyznać, że zrobił to w najbardziej odpowiednim dla siebie momencie, bo już 25 sierpnia Berlin został zaskoczony wiadomością o formalnym zawarciu brytyjsko-polskiego sojuszu wojskowego, co skłoniło Hitlera do odwołania pierwszego terminu napaści na Polskę. Oczywiście nie mamy żadnej pewności, jak by się zachował przywódca III Rzeszy, gdyby nie zawarł tajnego porozumienia z Moskwą, ale biorąc pod uwagę jego skłonność do ryzyka, zapewne i tak napadłby na Polskę jeszcze przed końcem lata 1939 r. Tym bardziej że „lato było piękne tego roku” – jak odnotował Gałczyński – co umożliwiło Hitlerowi dokonanie skutecznego Blitzkriegu bez obawy, że czołgi ugrzęzną w polskim błocie. Przede wszystkim jednak zdawał on sobie sprawę, że czas pracuje na jego niekorzyść, gdyż Wielka Brytania i Związek Radziecki podjęły zbrojenia, przy których te niemieckie wkrótce okazałyby się niewystarczające.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Inkwizytor Nawrocki

Umieszczany, chyba dla żartu, na liście kandydatów PiS na prezydenta Karol Nawrocki podchodzi do tych plotek ze śmiertelną powagą.

Ma ją chyba w genach. Bo tak samo jako prezes IPN walczy z nieboszczykami.

Starając się o uwagę Kaczyńskiego, robi to, co umie najlepiej.

Na długiej liście jego dokonań roi się od wpisów budowlanych. A precyzyjniej rozbiórek, niszczenia pomników i tablic. Nawrocki niszczyciel ma niestety ogromne braki w rozumieniu tekstów. Ostatnio zarządził rozwalenie tablic przy ul. Radzymińskiej i Targowej w Warszawie. Tablic upamiętniających walkę Armii Ludowej i Związku Walki Młodych z hitlerowcami. Z takimi oto napisami: „Tu dnia 24 czerwca 1944 roku żołnierze Młodzieżowego Batalionu Armii Ludowej im. »Czwartaków« zaskoczeni przez wielokrotnie liczniejszy oddział hitlerowski stoczyli z nim zwycięską walkę” oraz „W tym miejscu w kwietniu 1944 roku oddział Z.W.M.-owski stoczył walkę z hitlerowcami wysadzając w powietrze odcinek toru kolejowego zabijając 3 hitlerowców”.

Co tu rozwścieczyło tego zapiekłego inkwizytora Nawrockiego?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Olimpijskie mordobicie

I znowu rocznica powstania warszawskiego. O godzinie 17 wyją syreny, słychać je nawet u nas, chociaż mieszkamy z boku miasta. Próbuję tym jakoś poruszyć moje dzieci, nie dają się. A sam mam mieszane uczucia, pisałem już o tym nieraz. W końcu to było krwawe głupstwo, jedno z największych w naszej historii, w której głupstw nie brakuje. Mimo że zdarzenie oddala się w czasie, skala żalu i celebracji narasta. Bo wszystko jest sztucznie napędzane w ramach walki politycznej, by pokazać, kto jest większym patriotą. Nie ma wątpliwości, że rocznica powinna być obchodzona, ale czy na taką skalę? Politycy mówią o powstaniu jako o wielkiej lekcji historii. Ale jeśli tak je potraktować, to myśląc trzeźwo… powstanie było straszliwym błędem, nie miało szans, żadnych, było więc bohaterskim głupstwem – piszę teraz banały – zginęło 200 tys. ludzi, a piękne miasto zostało obrócone w ruinę. Czyli to karygodny błąd, który doprowadził do katastrofy. Jaka z tego lekcja? Nigdy więcej takiego bohaterstwa. Solidarność wyciągnęła z tego wnioski i przejęcie władzy po 1989 r. było pokojowe. Teraz na naszych oczach doczołgują się do mety życia najstarsi uczestnicy powstania, z tego zdarzenia robi się spektakl. Kto będzie ostatnim? Dostanie złoty medal po tamtej stronie.

Moja mama pracowała chwilę w szpitalu powstańczym, ale ciągle mdlała, więc przeniesiono ją do kuchni. Byliśmy niedawno rodzinnie na dachu biblioteki uniwersyteckiej, jest na nim piękny i słynny ogród. Z tego dachu widziałem pobliski klasztor sióstr Urszulanek, tam mieszkała w czasie okupacji mama, tam znajdował się szpital polowy i wydawano posiłki. Mama zawsze uważała powstanie za kompletny nonsens.

Na olimpiadzie coraz więcej osobliwych, kontrowersyjnych konkurencji. Na pewno taką jest boks kobiet. Okładanie się kobiet pięściami po twarzy – jakie to nieestetyczne. Ale feminizm chce, by kobiety mogły robić wszystko to, co faceci. Oglądałem walkę Polki z Włoszką, mikrofon czasami wychwytuje niedyskrecje z zaplecza. Gdy nasza zawodniczka po przerwie wychodziła z narożnika na ring, trener wykrzyczał: „A teraz k… rozp… ją”. No, bardzo pięknie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Robert Walenciak

Z czego jesteśmy dumni, a z czego nie?

„Rzeczpospolita” zamówiła w pracowni IBRIS sondaż, w którym zapytano Polaków o to, które z wydarzeń w historii Polski jest naszym powodem do dumy. Okazało się, że z powstania warszawskiego, które też umieszczono na liście, dumnych jest ledwie 3,3% Polaków. Wydarzenie to znalazło się na ostatnim wskazanym miejscu. Słusznie. Powstanie było klęską militarną i polityczną, żadnych celów nie osiągnęło. Ogłaszając wybuch, jego przywódcy wykazali brak podstawowych kompetencji. Warszawa została zniszczona, wymordowano 180-200 tys. jej mieszkańców. Z czego być dumnym?

Sondaż pokazał jednocześnie, jak bardzo Polacy są odporni na propagandę, jak – w przeciwieństwie do świata mediów i polityki – potrafią zachować rozsądek. Powstanie warszawskie jest przecież jednym z kamieni węgielnych obozu solidarnościowego i polskiej prawicy. Pamięć o nim, jego „sukcesie” i „przesłaniu” legitymizuje polską prawicę. Lech Kaczyński zbudował, w stylu Disneylandu, jego muzeum. Co roku zalewa nas tandetna popkultura cukierkowego i fałszywego obrazu tamtych wydarzeń.

A sondaż pokazuje, że ludzie tej propagandzie nie ulegają. Wszystkiego wmówić im się nie da. Andrzej Duda może więc wołać w Muzeum Powstania Warszawskiego: „I popatrzcie, co stało się ostatnio: już nie słychać żadnych głosów, które próbowałyby kwestionować zasadność, słuszność tamtego wielkiego czynu zbrojnego”.

Ale gdy to woła, to znaczy, że jest we wspomnianej grupie 3,3% Polaków albo nie rozumie tego, co mówi.

Jeżeli więc Polacy jednoznacznie odrzucają kult powstania warszawskiego, jego rzekomego zwycięstwa, które chce nam wepchnąć do gardeł prawica, to z czego są dumni? Sondaż to pokazuje – najwięcej Polaków dumnych jest z odzyskania niepodległości w 1918 r. A w dalszej kolejności z wyboru Jana Pawła II oraz z wejścia do Unii Europejskiej i do NATO. Przy czym z wyboru Wojtyły na papieża dumni są wyborcy prawicy, podkreślający związki z Kościołem, a ci z obozu demokratycznego – już nie. Natomiast jeśli chodzi o wejście do Unii i NATO, jest dokładnie odwrotnie.

To pokazuje, jak Polska jest podzielona. Ale i pokazuje, że Polacy mają swoją tożsamość, swoje aspiracje, trzeźwo patrzą na rzeczywistość. Ich ocena polskiej historii, także tych wydarzeń, o których w sondażu IBRIS nie wspomniano, różni się od tego, co suflują główne media. Są odporni na pouczanie. Jest inaczej niż w gazetach i telewizji. Można wręcz odnieść wrażenie, że egzaltowane media to najgłupsza część polskiej rzeczywistości.

Warto o tym pamiętać.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Dlaczego tragedia powstania warszawskiego została przerobiona na radosne święto?

Dr Paweł Sękowski,
historyk, adiunkt w Pracowni Historii Polski Najnowszej Instytutu Historii UJ, prezes Stowarzyszenia „Kuźnica”

W moim przekonaniu – jest to może teza nieco kontrowersyjna – radosne świętowanie rocznicy wybuchu czy w ogóle powstania warszawskiego jest próbą „unowocześnienia” paradygmatu martyrologicznego. To znaczy, że cały czas pozostajemy w logice świętowania wielkich przegranych, ale ten tradycyjny przekaz w duchu gloria victis próbuje się uatrakcyjnić, kreując narrację o duchowym czy też moralnym zwycięstwie. W ten sposób próbuje się dziś rozpowszechniać „pedagogikę martyrologiczną” i popularyzować ją w tych kręgach, do których nie trafia tradycyjna narodowo-katolicka pompa. Jest to zatem próba uatrakcyjnienia siermiężnego dla wielu przekazu, ale bez rezygnacji z jego podstawowych założeń.

Drugi element, jaki można dostrzec w radosnym świętowaniu tej wielkiej tragedii, to próba „zakrzyczenia” rzeczywistości i odwrócenia uwagi od dyskusji nad sensem wybuchu powstania warszawskiego i od wszelkich kontrowersji związanych z tym tematem. Świętując „moralne zwycięstwo” i „wielki narodowy zryw wolnościowy”, przestajemy się zastanawiać, czy ta klęska była sensowna i potrzebna, odsuwamy od siebie myśl o tym, czy nie należałoby krytycznie ocenić polskich wojskowych i politycznych decydentów. Bo jakże oceniać tych, którzy stali u źródła katastrofy, skoro mamy do czynienia z „moralnym zwycięstwem”, w dodatku przyczyniającym się do spowolnienia marszu Armii Czerwonej na Berlin? A ten ostatni element wiąże się z kolejnym spostrzeżeniem: można zauważyć, że w świętowaniu powstania warszawskiego następuje pewne niebezpieczne – z punktu widzenia prawdy historycznej – skrzywienie. Coraz mniej mówi się o Niemcach, którzy mordowali mieszkanki i mieszkańców Warszawy, coraz więcej zaś o Sowietach, którzy stali na drugim brzegu Wisły i nie interweniowali. Widać więc wychylenie antykomunistyczne i antyrosyjskie w świętowaniu wydarzenia, które było polskim zrywem przeciw Niemcom i przez Niemców krwawo zduszonym.

Reasumując, radosne świętowanie rocznicy wybuchu powstania warszawskiego doskonale wpisuje się w logikę fantazmatów polskiej politycznej i ideologicznej prawicy (tej spod znaku PiS oraz pokrewnych formacji ideowych), przyczyniając się do tworzenia „nowego Polaka” na podstawie uatrakcyjnionej pedagogiki martyrologicznej, połączonej z budowaniem bezkrytycznej „narodowej dumy”.

Prof. Adam Leszczyński,
historyk, Fundacja im. Gabriela Narutowicza

Tragedia została przerobiona na radosne święto, dlatego że każda wspólnota potrzebuje wydarzeń jednoczących i radosnych. Powstanie warszawskie uczyniono takim wydarzeniem świadomie: autorom tego projektu (zainicjowanego w pierwszych latach XXI w.) chodziło o symbol oporu Polaków wobec dwóch okupantów – niemieckiego i sowieckiego. Oporu heroicznego i prowadzonego z bronią w ręku. Pamięć historyczna zawsze jest kreacją, a nie odzwierciedleniem przeszłości. Warto o tym pamiętać.

Waldemar Witkowski,
senator, przewodniczący Unii Pracy

Oczywiście nie ma wątpliwości co do tego, że powstanie warszawskie było ważne ze względów patriotycznych. Uważam jednak, że ważniejsze są względy społeczne i militarne. I patrząc na tysiące pochłoniętych przez powstanie warszawskie istnień niewinnych ludzi, było ono klęską. Można uznać, że winę za to ponoszą elity, które powstanie wywołały, nie mając do końca rozeznania, jak to wszystko się zakończy. „Chwała i cześć zwyciężonym” – można krótko podsumować. Ze względu na ilość krwi przelanej w nim przez prawdziwych patriotów powstanie warszawskie potrzebuje refleksji, a nie zabawy. Uważam, że jeśli świętować, to powstania zwycięskie, np. powstanie wielkopolskie, którego konsekwencją było to, że część ziem zachodnich dzięki gen. Józefowi Hallerowi i pomocy Francuzów została na powrót wcielona do Polski.

Mikołaj Łuczniewski,
autor książki „Berlingowcy w powstaniu warszawskim. Walki na Pradze i przyczółku czerniakowskim we wrześniu 1944 roku”

Całe życie spędziłem w Warszawie, od najmłodszych lat słuchając wspomnień o wojnie i powstaniu, którymi raczyła mnie babcia. Również całe życie miałem okazję przyglądać się uroczystościom organizowanym 1 sierpnia w Warszawie. I nie wiem, czy to opowieści rodzinne o powstaniu, czy też świadomość ofiary, jaką złożył lud Warszawy w ciągu 63 dni, nie pozwoliły mi nigdy dostrzec, by obchody były „radosnym świętem”. Odkąd pamiętam, zatrzymanie się o godzinie 17, gdy wyją syreny, było obowiązkiem warszawiaka, który miał wówczas oddać hołd tym ok. 200 tys. ofiar śmiertelnych. Gdzie tu miała być radość? Nie wiem. Chyba że „radosnym świętem” nazywamy formę upamiętnienia tegoż wydarzenia, która zmieniła się między 60. a 70. rocznicą powstania. Bo nastąpiła zmiana – oprócz apeli i składania wieńców pod pomnikami doszło do zapalania rac na rondzie Dmowskiego w godzinę „W” przez kibiców. Czy to czyni święto radosnym? Nie wiem. A może jedyną radość znajdziemy w fakcie, że ktoś chce upamiętnić tamto wydarzenie?

Piotr Ciszewski,
Stowarzyszenie Historia Czerwona

Powstanie warszawskie stało się elementem polityki historycznej opanowanej przez żywioły bogoojczyźniane i hurapatriotyczne. W związku z tym promują one martyrologię, a jednocześnie najgorsze możliwe formy świętowania typu pikniki powstańcze, zabawy dla dzieci i oswajanie najmłodszych z bronią, jak również przedstawianie śmierci wielu tysięcy osób jako zabawy. Ma to również związek z tym, że z biegiem czasu żyje coraz mniej weteranów powstania warszawskiego. Konsekwencją tego jest fakt, że obchodami zajmują się różnego rodzaju instytucje, samorządy czy tzw. organizacje pozarządowe, którym nie zależy już na przedstawianiu historii, ale na robieniu bieżącej polityki. Od weteranów, póki żyli, można było usłyszeć mrożące krew w żyłach relacje i świadectwa o tym, że wojna i powstanie nie były wcale dobrą zabawą, tak jak się je przedstawia.

Warto zaznaczyć, że obecnie nie jest to tylko problem powstania warszawskiego, ale w ogóle ogłupiającej polityki historycznej, prowadzonej zarówno przez prawicę narodową, jak i kontynuowanej przez obecnie rządzącą prawicę liberalną.

Galopujący Major,
publicysta, komentator polityczny, autor książki „Przedwojnie”

Tragedia powstania warszawskiego jest obchodzona jako radosne święto, ponieważ dla współczesnych od dawna powstanie przestało być tragedią. Jest pewnym paradoksem, że o ile nie ma większych sporów co do błędu rozpoczęcia samego powstania, o tyle hekatomba ofiar przyjmowana jest jako konieczna ofiara wiecznego dawania świadectwa. Jeśli dodamy do tego chęć wyparcia wszelkich traum przez konsumpcyjnie nastawione społeczeństwo, to bardzo łatwo wyobrazić sobie przerabianie kultu ofiar na radosne święto rodem z amerykańskiej popkultury. Jednocześnie należy pamiętać, że wszelkie rocznice historyczne leżały niejako odłogiem i nieprzypadkowo sięgnęła po nie prawica, budując na tym własną tożsamość polityczno-historyczną. Powstanie warszawskie nadaje się do tego doskonale, pozwala bowiem kultywować potępienie zbrodni zarówno niemieckich, jak i rosyjskich oraz podpiąć się pod żyjących jeszcze powstańców otoczonych kultem, wzmacnianym przez warszawocentryczność tej rocznicy. Mam wrażenie, że dziś niemal każda opcja polityczna szuka własnego, żyjącego jeszcze powstańca, którym może wymachiwać niczym flagą.

Powstanie od dawna straciło element zadumy nad tragedią Polski, ponieważ zostało wprzęgnięte w bieżące spory polityczne. A to z kolei nadaje rocznicy charakter pewnej medialnej jarmarczności (w końcu tym jest polityka), co z kolei skutkuje tym, że mnóstwo Polaków wierzy, że to powstanie Polska wygrała.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Między Lublinem a Londynem

Manifest ogłoszony 22 lipca 1944 r. wyraźnie wskazywał, że celem PKWN jest odbudowa Polski, a nie włączenie jej do sowieckiego imperium.

Lublin trzykrotnie był miejscem kluczowych wydarzeń w polskiej historii. Po raz pierwszy w 1569 r., gdy na sejmie lubelskim doszło do zawarcia ścisłej unii polsko-litewskiej, przeforsowanej przez króla Zygmunta Augusta. Po raz drugi w listopadzie 1918 r., gdy w Lublinie utworzono Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej – pierwszy gabinet II Rzeczypospolitej, kierowany przez przywódcę galicyjskich socjalistów Ignacego Daszyńskiego. I wreszcie trzeci raz – w drugiej połowie 1944 r., gdy Lublin stał się pierwszą stolicą nowej Polski, odbudowanej na terenach wyzwalanych spod niemieckiej okupacji.

„Rząd lubelski” – takiej nazwy, chcąc podkreślić jego nieprawomocność, a pewnie i gorszość wobec „prawowitego rządu RP na wychodźstwie” czy też „rządu londyńskiego”, używa się dziś w antykomunistycznej polityce historycznej. Londyn brzmi bowiem o wiele lepiej niż prowincjonalny Lublin, bardziej światowo i zachodnio. Jednak rzeczywistość historyczna była inna, to w Lublinie odradzała się prawdziwa Polska, która swoją prawomocność budowała siłą faktów dokonanych. Prawdziwa, bo obejmująca polską ziemię i zamieszkującą na niej ludność, a nie tylko bezsilną i w gruncie rzeczy tragiczną, choć bez wątpienia patriotyczną emigrację na Zachodzie.

Wybór Lublina na siedzibę władz tej nowej Polski nie był przypadkowy. Trudno powiedzieć, czy Stalin – od którego w tamtym czasie zależały dalsze losy naszego kraju – znał tradycję unii lubelskiej i rządu Daszyńskiego, ale z całą pewnością znał geografię i wiedział, że Lublin to pierwsze duże miasto na zachód od linii Curzona, która miała być nową granicą polsko-radziecką. Warto przy okazji wspomnieć, że granicy tej nie wymyślili moskiewscy komuniści. Jej nazwa pochodzi od nazwiska brytyjskiego ministra spraw zagranicznych George’a Curzona, który w lipcu 1920 r. zaproponował linię demarkacyjną pomiędzy wojskami polskimi i bolszewickimi, biorąc za podstawę zachodnią granicę zaboru rosyjskiego po III rozbiorze Polski. Brytyjska geneza tej linii niewątpliwie pomogła Stalinowi w uzyskaniu jej akceptacji przez Churchilla w 1943 r. i od tego czasu było oczywiste, że przyszła Polska na wschodzie będzie się zaczynała od Bugu.

20 lipca 1944 r. tę właśnie rzekę przekroczyły wojska 1. Frontu Białoruskiego Armii Czerwonej, a wraz z nimi pierwsze jednostki 1. Armii Polskiej w ZSRR. Tego samego dnia odbyło się w Moskwie zebranie „Polaków Stalina”, czyli przedstawicieli Krajowej Rady Narodowej i Związku Patriotów Polskich, oraz władz radzieckich w celu ukonstytuowania Delegatury KRN dla terenów wyzwolonych. Ostatecznie jednak z woli Stalina przyjęto nazwę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego na wzór analogicznych tymczasowych organów władzy we Francji (pod przywództwem gen. de Gaulle’a) i we Włoszech.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Geopolityka budowana na kłamstwie

Pisanie o ludobójstwie, jakiego doświadczyli Polacy na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, jest jak bicie głową w mur. Mur świadomie fałszowanej historii.

Ale też, co jeszcze gorsze, hipokryzji, obłudy i głupoty polityków. Podobnie piszę od lat. I jeśli coś się zmieniło, to błyskawiczne tempo, w jakim mordercy z OUN i UPA z Banderą i Szuchewyczem na czele stali się na Ukrainie bohaterami narodowymi. Żal wielki, że z tylu problemów, jakie były i są na Ukrainie, tylko apologia ludobójczej formacji rozwinęła się na tak ogromną skalę. A tego nasi politycy w ogóle nie brali pod uwagę. I gdy za kilka czy kilkanaście lat będą próbowali coś z tym zrobić, na Ukrainie nie będzie żadnej miejscowości bez pomników, placów, nazw ulic i innych przejawów UPAmanii. Kolejne roczniki młodzieży ukraińskiej wychowywane są w kłamstwie i nie mają żadnej wiedzy o ludobójstwie, jakiego dopuścili się ich dziadkowie. Wierzą, że polskie zarzuty są kłamstwem obrażającym pamięć o ich bliskich.

Na Ukrainie żyją jeszcze mordercy z UPA i OUN. Śpią spokojnie. Polski IPN, kierowany przez Karola Nawrockiego, nic z tym nie może zrobić. Bo może i chce, ale jest skutecznie blokowany przez kolejne rządy. Jakiekolwiek by one były. Miejsca kaźni pozarastały drzewami, grobów nie ma, mordercy zaś zdążyli zadbać o pomniki – dla siebie.
Takie są efekty zasłaniania się w sprawie ludobójstwa geopolityką oraz kunktatorstwa i kluczenia przez polskie elity. Powtarzane przez nie apele, by być w prawdzie, bo prawda nas wyzwoli, są traktowane z cyniczną wybiórczością.

Okazuje się, że można handlować pamięcią. Że są lepsze i gorsze ofiary. A masy polskich chłopów, które nie przeżyły wojny, bo je z wyjątkowym bestialstwem wymordowano, są takimi ofiarami, które można przemilczeć, kierując się czymś, co jest z gruntu fałszywe i kompletnie niemoralne. Martwiącym się o relacje z Ukrainą dedykuję słowa nieżyjącego już płk. Jana Niewińskiego, byłego komendanta placówki AK i Polskiej Samoobrony Kresowej we wsi Rybcza na Wołyniu: „To nie Ukraińcy dopuścili się zbrodni na Polakach, tylko OUN-UPA, która oprócz ok. 150 tys. Polaków wymordowała też ok. 80 tys. swoich rodaków”.

Wiem, że jest wojna. I że Ukraina jest w tragicznym położeniu. Polska pomaga jej ponad miarę naszych możliwości. A skoro tak, to rozpoczęcie ekshumacji ofiar jest oczekiwaniem bardzo skromnym przy ogromie ludobójstwa. Jeśli zaś nie możemy liczyć nawet na ekshumacje, to niech nikt się nie zdziwi, że chęć dalszego materialnego i politycznego wspierania Ukrainy stanie pod dużym znakiem zapytania. Nie wśród elit. Wśród zwykłych Polaków, którym nie mieści się w głowie takie zachowanie władz Ukrainy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Dlaczego Polska przegrała Wołyń

Trzeba nazwać zbrodnie i zbrodniarzy po imieniu, potępić ich; ekshumować i upamiętnić ofiary. Tylko tyle.

80. rocznica ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego w 2023 r. pokazała, że Ukraina nie zamierza zamknąć tego tragicznego rozdziału historii poprzez zgodę na ekshumację i upamiętnienie ofiar. Nie domagamy się bowiem od Ukrainy, by przyjęła polską ocenę OUN/UPA i jej zbrodni, które konsekwentnie neguje. Chcemy jedynie ekshumacji i pogrzebania ofiar, tak jak to jest przyjęte w kulturze europejskiej. To minimalny warunek symbolicznego zamknięcia tej tragicznej karty w stosunkach polsko-ukraińskich. W kręgach decydenckich na Ukrainie najwyraźniej panuje jednak przekonanie, że ujawnienie w drodze ekshumacji skali zbrodni OUN/UPA na Polakach podważyłoby ukraińską politykę historyczną, która kreuje nacjonalistyczny mit w miejsce prawdy. Premier Morawiecki, składający 7 lipca 2023 r. wiązankę kwiatów w pustym wołyńskim polu – miejscu po wymordowanej przez UPA polskiej wsi Ostrówki – stał się symbolem polskiej bezradności i bezsilności wobec nacjonalistycznej polityki historycznej Ukrainy.

Teraz – w 81. rocznicę krwawej niedzieli – nie było zapewne nawet wiązanki kwiatów w pustym polu. Zapanowała przed tą rocznicą głucha cisza świadcząca o tym, że władze polskie nie zamierzają podnosić „drażliwych kwestii”. Tę narrację słyszymy nieprzerwanie od ponad trzech dziesięcioleci. Pewien prawicowy publicysta określił przed rokiem historyczny dialog polsko-ukraiński jako „dialog dziada z obrazem”, przywołując powiedzenie „mówił dziad do obrazu, a obraz ani razu”. Trudno nie przyznać mu racji. Skąd jednak wzięła się „dziadowskość” polskiej polityki wobec Ukrainy, i to nie tylko w kwestiach historycznych?

U zarania III RP elity postsolidarnościowe – mam na myśli ówczesną Unię Demokratyczną, chociaż późniejsza prawica i lewica postkomunistyczna też przyjęły ten sposób myślenia – uznały, że największe zagrożenie dla Polski perspektywicznie będzie stanowić Rosja, ponieważ nigdy nie pogodziła się z niepodległością Polski (od redakcji: autor szerzej o tym pisze w swojej książce „Polska-Ukraina. Polityki historyczne”).

Było to pozornie zgodne ze szkołą myślenia politycznego Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego. Powołując się na tę szkołę, uznano, że należy szukać współpracy z państwami postsowieckimi położonymi między Polską a Rosją (w pierwszej kolejności z Ukrainą) i wspierać je. Realizacja tego założenia wyszła jednak daleko poza to, co postulowali Giedroyc i Mieroszewski, którzy nie traktowali swojej koncepcji jako bezwzględnie antyrosyjskiej. Wcielenie w czyn ich postulatów przez kolejne ekipy III RP sprowadziło się do bezwarunkowego spełniania przez stronę polską oczekiwań strony ukraińskiej. Tak ułożyły się stosunki polsko-ukraińskie na przestrzeni minionego 30-lecia, zwłaszcza po przewrotach politycznych na Ukrainie w 2004 i 2014 r. W Kijowie doskonale wiedzą, że dostaną od Polski wszystko, czego sobie zażyczą, więc nie muszą iść na żadne kompromisy. Także w polityce historycznej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Pierwszy rząd powojennej Polski

Zarówno Stalin, jak i Churchill z Rooseveltem mieli „swoich Polaków”, co stanowiło gwarancję odrodzenia państwa polskiego.

Słowo Jałta ma w Polsce fatalne konotacje. Dominujące u nas polonocentryczne podejście do historii, często przechodzące wręcz w megalomanię narodową, nie bierze pod uwagę globalnego znaczenia spotkań przywódców Wielkiej Koalicji w latach 1943-1945, której nadrzędnym celem było pokonanie hitlerowskich Niemiec i sprzymierzonej z nimi Japonii. Sprawa polska stanowiła kwestię drugorzędną – jedną z wielu na mapie Europy – której rozstrzygnięcie było konieczne, ale dopiero po zakończeniu wojny. Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin D. Roosevelt spotykali się zatem nie po to, by decydować o losach Polski, lecz aby jak najskuteczniej wygrać wojnę i ustanowić stabilny porządek świata powojennego.

Tę jakże oczywistą prawdę należy przypominać tym wszystkim, którzy konferencję jałtańską, obradującą na Krymie w lutym 1945 r., uważają za „zdradę Polski” przez zachodnich aliantów. W Jałcie bowiem przywódcy USA i Wielkiej Brytanii mieli ostatecznie „sprzedać Polskę” Stalinowi. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że krymskie spotkanie odbyło się w momencie, gdy wszystkie ziemie polskie – i te przedwojenne, i te przeznaczone dla przyszłego państwa polskiego na zachodzie i północy – były już zajęte przez Armię Czerwoną. Churchill i Roosevelt nie mogli więc „sprzedać Polski” Stalinowi, bo jej po prostu nie mieli. Co więcej, jako doświadczeni politycy (a nie naiwniacy „oszukani przez Stalina”, jak często u nas się ich przedstawia) zdawali sobie sprawę, że ich wpływ na dalsze losy narodu polskiego jest znikomy.

A jednak Polacy w Jałcie mieli więcej szczęścia, niż zwykle się uważa – zwłaszcza w dominującej dziś prawicowej narracji historycznej. Trzeba bowiem pamiętać, że mimo klęski II Rzeczypospolitej z 1939 r., pod koniec wojny obu głównym częściom Wielkiej Koalicji (zarówno mocarstwom zachodnim, jak i ZSRR) wyraźnie zależało na tym, by mieć u swojego boku Polaków. Dlatego Brytyjczycy przez cały czas utrzymywali władze RP w Londynie i podległe im Wojsko Polskie. Sowieci zaś zaczęli od utworzenia w 1943 r. Związku Patriotów Polskich i dywizji kościuszkowskiej, by po przekroczeniu linii Curzona w lipcu 1944 r. zainstalować w Lublinie Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, przekształcony na początku 1945 r. w Rząd Tymczasowy z siedzibą w wyzwolonej Warszawie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Jaka była w nim trucizna…

A więc już 20 lat nie ma wśród nas Jacka Kuronia. W ipeenowskim praniu mózgów brak dla niego miejsca. I jest to dziwne: wszak walkę z peerelowskim systemem zapoczątkował właśnie Kuroń. Była to walka skuteczna: rozpoczęta w samo południe Gomułkowskiej „małej stabilizacji”, trwała aż do Okrągłego Stołu. A w konsekwencji do przywrócenia Polsce niepodległości. Tradycja niepodległościowa jest ponoć bliska ipeenowskiemu sercu?

„Zamiast palić komitety, zakładajcie własne”, wzywał Kuroń, pamiętając robotniczy bunt grudnia 1970 r. Jeżeli ruch Solidarności stał się działaniem non violence, to właśnie za przyczyną Kuronia. A jeżeli ten ruch postawił w centrum Niezależny Samorządny Związek Zawodowy, to już w roku 1965 w „Liście otwartym do Partii” Kuronia i Karola Modzelewskiego znajdziemy słowa: „Obronę tę powinny zapewnić zupełnie niezależne od państwa Związki Zawodowe z prawem do organizowania strajków ekonomicznych i politycznych”. Tak właśnie się stało. Powstanie Solidarności było uderzeniem w splot słoneczny systemu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.