Tag "przyroda"

Powrót na stronę główną
Świat

Czy bezpłatna plaża stanie się wkrótce luksusem?

Kilkaset osób w milczeniu wspina się stromą drogą prowadzącą przez wzgórza Parku Narodowego Arrábida. Nie niosą transparentów z hasłami wymierzonych w rząd czy deweloperów. Nie protestują przeciwko budowie autostrady, kopalni czy elektrowni. Mijają sosny, wapienne skały i zatoki, które od pokoleń są częścią krajobrazu południowej Portugalii. Wiedzą, że jeśli przegrają, miejsce to już nigdy nie będzie takie samo.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak lokalny spór o fragment ziemi. W rzeczywistości jest symbolem konfliktu, który rozlewa się po całej Europie. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice nie po to, by walczyć o wyższe płace czy niższe podatki, lecz o prawo do korzystania z przestrzeni, która przez dziesięciolecia wydawała się wspólna.

Stawką jest plaża. Ta sama, na której uczyli się pływać jako dzieci, na którą przychodzili z rodzicami i spędzali letnie popołudnia. Dziś obawiają się, że to miejsce wkrótce stanie się częścią luksusowej inwestycji, a dostęp do niego przestanie być oczywisty.

To nie jest wyłącznie portugalska historia. Podobne protesty wybuchają od Atlantyku po Morze Egejskie. W Grecji mieszkańcy walczą z ekspansją prywatnych leżaków, w Turcji protestują przeciw komercjalizacji wybrzeża, w Hiszpanii sprzeciwiają się zabudowie linii brzegowej, a we Włoszech od lat trwa spór o to, czy plaże są jeszcze dobrem wspólnym, czy jedynie dochodowym biznesem.

Coraz częściej przedmiotem konfliktu nie jest samo morze. Chodzi o prawo, by w ogóle móc do niego dojść.

Ręce precz od Arrábidy!

Setki mieszkańców aglomeracji Setúbal protestowały 19 lipca przeciwko temu, co określają jako próbę prywatyzacji fragmentu wybrzeża Parku Narodowego Arrábida. Demonstracja odbyła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Portugalska Agencja Ochrony Środowiska (APA) przed sezonem letnim zapewniała, że „w Portugalii nie ma czegoś takiego jak prywatna plaża”. Jednak zdaniem protestujących rzeczywistość wygląda inaczej.

Marsz zorganizowany przez ruch obywatelski Deslarrrguem a Arrábida! (Ręce precz od Arrábidy!) zgromadził mieszkańców, ekologów oraz polityków różnych ugrupowań. Ich sprzeciw to odpowiedź na działania spółki Palácio da Comenda – właścicieli posiadłości Herdade da Comenda, która domaga się uznania, że tereny graniczące z ujściem rzeki Sado – wraz z plażami Rasca, Comenda, Rainha, Maria Esguelha i Albarquel – powinny zostać uznane za własność prywatną, a nie część publicznej domeny morskiej.

Spór nie dotyczy wyłącznie plaż. Mieszkańcy protestują przeciw stawianiu ogrodzeń, zamykaniu tradycyjnych dróg prowadzących nad morze oraz próbom przejęcia drogi miejskiej nr 1056. „Protestujemy przeciw zamknięciu dostępu publicznego, budowie ogrodzeń i zamiarowi właścicieli Herdade da Comenda,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ale jaja!

Jak z polskich supermarketów zniknęły jaja klatkowe i kto za to zapłacił

W pierwszej połowie lipca w prasie niemieckiej pojawiły się informacje, że w sklepach należących do sieci Netto ApS & Co. KG wprowadzono czasowe ograniczenia sprzedaży jajek. Klienci mogli kupić dwa opakowania. Powodem wprowadzenia ograniczeń były problemy z dostawami spowodowane chorobami drobiu. Dla mieszkańców północno-wschodnich landów to duże zaskoczenie.

W polskich mediach społecznościowych pojawiły się pytania, czy i u nas zabraknie jajek. Nie było to nic nowego, gdyż od kilku lat regularnie, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą, słyszymy ostrzeżenia, że „w kraju zabraknie jajek”.

14 marca 2025 r. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wydało nawet komunikat w tej sprawie, przekonując, że „ewentualnie zauważalne braki mogą dotyczyć jedynie jaj pochodzących z chowu na wolnym wybiegu, co może być efektem działań sieci handlowych, które ze swej oferty wycofały jaja z chowu klatkowego”.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. W Polsce na półkach sklepowych nie zabraknie jajek – jesteśmy jednym z największych producentów w Europie. Zniknęły natomiast jajka najtańsze, z chowu klatkowego, oznaczone cyfrą 3.

Wolność dla niosek

Wszystko zaczęło się w odległym 1999 r., wraz z dyrektywą Rady Unii Europejskiej, zgodnie z którą od 1 stycznia 2012 r. w państwach UE miała być zakazana hodowla kur w tzw. klatkach bateryjnych. Hodowcy mieli się przestawić na klatki wzbogacone, oferujące każdej kurze co najmniej 750 cm kw. powierzchni. Ten system na lata zdominował rynek. W 2021 r. ok. 80% kur niosek w Polsce utrzymywano w takich klatkach.

Przełom nastąpił 30 czerwca 2021 r., gdy Komisja Europejska pozytywnie odpowiedziała na akcję organizacji broniących praw zwierząt, Europejską Inicjatywę Obywatelską End the Cage Age (Koniec Epoki Klatkowej), pod którą podpisało się 1,4 mln obywateli UE. Komisja zobowiązała się do końca 2023 r. przedstawić projekt wprowadzający zakaz chowu klatkowego kur niosek, świń, cieląt, królików, kaczek, gęsi i przepiórek. Tak się nie stało. Lobbing organizacji reprezentujących w Brukseli rolników był zbyt silny, co jednak nie powstrzymało zmian.

W Polsce w 2012 r. powstało Stowarzyszenie Otwarte Klatki walczące o prawa zwierząt. W następnym roku stowarzyszenie wsparło mieszkańców podwrocławskiej gminy Żórawina, którym udało się zablokować uruchomienie fermy norek. Zajęcie się warunkami chowu niosek było kwestią czasu, zwłaszcza że na Zachodzie nabrała tempa walka z chowem klatkowym.

Gdy Komisja Europejska nie wywiązała się z obietnicy podjęcia inicjatywy ustawodawczej wprowadzającej zakaz chowu klatkowego, organizacje i stowarzyszenia obrony praw zwierząt podjęły rozmowy z politykami w poszczególnych krajach oraz zarządami wielkich sieci handlowych. Powołując się na wyniki badań opinii publicznej oraz względy etyczne, udało im się odnieść sukces w Austrii, w Niemczech i w państwach skandynawskich.

Tą samą drogą poszło Stowarzyszenie Otwarte Klatki.

Gdy próby przekonania naszych polityków nie zakończyły się sukcesem, stowarzyszenie zwróciło się do zarządów sieci handlowych. Przedstawiało im wyniki badań opinii publicznej. A w sondażach 70% Polaków uważało, że warunki chowu kur są ważnym czynnikiem decyzji o zakupie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Zarządzanie żarem

Upały sakramenckie; choć i bez nich się męczę i pocę z byle powodu, dawno wkroczywszy w wiek zawałowy, dryfuję już ku otwartemu morzu starości, zatem wszelkie alerty esemesowe o ekstremalnym zagrożeniu stanem upalnym trafiają prosto w moją pakamerę lęków. I sam już nie wiem, czy ta fala gorąca faktycznie taka mordercza, czy zaiste nigdy wcześniej takiego żaru między Bugiem i Odrą nie zaznano, azaliż to masy upalnego powietrza tak miażdżące, czy też może miazga masowego przekazu czerwonymi wersalikami tłoczonego. No bo jeśli kto moim strachem zaczął zarządzać, niedoczekanie jego, teraz mnie straszy gołym niebem, zaraz będzie chciał zasiać inne obawy, a to że wróg u bram przebiera nogami, by gwałcić „nasze kobiety”, wróg wewnętrzny chce uczyć masturbacji „nasze dzieci”, do tego „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki” wprost kotłują się w każdym imigranckim organizmie, próbującym przeniknąć przez płoty kolczaste i korony cierniowe, którymiśmy obwarowali „naszą ziemię”. Te wszystkie alarmy wciskają się nam do telefonów nie po to, byśmy mieli baczenie, lecz by nam dusza na ramieniu wciąż siedziała, bo człowiek z duszą na ramieniu jest bezbronny jak srający pies, nie człowiek to już, a zasób ludzki, podatny na manipulację. Trudno, wolę się topić od żaru, niż pocić ze strachu, rzekłem i od razu temperatura odczuwalna spadła w granice normy.

Owszem, niegdyś lepiej znosiłem upały od wielkich mrozów, bo do czterdziestki brakowało mi ochronnej warstwy tłuszczu, potem zaś oddałem Tatrom palec u stopy i część w niej czucia, przez co marzł mi w bucie kiepsko ukrwiony ocalały paluch. Teraz nadciśnienie sprawia, że mi wiecznie ciepło, babiny okutane płaszczami dziwują się, gdy śmigam po mieście w żonobijce, za to upały działają mi na nerwy, wyczuwam w nich niejaką wrogość, agresywność wymierzoną we mnie osobiście, nie muszą być ekstremalne, wystarczy zwykłe plażowe trzydzieści w cieniu. Morze nigdy mnie nie pociągało,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Ptasi raj

W rozlewisku rzeki Alvor w Portugalii osiedlają się tysiące ptaków

Lornetki w dłoń! Portugalia ze względu na swoje położenie geograficzne jest ptasim rajem. W Sagres co roku w październiku odbywa się festiwal obserwacji ptaków, bo to okres ich migracji. Z tej okazji zjeżdżają się fascynaci fotografii z wielu krajów, by w tym najbardziej wysuniętym na południowy zachód krańcu Europy złapać najlepsze kadry i podziwiać przepiękne okazy.

Innym ważnym punktem na ornitologicznej mapie jest rozlewisko rzeki Alvor, gdzie osiedlają się tysiące ptaków, a dla pasjonatów tych zwierząt wyznaczono kilka szlaków spacerowych. Dzięki przeznaczonej do rozpoznawania ptaków aplikacji w telefonie wiem, że ich różnorodność jest ogromna. Wystarczy minuta w ogrodzie, by usłyszeć przynajmniej sześć gatunków.

Największym zaskoczeniem jednak były i są dla mnie portugalskie bociany. Wyrosłam w przekonaniu,

Fragmenty książki Anny Bittner Portugalia. W objęciach oceanu, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Na skraju przepaści

Zmiany klimatyczne to czynnik decydujący o przyszłości lasów

Dr hab. Jakub Borkowski – profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Katedry Leśnictwa i Ekologii Lasu

Znane jest powiedzenie: „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Czy z perspektywy naukowca jest ono aktualne?
– W skali globalnej nie można mieć pewności, jako że w wielu regionach świata mamy już z tym problemy. Bo nie tylko maleje powierzchnia lasów, wycinanych głównie pod potrzeby rolnictwa, lecz także wzrasta ich rozdrobnienie. Tym samym następuje utrata łączności między poszczególnymi kompleksami, co oczywiście ma konsekwencje dla bioróżnorodności obejmującej wszystkie żywe organizmy oraz relacje między nimi. Nie widzę więc tak optymistycznego przełożenia tego porzekadła na realną sytuację lasów, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zmiany klimatyczne, które będą miały dramatyczne konsekwencje.

Wróćmy do niedalekiej przeszłości, kiedy w lasach dominował łoskot harwesterów, potężnych maszyn do wycinki drzew. Takie masowe cięcie wywoływało gwałtowne protesty organizacji ekologicznych. Wydaje się, że skuteczne, bo chyba to się zmieniło na korzyść?
– Tak, protesty były równie głośne jak te maszyny i odniosły pozytywny skutek. Jednocześnie rykoszetem oberwali leśnicy, ponieważ ucierpiał ich wizerunek, a przecież wcześniej w hierarchii prestiżu zawodów zajmowali drugie miejsce, zaraz po strażakach. Zapalnikiem stał się konflikt w Puszczy Białowieskiej, gdzie wizja ekologiczna, zakładająca ochronę naturalnych procesów przyrodniczych, starła się z wizją gospodarczą, oznaczającą pozyskiwanie drzew oraz ich ochronę przed szkodnikami, głównie kornikiem. Ale ten spór doprowadził do powstania tzw. lasów społecznych, czyli kompleksów leśnych wokół 14 miast, mających przede wszystkim spełniać oczekiwania społeczne.

Na czym to polega?
– Chociażby na tym, że nie ma tam mowy o zrębach zupełnych, gdzie wszystkie drzewa są kompleksowo usuwane. Na marginesie – to gorący temat w leśnictwie nie tylko polskim, ponieważ wycinka wszystkich drzew na jednej powierzchni ma negatywne konsekwencje przyrodnicze. Chociaż z punktu widzenia gospodarczego to działanie bardzo proste: karczuje się teren zrębu i można sadzić „młody las”, ale zanim on wyrośnie, minie wiele czasu.

Pewnie z 50 lat?
– Raczej 70, 80 albo i 100 lat! Do momentu kolejnego pozyskania drewna. Natomiast w naturalnym układzie lasów drzewa są dużo starsze, a część z nich martwa. Nawiasem mówiąc, to jedna z poważniejszych przyczyn konfliktu między ochroną przyrody a gospodarką.

Ale nadleśnictwa mają plany, muszą osiągać dochody i zapewnić drewno do produkcji mebli, dla budownictwa i innych gałęzi gospodarki. Jak to pogodzić?
– Na pewno to jedno z poważniejszych wyzwań dla leśnictwa, nie tylko w Polsce. Chociaż akurat nasz kraj jest czwartym na świecie, a trzecim w Europie producentem mebli, więc to pokazuje skalę zapotrzebowania na drewno oraz jego znaczenie w gospodarce. Pytanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Hierarchia zapisana na czole

U pukeko status społeczny widać gołym okiem

Fascynujący i dobrze zbadany ptak gniazdujący wspólnotowo żyje w Nowej Zelandii. Pukeko to podgatunek modrzyka ciemnego. Sama angielska nazwa – swamphen, czyli kurka bagienna – dobrze oddaje ich naturę: z wyglądu przypominają dalekich przodków kury, chodzących na długich, „kurzych” nogach. Pukeko należą do rodziny chruścieli (Rallidae), blisko spokrewnionej z kurakami (Phasianidae). Tak jak inne chruściele, nie mają błon pławnych, choć większość życia spędzają w pobliżu wody. Ich nogi mają barwę różową lub czerwoną, a między oczami ciągnie się mięsista, czerwona „tarczka”. Upierzenie na grzbiecie i skrzydłach jest brązowo-czarne, podczas gdy pierś i szyja błyszczą głębokim granatem (…). Pod ogonem widać czyste, białe pióra. (…)

Pukeko żyją w grupach złożonych z kilku samców i jednej lub dwóch samic. Jak u innych gatunków rozmnażających się wspólnotowo, samice składają jaja do jednego gniazda, a następnie razem z samcami zajmują się młodymi. Różnica polega jednak na tym, że – w przeciwieństwie do kleszczojadów, gdzie każda samica ma swojego partnera – u pukeko panuje zupełna swoboda: wszyscy kojarzą się ze wszystkimi. I to dosłownie. Samice od czasu do czasu kopulują z innymi samicami, a samce – z samcami. (…)

Podobnie jak u kleszczojadów, pisklęta pukeko nie wykluwają się jednocześnie. Inkubacja rozpoczyna się przed złożeniem ostatnich jaj, przez co pierwsze wyklute pisklęta rosną i jedzą, zanim późniejsze w ogóle się wyklują. Te wcześniejsze często pochodzą z jaj samicy dominującej. Ta przewaga

Fragmenty książki Joan E. Strassmann Społeczne życie ptaków, tłum. Szymon Drobniak, Copernicus Center Press, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Była rzeka, jest podwodnica

Natura nie jest wcale taka bezbronna wobec ludzkiej ekspansywności, z antropomorficznej perspektywy można by nawet rzec, że bywa mściwa i złośliwa, czemu jako mizantrop przyklaskuję. Majówka wyjątkowo pogodna, to mi się zebrało na pedałowanie – wybrałem trasę wiodącą wzdłuż ludzko-naturalnych przekomarzanek i wynikających z nich anomalii. Dodatkowym impulsem była chęć komfortowego przejazdu rowerem przez pustynię. To możliwe od zeszłego roku, kiedy otwarto betonową ścieżkę na granicy piachów i lasu – cyklistów na tej nitce co niemiara, ale śmiga się z widokiem na polską Saharę łacno.

Pustynia Błędowska jest obiektem antropogenicznym, a ściślej – widomym efektem katastrofy ekologicznej spowodowanej przez człowieka. W średniowieczu wyrżnięto tu hektary lasów na potrzeby stemplowania wyrobisk kopalnianych, a że drzewa rosły na gruntach piaszczystych, to powstała wielka kuweta, którą z czasem obwołano mianem pustyni, aby gawiedź miała uciechę. Południowa część jest obrzeżona cyklotrasą, północna wykorzystywana jako poligon, a środkiem przez pas oazy płynie Biała Przemsza.

Śpieszmy się kochać rzeki, bo szybko znikają. Pod całym tym pustynnym rewirem od strony miasta Bolesław ciągną się bowiem wyrobiska nieczynnej kopalni Pomorzany, zamkniętej kilka lat temu. Przez kilkadziesiąt lat eksploatowano w niej na olbrzymią skalę rudy cynku

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Smutny dzika los

Kontrowersje wokół odstrzałów w miastach to wynik nieskutecznej walki z afrykańskim pomorem świń

Chodzenie na skróty rzadko kiedy przynosi dobre efekty. Ostatnie tygodnie pokazały to dobitnie w kontekście radzenia sobie z dzikami w przestrzeni miejskiej. Uwagę opinii publicznej przykuła szczególnie sytuacja w stolicy. W warszawskich dzielnicach dochodziło do scen, które wzbudziły ogromne emocje: lochy z warchlakami były uśmiercane na oczach mieszkańców. Sprawa wywołała protesty pod ratuszem i ponownie zaogniła debatę o tym, jak rozwiązywać problem dzikiej zwierzyny w miastach. Zdaniem wielu ekspertów i aktywistów rosnąca liczba dzików w miastach to nie przypadkowe zjawisko, lecz konsekwencja błędnych decyzji podejmowanych w ramach zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF).

Ludzkie zaniedbania

Problem widoczny w 2026 r. ma korzenie jeszcze w 2014 r., kiedy na granicy z Białorusią zaczęto odnotowywać pierwsze przypadki ASF. Ich liczba wzrastała z roku na rok i pod koniec 2018 r. stała się naprawdę niepokojąca. W 2019 r. decydenci zarządzili masowy odstrzał dzików jako główną strategię walki z ASF. Dr inż. Robert Mysłajek z Uniwersytetu Warszawskiego zwracał wtedy uwagę, że za większość przypadków przenoszenia ASF na trzodę chlewną odpowiadają nie dziki, lecz ludzie. Wirus przenoszony jest m.in. na obuwiu, ubraniach czy w paszy. Kluczowa w walce z chorobą bioasekuracja w praktyce okazała się trudna do egzekwowania.

Zasady higieny – takie jak odkażanie obuwia na specjalnych matach czy unikanie bezpośredniego przechodzenia z lasu do chlewu – wymagały od rolników dodatkowych nakładów finansowych i organizacyjnych. Część środowiska hodowców sprzeciwiała się tym wymogom, twierdząc m.in., że państwo chce ich zrujnować. Niezadowolenie na wsiach rosło. Nagle ciężar walki z afrykańskim pomorem świń przeniesiono na redukcję populacji dzików. Było to przede wszystkim zagranie polityczne. Rządzące wówczas Prawo i Sprawiedliwość zyskało kilka politycznych punktów, „upraszczając” rolnikom życie, a jednocześnie pompując miliony złotych do Polskiego Związku Łowieckiego.

Masowy odstrzał trwa nieprzerwanie do dziś. I nic nie wskazuje,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Ekologia

Namorzyny w tarapatach

Bagna namorzynowe nazwano najważniejszym ekosystemem Ziemi

Namorzyny są morskimi drzewami. Rosną w wodach słonawych i słonych wzdłuż południowych i tropikalnych wybrzeży, a ich rozłożyste korzenie przypominają „klatki”, na których wspierały się wiktoriańskie krynoliny. Jak przystało na rośliny bagienne, namorzyny tworzą torf. Specjalizują się w środowisku słonym bądź słonawym, śmierdzącym i błotnistym.

Istnieje ok. 60 gatunków namorzynów, większość występuje w Azji, a najokazalsze lasy złożone są z wielu gatunków. Bagna namorzynowe nazwano najważniejszym ekosystemem Ziemi, ponieważ tworzą kolczasty mur stabilizujący brzeg lądu i chronią wybrzeża przed huraganami i erozją, są miejscami rozrodu i ochronnymi „żłobkami” dla tysięcy gatunków, w tym młodych barakud, tarponów, krabów, krewetek, skorupiaków.

William Mitsch, specjalista do spraw wody, zwięźle opisuje las namorzynowy jako miejsce „niesławne, znane z nieprzeniknionego labiryntu drzewiastej roślinności, luźnego torfu, który zdaje się bezdenny, oraz licznych przystosowań do radzenia sobie z podwójną dawką stresu: tego wynikającego z zalewania oraz z wysokiego zasolenia”. Drzewa amortyzują natarcie większości burz i huraganów – choć nie zawsze. W 2017 r. huragan Irma uderzył w namorzyny Big Pine Key na Florydzie. Drzewa i krzewy po pewnym czasie odrosły, ale namorzyny nie, przypuszczalnie dlatego, że fala sztormowa oblepiła ich życiodajne korzenie powietrzne warstewką bardzo drobnego osadu, która po wyschnięciu zamieniła się w twardą powłokę i zatkała kanaliki korzeni.

Obumarłe liście namorzynów opadają do wody i w miarę rozkładu stają się podstawą złożonej sieci pokarmowej, z której korzystają glony, bezkręgowce oraz organizmy, które się nimi żywią, takie jak meduzy, ukwiały, różnorodne robaki, gąbki i ptaki.

Torf tworzony przez namorzyny jest wyjątkowo miękki i głęboki, idealny dla małży, ślimaków, krabów i krewetek. Korzenie tych drzew odfiltrowują szkodliwe zanieczyszczenia azotanowe i fosforanowe, a ich splątane nad wodą gałęzie oferują bezpieczne schronienie dosłownie tysiącom gatunków,

Fragmenty książki Annie Proulx Bagna, mokradła, torfowiska, tłum. Szymon Drobniak, Copernicus Center Press, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Przysmak z lasu deszczowego

W poszukiwaniu dzikiego kakao

Beni i La Paz, Boliwia, 1997-2000

Ogólnie rzecz biorąc, Amazonia nie grzeszy subtelnością. Zieleń jest zbyt zielona. Robaki są zbyt robaczywe. Rzeki zbyt gęste. Przesycone wilgocią powietrze wciąga człowieka jak dysząca bestia. Jakby tego było mało, z morza skrajności wynurza się płaskowyż Huanchaca i sięga wyżyn królestwa fantazji. (…) Pierwszym Europejczykiem świadomym ogromu i wyjątkowego znaczenia tego płaskowyżu był Percy Fawcett, który spędził wiele lat w Amazonii, poszukując zaginionego miasta Z, zanim w 1925 r. przepadł bez śladu w tropikalnym lesie. (…) Niezwykła bioróżnorodność – nie wspominając o widowiskowych wodospadach spływających ze zboczy – w latach 70. ubiegłego wieku skłoniła rząd Boliwii do tego, by przekształcić płaskowyż w park narodowy. Orędował za tym przede wszystkim Noel Kempff Mercado, najsłynniejszy boliwijski biolog, który przez całe lata dokumentował florę i faunę Huanchaki.

Ta płaska jak stół i wyniesiona nad dżunglę formacja geologiczna, ciągnąca się wzdłuż granicy brazylijsko-boliwijskiej, to także wymarzone miejsce dla przemytników. W 1986 r. Kempff Mercado i jego ekipa ponieśli tam śmierć z ich rąk, gdy po wylądowaniu na prowizorycznym lotnisku natknęli się na masową operację rafinacji kokainy. Dwa lata później park przemianowano na Park Narodowy Noel Kempff Mercado.

W latach 90. park stał się głównym elementem największego programu kredytów węglowych. Program był pomysłem organizacji Nature Conservancy, która przekonała boliwijski rząd do tego, by zaprzestać wyrębu lasu na terenie parku i zrekompensować sobie utracone dochody sprzedażą za miliony dolarów offsetów węglowych firmom generującym ślad węglowy w innych częściach świata. Zakończenie wyrębu w parku oznaczałoby jednak utratę wielu miejsc pracy i dlatego program przewidywał stworzenie nowych form zatrudnienia dla zamieszkujących go ludzi, które uwzględniałyby zasady zrównoważonego rozwoju. Volker Lehmann (niemiecki ekspert w dziedzinie agroleśnictwa, przez 20 lat pracował w Amazonii) dołączył do firmy Canopy Botanicals, która miała o to zadbać. (…)

Gdy będziesz spacerować po lesie deszczowym w pobliżu granicy Boliwii z Brazylią, spójrz w górę, a zobaczysz wyrastające ponad zielony baldachim giganty. Osiągają wysokość 30 m, mogą liczyć nawet ponad 500 lat i rodzą owoce wielkości kul do bocce, których waga dochodzi do 2 kg. Uważaj, żeby żaden z nich nie spadł ci na głowę. Lepiej poszukaj takiego, który leży już na ziemi, i rozłup go. Wewnątrz znajdziesz kilkanaście orzechów o charakterystycznym klinowatym kształcie, przypominających plasterki pomarańczy i podobnie jak one ułożonych.

To orzechy brazylijskie. Większość z nas kojarzy je z mieszankami orzechów kupowanych w puszkach. Tyle że takie zapuszkowane orzechy w żaden sposób nie oddają wspaniałych właściwości owoców Bertholletia excelsa, czyli orzesznicy wyniosłej. Świeżo zebrane są jednym z największych przysmaków lasów deszczowych. Drzewa orzesznicy wyniosłej można znaleźć jedynie na obszarze przygranicznym między Boliwią, Brazylią i Peru. Nie nadają się do uprawy, ponieważ zapylają je pszczoły storczykowe, które w swoim rytuale godowym zdane są na storczyki. Samce pobierają zapachowe substancje lotne z kwiatów storczyków, a te pozwalają im wabić pszczele damy. Samiec pszczoły bez Eau d’Orchidée niczego nie zwojuje. Pszczoły potrzebują storczyków rosnących jedynie w dziewiczych lasach deszczowych, a orzesznica wyniosła, aby owocować, prócz niezwykle wilgotnego klimatu tropikalnego potrzebuje pszczół. To wszystko oznacza, że habitat takich drzew ogranicza się do ostatnich zdrowych drzewostanów Amazonii.

Orzechy brazylijskie, jako wzorcowy przykład zrównoważonego agroleśnictwa, powinny zatem odpowiednio dużo kosztować. Jednak tak nie jest. Niewielu konsumentów wie dokładnie, skąd się biorą, i rzadko docierają one na międzynarodowe rynki w dobrym stanie, nic więc dziwnego,

Fragmenty książki Rowana Jacobsena Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady, tłum. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.