Tag "skrajna prawica"
Marsz po władzę
Alternatywa dla Niemiec
Nacjonalistyczna prawica rośnie w siłę, bo trafnie odczytuje frustracje i lęki wyborców, którzy przestali ufać „starym” partiom.
5 czerwca oficjalny profil FB Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) opublikował rolkę „AfD – pod całkowitą kontrolą Putina”, wymierzoną w Markusa Frohnmaiera, rzecznika ds. polityki zagranicznej klubu parlamentarnego Alternatywy dla Niemiec. Frohnmaier – podobnie jak deputowany Bundestagu Steffen Kotré, deputowany Parlamentu Europejskiego Petr Bystron oraz przewodniczący AfD w Saksonii Jörg Urban – wziął udział w zorganizowanym przez Kreml tzw. rosyjskim Davos, Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu. Zignorował przestrogę Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że wyjazd na to zgromadzenie będzie niezgodny z polityką zagraniczną i polityką bezpieczeństwa rządu Friedricha Merza.
Rosja kusi
Autor zamieszczonej na Facebooku rolki zarzucił Frohnmaierowi wysługiwanie się Moskwie i brak patriotyzmu. W podobnym duchu wypowiadali się politycy reprezentujący partie czarno-czerwonej koalicji oraz pozostających poza nią Zielonych. Prześcigali się w potępianiu AfD, ich wypowiedzi nagłaśniały największe media – zarówno publiczne, jak i prywatne. Wyłaniał się z nich obraz Alternatywy jako partii, która ogłosiła kapitulację polityczną i klęczy przed Putinem, dąży do przekształcenia Niemiec w bastion Kremla. Sugerowano nawet, że niemieccy politycy w Petersburgu przekażą Rosjanom informacje stanowiące tajemnicę państwową.
Frohnmaier nie przejął się krytyką i oskarżeniami. 6 czerwca na swoim profilu na FB szydził z rolki chadeków: „Droga CDU, to jest właśnie przyczyna, dla której każdego tygodnia tracicie w sondażach. Jesteście tak jednostronnie przykuci do Ukrainy, że już nie dostrzegacie, że Niemcy są zainteresowane tańszą energią z Rosji”. Tej treści wpisy można było przeczytać także pod rolką CDU. „AfD prowadzi rozmowy, ale wy potraficie tylko podżegać do nienawiści wobec innych. Zamiast spojrzeć na siebie i zastanowić się, dlaczego ludzie się od was odwracają. Ten stek bzdur staje się żenujący”, napisał autor jednego z komentarzy.
Ataki na AfD ze strony obozu rządzącego i tzw. starych partii odnoszą ten sam skutek co krytyka Karola Nawrockiego w czasie wyścigu do Pałacu Prezydenckiego w Polsce.
W ubiegłorocznych wyborach do Bundestagu zwycięska CDU zdobyła 28,5% głosów, AfD niespełna 21%. Obecnie w sondażach partie zamieniły się miejscami, Alternatywa może liczyć na 27-29% głosów, chadecy zaś na 22-25%.
W Petersburgu Frohnmaier kreował się na pragmatycznego rzecznika niemieckich interesów gospodarczych. Powagi dodawała mu obecność na forum – po raz pierwszy od agresji Rosji na Ukrainę – przedsiębiorców z Niemiec. Szef Izby Handlu Zagranicznego Matthias Schepp tłumaczył ją potrzebą ochrony aktywów niemieckich w Rosji, przygotowaniem do wznowienia współpracy po zawarciu rozejmu, niedopuszczeniem do trwałego oddania rosyjskiego rynku i dostępu do rosyjskich surowców państwom azjatyckim (chodzi głównie o Chiny i Indie). W czasie forum Władimir Putin rozmawiał na Kremlu w cztery oczy z byłym przewodniczącym SPD i kanclerzem Niemiec Gerhardem Schröderem, w niedalekiej przeszłości szefem konsorcjum budującego gazociąg pod Bałtykiem.
Frohnmaier mógł się pochwalić rozmową w Petersburgu z głową Gazpromu Aleksiejem Millerem. Podkreślał, że jedną z głównych przyczyn spadku konkurencyjności niemieckiej gospodarki i zwijania się przemysłu są wysokie ceny nośników energii. To trzeba zmienić. „Rosja przez długi czas była podstawowym dostawcą gazu i ropy. Naszym zadaniem jest konsekwentne i bezkompromisowe stawianie na pierwszym miejscu interesów narodowych Niemiec”, cytowała polityka Alternatywy służba prasowa Gazpromu. Tematem rozmowy miały być m.in. perspektywy ponownego uruchomienia gazociągu Nord Stream. Po powrocie do Niemiec Frohnmaier ujawnił: „Miller obiecał mi, że jeśli będziemy chcieli, gaz z Rosji może być ponownie dostarczany rurociągiem w ciągu trzech miesięcy”.
Trump tak, Ameryka niekoniecznie
Obecny na forum w Petersburgu Steffen Kotré, rzecznik
Czyste zło
Dziki dokazują. Franek jechał na rowerze wąską ścieżką wśród krzewów – przypominam, że to nadal Warszawa. Nagle wyskoczył mu pod koła warchlak. Franek w ostatniej chwili zahamował. Przestraszony maluch zapiszczał, wtedy pojawiła się zaniepokojona matka. Mój synek zawsze drwił sobie z dzików, które stały się częścią naszego życia. Codziennie ćwiczy na siłowni, więc ma teraz okres poczucia wszechmocy – co to dla niego dzik. Na szczęście dał drapaka. To już przestaje być zabawne.
Po raz pierwszy od lat w sądzie. Jestem oskarżony o to, że napisałem na blogu, że moja była agentka Krystyna L. jest hochsztaplerką i mitomanką. Czekaliśmy na rozprawę dwa lata. Propozycja pojednania? Nie. Pojednać mogę się tylko z prawdą. A odsyłam do tekstu „Rola życia. Jak znani aktorzy wpadli w sidła agentki” Mateusza Baczyńskiego, dziennikarza śledczego, pracuje obecnie w Onecie. Sąd nawet mi się spodobał, bez grozy wielkiego urzędu. Wyznaczono kolejną rozprawę, dopiero ona daje możliwość powołania świadków. Moimi będą nabici w butelkę, też aktorzy żądający zwrotu pieniędzy, które nieostrożnie pożyczyli L., a to spore sumy.
Jeśli prawica dojdzie do władzy, a nie dojdzie bez Brauna, to prezes będzie miał podobną sytuację, jaką ma paranoik Netanjahu, trzymając w rządzie jeszcze większego paranoika Ben-Gwira. Podobnie potłuczony jak Braun, po prostu faszysta. Jego partyjka ma zaledwie kilku posłów w Knesecie, ale Netanjahu, który tylko
Ben-Gwir nie jest twarzą Izraela
Bezkarność ministra w rządzie Beniamina Netanjahu
Kontrowersyjny minister Itamar Ben-Gwir bywa nazywany „izraelską wersją Grzegorza Brauna”. Rzeczywiście panowie mają ze sobą wiele wspólnego, szczególnie opieranie polityki na ksenofobicznym nacjonalizmie i religijności oraz happeningowy styl działania. Może nawet znaleźliby wspólny język, gdyby Braun nie osadził swoich przekonań na fundamencie spiskowego antysemityzmu, co zamyka drogę do rozważań o sojuszu z izraelską skrajną prawicą.
Najważniejszą różnicę stanowi jednak to, że Braun jest europosłem opozycji ściganym za swoje wybryki po sądach, a Ben-Gwir nie tylko przewodzi jednej z koalicyjnych partii w Izraelu, lecz także jest ministrem bezpieczeństwa narodowego w rządzie Beniamina Netanjahu i najwyraźniej może sobie pozwolić na wszystko, włos mu z głowy nie spadnie.
Porwanie aktywistów
Gdy izraelscy żołnierze zatrzymali na wodach międzynarodowych łodzie Global Sumud Flotilla, Itamar Ben-Gwir pojawił się wśród aresztowanych aktywistów, szydził z nich i nagrywał materiały wideo skrojone pod gust izraelskiej skrajnie prawicowej publiki. Poniżanie przez prawicowego polityka i jego świtę zmuszonych do klęczenia aktywistów, zakutych w kajdanki, popychanych przez izraelskich mundurowych, może skłaniać do rozważań, czy Izrael nie złamał konwencji ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur (a od lat jest oskarżany o stosowanie tortur wobec Palestyńczyków przebywających w izraelskich więzieniach).
Wydarzenie to wzburzyło międzynarodową opinię publiczną – we flotylli płynęło wielu obywateli krajów europejskich, w tym Polacy. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko wezwał izraelskiego chargé d’affaires do złożenia wyjaśnień i podkreślił, że nie ma zgody Polski na takie traktowanie jej obywateli. Nie wszystkim ta reakcja się spodobała – komentarze internetowe z jednej strony podkreślają, że Sikorski zbyt łagodnie podszedł do sprawy i zbyt późno zdecydował się na działanie, zwłaszcza że doniesienia o łamaniu praw człowieka przez Izraelczyków docierają do nas bez przerwy od końca 2023 r.
Druga strona przekonuje, że Izrael ma prawo do zatrzymywania osób, które łamią legalną blokadę morską (choć jej legalność jest kwestią dyskusyjną – międzynarodowi prawnicy od lat dyskutują o tym, czy okupant może dokonać blokady terytorium okupowanego; par. 104 Podręcznika z San Remo, najważniejszego dokumentu określającego stosowanie prawa międzynarodowego w konfliktach zbrojnych na morzu, nakazuje państwu prowadzącemu blokadę dopuszczenie statków ze środkami medycznymi dla ludności cywilnej
Konstytucja nowa? Ale czy w ogóle?
W serii politycznych paroksyzmów, w przerwie wyciskania z Pudzianem na klatę 150 kg, Nawrocki Karol ogłosił powołanie Rady Nowej Konstytucji. Zaprosił do niej takie gwiazdy prawodawstwa i konstytucjonalizmu jak Julia Przyłębska, Marek Jurek, Józef Zych czy Ryszard Legutko. Na osłodę pisowskiego rdzenia konstytucyjnego (a raczej antykonstytucyjnego) skaptował konstytucjonalistę prof. Ryszarda Piotrowskiego i sędzię w stanie spoczynku, byłą minister sprawiedliwości Barbarę Piwnik. Rzecz jednak nie w personaliach, choć w nich także, bo jak taką grupę z pełną powagą nazwać „pluralistyczną”?
Oto dobra okazja do czegoś więcej niż drwiny z Nawrockiego czy demaskowanie próby przykrycia afery Zondacrypto i roli prezydenta w wetowaniu ustaw chroniących kryptowaluciarzy. W końcu to łagodna próba odwrócenia naszej uwagi – w podobnej sytuacji (afera Epsteina) Donald Trump atakuje Iran, pozwala Izraelowi na masakrę w Libanie i agonię humanitarną w zrujnowanej Gazie. Nawrocki chce „tylko” nowej konstytucji. Dlaczego i po cóż? Wykładnia oficjalna, podpięta oczywiście pod rocznicę Konstytucji 3 maja, brzmi drętwo: „Mam przekonanie, że dzisiejsze problemy w Rzeczpospolitej to nie są już problemy tylko polityczne, to są problemy ustrojowe, fundamentalne, zasadnicze. Powiedzmy sobie szczerze, że żyjemy dzisiaj w momencie, w którym konflikt polityczny poszedł za daleko; niszczy wspólnotę, niszczy rodziny, przekracza wszelkie możliwe granice. Poszedł za daleko, bo niszczy ustrój i fundamenty państwa polskiego”. Mówi to przedstawiciel środowiska politycznego, które pracowicie, od 2010 r. i katastrofy smoleńskiej, do takiego efektu starało się doprowadzić.
W największym skrócie: tęsknota za nową konstytucją to sposób na wyrażenie głodu większej władzy, której obecna konstytucja nie tylko prezydentowi nie gwarantuje, ale wręcz przed jej przyznaniem broni. Więcej władzy dla prezydenta to więcej władzy dla skrajnej prawicy. Sama Polska jest tu całkowicie
OZE-sroze, Czarnek-Srarnek
Zaprzeczając samemu sobie, gdyż uważam, że lepiej, kiedy jest ciszej nad tą kreaturą, podzielę się jednak kilkoma uwagami na temat najnowszego, choć nienajmłodszego pomazańca Odchodzącego w Mgłę Zapomnienia Najważniejszego Prezesa w tym kraju, Jarosława Kaczyńskiego, który nie tyle z przytupem, ile z szurnięciem nóżki ogłosił „swojego” kandydata na premiera. Został nim twardogłowy, katolicko-prawicowy, faszyzujący trybun pseudoludowy z tytułem profesora zdobytym w kolesiowskim trybie, choć nie w Collegium Tumanum – Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski, oddany i wierny sługa PiS.
W ulubionych zoologizacjach temperamentów politycznych, gdzie ktoś jest np. jastrzębiem, Czarnek znajduje się poza skalą. Żadne zwierzę na świecie nie przejawia takich zachowań i postaw, jakimi epatuje ten najprawdziwszy z prawdziwych Polak katolik. Zwierzęta nie umieją tak nienawidzić, tak wykluczać, o braku szacunku nie wspominając. Zwierzęta są na szczęście ateistami.
Ale wracam do początku. Wszak premiera desygnuje zwycięskie w wyborach parlamentarnych ugrupowanie polityczne. Czy odbyły się właśnie jakieś wybory? Czy wygrali je Kaczyński et consortes? Nic mi o tym nie wiadomo. Na czym więc polega ów fenomen falstartu wykonanego spektakularnie przez Prezesa nad Prezesami, Śpiocha nad Śpiochami? Korzysta Prezes po prostu, nie, nie z nadchodzącej wiosny, raczej z gnijącej, jesiennej, schyłkowej aury dramatu sondażowego PiS i ze stadobaranich nawyków klasy medialnej, która rzuca się na każdy ochłap „nowego”.
Nic się nie dzieje? To zaraz się zadzieje. Macie tu Czarnka, zaraz będzie w każdej lodówce, w szafie, na antenie, na memowisku rzeczywistości. PiS tak chce „przejąć” faszyzującą się falę sympatii, która mknie ku Braunowi i konfederatom. Nie pierwszy to z cyklu pomysł,
Oddziały szturmowe Prezydenta RP
Kodeks karny nic nie mówi o karze dla głowy państwa znieważającej prezydencki majestat, naród i Polskę
Czułe przywitanie na Jasnej Górze Karola Nawrockiego z nazistowskim kryminalistą Tomaszem P. „Dragonem” wywołało powszechne oburzenie. Widocznie wielu komentatorów i publicystów zapomniało już o przygotowanym dla Jarosława Kaczyńskiego raporcie, który ujrzał światło dzienne w grudniu 2024 r. W dokumencie tym na 72 stronach opisano powiązania Nawrockiego – wówczas prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej dyrektora Muzeum II Wojny Światowej – z kryminalistami, neonazistami i neohitlerowcami (pisaliśmy o tym w artykule „Karol z półświatka”, „Przegląd” nr 22/2025). Nawrocki nigdy w przekonujący sposób nie wytłumaczył się ze znajomości z bandytami, a wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że jako prezydent się ucywilizuje, nie znają gangsterskich reguł. Otóż przynależność do środowiska stadionowych chuliganów jest dożywotnia i nie zrywa się znajomości z kimś tylko dlatego, że siedział w kryminale, zajmuje się działalnością przestępczą i ma nazistowskie tatuaże.
Bandycka elita
Trzeba uczciwie przyznać, że przy Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu” „Dragon” to czeladnik – jeśli tego pierwszego uznać za mistrza w bandyckim fachu. 52-letni „Śledziu”, gdański stadionowy druh prezydenta Rzeczypospolitej i jeden z przywódców bojówki Lechii Gdańsk, przesiedział 14 lat w więzieniu za pobicia, udział w bójkach i nielegalne posiadanie broni. Na ramieniu ma wytatuowanego Adolfa Hitlera, a na rękach i plecach swastyki oraz motto SS: Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność). „Dragon”, 40-latek, szef bojówki Jagiellonii Białystok, ma na koncie wyroki za napaść z użyciem broni lub innego niebezpiecznego przedmiotu na funkcjonariusza publicznego, za podżeganie do napadu, w którym zginęła jedna osoba, i za zastraszanie świadków innego napadu. Uważany jest za zdemoralizowanego, pozbawionego empatii i wyjątkowo bezwzględnego człowieka.
W 2024 r. „Dragon” został skazany na sześć lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, udział w bójkach i propagowanie faszyzmu. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym, nawet jeśli Tomasz P. zostanie skazany, Nawrocki zapewne nie pozwoli, aby gnił w więzieniu, i go ułaskawi. Panowie znają się bardzo dobrze, a według
Lewica złożona do trumny
Po wyborach w Ameryce Łacińskiej przestał obowiązywać porządek międzynarodowy
Ostatni etap tego procesu miał miejsce dwa tygodnie temu, kiedy w pierwszej turze chilijskich wyborów prezydenckich triumfowali komunistka Jeannette Jara oraz skrajnie prawicowy radykał José Antonio Kast. Różnica głosów między nimi była niewielka, Jara zdobyła niecałe 27%, Kast – 24%. W chilijskim systemie, gdzie urzędujący prezydent nie może się ubiegać o natychmiastową reelekcję, takie wyniki są dość typowe. Druga runda z reguły rozstrzygana była na korzyść tego kandydata, który ostatecznie wydał się bardziej przekonujący szerokiemu jak na Amerykę Łacińską centrum i zamożnej klasie średniej. Oznaczało to, że prezydentem zostawał albo ktoś z demokratycznej koalicji Concertación, zrzeszającej wszystkich od socjaldemokracji po chadecję, albo konserwatysta wywodzący się ze środowiska prawicowego, niemniej jednak dystansującego się od dziedzictwa brutalnej dyktatury Augusta Pinocheta.
W tym roku po raz pierwszy w historii głową państwa w Chile zostanie ktoś, kto nie reprezentuje żadnego z tych bloków, a przede wszystkim żadnej z tych wartości. Gdy ten numer „Przeglądu” trafi do rąk czytelników, wybory będą już rozstrzygnięte, aczkolwiek kto konkretnie z tej dwójki zostanie prezydentem, jest do pewnego stopnia wtórne. Ważniejszy jest trend, pokazujący proweniencję ideologiczną kandydatów.
Chile – barometr nastrojów
Kast nie jest bowiem ucywilizowanym konserwatystą, to postpinochetowski radykał, rehabilitujący dyktaturę na każdym kroku. Kiedy w 2018 r., mieszkając w Santiago de Chile, umawiałem się z nim na wywiad, był politykiem z marginesu, popieranym zaledwie przez 8% wyborców, lecz od tego czasu – podobnie jak wielu innych skrajnie prawicowych polityków – przebił się do głównego nurtu. Nie dlatego, że – jak działo się to dawniej – spiłował pazury i ograniczył radykalność przekazu. Wręcz przeciwnie, to polityka i społeczeństwo przesunęły się w jego kierunku, bo Kast stoi dokładnie tam, gdzie stał zawsze.
Wtedy, wiosną 2018 r., opowiadał mi w swoim skromnym biurze o obawach wobec przyszłości narodu. Zapytany, dlaczego w referendum trzy dekady wcześniej głosował za utrzymaniem się Pinocheta przy władzy, a więc przeciwko demokratycznym wyborom, pokrętnie tłumaczył, że „obawiał się marksistów niszczących chilijskie uniwersytety i rodziny”. Marzyła mu się całkowita delegalizacja rozwodów i pełen zakaz aborcji, chciał – i nadal chce – przewodniej roli religii i Kościoła w życiu społecznym Chilijczyków. W kolejnych wyborach, w 2021 r., pierwszą turę już nawet wygrał, choć ostatecznie musiał uznać dość znaczące zwycięstwo późniejszego prezydenta, Gabriela Borica. Przez kolejne cztery lata atakował rząd i młodego prezydenta, który w kampanii był jeszcze pełnym nadziei rewolucjonistą, ale już po zwycięstwie, a przed zaprzysiężeniem, zaczął porzucać bardziej radykalne postulaty. Wtedy świat patrzył na Chile z ogromną nadzieją, bo było autentycznym laboratorium przyszłości.
Sam tej frazy nie lubię i staram się jej nie używać, bo jest dla Ameryki Łacińskiej dość krzywdząca. Sugeruje, że mieszkańcy tego regionu mogą sobie niemal bezkosztowo eksperymentować na żywym organizmie, jakim są ich demokracje, a reszta świata będzie po prostu się przypatrywać i ewentualnie naśladować co ciekawsze rozwiązania.
Na początku obecnej dekady jednak w Chile działo się dokładnie to. Masowe protesty społeczne obaliły rząd Sebastiána Piñery, wymusiły próbę zmiany konstytucji, przyniosły projekt najbardziej progresywnej ustawy zasadniczej w dziejach ludzkości, a z Borica zrobiły latynoską wersję platońskiego „filozofa na tronie”.
Pięć lat później z tego entuzjazmu społecznego nic już prawie nie zostało, Boric odchodzi z urzędu z poparciem jedynie 30% elektoratu, projekt konstytucji ostatecznie został odrzucony, a dodatkowo Chile zaczęło mieć problemy, których nie miało nigdy wcześniej. Masowa imigracja, wywołana kryzysem w Wenezueli i działalnością gangów przemytników ludzi. Przestępczość zorganizowana, objawiająca się wzrostem liczby przestępstw z użyciem broni palnej czy kradzieży samochodów, która wkroczyła na ulice Santiago, dotychczas pod wieloma względami uznawanego za oazę spokoju dla klasy średniej i wyższej. Do tego gospodarka rozwijająca się słabiej od oczekiwań i niewielkie perspektywy wzrostu.
Z jednej strony, nie powinno to dziwić, bo większość demokracji na świecie zmaga się z tymi problemami. Z drugiej – nikt ich do końca nie rozwiązał, a wszędzie stanowią paliwo dla pozostających w opozycji, a więc niemogących się wykazać w rządzeniu radykałów.
W ostatnich latach Kast zaczął więc normalizować przemoc w swoich wypowiedziach, fantazjując chociażby o wykopaniu wilczych dołów na północnych granicach kraju, co miałoby skutecznie odstraszyć gangsterów chcących szmuglować narkotyki i ludzi do Chile. Przestał
Napięcie będzie rosło
Zrobiło się gorączkowo na naszym podwóreczku politycznym, zupełnie jakby wybory nie miały być dopiero za dwa lata. W trybie show odbyły się tzw. konwencje dwóch największych partii trzymających władzę w Polsce od dekad: PiS i PO. Nic z nich nie wynika poza tym, że do listy wrogów Polski Jarosław Kaczyński dopisał jeszcze, obok odwiecznych Niemiec, Francję. Nie wchodził w szczegóły.
Donald Tusk brunatnieje na potęgę, usiłując zatrzymać pochód do władzy Konfederacji: po zawieszeniu prawa do azylu, po usilnych zabiegach o wyłączenie Polski z europejskiego Paktu o migracji i azylu zapowiedział, że Polska (jego, Tuskowa) skłania się do wypowiedzenia Europejskiej konwencji praw człowieka. Liberalnemu premierowi może się wydawać, że jeśli przejmie poglądy, postulaty i mokre sny faszystów z Konfederacji, uda mu się przejąć młode pokolenie zafascynowane Mentzenem, Bosakiem itd. Nie uda się. Udaje się za to wpędzać Polskę w brunatniejący paradygmat polityczny. Zwieńczeniem takiej polityki będzie Polska Rzeczpospolita Faszystowska. Krótkoterminowe kalkulacyjki partyjnych, warcabowych rozgrywek politycznych zmieniają ideowo konstytucyjny pejzaż Polski. Rozwiązania praktyczne wprowadzą już PiS z Konfą.
Zarazem rozpoczyna się ewidentne przyśpieszenie rozliczeń rządów PiS, pardon, pardon, „Zjednoczonej Prawicy”, za konkretne, liczone w setkach milionów złotych afery o charakterze korupcji, kradzieży, zawłaszczenia, nielegalnego przejęcia środków takich instytucji jak Fundusz Sprawiedliwości przy Ministerstwie Sprawiedliwości czy RARS, za zakup i używanie inwigilacyjnego oprogramowania Pegasus, za sprzedaż działki pod CPK.
Najbardziej spektakularne jest niewątpliwie wystąpienie prokuratury o zdjęcie immunitetu poselskiego Zbigniewowi Ziobrze, oskarżanemu o kierowanie „zorganizowaną grupą przestępczą”, w skład której mieli wchodzić wiceministrowie Woś i Romanowski (uciekł na Węgry, gdzie od rządu Orbána
Ludobójstwo rozgrzeszone
Antykomunistyczna rzeź w Indonezji (1965-1966) zalicza się do ciemnych kart zimnej wojny
Wiek XX był wiekiem ludobójstwa. Tak też zatytułował swój historyczny esej, wydany w Polsce w 2005 r., Bernard Bruneteau. Profesor historii z Uniwersytetu Pierre Mendès France w Grenoble scharakteryzował w nim sześć ludobójstw XX w., które uznał za kluczowe: zagładę Ormian, terror stalinowski, zagładę Żydów, ludobójstwo dokonane w Kambodży przez Czerwonych Khmerów, czystki etniczne w Jugosławii oraz ludobójstwo na Tutsi w Rwandzie. Pominął jednak ludobójstwo w Indonezji z lat 1965-1966, które przecież też było jednym z większych ludobójstw XX w., przynajmniej na terenie Azji.
Czy uznał je z jakiegoś powodu za mniej reprezentatywne? Czy może po prostu pominął je dlatego, że na to ludobójstwo szybko spuszczono zasłonę – bynajmniej nie milczenia. Znacznie gorzej. Zasłonę zakłamania i usprawiedliwienia. W Indonezji i na Zachodzie.
Zafałszowany obraz
Na początku października br. minęła 60. rocznica rozpoczęcia ludobójstwa indonezyjskiego. Przeszła bez szerszego echa w polskich i zachodnich mediach, które zresztą unikają nazywania tego, co się wydarzyło w Indonezji, ludobójstwem. Mówi się o „antykomunistycznej czystce”, „politycznej czystce” i „masowych zabójstwach w Indonezji”, ale nie o ludobójstwie. No bo czy przyjaciele USA i Zachodu mogą się dopuścić ludobójstwa? To przecież robią wyłącznie nieprzyjaciele świata zachodniego i zachodnich wartości.
Tylko od czasu do czasu ktoś zasłonę kłamstwa i usprawiedliwienia uchyli. Jak Joshua Oppenheimer, autor znanych i nagrodzonych filmów dokumentalnych „Scena zbrodni” z 2012 r. (w wersji angielskiej „The Act of Killing”, w wersji indonezyjskiej „Jagal”, dosł. „Rzeźnik”) i „Scena ciszy” („The Look of Silence”) z 2014 r. Ale nawet te filmy, jeśli coś zmieniły na świecie w kwestii postrzegania ludobójstwa indonezyjskiego, nie przełamały procesu zakłamywania i usprawiedliwiania tych wydarzeń w samej Indonezji.
Reżim gen. Suharta i jego polityczni spadkobiercy kontynuowali ludobójstwo z połowy lat 60. poprzez powielanie jego sfałszowanego obrazu oraz rozgrzeszenie i gloryfikację sprawców. Na straży takiej polityki historycznej stoi do dzisiaj propagandowe muzeum we wsi Lubang Buaya na obrzeżach Dżakarty, nazwane Muzeum Zdrady Komunistycznej Partii Indonezji (Museum Pengkhianatan PKI). Przedstawiana w nim narracja koresponduje z nakręconym w 1984 r., czyli jeszcze za reżimu Suharta, propagandowym filmem „Zdrada PKI”.
Ludobójstwo indonezyjskie zalicza się do ciemnych kart zimnej wojny, obciążając pośrednio Stany Zjednoczone i świat zachodni. To jedna z głównych przyczyn niechętnego i incydentalnego poruszania tego tematu w świecie zachodnim. Ta ciemna karta dodatkowo zakłóca tak chętnie rozpowszechniany dzisiaj przez antykomunistyczną propagandę historyczną czarno-biały obraz zimnej wojny, wedle którego po jednej stronie był demokratyczny i szlachetny Zachód, a po drugiej zawsze źli komuniści.
Określenie mianem ludobójstwa tego, co się wydarzyło w Indonezji pomiędzy październikiem 1965 r. a marcem 1966 r., jest w pełni uzasadnione. Artykuł II Konwencji ONZ z 9 grudnia 1948 r. w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa (termin wprowadzony przez polskiego prawnika Rafała Lemkina) definiuje tę zbrodnię jako czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych”.
W Indonezji ofiarą stała się grupa polityczna, czyli określona i znacząca liczebnie kategoria ludzi. Zdefiniowana zresztą przez sprawców bardzo szeroko, ponieważ do grona „komunistów” włączono nie tylko rzeczywistych członków PKI, ale wszystkich, których podejrzewano o sympatie z tą partią. Indonezyjska partia komunistyczna została zlikwidowana w całości. Był to jedyny przypadek w historii zimnej wojny, kiedy wymordowano masową partię komunistyczną bez udziału wojsk amerykańskich.
Indonezja Sukarna
Od roku 1800 do 1942 i od 1945 do 1949 Indonezja była kolonią holenderską (Holenderskie Indie Wschodnie), a w latach 1942-1945 znajdowała się pod okupacją japońską. 17 sierpnia 1945 r. – dwa dni po deklaracji kapitulacji Japonii – przywódca indonezyjskiego ruchu niepodległościowego Sukarno (1901-1970) ogłosił powstanie Republiki Indonezji. Walka o pełną niepodległość trwała do 1949 r. Pierwsze wybory w niepodległej Indonezji odbyły się w 1955 r. i przyniosły największy sukces dwóm formacjom politycznym najbardziej zasłużonym w walce z kolonializmem holenderskim i okupantem japońskim – Nacjonalistycznej Partii Indonezji i Komunistycznej Partii Indonezji (PKI).
Filozofia polityczna Sukarna (Pancasila, „pięć filarów”) opierała się, po pierwsze, na wierze w (jednego) Boga; po drugie, na internacjonalizmie, sprawiedliwości i humanizmie; po trzecie, na jedności Indonezji; po czwarte, na demokracji przedstawicielskiej; po piąte, na sprawiedliwości społecznej. Przy kruchości rządów koalicyjnych prezydent Sukarno starał się równoważyć wpływy wojska, nacjonalistów, islamistów i komunistów. Obawiając się zagrożenia ze strony Holandii, Wielkiej Brytanii i USA, zaczął w drugiej połowie
Mocny w gębie
Dominik Tarczyński – wierny uczeń i naśladowca Donalda Trumpa
Plotkarskie media obiegły zdjęcia polityka PiS w towarzystwie gwiazdy TVN Joanny Krupy. Czułe objęcia i gesty w modnej warszawskiej restauracji wywołały niedowierzanie i wiele spekulacji. Krupa znana jest bowiem z tolerancji i wspierania środowisk LGBT, a także walki o prawa zwierząt. Zwalcza przemysł futrzarski i publicznie krytykuje celebrytów, którzy noszą futra. Tarczyński zaś to zaciekły rasista, homofob i mizogin. Wulgarnie odnosił się do kobiet walczących o swoje prawa, a w mediach społecznościowych zamieścił zdjęcie w czerwonym płaszczu z kołnierzem z futra jenota. Fotografia wywołała oburzenie wśród obrońców praw zwierząt, a Tarczyńskiemu nadano złośliwy przydomek „jenot”.
Jeszcze kilka dni przed randką z eksmodelką Tarczyński występował w całkiem innej scenerii. W Londynie wziął udział w rasistowskim, antyimigranckim wiecu skrajnej prawicy.
Krzyżowiec PiS
„Odeślijmy ich z powrotem! (…) Musimy być bardzo radykalni. Zero oznacza zero. Dość znaczy dość. Mamy dość! (…) Niech świat wie, że nasza cywilizacja chrześcijańska zbudowała ten piękny kontynent. (…) Czas teraz na odważnych mężczyzn. Czas przestać nosić sukienki. Musimy założyć zbroję! (…) Bądźcie mężczyznami, chrońcie swoją rodzinę, chrońcie swoje dzieci!”, wykrzykiwał ze sceny do podekscytowanego tłumu europoseł PiS.
Organizatorem wiecu był Tommy Robinson, przyjaciel Tarczyńskiego i skrajnie prawicowy aktywista znany ze szczucia na wyznawców islamu. Robinson wspiera Władimira Putina, szerzył też rosyjską dezinformację dotyczącą wojny w Ukrainie. Innym gościem marszu był Petr Bystron, eurodeputowany niemieckiej populistycznej AfD. Polityk ten oskarżany jest przez prokuraturę o promowanie hitleryzmu, łapówkarstwo i pranie pieniędzy otrzymywanych od Rosji. Bystron i Tarczyński są w doskonałej komitywie. W 2018 r. panowie odebrali nagrodę im. Phyllis Schlafly, przyznawaną przez amerykańskie środowiska prawicowe za „pracę poświęconą Bogu, Rodzinie i Ojczyźnie”. Wśród zaproszonych na imprezę byli m.in. Mike Cernovich i Stefan Molyneux, prawicowi ekstremiści, twórcy fake newsów i wyznawcy spiskowej rasistowskiej teorii „ludobójstwa białych farmerów” w RPA.
Obecność Tarczyńskiego na zagranicznych wiecach i imprezach skrajnej prawicy nie jest przypadkowa. Jego politycznym idolem jest Donald Trump, a dzięki perfekcyjnej znajomości angielskiego polityk PiS ma szerokie kontakty w środowiskach ekstremistycznych na całym świecie. Koleguje się z wpływowymi przedstawicielami amerykańskiego ruchu MAGA i z Álvarem Uribe, byłym prezydentem Kolumbii, którego nazwał „wspaniałym człowiekiem” i „przyjacielem Polski”.
O tym „wspaniałym człowieku” Tarczyński nakręcił film „Kolumbia – świadectwo dla świata”. Dokument w 2011 r. zdobył pierwsze miejsce na XVI Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie.
Tarczyński przedstawił prezydenta jako katolickiego męża stanu i zbawcę narodu, rozprawiającego się z marksistowskimi mafiami narkotykowymi. Prawda jednak była inna. Uribe to skorumpowany morderca, twórca owianych złą sławą grup paramilitarnych powiązanych z przemysłem narkotykowym. Bojówki torturowały i zamordowały tysiące ludzi, w tym kobiety i dzieci.
„Szkoda, że reżyser filmu nie sprawdził żadnych rzetelnych danych na temat prezydenta, przyjmując bezkrytycznie propagandową wersję samego bohatera dokumentu i jego zwolenników. (…) Autor filmu gorąco zachęca do jego obejrzenia. Owszem, można, tym bardziej że w jednej piątej film przedstawia szczere świadectwa zwykłych ludzi. Cała reszta to farsa, stworzona dzięki wyjątkowej naiwności i beztrosce nieprzygotowania do rozmowy z politykami. Jest to również kompromitacja jury Festiwalu. Czyż można bardziej się pomylić, niż podziwiając Piłata jako skutecznego urzędnika państwowego, chwaląc Szawła z Tarsu za gorliwość w promowaniu judaizmu lub lansując Nerona jako artystę tragicznego?”, pisał na katolickim portalu DEON.pl jezuita ks. Andrzej Sarnacki.
Z ziemi brytyjskiej do Polski
Kariera polityczna Tarczyńskiego (rocznik 1979) jest nietypowa jak na polskie warunki. Europoseł PiS nie zaczynał w młodzieżówce partyjnej, nie nosił teczki za starymi politykami, nie działał w organizacjach pozarządowych czy w samorządzie. Pochodzi z Bełżyc pod Lublinem, ukończył studia








