Tag "SLD"
Udało nam się przekonać Solidarność, że jest taka jak my
Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (2/2026) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.
PATRYCJA DOŁOWY: W Unii Demokratycznej byłeś w tej lewicowej frakcji, obok Zofii Kuratowskiej.
ANDRZEJ CELIŃSKI: Tak. Tam byli: Zosia Kuratowska, Krzysztof Dołowy, Tadeusz Zieliński, Basia Labuda, Władysław Frasyniuk, Iwona Śledzińska-Katarasińska, Marek Balicki, Krzysztof Budnik. Pracę organizacyjną prowadziła Basia Udrycka, zaprzyjaźniona przede wszystkim z Zosią Kuratowską. Byłem w tej grupie bardzo aktywny. Pewnego razu Hanna Suchocka, z którą się zresztą lubiliśmy, mimo że ona przecież była tak naprawdę unijną prawicą, poprosiła mnie, żebym przekonał tę naszą lewicową frakcję UD do zagłosowania za konkordatem. To był oczywiście 1993 r., a Suchocka była premierem. Ja odpowiedziałem na to, że w żadnym wypadku. Na co Hania poprosiła, żebyśmy przynajmniej nie przyszli na głosowanie. Odparłem, że oczywiście, natychmiast, ale pod jednym warunkiem: że tu i teraz przyrzekniesz, że po wyborach nie wykluczysz naszej koalicji z SLD. To było już po ogłoszeniu wrześniowych wyborów. Hania zaczęła wymachiwać rękoma, krzyczeć, że po jej trupie. Obraziła się na mnie. Podszedł wtedy do mnie Mazowiecki, wziął na bok i mówi: „Andrzej, masz 100% racji, oczywiście, że tak. Ale dzisiaj by to nam rozłupało Unię na pół”. Na co ja zapytałem, kiedy najwcześniej będzie to możliwe.
Może za pięć lat – odpowiedział.
Z Unii Demokratycznej co chwila odchodzili konserwatyści: Aleksander Hall, Bronisław Komorowski. Któregoś razu wzburzony zabrałem głos na Zjeździe UD, krytykując unijną prawicę, establishment UD. Że w ogóle tego kraju nie znają, nie mają pojęcia o życiu na prowincji. Ja jednak miałem za sobą tę moją aktywność w Płocku. I wtedy zaczęli podchodzić do mnie różni ludzie i zachęcać mnie, żebym kandydował do zarządu UD. Odpowiedziałem, że to wykluczone, nie brałem tego kompletnie pod uwagę. Sądziłem, że nie zebrałbym nawet odpowiedniej liczby uprawniających do kandydowania podpisów. I wtedy ktoś przyszedł i powiedział, że oni już mają te podpisy. To było robione całkowicie poza moją wiedzą. Wtedy nie mogłem już się wycofać, ale prawdę mówiąc, zaczęły też u mnie działać jakieś ambicje. Na wiceprzewodniczącego UD kandydowali: Frasyniuk, Kuroń, Król, Kuratowska, Rokita i ja, czyli sześcioro kandydatów na trzy miejsca. Rozkład głosów był taki, że Kuroń i Frasyniuk zdobyli prawie 100%, znakomity wynik. Trzeci był Rokita. Nieźle, ale mniej niż wymagane 50%. Potem była dziura. I potem byłem ja na czwartym miejscu. Kolejne miejsca zajęli Kuratowska i Król. Odbyła się dogrywka o trzecie miejsce między Rokitą a mną, z tym, że Rokicie brakowało w I turze do wyboru jakichś ośmiu głosów, a mi brakowało duże kilkadziesiąt. Ogromna różnica. Rokita podszedł do mnie i tak protekcjonalnie powiedział: „Andrzeju, ale wiesz, że i tak pozostaniemy przyjaciółmi?”. Spojrzałem na niego i mówię: „Janek, ale o czym ty mówisz?”. I on zaczyna się rozwijać, że przegram to. Zwracam się do niego i mówię: „Ale Janek, to ty przegrasz te wybory, nie ja”. Prawdę mówiąc, nie byłem tego do końca pewien, ale jak tak sobie kalkulowałem, to na to mi wychodziło. I stało się – wygrałem te wybory. W nowym prezydium był też Krzysztof Dołowy, obok mnie najbardziej lewicowy. Najbardziej prawicowym członkiem prezydium UD okazał się, ku mojemu zaskoczeniu, Janek Lityński.
Mieliśmy problem, bo Jan Rokita, jako szef Kancelarii Premiera, miał być łącznikiem między premier Suchocką a prezydium UD. Ale nie był tym łącznikiem. Olewał nas. Ja nigdy nie rozmawiałem o tym z Hanią, ale Suchocka i Rokita nie przekazywali nam informacji kluczowych dla Unii. Geremek ciągle chodził rozeźlony, że my dowiadujemy się rozmaitych rzeczy z wystąpień publicznych, po fakcie. I w pewnym momencie wybuchła awantura, bo dowiedziałem się jakoś, że Kwaśniewski, może z Oleksym, zaproponował Suchockiej uratowanie tego rządu. W zamian chciał tylko, żebyśmy my gdzieś tam powiedzieli, że uznajemy SLD za równoprawne środowisko demokratycznej Polski, że to jest normalna organizacja polityczna demokratycznej Polski. Czyli tak naprawdę można było ocalić rząd Suchockiej za nic. Paradoks polega na tym, że SLD był o pięć klas bardziej demokratyczny wewnętrznie niż Unia Demokratyczna! Nie mówię tego z jakiegoś żalu, ale tak było. (…)
PAWEŁ SĘKOWSKI: W 1999 r. przekroczyłeś pewne tabu, bo jako czołowa postać opozycji demokratycznej wstąpiłeś do „postkomunistycznego” SLD i na dodatek zostałeś z miejsca wiceprzewodniczącym partii.
CELIŃSKI: Zadzwonił do mnie Leszek Miller i poprosił mnie o spotkanie. To był początek 1999 r. Miller jest bardzo cwanym graczem, w pewnym sensie mnie oszukał. Ale jestem mu za to wdzięczny, bo bez tego oszustwa ja bym tam nie był, a uważam, że w efekcie dobrze się stało. Dodam, że
Przed PiS była AWS
Najtrwalszym „osiągnięciem” rządów Akcji Wyborczej Solidarność okazał się IPN
To było 30 lat temu: 8 czerwca 1996 r. dokonało się zjednoczenie polskiej prawicy. Tego dnia podczas spotkania w Warszawie utworzono Akcję Wyborczą Solidarność. Spotkanie zostało zorganizowane z inicjatywy NSZZ Solidarność, którego lider Marian Krzaklewski zaprosił przedstawicieli ponad 20 ugrupowań prawicowych do stworzenia wspólnego bloku na wybory parlamentarne. Grono to szybko się rozszerzało i rok później AWS skupiała już prawie 40 podmiotów. Niemal całą postsolidarnościową część sceny politycznej.
Poza AWS zostały jedynie Unia Wolności, uważana na prawicy za formację „różową”, więc z definicji podejrzaną, i Ruch Odbudowy Polski, którego przywódca Jan Olszewski liczył na skupienie wokół siebie wszystkich „prawdziwych patriotów”. Do takiego optymizmu skłaniał go prawie siedmioprocentowy wynik w wyborach prezydenckich z listopada 1995 r. Olszewski zajął wtedy czwarte miejsce, ale w sondażach z pierwszych miesięcy 1996 r. jego nowo utworzona partia zaczęła iść w górę, osiągając nawet kilkunastoprocentowe poparcie. Na tle potęgi ROP cała reszta ugrupowań prawicowych wyglądała mizernie, toteż nic dziwnego, że wszyscy skorzystali z oferty Krzaklewskiego, który proponował im bardziej partnerskie traktowanie niż wodzowska formacja byłego premiera, w dodatku ze skrajnie podejrzliwym Antonim Macierewiczem jako prawą ręką Olszewskiego.
Lider Solidarności wybrał właściwy moment na zjednoczenie prawicy. Pół roku po wyborczej klęsce Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim i w sytuacji, gdy zwycięska lewica otrząsnęła się po wewnętrznym kryzysie wywołanym oskarżeniem premiera Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Nowy rząd Włodzimierza Cimoszewicza miał stabilne poparcie koalicji SLD-PSL, która w dodatku zmierzała do uchwalenia nowej ustawy zasadniczej w ramach „koalicji konstytucyjnej” z Unią Wolności i Unią Pracy. Dla wszystkich było oczywiste, że jeśli siły prawicowe nie zjednoczą się, to wybory parlamentarne jesienią 1997 r. przyniosą kolejny sukces lewicy. Wszak SLD i PSL zawdzięczały triumf wyborczy z 1993 r. skrajnemu rozbiciu ugrupowań wywodzących się z Solidarności, z których większość nawet nie przekroczyła pięcioprocentowego progu wprowadzonego do nowej ordynacji.
Żadne ugrupowanie z tych, które 8 czerwca 1996 r. wraz z Solidarnością podpisały deklarację założycielską AWS, nie przetrwało do dzisiaj. Dominowały zresztą wśród nich partie niewielkie, zwane kanapowymi, których potencjału nie sposób było zweryfikować. Marian Krzaklewski podjął jednak taką próbę i stworzył specjalny program komputerowy (co wówczas dla większości społeczeństwa brzmiało jak czarna magia), by przydzielić poszczególnym członkom sojuszu pozycję w Radzie Krajowej AWS. Najwyżej – na 12 pkt – „wyceniono” Porozumienie Centrum i Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, 10 pkt dostała Konfederacja Polski Niepodległej – Obóz Patriotyczny Adama Słomki, 9 pkt – Polska Federacja Stowarzyszeń Rodzin Katolickich, po 8 pkt – Ruch Stu i Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, 7 pkt – Konfederacja Polski Niepodległej Leszka Moczulskiego, 6 – PSL-Porozumienie Ludowe, po 5 – Partia Chrześcijańskich Demokratów i Liga Krajowa, po 4 – Ruch dla Rzeczypospolitej – Obóz Patriotyczny,
Nie wstydzą się swojej przeszłości
Członkowie olsztyńskich Pokoleń wolą mówić o umiejętnościach, które wykorzystali w nowych czasach
Nie wszyscy chcą dziś chwalić się tamtą działalnością, bo to ani modne, ani korzystne z punktu widzenia politycznego. Nie walczyli z komuną, nie byli dysydentami, nie wkładali kija w szprychy, a chociaż czasami krytycznie oceniali rzeczywistość, wierzyli, że pracują dla Polski. Co ciekawe, wielu potrafiło przystosować się do realiów gospodarki kapitalistycznej.
Generacja młodzieży aktywnej
– Świetnie sobie poradziłem głównie dzięki temu, że w organizacji młodzieżowej zdobyłem doświadczenie w kontaktach międzyludzkich. Dzisiaj widzę, że ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a to podstawowa umiejętność nie tylko w zarządzaniu – podkreśla Stanisław Ciostek, w latach 1982-1984 przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego ZSMP, aktualnie właściciel rodzinnej firmy handlującej stalą.
Pochodzi ze wsi, spod Mławy, skąd wyszedł w świat i trafił do technikum mechanicznego, potem do Olsztyna, gdzie studiował geodezję na Akademii Rolniczo-Technicznej. I gdzie spotkał Jana Hoffmana, charyzmatycznego działacza Socjalistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Hoffman był dla wielu studentów wzorem i wciągał ich do roboty w ruchu młodzieżowym. Tak było również ze Staszkiem, który jak cień szedł za Jankiem, choć ten drugi niebawem wspiął się na organizacyjne wyżyny, trafiając do stolicy jako wiceprzewodniczący Zarządu Głównego ZSMP. Stamtąd z kolei – na stanowisko naczelnika Szczytna, wówczas odpowiednik burmistrza (zmarł w 1987 r. po odwołaniu z funkcji na skutek wątpliwych zarzutów).
Tymczasem Stanisław Ciostek po studiach wrócił w rodzinne strony, przez rok uczył w szkole, później działał w strukturach związku, by w 1984 r. zostać dyrektorem państwowego jeszcze Centrostalu. Choć miał zawód podwójny, mechanika i geodety, sztuki handlu stalą musiał się uczyć od podstaw. Jeździł więc do Huty Sendzimira w Krakowie i Huty Katowice, poznawał tajniki branży, by nie być malowanym szefem firmy. Jego kariera zawodowa skończyła się wraz z transformacją ustrojową, kiedy podwładni zarzucili mu, że za dużo od nich wymagał! Wykorzystał jednak swoje doświadczenie i wraz z żoną założył firmę handlującą metalami. Handlem zajmuje się nadal – w wieku 75 lat. Poza tym spotyka się z przyjaciółmi działającymi dziś w Stowarzyszeniu Miłośników Historii Organizacji Młodzieżowych Pokolenia w Olsztynie.
Na dystans i w zbliżeniu
Do niedawna przewodniczącym tego stowarzyszenia na Warmii i Mazurach był Jerzy Jabłoński, już 87-letni, ale nadal postawny, co z pewnością jest pokłosiem noszenia munduru w Wojsku Polskim, nazywanym też Ludowym. Jerzy Jabłoński urodził się tuż przed wybuchem II wojny światowej,
Premierzy Kaczyńskiego: od Mazowieckiego do Czarnka
Czy następnym szefem rządu zostanie Przemysław Czarnek? Ogłoszenie jego kandydatury półtora roku przed wyborami parlamentarnymi tylko pozornie wydaje się przedwczesne. W istocie Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił przejąć inicjatywę, narzucając polskiej scenie politycznej kierunek rozwoju w wymiarze tyleż ideologicznym, co przede wszystkim personalnym.
Nie ma w dziejach III RP drugiego tak skutecznego polityka. Po raz pierwszy swoją sprawczość pokazał już 37 lat temu, latem 1989 r., gdy wraz z bratem (obaj byli świeżo wybranymi senatorami z listy Solidarności) otrzymał od Lecha Wałęsy misję utworzenia koalicji rządowej Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. To „odwrócenie przymierzy” przez dotychczasowych satelitów PZPR uniemożliwiło powołanie rządu z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele (pod patronatem nowo wybranego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego), a w rezultacie na czele nowego gabinetu stanął bliski doradca Wałęsy Tadeusz Mazowiecki.
Mazowiecki i początek „przyśpieszenia”
Wybór Mazowieckiego nie był przypadkowy. Sam lider Solidarności nie miał ochoty zostawać premierem, w grę wchodzili zatem trzej opozycjoniści o największym autorytecie: Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i właśnie Mazowiecki. Spośród nich jedynie ten ostatni był praktykującym katolikiem, a nawet znanym dziennikarzem katolickim, tylko on też nie należał w przeszłości do PZPR, choć w czasach stalinowskich był aktywnym działaczem PAX, a potem wieloletnim posłem na Sejm PRL z ramienia koła Znak.
To zresztą znamienne dla solidarnościowej opozycji, że większość jej czołowych postaci miała w życiorysach dłuższą lub krótszą aktywność w oficjalnych strukturach PRL. Wtedy to Kaczyńskiemu nie przeszkadzało – i prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mu nigdy w przypadku ludzi, którzy stali po jego stronie. Co innego przeciwnicy polityczni – tym zawsze potrafił wypomnieć „niewłaściwą” przeszłość, choć sam do 1989 r. wiódł dosyć spokojny żywot żoliborskiego inteligenta pochodzącego z rodziny dobrze ustawionej w tamtym ustroju.
Tadeusz Mazowiecki był więc pierwszym premierem wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście trzeba pamiętać, że nagły i niespodziewany awans 40-letniego zaledwie senatora Kaczyńskiego możliwy był tylko dzięki Wałęsie, który pod koniec lat 80. poszukiwał nowych współpracowników i znalazł ich w bliźniakach wywodzących się co prawda z przedsierpniowej opozycji, ale zajmujących tam znacznie niższą pozycję niż ludzie otaczający Wałęsę w początkach Solidarności.
Nie powinno zatem dziwić, że dla żadnego z braci Kaczyńskich nie znalazło się miejsce w pierwszym rządzie solidarnościowym, co zwłaszcza Jarosław musiał odebrać jako osobiste upokorzenie (Lech Kaczyński był wtedy zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność i faktycznie kierował strukturami związku). Sam zresztą po latach wspominał: „Gdyby Mazowiecki dał mi wtedy sekretarza stanu, to bym się cieszył. Ale nic nie chciał dać”.
Pewną satysfakcją dla młodego, ambitnego polityka mogło być powierzenie mu przez Wałęsę jesienią 1989 r. funkcji redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, którą wcześniej pełnił Mazowiecki. Spowodowało to bunt i odejście większości zespołu redakcyjnego, ale dzięki temu Kaczyński mógł uczynić z oficjalnego pisma związku własny organ polityczny i ośrodek budowania przyszłej partii.
Partią tą stało się Porozumienie Centrum, utworzone w maju 1990 r., początkowo jako szeroki sojusz prawicowych środowisk popierających kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP. Bo to właśnie prezydenckie ambicje gdańskiego noblisty postanowili wykorzystać bracia Kaczyńscy jako trampolinę do władzy i dominacji na scenie politycznej. A właściwie głównie Jarosław, który po latach wspominał: „Mój brat był zdecydowanie przeciwko wysuwaniu Wałęsy na prezydenta, bo znał go lepiej niż ja. Tę sprawę ja forsowałem. (…) Kalkulowałem na zimno, że trzeba wykorzystać dynamikę Wałęsy do stworzenia nowej siły politycznej”.
Na nieszczęście dla dalszych losów Polski przeciwnicy PC i Wałęsy przeforsowali koncepcję powszechnych wyborów prezydenckich, licząc na osobistą popularność ich kandydata – premiera Mazowieckiego. Sam Kaczyński był początkowo zwolennikiem wyboru Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe, ale gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, szybko zrozumiał, jak świetnym polem dla demagogii i populizmu są powszechne wybory prezydenckie – i lekcji tej nie zapomniał do dzisiaj. To bowiem Kaczyński był ojcem demagogicznej i populistycznej polityki w III RP, rzucając już wiosną 1990 r. hasło „przyśpieszenia”, stanowiące krytykę rzekomej zbytniej powolności i zachowawczości rządu Mazowieckiego. Sam później tak definiował owo „przyśpieszenie”: „Należało przystąpić do zdecydowanych działań: zdelegalizować PZPR i
Rozbrat na bogato
Sprzedana przez Grzegorza Napieralskiego siedziba SLD przy Rozbrat 44 staje się miejscem coraz bardziej ekskluzywnym. Kamienica, hotel i pawilon poszły za skromne 35 mln zł, a kupiła je firma Radius Projekt poprzez swoją spółkę celową. O powiązaniach tej firmy z kapitałem zza wschodniej granicy napisano wiele tekstów. I nie bez powodu było w tej grupie wiele zmian właścicielskich. W końcu te trzy gmachy przejęła grupa deweloperska Dekada.
W 2023 r. zburzono siedzibę SLD i wybudowano apartamentowiec. Mimo przedwojennego rodowodu budynku konserwator zabytków nie protestował. Do rejestru zabytków wpisano za to pawilon klubokawiarni Syreni Śpiew. Zobaczymy, jaki będzie jego los. Czy nie zostanie wyburzony tak jak hotel, w miejsce którego Dekada chce postawić ośmiopiętrowy apartamentowiec z 30 lokalami mieszkaniowymi. Wszystko na bogato! I wszystko za te 35 mln zł wynegocjowane za rządów Napieralskiego.
Jak w 1995 r. wybraliśmy przyszłość
Aleksandra Kwaśniewskiego środowiska postsolidarnościowe atakowały w stopniu, jakiego nie widziano po 1989 r.
30 lat temu Polacy po raz drugi w swojej historii wybierali prezydenta. Wybory, które odbyły się w listopadzie 1995 r., zasadniczo różniły się jednak od tych sprzed pięciu lat. Te z 1990 r. były całkowitym eksperymentem i pozostały takim do końca: brak ustabilizowanych partii politycznych (co spowodowało udział w pierwszej turze zaledwie sześciu kandydatów, którzy zdołali zebrać co najmniej 100 tys. podpisów), przekonanie o nieuchronnym zwycięstwie Lecha Wałęsy, którego ambicje były jedynym powodem skrócenia kadencji gen. Jaruzelskiego, wreszcie szok związany z klęską premiera Tadeusza Mazowieckiego i wejściem do drugiej tury polonijnego populisty Stanisława Tymińskiego.
Pięć lat później Polska była w zupełnie innym miejscu. Przeżyliśmy cztery rządy postsolidarnościowe, których coraz mniej akceptowana społecznie polityka jesienią 1993 r. utorowała drogę do władzy opozycyjnym partiom wyrosłym z PRL – lewicy i ludowcom. Koalicja rządowa SLD-PSL była o wiele bardziej stabilna i przewidywalna niż jej centroprawicowe poprzedniczki z Sejmu I kadencji. Dysponowała bowiem wyraźną większością parlamentarną i doświadczonymi kadrami, a przede wszystkim odpowiedzialnym przywództwem, w którym wyróżniał się lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Aleksander Kwaśniewski.
W sytuacji, gdy niemal cała prawica znalazła się poza Sejmem i zajmowała się ciągłym „jednoczeniem” poprzez kolejne kłótnie i podziały, jedynym istotnym problemem dla koalicji rządowej był prezydent Wałęsa. Tak zwana mała konstytucja z 1992 r. dawała mu niebagatelny wpływ na rządzenie państwem – nie tylko poprzez prezydenckie weto, do którego odrzucenia potrzebne były wtedy aż dwie trzecie głosów w Sejmie (w konstytucji z 1997 r. zmniejszono tę liczbę do trzech piątych), ale też dzięki bezpośredniemu wpływowi głowy państwa na obsadę resortów spraw zagranicznych, obrony narodowej i spraw wewnętrznych. Owe „resorty prezydenckie” stanowiły wyłączną domenę wpływów Wałęsy, z czym koalicja rządowa się godziła, choć nie bez oporów.
W miarę zbliżania się końca kadencji prezydenta atmosfera w polskiej polityce robiła się coraz bardziej nerwowa. Wielomiesięczne próby wyłonienia „wspólnego kandydata prawicy” zakończyły się nie tylko fiaskiem, ale wręcz kompromitacją, mimo zaangażowania czynników kościelnych w postaci tzw. Konwentu św. Katarzyny, obradującego w parafii pod tym wezwaniem na warszawskim Służewie. Powodem konfliktu, prócz osobistych ambicji poszczególnych polityków, był stosunek do Lecha Wałęsy, którego reelekcję duża część prawicy (m.in. Jarosław Kaczyński, Jan Olszewski i Antoni Macierewicz) traktowała jako takie samo, a może i gorsze zło niż zwycięstwo „postkomunisty”. W rezultacie rozdrobnienie partyjne w tamtych wyborach okazało się rekordowe w dziejach III RP.
17 kandydatów
Przebywający wówczas na konferencji naukowej w Austrii krakowski polonista prof. Marian Stępień zanotował w dzienniku 28 października 1995 r.: „W rozmowie podczas lunchu kierują się do mnie pytania o sytuację w Polsce. (…) Niepowstrzymany wybuch śmiechu jest reakcją na wiadomość, że prezydenta będziemy wybierać spośród 17 kandydatów. Gdybyż oni jeszcze wiedzieli, jacy to są kandydaci…”.
W owej siedemnastce znaleźli się bowiem zarówno przedstawiciele najważniejszych sił parlamentarnych (Aleksander Kwaśniewski z SLD, były premier Waldemar Pawlak z PSL, Jacek Kuroń z Unii Wolności, wystawiony przez Unię Pracy rzecznik praw obywatelskich prof. Tadeusz Zieliński oraz Leszek Moczulski z KPN), jak i
Pierwsza tura jak plebiscyt
Dla wyborców lewicy obecne wybory mają znaczenie: Biejat, Senyszyn, Trzaskowski czy Zandberg
„W pierwszej turze głosujcie sercem! – apeluje do wyborców lewicy Magdalena Biejat. – W drugiej możecie rozumem”. Nie jest to puste wezwanie. Wcale bowiem nie jest tak, jak pisze wielu publicystów, że troje kandydatów lewicy dzieli się „torcikiem”, a w zasadzie jego kawałkiem, którym są wyborcy lewicy.
Po pierwsze, to nie jest dzielenie się małym kawałkiem. Badania pokazują, że wyborców lewicowych jest w Polsce ok. 20%, dziś może trochę mniej. To pokaźna siła. Po drugie, kandydatów, na których 18 maja zamierzają głosować lewicowi wyborcy, jest nie troje, ale czworo. Po trzecie, ich wyniki zbudują nową hierarchię po lewej stronie sceny politycznej, nowy układ sił, będą też miały wielki wpływ na kształt całej polityki. To jest ta gra.
Zacznijmy od czwórki kandydatów. Pierwszym jest… Rafał Trzaskowski. Według badań to on zbiera największą grupę wyborców lewicowych. Ba! Sam zbiera więcej niż pozostała trójka. Około 50-60% wyborców o lewicowych poglądach jest gotowych oddać na niego głos już w pierwszej turze.
Widać w tym pewną logikę – od lat obserwujemy, że wyborcy lewicy coraz chętniej głosują na Platformę Obywatelską. A ona powoli staje się partią centrolewicową, jeśli chodzi o bazę społeczną, i centroprawicową, jeśli chodzi o kierownictwo. Można rzec, że Platforma żywi się dziś wyborcami lewicy, niespecjalnie przejmując się ich oczekiwaniami. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta, pisaliśmy o tym wiele razy. Dlatego, że tych wyborców nie potrafią przytrzymać partie lewicowe. Czy raczej szefowie tych partii. To ich mierność, ich niemądre działania napędzają kolejnych wyborców Donaldowi Tuskowi. A dlaczego Tusk nie musi zbytnio się liczyć z ich oczekiwaniami? Tu również nie ma co dumać nad odpowiedzią – elektorat lewicy jest mocno antypisowski, retoryka PiS jest dla niego szczególnie bolesna, wybiera zatem mniejsze zło.
Ci ludzie są bowiem proeuropejscy, otwarci na świat, życzą sobie państwa demokratycznego, przewidywalnego, oddzielonego od Kościoła, gwarantującego prawa kobiet. Partia Tuska jest tej wizji zdecydowanie bliższa niż partia Kaczyńskiego. Wystarczyło, by zrezygnowała z antypeerelowskiej retoryki, i większość wyborców ją zaakceptowała. Ba! W tej partii najbliższy lewicy jest Trzaskowski, więc głosowanie na niego uważa się za naturalne. No bo czy jest wyraźna różnica między nim a Magdaleną Biejat?
Biejat jest w tych wyborach kandydatką Nowej Lewicy, ugrupowania powstałego na gruzach SLD i Wiosny. Jej zadanie jest proste i zarazem trudne. Startuje, gdyż partia, która ma ambicje, musi mieć swojego kandydata. Inaczej sama się poddaje. Teoretycznie nie ma za wysoko ustawionej poprzeczki. W 2015 r. kandydatką SLD była Magdalena Ogórek, która zgromadziła 353 tys. głosów, co przełożyło się na 2,38% poparcia. W 2020 r. startował Robert Biedroń. Zebrał 432 tys. głosów, ale ponieważ w 2020 r. była wyższa frekwencja, przełożyło się to na ledwie 2,22% głosów. Oto więc próg przyzwoitości (niezbyt wysoki, prawda?), który Biejat musi przeskoczyć. Musi być lepsza od Ogórek i Biedronia.
Dodajmy jeszcze jedno – 15 października 2023 r. lewica (czyli sojusz Nowej Lewicy, Razem, Unii Pracy i PPS) zdobyła 1,85 mln głosów, czyli 8,61%. To jest rezerwuar wyborców, których Biejat powinna przyciągnąć. Wtedy oddali głos na lewicę, wiedząc, że będzie ona – w przypadku zwycięstwa ugrupowań demokratycznych – jedną z partii koalicyjnych, i to nie największą. Dziś mamy podobną sytuację: nikt się nie spodziewa, że Magdalena Biejat
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Lewica polska na tle…
Nowa Lewica pociesza się większym udziałem młodych wyborców i kobiet w swoim elektoracie. Słabe to pocieszenie, gdy procentowo traci się jedną trzecią elektoratu
(…) Grupą ludzi, którzy tworzyli SdRP, kierowały różne intencje. Byli wśród nich dawni pracownicy aparatu PZPR, którzy w nowej formacji widzieli szansę na kontynuację swojej politycznej i zawodowej drogi. Nie stanowili oni grupy ilościowo dominującej. Większość stanowili ludzie zaangażowani politycznie, lecz poza strukturami władzy, przede wszystkim przedstawiciele inteligencji, tacy jak nauczyciele, naukowcy, dziennikarze czy działacze społeczni. Wspólną motywacją było, odwołując się do reformatorskich tradycji PZPR, budowanie nowej lewicowej i demokratycznej partii. Wszyscy oni tworzyli kulturę organizacyjną SdRP. Elementem jej był pewien rodzaj nonkonformizmu. Szczególnie ludzie wcześniej niezwiązani z aparatem władzy szukali w nowej partii tego, czego brakowało PZPR – otwartej, niczym niemal nieskrępowanej wymiany poglądów.
Co do jednego jej wymiaru istniał konsensus – na zewnątrz nie wypływały najbardziej emocjonalne spory, których nie brakowało. W SdRP hierarchia była mocno spłaszczona, a relacje międzyludzkie bardzo bezpośrednie. O demokratyczności tej partii decydował właśnie typ relacji wewnętrznych. To był ważniejszy aspekt funkcjonowania partii niż jej statut. Dlatego też wielu zaangażowanych w tworzenie nowej formacji z wielkim sentymentem i tęsknotą wspomina tamten okres.
Wyżej, w kontekście zachodnioeuropejskich socjaldemokracji, pisałem o znaczeniu relacji partii z jej otoczeniem. To one właśnie decydowały o wpływach i sile tych partii. Ważnym aspektem ówczesnego modelu funkcjonowania SdRP była otwartość na dialog ze środowiskami otoczenia partii, nie tylko tworzącymi nieco później Sojusz Lewicy Demokratycznej. Otwartość na ten dialog nie wynikała wyłącznie lub przede wszystkim ze względów taktycznych. Jej fundamentem była kultura organizacyjna partii oraz Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej powstałego po rozwiązaniu PZPR. Mimo przyjętej formuły kontynuacji Socjaldemokrację RP tworzyli inni ludzie, zapewne tacy, którzy gdyby nie transformacja ustrojowa w PZPR znajdowaliby się raczej na jej obrzeżach, a nie w jej centrum.
Likwidacja SdRP wraz automatycznym wygaśnięciem członkostwa i powstanie nowej partii zmieniły bardzo jej wewnętrzne relacje. SLD stał się zdecydowanie bardziej hierarchiczny. Wzrosła rola funkcjonariuszy partyjnych i aparatu. Po reformie podziału administracyjnego w miejsce dotychczasowych 49 pozostało 16 województw. Rola struktur wojewódzkich bardzo wzrosła. Ich liderzy nazwani zostali baronami, co było jedną z ilustracji zmian w relacjach wewnątrzpartyjnych. W strukturach SLD znalazło się wielu działaczy, którzy nie byli zaangażowani w tworzenie SdRP. Z punktu widzenia kultury organizacyjnej i relacji międzyludzkich możemy
Dr Sławomir Wiatr jest wykładowcą akademickim, był posłem na Sejm kontraktowy (X kadencji), a w latach 2001-2003 podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Żelazny elektorat to mit
Polscy wyborcy nie są wierni. Czekają na dobre propozycje
Do pierwszej tury wyborów prezydenckich pozostało kilka tygodni. Wszechobecne sondaże rysują coraz ciekawszą sytuację. Wiąże się ona z coraz lepszymi notowaniami Konfederacji i – przede wszystkim – ze słabnięciem Nawrockiego, a wzrostem siły Mentzena.
Przyjrzyjmy się paru ostatnim sondażom. Nawrocki ma w nich poparcie na poziomie 20%. Jest ono zatem dużo niższe niż partii, która go wystawiła. Dlaczego tak się dzieje? Sondaże kłamią? A może na naszych oczach tworzy się nowa tendencja – elektorat PiS, przynajmniej istotna jego część, wypowiada posłuszeństwo Kaczyńskiemu i nie chce głosować na kandydata wskazanego przez prezesa? Czy żelazny elektorat PiS pęka?
Jeżeli tak i tendencja ta jest trwała, mielibyśmy wielki przełom. Połowa publicystów politycznych musiałaby zjeść swoje, pisane latami, analizy. Przyjmowały one w ciemno, że Kaczyński ma swój zabetonowany elektorat, nie do ruszenia. Że choćby nie wiem co się działo, jego wyborcy i tak uwierzą we wszystko, co prezes powie, nawet że białe jest czarne, i karnie pójdą do urn. Tak było przez lata, przynajmniej od wyborów prezydenckich w 2005 r.
A teraz? Teraz ta konstrukcja, jeśli jeszcze się nie rozpada, to w każdym razie mocno trzeszczy.
Składa się na to kilka elementów. Zacznijmy od kandydata na prezydenta, czyli Karola Nawrockiego. Po kilkunastu tygodniach kampanii wiemy już na pewno, że nie jest wartością dodaną. Przeciwnie – sztampowy, sztywny, klepie wyuczone frazy kiepską polszczyzną, regularnie się myląc. W zasadzie im więcej występuje, tym gorzej mu idzie. Ani wiedzą, ani inteligencją nie porywa, słuchamy go i zastanawiamy się, dlaczego Kaczyński go wybrał. Przecież miał w PiS kilkunastu, ba, kilkudziesięciu lepszych!
Może prezes uznał, że do drugiej tury wejdzie każdy z nalepką PiS, a potem będzie już plebiscyt: jesteś przeciw rządowi Tuska czy za? Czy nie była to jednak zbyt ryzykowna kalkulacja?
Historia III RP pokazuje, że kandydaci na prezydenta nie są sklejeni z elektoratem popierających ich partii. Aleksander Kwaśniewski zdecydowanie wychodził poza elektorat lewicy. W 2005 r. zdecydowanie poza ówczesny elektorat PiS wyszedł Lech Kaczyński. Wyniki wyborcze i Kwaśniewskiego, i Lecha Kaczyńskiego były podwalinami potęgi ich formacji. Ba, w roku 2000 Andrzej Olechowski, startujący jako kandydat pozapartyjny, obywatelski, zdobył 17% głosów, wyprzedzając Mariana Krzaklewskiego (15,5%). Ten wynik okazał się wielkim kapitałem politycznym, bo Olechowski na jego bazie razem z Donaldem Tuskiem i Maciejem Płażyńskim powołał do życia Platformę Obywatelską.
Z kolei źle dobrany kandydat może utopić formację. Na pewno fatalny wynik Krzaklewskiego w 2000 r. przyczynił się do upadku AWS. Innym spektakularnym przykładem był wynik Magdaleny Ogórek. W 2015 r. wysunął ją jako kandydatkę na prezydenta Leszek Miller. Ogórek uzyskała 2,38% głosów, co wprowadziło SLD w korkociąg, z którego ta partia już się nie wydostała…
Jeżeli jesteśmy przy SLD – w 2005 r. Sojusz zdołał się obronić przed upadkiem i w wyborach do Sejmu uzyskał 11,31% głosów. Sondaże dawały mu… 6%, ale kandydatura Włodzimierza Cimoszewicza w wyborach prezydenckich pozwalała na realne nadzieje, że SLD wskoczy na wyższy, 20-procentowy poziom. Że się odbuduje. Bo w sondażach kandydat Sojuszu notował grubo ponad 20% poparcia. Cóż, mieliśmy kłamstwa pani Jaruckiej, sfałszowane dokumenty, bezpieczniacką intrygę
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl








