Tag "przyroda"
Smutny dzika los
Kontrowersje wokół odstrzałów w miastach to wynik nieskutecznej walki z afrykańskim pomorem świń
Chodzenie na skróty rzadko kiedy przynosi dobre efekty. Ostatnie tygodnie pokazały to dobitnie w kontekście radzenia sobie z dzikami w przestrzeni miejskiej. Uwagę opinii publicznej przykuła szczególnie sytuacja w stolicy. W warszawskich dzielnicach dochodziło do scen, które wzbudziły ogromne emocje: lochy z warchlakami były uśmiercane na oczach mieszkańców. Sprawa wywołała protesty pod ratuszem i ponownie zaogniła debatę o tym, jak rozwiązywać problem dzikiej zwierzyny w miastach. Zdaniem wielu ekspertów i aktywistów rosnąca liczba dzików w miastach to nie przypadkowe zjawisko, lecz konsekwencja błędnych decyzji podejmowanych w ramach zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF).
Ludzkie zaniedbania
Problem widoczny w 2026 r. ma korzenie jeszcze w 2014 r., kiedy na granicy z Białorusią zaczęto odnotowywać pierwsze przypadki ASF. Ich liczba wzrastała z roku na rok i pod koniec 2018 r. stała się naprawdę niepokojąca. W 2019 r. decydenci zarządzili masowy odstrzał dzików jako główną strategię walki z ASF. Dr inż. Robert Mysłajek z Uniwersytetu Warszawskiego zwracał wtedy uwagę, że za większość przypadków przenoszenia ASF na trzodę chlewną odpowiadają nie dziki, lecz ludzie. Wirus przenoszony jest m.in. na obuwiu, ubraniach czy w paszy. Kluczowa w walce z chorobą bioasekuracja w praktyce okazała się trudna do egzekwowania.
Zasady higieny – takie jak odkażanie obuwia na specjalnych matach czy unikanie bezpośredniego przechodzenia z lasu do chlewu – wymagały od rolników dodatkowych nakładów finansowych i organizacyjnych. Część środowiska hodowców sprzeciwiała się tym wymogom, twierdząc m.in., że państwo chce ich zrujnować. Niezadowolenie na wsiach rosło. Nagle ciężar walki z afrykańskim pomorem świń przeniesiono na redukcję populacji dzików. Było to przede wszystkim zagranie polityczne. Rządzące wówczas Prawo i Sprawiedliwość zyskało kilka politycznych punktów, „upraszczając” rolnikom życie, a jednocześnie pompując miliony złotych do Polskiego Związku Łowieckiego.
Masowy odstrzał trwa nieprzerwanie do dziś. I nic nie wskazuje,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Namorzyny w tarapatach
Bagna namorzynowe nazwano najważniejszym ekosystemem Ziemi
Namorzyny są morskimi drzewami. Rosną w wodach słonawych i słonych wzdłuż południowych i tropikalnych wybrzeży, a ich rozłożyste korzenie przypominają „klatki”, na których wspierały się wiktoriańskie krynoliny. Jak przystało na rośliny bagienne, namorzyny tworzą torf. Specjalizują się w środowisku słonym bądź słonawym, śmierdzącym i błotnistym.
Istnieje ok. 60 gatunków namorzynów, większość występuje w Azji, a najokazalsze lasy złożone są z wielu gatunków. Bagna namorzynowe nazwano najważniejszym ekosystemem Ziemi, ponieważ tworzą kolczasty mur stabilizujący brzeg lądu i chronią wybrzeża przed huraganami i erozją, są miejscami rozrodu i ochronnymi „żłobkami” dla tysięcy gatunków, w tym młodych barakud, tarponów, krabów, krewetek, skorupiaków.
William Mitsch, specjalista do spraw wody, zwięźle opisuje las namorzynowy jako miejsce „niesławne, znane z nieprzeniknionego labiryntu drzewiastej roślinności, luźnego torfu, który zdaje się bezdenny, oraz licznych przystosowań do radzenia sobie z podwójną dawką stresu: tego wynikającego z zalewania oraz z wysokiego zasolenia”. Drzewa amortyzują natarcie większości burz i huraganów – choć nie zawsze. W 2017 r. huragan Irma uderzył w namorzyny Big Pine Key na Florydzie. Drzewa i krzewy po pewnym czasie odrosły, ale namorzyny nie, przypuszczalnie dlatego, że fala sztormowa oblepiła ich życiodajne korzenie powietrzne warstewką bardzo drobnego osadu, która po wyschnięciu zamieniła się w twardą powłokę i zatkała kanaliki korzeni.
Obumarłe liście namorzynów opadają do wody i w miarę rozkładu stają się podstawą złożonej sieci pokarmowej, z której korzystają glony, bezkręgowce oraz organizmy, które się nimi żywią, takie jak meduzy, ukwiały, różnorodne robaki, gąbki i ptaki.
Torf tworzony przez namorzyny jest wyjątkowo miękki i głęboki, idealny dla małży, ślimaków, krabów i krewetek. Korzenie tych drzew odfiltrowują szkodliwe zanieczyszczenia azotanowe i fosforanowe, a ich splątane nad wodą gałęzie oferują bezpieczne schronienie dosłownie tysiącom gatunków,
Fragmenty książki Annie Proulx Bagna, mokradła, torfowiska, tłum. Szymon Drobniak, Copernicus Center Press, Kraków 2026
Przysmak z lasu deszczowego
W poszukiwaniu dzikiego kakao
Beni i La Paz, Boliwia, 1997-2000
Ogólnie rzecz biorąc, Amazonia nie grzeszy subtelnością. Zieleń jest zbyt zielona. Robaki są zbyt robaczywe. Rzeki zbyt gęste. Przesycone wilgocią powietrze wciąga człowieka jak dysząca bestia. Jakby tego było mało, z morza skrajności wynurza się płaskowyż Huanchaca i sięga wyżyn królestwa fantazji. (…) Pierwszym Europejczykiem świadomym ogromu i wyjątkowego znaczenia tego płaskowyżu był Percy Fawcett, który spędził wiele lat w Amazonii, poszukując zaginionego miasta Z, zanim w 1925 r. przepadł bez śladu w tropikalnym lesie. (…) Niezwykła bioróżnorodność – nie wspominając o widowiskowych wodospadach spływających ze zboczy – w latach 70. ubiegłego wieku skłoniła rząd Boliwii do tego, by przekształcić płaskowyż w park narodowy. Orędował za tym przede wszystkim Noel Kempff Mercado, najsłynniejszy boliwijski biolog, który przez całe lata dokumentował florę i faunę Huanchaki.
Ta płaska jak stół i wyniesiona nad dżunglę formacja geologiczna, ciągnąca się wzdłuż granicy brazylijsko-boliwijskiej, to także wymarzone miejsce dla przemytników. W 1986 r. Kempff Mercado i jego ekipa ponieśli tam śmierć z ich rąk, gdy po wylądowaniu na prowizorycznym lotnisku natknęli się na masową operację rafinacji kokainy. Dwa lata później park przemianowano na Park Narodowy Noel Kempff Mercado.
W latach 90. park stał się głównym elementem największego programu kredytów węglowych. Program był pomysłem organizacji Nature Conservancy, która przekonała boliwijski rząd do tego, by zaprzestać wyrębu lasu na terenie parku i zrekompensować sobie utracone dochody sprzedażą za miliony dolarów offsetów węglowych firmom generującym ślad węglowy w innych częściach świata. Zakończenie wyrębu w parku oznaczałoby jednak utratę wielu miejsc pracy i dlatego program przewidywał stworzenie nowych form zatrudnienia dla zamieszkujących go ludzi, które uwzględniałyby zasady zrównoważonego rozwoju. Volker Lehmann (niemiecki ekspert w dziedzinie agroleśnictwa, przez 20 lat pracował w Amazonii) dołączył do firmy Canopy Botanicals, która miała o to zadbać. (…)
Gdy będziesz spacerować po lesie deszczowym w pobliżu granicy Boliwii z Brazylią, spójrz w górę, a zobaczysz wyrastające ponad zielony baldachim giganty. Osiągają wysokość 30 m, mogą liczyć nawet ponad 500 lat i rodzą owoce wielkości kul do bocce, których waga dochodzi do 2 kg. Uważaj, żeby żaden z nich nie spadł ci na głowę. Lepiej poszukaj takiego, który leży już na ziemi, i rozłup go. Wewnątrz znajdziesz kilkanaście orzechów o charakterystycznym klinowatym kształcie, przypominających plasterki pomarańczy i podobnie jak one ułożonych.
To orzechy brazylijskie. Większość z nas kojarzy je z mieszankami orzechów kupowanych w puszkach. Tyle że takie zapuszkowane orzechy w żaden sposób nie oddają wspaniałych właściwości owoców Bertholletia excelsa, czyli orzesznicy wyniosłej. Świeżo zebrane są jednym z największych przysmaków lasów deszczowych. Drzewa orzesznicy wyniosłej można znaleźć jedynie na obszarze przygranicznym między Boliwią, Brazylią i Peru. Nie nadają się do uprawy, ponieważ zapylają je pszczoły storczykowe, które w swoim rytuale godowym zdane są na storczyki. Samce pobierają zapachowe substancje lotne z kwiatów storczyków, a te pozwalają im wabić pszczele damy. Samiec pszczoły bez Eau d’Orchidée niczego nie zwojuje. Pszczoły potrzebują storczyków rosnących jedynie w dziewiczych lasach deszczowych, a orzesznica wyniosła, aby owocować, prócz niezwykle wilgotnego klimatu tropikalnego potrzebuje pszczół. To wszystko oznacza, że habitat takich drzew ogranicza się do ostatnich zdrowych drzewostanów Amazonii.
Orzechy brazylijskie, jako wzorcowy przykład zrównoważonego agroleśnictwa, powinny zatem odpowiednio dużo kosztować. Jednak tak nie jest. Niewielu konsumentów wie dokładnie, skąd się biorą, i rzadko docierają one na międzynarodowe rynki w dobrym stanie, nic więc dziwnego,
Fragmenty książki Rowana Jacobsena Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady, tłum. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026
Safari z maskonurami
Grenlandzka fauna i flora
Na Grenlandii florę reprezentuje ponad 700 gatunków (ok. 520 rodzimych i 200 importowanych), tyle że roślinność jest niskopienna, charakterystyczna dla tundry. Najczęściej występującą formacją roślinną są karłowate wrzosowiska mierzące od 10 do 50 cm, na których rosną też bażyna czarna, borówka bagienna, karłowate wierzby i brzozy, mchy, porosty i różne gatunki kwiatów. Oprócz wrzosowisk występują stepy, łąki, mokradła i arktyczne pustynie. Drzewa regularnej wielkości rosną tylko na południu wyspy. Najpopularniejsza jest brzoza omszona, która potrafi osiągnąć nawet 10 m wysokości, i wierzba szara, rzadziej olsza zielona i jarząb. Drzewa iglaste reprezentuje na Grenlandii jedynie jałowiec pospolity – choinki bożonarodzeniowe trzeba więc importować z Danii.
W ramach badań naukowych podjęto próby uprawy rozmaitych drzew, m.in. świerków w arboretum w Narsarsuaq w południowej części wyspy. Eksperyment się udał – dziś z pewnością ok. 5 tys. choinek rośnie na wyspie. Nikt ich jednak ścinać nie zamierza, botanikom z Uniwersytetu w Kopenhadze służą one bowiem do badań. Naukowcy pragną poznać odpowiedź na pytanie, jakie gatunki drzew są w stanie przetrwać w tych warunkach oraz dlaczego w wielu miejscach na tej samej (a nawet wyższej) szerokości geograficznej rosną bujne lasy, a na Grenlandii nie.
Robocza hipoteza głosi, że brak drzew na wyspie jest pochodną ostatniej epoki lodowcowej – powiększający się lądolód po prostu zepchnął je do oceanu. Licznie za to reprezentowane są rośliny kwitnące, które latem niczym wielobarwny dywan pokrywają górskie zbocza. Najpowszechniej występują dzwonki, firletki alpejskie, lepnice bezłodygowe, maki arktyczne, jaskry, skalnice naprzeciwlistne, różaneczniki lapońskie i jastrzębce. Narodową rośliną Grenlandii jest mały kwiatek z czterema fioletowymi płatkami, zwany niviarsiaq, czyli młoda kobieta. Jego łacińska nazwa to Epilobium latifolium, a kwiaty, liście i pędy są jadalne i znakomicie nadają się do sałatek. Do przygotowywania potraw można użyć także rosnących na wyspie bażyn czarnych, jeżyn, borówek bagiennych, arcydzięgla, macierzanki oraz… bagna grenlandzkiego, stosowanego do parzenia herbat.
Grenlandia ma zaledwie dziewięć rodzimych gatunków ssaków lądowych – reszta zwierząt, włącznie z myszami i szczurami, została tu przywieziona przez człowieka.
Najsłynniejszymi mieszkańcami wyspy są niewątpliwie niedźwiedzie polarne. Spotkać je jednak trudno, zwykle bowiem trzymają się północnego i północno-wschodniego wybrzeża. Większość czasu spędzają na zamarzniętych wodach fiordu – na ląd wchodzą tylko,
Fragmenty książki Pauliny Tondos Grenlandia. Ulotny duch Północy, Bezdroża/Helion, Gliwice 2026
Największe zwierzę na Ziemi
Wciąż nie wiemy, jak płetwale błękitne korzystają z połączenia swoich zmysłów, aby przemierzać ocean
Ocean Spokojny, rok 1941
200 km od wybrzeży Kalifornii, w zasięgu wzroku marynarzy wyruszających w morze w konwoju ciężko opancerzonych stalowoszarych okrętów, wynurza się płetwal błękitny. Jeden z marynarzy, który dorastał, łowiąc ryby na wodach Pacyfiku, rozpoznał z pokładu jego charakterystyczny pysk.
U szczytu głowy płetwala błękitnego znajdują się potężne mięśnie w kształcie litery V, okalające jego nozdrza – bliźniacze otwory oddechowe typowe dla wszystkich fiszbinowców. Kiedy mięśnie te się rozluźniają, otwory się domykają, by zapobiec przedostawaniu się wody, ale kiedy potężny wieloryb wypływa na powierzchnię, mięśnie się kurczą, a jego nozdrza się otwierają, umożliwiając oddychanie.
Fontanny tryskające z nozdrzy płetwala błękitnego są łatwe do odróżnienia od spłaszczonego obłoku, tworzącego się tuż nad powierzchnią wody, znamiennego dla humbaków, również często pojawiających się na tym obszarze. Unoszą się wysoko z prędkością niemal 600 km na godzinę, a siłę do tego czerpią z potężnych płuc – niezwykłej cechy największego zwierzęcia na Ziemi.
To była ośmioletnia samica. Żerowała w zimnych, bogatych wodach otaczających Alaskę, a teraz wyprawiła się tysiące kilometrów na południe, przedzierając się przez sięgające wysoko ku powierzchni lasy wodorostów, mijając po drodze bogate w składniki odżywcze delty rzek. (…)
Long Beach w Kalifornii, rok 2024
U końca swojego długiego żywota nasz wieloryb odbywa tę podróż po raz ostatni. Wynurza się w odległości 100 m od niewielkiej łodzi wypełnionej turystami. Przebywający na pokładzie biolog opowiada o nawykach żywieniowych i migracjach wielorybów, a obserwatorzy wielorybów mają nadzieję, że uda im się uchwycić przynajmniej jego płetwę ogonową albo pysk. Dźwigi załadunkowe w porcie Long Beach ledwie zniknęły z pola widzenia, gdy łódź dotarła na głębsze wody, gdzie pojawiają się płetwale błękitne i ich bliscy krewni, przemierzający trasę między Parkiem Narodowym Channel Islands a plażami stanowiącymi raj dla wielbicieli surfingu oraz portami żeglugowo-przeładunkowymi u wybrzeża Los Angeles.
Życie tej samicy było udane. Jako jedna z nielicznych w swoim gatunku zdołała przetrwać okres komercyjnych połowów wielorybów i setki razy przemierzyła drogę wzdłuż tego wybrzeża, pokonując dziesiątki tysięcy kilometrów. Najprawdopodobniej wydawała na świat cielęta co dwa lub trzy lata przez całe swoje długie życie, w trakcie którego jej gatunek, znajdujący się na skraju wyginięcia, zaczął się odradzać.
W ciągu jej życia ludzkość zdołała odbyć własną podróż: od postrzegania wielorybów jako źródła tłuszczu do zachwytu nad nimi, a nawet odczuwania jakiejś więzi, wynikającej z podziwu dla ich inteligencji i zdolności do budowania złożonych relacji, przypominających nasze własne. Mądrzy i pełni pasji ludzie położyli kres wielorybnictwu na skalę przemysłową
Fragmenty książki Davida Attenborough i Colina Butfielda Ocean. Ostatnie dzikie miejsce, przeł. Sławomir Królak Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2025
Dzięcioł obrączkuje drzewa
Monogamiczna para co roku wykuwa nową dziuplę, rzadko zasiedla ją po raz drugi
Każdej wiosny słyszymy donośne werblowanie dochodzące ze wschodniego krańca naszego podwórza. Rośnie tam kilka starych sosen, a od pnia jednej z nich odchodzi kawał suchej gałęzi. Upodobał ją sobie dzięcioł duży i od czasu do czasu siada na niej, by walić w nią dziobem krótkimi seriami z szybkością kilkunastu uderzeń na sekundę. Robi to przede wszystkim samiec w okresie godowym, ale może werblować również samica, tylko mniej intensywnie, no i nie w tym samym miejscu. Oboje wyznaczają w ten sposób granice swojego terytorium lęgowego, a jednocześnie nawzajem się wabią.
Kiedy nawiązały już bliski kontakt, zaczęły szukać miejsca na założenie gniazda. Początkowo przymierzały się do budki lęgowej przeznaczonej dla sikorek i poszerzały jej otwór wejściowy, ale chyba doszły do wniosku, że jest ona dla nich za mała, i przeniosły się na obrzeże podwórza, gdzie rosła jedyna osika. Wykuły w niej wspólnie dziuplę na wysokości 7 m i po trzech tygodniach samica przystąpiła do znoszenia jaj.
Dzięcioły duże tworzą pary monogamiczne, ale nie na całe życie. Jesień i zimę spędzają w pojedynkę, w pary zaś łączą się w okresie godowym i może to być połączenie tylko na jeden rok, podczas którego „nie zdradzają się”. Dymorfizm płciowy jest niewielki i dotyczy tylko upierzenia głowy – samica nie ma czerwonego pasma na potylicznej części głowy, które posiada samiec. Pisklęta natomiast mają – bez względu na płeć – ciemię pokryte czerwonymi piórkami. Poza tym ubarwienie dorosłych ptaków jest jednakowe u obu płci – czarny wierzch głowy z szaro-brązowym czołem, czarny grzbiet, ogon i skrzydła z dużymi, białymi pasmami na barkach i pięcioma równoległymi rzędami białych plamek ułożonych łukowato w dalszej części skrzydeł. Czarny pasek zaczynający się u nasady dzioba otacza od dołu biały policzek i po połączeniu się z paskiem usznym biegnie po bocznej powierzchni szyi. Na karku wąski czarny pasek łączy czarną potylicę z czarnym grzbietem. Pierś i brzuch są białe, a pokrywy podogonowe żywo czerwone. Dłutowaty dziób ma kolor ciemnoszary, podobnie nogi, których dwa palce skierowane są do przodu i dwa do tyłu. Taki układ palców zaopatrzonych w ostre pazury umożliwia siadanie i wędrowanie po pionowych pniach drzew.
Dzięcioł duży (Dendrocopos major), zwany też dzięciołem pstrym większym, nie jest wcale taki duży, jakby wskazywała jego nazwa. Spośród 10 gatunków dzięciołów gniazdujących w Polsce aż cztery są większe od niego. Długość jego ciała to 21-25 cm, a waga 75-95 g. Tymczasem dzięcioł czarny jest dwa razy dłuższy, a wagę ma nawet trzykrotnie większą. Również dzięcioły zielone i zielonosiwe są bardziej masywne oraz dłuższe. Nieco większy jest także dzięcioł białogrzbiety. Za to z pewnością dzięcioł duży jest najliczniejszym dzięciołem w naszym kraju i również w Europie.
Wyróżniono pewne podgatunki dzięcioła dużego. Niektórzy ornitolodzy opisali ich 14, inni aż 30. Różnią się one od siebie niewielkimi zmianami w upierzeniu, rozmiarami i regionem występowania. W Polsce mamy dwa podgatunki: Dendrocopos major pinetorum – najwięcej go w zachodniej części kraju oraz Dendrocopos major major – gniazdujący głównie na Warmii i Mazurach.
Dzięcioł duży jest ptakiem osiadłym, zamieszkuje głównie lasy bez względu na rodzaj drzewostanu, ale spotkać go można również w parkach, na cmentarzach czy w dużych ogrodach, gdzie rosną stare drzewa. Gniazdo zakłada w dziupli, którą wykują wspólnie samiec i samica przez dwa-trzy tygodnie, na wysokości od 50 cm do 20 m. Musi to być grube, zwykle zdrowe drzewo, najwyżej nieco nadwątlone. Dziupla ma otwór o średnicy 4,5-5,5 cm, a do jej wymoszczenia
Fragment książki Jerzego Samusika Opowieści o ptakach z wiejskiego podwórka, Paśny Buriat, Suwałki 2025
Zielona strona mocy
Do dobrego życia w mieście potrzebujemy szpalerów drzew, ale też przypadkowych krzaków i chwastów
My, miastowi, chcemy widzieć drzewa za oknem, słyszeć śpiew ptaków w ich koronach, mieć gdzie wyjść z psem na spacer i móc nacieszyć oko kwietną rabatą na skwerku. Lubimy łąki kwietne, pergole, skalniaki i zielone fasady. Część z nas jest nawet świadoma tego, że w upalny dzień w cieniu drzew jest o 6 st. chłodniej i że zieleń w naszym otoczeniu to nie tylko dom dla wielu tysięcy gatunków istot nieludzkich, ale to także lepsza jakość powietrza, naturalne panele akustyczne, naturalne regulatory wilgoci w gruncie czy zapory przeciwpyłowe. (…)
Jednak mimo tej teoretycznie powszechnej wiedzy na temat dobroczynnego działania roślin w naszym otoczeniu zachowujemy się jak twórcy bonsai (przepiękna japońska sztuka ogrodnictwa w mikroskali), dopuszczając ją tylko w wydaniu przez nas zaakceptowanym, czyli: drzewa – tak, pod warunkiem że nie zabierają nam miejsc parkingowych dla naszych ukochanych samochodów, ptaki – tak, pod warunkiem że nie zanieczyszczają odchodami naszych ukochanych samochodów. (…).
Do dobrego, zdrowego życia w mieście potrzebujemy jego zielonych płuc: szpalerów drzew, zielonych skwerów, a nawet przypadkowych krzaków, chwastów i butwiejących liści. I mamy wiele przykładów metropolii, których zielone rozwiązania możemy naśladować. Miasta, uznawane za najlepsze do życia, zapraszają mieszkańców do licznych parków i ogrodów miejskich, a także na bulwary, zielone dachy czy nawet na ścieżki przyrodnicze, spełniające nie tylko funkcje rekreacyjne, ale i edukacyjne.
Do najbardziej zielonych miast na Starym Kontynencie zalicza się Wiedeń, którego ponad połowę powierzchni zajmują tereny zielone: piękne parki, ogrody i lasy miejskie. Zielony vibe ma także Oslo, otoczone lasami i fiordami, z doskonałym dostępem do przyrody. Lublana – zielona stolica Europy 2016 – słynie z rozbudowanej sieci ścieżek rowerowych i pieszych oraz zjawiskowych nadrzecznych terenów spacerowych, harmonijnie łączących przyrodę z życiem miejskim. Nie mniej popularne są Kopenhaga – miasto zielonych skwerów i nadrzecznych promenad, przyjazne rowerzystom i pieszym oraz Helsinki – stolica otoczona lasami i archipelagiem wysp, z pięknymi parkami i ogrodami botanicznymi. Uniwersyteckie miasto Växjö (Szwecja), znane z ambitnych celów w zakresie zrównoważonego rozwoju i ekologii, nie bez przyczyny otrzymało tytuł „Najzieleńszego Miasta w Europie” – połowa jego powierzchni jest pokryta lasem. To także pierwsze nowoczesne miasto, w którym niemal 50% nowych budynków komunalnych zostało wykonanych… z drewna.
W wielu krajach wdrażane są badania wokół wykorzystania dźwięków natury, takich jak szum płynącej wody, do zagłuszania miejskiego hałasu, np. rozmów czy zgiełku ulicy. Dowiedziono już, że maskowanie dźwięków wpływa na uczucie ulgi akustycznej. Dobrym przykładem jest tu Paley Park w Nowym Jorku, który w elegancki sposób rozwiązuje problem braku dostępu do zieleni i hałasu w miejskiej dżungli. W 1967 roku pustą działkę na Manhattanie przekształcono w niewielki park publiczny (tzw. park kieszonkowy). W tym przypadku przestrzeń została zaprojektowana przez studio Zion & Breen tak, aby hałas ulicy był zagłuszany przez szum wody z wodospadu na drugim końcu działki. Co więcej, wolno stojące krzesła pozwalają zbliżyć się do wodospadu i dowolnie regulować poziom słyszalnego hałasu, w sposób naturalny sprzyjają też interakcjom społecznym. (…)
Na architektoniczne salony na trwałe wprowadziła roślinność biofilia. Za pioniera i głównego propagatora tego podejścia uważa się Edwarda O. Wilsona. Ten amerykański biolog i myśliciel w 1984 r. opublikował pracę „Biophilia”, w której zdefiniował to pojęcie jako wrodzoną
Fragmenty książki Joanny Jurgi Hotel Ziemia. Żyć i mieszkać dobrze, Powergraph, Warszawa 2025
Puszcza Warszawa
Mieszkałem w centrum Warszawy prawie dekadę, dla człowieka dziczy to było wyzwanie, to jakbym aerofobię chciał przełamać lotem do Nowej Zelandii. Los sobie ze mnie – żarliwego i nieprzejednanego wroga wielkomiejskości – okrutnie zadrwił. Wżeniłem się w Warszawę. Wyprowadzałem się na wieś, a wylądowałem na Wiejskiej. Spokojnie, nie popadajmy w pułapki metonimii – wylądowałem jak najbezczelniej jako cywil, w części szlachetniejszej niźli sektor parlamentarny. Przez terytorium sejmowe przemykałem jedynie skrótem w stronę Myśliwieckiej, dopóki nie został zamknięty dla postronnych. Pasaż między Sejmem i Senatem podobał mi się nie tylko architektonicznie, ale ze względu na tę swoją otwartość. Posłowie ćmili sobie papieroski przed budynkiem sejmowym, obgadywali jakieś sprawy wagi państwowej na świeżym powietrzu, a każdy człowiek bez właściwości mógł przechodzić mimo i zachwycać swój chłopski rozum transparentnością polityki. BOR-owców nie było wokół wcale albo byli bardzo dyskretni, bo choć mój krótkowzroczny kundel na długiej smyczy gotów był pomylić nogawkę poselską z drzewkiem, mury sejmowe zaś wyjątkowo gęsto opatrywał psimi postami na piss-booku – nigdy nikt mi wstrętów nie czynił. Kiedyś politycy czuli się bezpiecznie, widocznie nie mieli nic na sumieniu, bo rządzili zamiast knuć.
A potem przyszło PiS i zanim zaczęło demolować państwo prawa, już wiedziałem, że będzie źle, bo Kuchciński od razu nakazał zamknąć tereny sejmowe dla ludności. Odgradzanie jest zaraźliwe, potem zaczęła się epidemia płotów, nowych grodzeń – jakby z Wiejskiej chcieli zrobić przedłużenie Nowogrodzkiej. W tym samym czasie po drugiej stronie ulicy zaczęło przyrastać wielkie gmaszysko nowego hotelu sejmowego, przez co zupełnie mi się odechciało chodzić z psem na Jazdów, bo trzeba teraz omijać łukiem plac budowy. Ukradli mi najbliższy skwerek na psie kupki i zrobili z tej
Obcy są wśród nas
Inwazyjne gatunki obce zwierząt tak już mają, że często wyglądają uroczo. Przynajmniej na początku
Chociaż w przeciwieństwie do pewnego agenta sprzed kilku dekad wcale nie chcę w to uwierzyć, to inwazyjne gatunki obce przyczyniły się do wyeliminowania niezliczonych zagrożonych gatunków rodzimych. Przede wszystkim przez drapieżnictwo i roznoszenie pasożytów oraz patogenów niebezpiecznych chorób. Tylko my, ludzie, jako gatunek jesteśmy w tym bardziej skuteczni, ale u nas nie nazywa się tego inwazyjnością, tylko odkryciami geograficznymi, demokracją albo all inclusive. (…)
Inwazyjne gatunki obce tak już mają, że często wyglądają uroczo. Przynajmniej na początku, zanim dzieci podrosną, a rodzice uznają, że przecież żółwikowi będzie dobrze w osiedlowym stawie (jeżeli miał szczęście) albo w kanalizacji. (…)
Wśród inwazyjnych gatunków obcych zwierząt przodują te, które da się trzymać w akwarium. Z jakiegoś powodu ludzie uważają, że mały żółwik albo ślimaczek nie poczynią w środowisku naturalnym takich spustoszeń jak choćby tygrys albo hipopotam. No, może poza mieszkańcami Kolumbii, którym na pamiątkę po Escobarze zostały najbardziej zagubione hipopotamy świata. Szczerze mówiąc, ja bym już wolał tygrysa od żółwi. Przynajmniej w wiadomościach pokazywaliby coś mniej potwornego niż zwykle. Niestety, dużo bardziej prawdopodobne niż to, że wielki kot zje nam sąsiada, jest to, że rumiane żółwie przetrzebią lokalną populację traszki i zrobią nieuczciwą konkurencję naszemu błotniakowi. (…)
Nie wszystkie zasługi w roznoszeniu gatunków inwazyjnych możemy przypisać naszemu świadomemu działaniu. Część, i to prawdopodobnie większą, rozwlekliśmy niechcący. Jednym z głównych sposobów, w jaki gatunki inwazyjne zwiedzają świat, są wody balastowe statków oraz zewnętrzne części ich kadłubów. To w ten sposób z USA do Europy dotarły raki pręgowane. I to właśnie wielkie odkrycia geograficzne zapoczątkowały jedną z największych inwazji w dziejach świata. Przyczyniły się również do rozwleczenia obcych gatunków zwierząt i roślin.
Według niektórych szacunków szkody czynione przez gatunki inwazyjne są nawet większe niż te powodowane przez zanieczyszczenie środowiska. W sumie nic dziwnego – środowisko w końcu samo się nie zanieczyści. (…) Wiele z inwazyjnych zwierząt jest samodzielnych, szczególnie teraz, kiedy luty jest nowym marcem itd. – aż do czerwca, który w centrum miasta stanowi przedsionek piekła zamaskowany pod postacią połowy hektara taniego granitu z Azji.
W opozycji do gatunków obcych znajdują się gatunki autochtoniczne, czyli rodzime. Gatunki rodzime to nasi zwierzęcy ziomeczkowie, fauna z sąsiedztwa, krewni i znajomi królika. Nie oznacza to, oczywiście, że jeżeli nadarzy się okazja, to nie upitolą nas w końcówkę człowieka. Oznacza natomiast, że są u siebie – i trzeba to uszanować. No więc takimi gatunkami rodzimymi w Polsce są np. żubr, bóbr, łoś, lis, wilk, kuna, koń, wydra, ryjówka, zając i szakal złocisty. Obecność szakala w tej wyliczance jest całkowicie naturalna i wynika z tego, że gatunki, które sobie do nas same przykopytkowały, bo im się np. habitat rozciągnął z powodu gorąca, są traktowane jako rodzime. Podsumowując – jeżeli samo przylezie, to swojak, jeżeli przyniesiemy w kieszeni albo na podeszwie buta, to obcy.
Tłuszczur
piżmak/piżmoszczur
Piżmoszczur albo piżmak, jak kto woli, to taki podrabiany bóbr z Ameryki, który tak naprawdę jest w sumie chomikiem. Swoją nazwę zawdzięcza urodzie oraz temu, że samcowi podczas rui śmierdzi z bebecha. Piżmoszczura pokrywa tłuste, błyszczące futerko, które sterczy mu na wszystkie strony, jakby przed chwilą wyszedł z kąpieli. Prawdopodobnie tak właśnie było, bo drań uwielbia środowisko wodne. Gdyby to od niego zależało, całymi dniami siedziałby w wodzie albo obok niej i wcinał tatarak.
Dom piżmoszczura to szereg korytarzy z wejściem pod wodą, wydrążony nad brzegiem jakiegoś zbiornika. Tuż obok siebie podobnych tuneli może być kilka – i wtedy mamy do czynienia z kolonią oraz zamachem na polską architekturę wodną. Piżmoszczur być może wygląda jak chomik, który wpadł do słoja z melasą, ale wcale nie jest taki słodki. Przede wszystkim ze względu na zwyczaje mieszkaniowe. Gość lubi drążyć dziury w brzegach rzek, groblach i tamach. Nie przejmuje się zbytnio, że człowiek uregulował brzegi, a teraz on robi z nich ser szwajcarski. To, czy zawsze regulowaliśmy słusznie, to już jest inna sprawa i nie potrzebujemy żadnego importowanego niby-bobra, żeby nam błędy wytykał.
Zimą piżmoszczur obiera inną strategię budowlaną. W pocie piżmaka zbiera łodygi trzcin sitowia i inne wodne chabazie i buduje z nich chatkę, która wyglądem przypomina brzydki brązowo-zielony kopiec, ale i tak jest lepsza niż to, co ludzie
Fragmenty książki Marka Maruszczaka Głupie zwierzęta Polski i jak je znaleźć, Znak Koncept, Kraków 2025
Jeszcze w zielone gramy
Czyli miłość dojrzała
Marta Dzido – pisarka i reżyserka, autorka zbioru opowiadań „Babie lato”
Po „Sezonie na truskawki” i „Frajdzie” czas na jeżyny, dynie, cierpkie winogrona? Na „Babie lato”?
– Po opowieści o wiośnie kobiecości, gdy ta kiełkuje, czas na jesień, tę wczesną jesień, gdy życie ma dojrzały smak. „Babie lato” to książka, która nie narodziłaby się w 25-letniej dziewczynie. Tamta dziewczyna napisała „Małża”. Także kobieta przed czterdziestką, która napisała „Frajdę” – opowieść o ludziach, którym wciąż wydaje się, że są nieśmiertelni – nie nosi w sobie „Babiego lata”. Ta opowieść musiała poczekać, dojrzeć. Wymagała ode mnie przejścia w kolejny etap, w którym jest miejsce na akceptację przemijania, starzenia się, zrozumienia kruchości bytu. Pisałam „Babie lato” w czasie pandemii, zaraz po niej i w momencie wojny tuż obok, gdy poczucie kresu, śmierci stało się jeszcze mocniejsze. Pandemia i wojna to doświadczenia formacyjne dla naszego pokolenia. Wielu osobom bardzo zmieniły myślenie. W tym czasie odeszło kilka bliskich mi osób. Sama byłam chora na dziwne choroby, doświadczyłam przykrych stanów i lęków.
Ale zostałaś także babcią, weszłaś w nową kobiecą rolę.
– Tak, pojawiła się osoba, która mówi do mnie: babciu. Zaczęłam uczyć się tej nowej roli, żonglować słowem babcia, baba, słowem, które obrosło wieloma stereotypami i budzi konkretne skojarzenia, stąd „Babie lato”. Wychowałam córkę, która ma teraz córkę, a ja jestem babcią. Czuję, że przechodzę w stan, w którym nic nie muszę. Z niewiasty staję się wiedźmą, czyli tą, która wie.
Czy można być wiedźmą, tą, która wie, bez doświadczenia bycia matką?
– Można, można dojść do tego innymi drogami. Nie musisz mieć doświadczenia macierzyństwa, by być dojrzałą, świadomą kobietą. Możesz rodzić metaforycznie, np. dając światu swoją twórczość. Możesz dawać wsparcie innym, uprawiać siostrzeństwo, dzielić się doświadczeniem. Kobiecość to przecież też rozwój duchowy, tworzenie wspólnoty, do której nie są niezbędne więzy krwi. Żyjąc, nadpisujesz różne formy kobiecości, jesteś więc i dziewczynką, i młodą kobietą, i dojrzałą panią. Możesz być wszystkimi naraz. Zrozumiałam to, pisząc „Babie lato”. Wchodząc w kolejne etapy, wcale nie rozstałam się z poprzednimi wersjami siebie. Tamta dziewczynka, którą dawniej byłam, wciąż jest we mnie. To tak jak z drzewem, gdy patrzysz w przekroju na pień, widzisz słoje. Podobnie jest ze mną – obrastam w warstwy.
Czyli nie ma żadnej grubej kreski?
– Jest taka pierwotna figura bogini uosabiającej kobiecość, składa się z trzech postaci: młodej dziewczyny, dojrzałej kobiety i staruszki. Ja identyfikuję się z tą świętą trójcą jak najbardziej. Ale oczywiście każdy ma swój sposób przeżywania tych etapów i nie jest moją rolą mówienie, że coś jest tylko dla młodej dziewczyny, a coś tylko dla staruszki. Zresztą u mnie to zawsze było płynne, bo zostałam mamą bardzo wcześnie, mając 19 lat, a babcią już wieku 41 lat. Bardzo możliwe, że zostanę i prababcią. Kolejne etapy mojego życia następowały szybko po sobie, więc siłą rzeczy musiałam dojrzeć. Dało mi to jednak ogromną siłę. Pierwsze książki pisałam, wykradając czas pomiędzy obowiązkami domowymi i opieką nad dzieckiem a studiowaniem, które jeszcze musiałam łączyć z pracą, by się utrzymać. To mnie zbudowało jako pisarkę i jako kobietę.
Dziś pisanie książki jest projektem, życie jest projektem, wszystko zapisane i zaplanowane. „Baby, oto moja tajemnica wiary, wielka jest, wreszcie umiem latać”. Tak piszesz w książce. Czujesz się wolna?
– Zawsze miałam apetyt na życie, dużo robiłam, by nie dać się stłamsić, wtłoczyć w ramy. Wiele rzeczy mnie fascynowało, ciekawiło, pielęgnowałam swoje marzenia, starałam się je realizować. Dalej chcę żyć pełnią życia, ale nie skupiam się na tym, że coś muszę. Dlatego „Babie lato” można odczytywać jako opowieść o wyzwoleniu. Rób to, czego pragniesz, nie rozmieniaj się na drobne.






