Tag "Włochy"

Powrót na stronę główną
Andrzej Romanowski Felietony

Lutowe Syrakuzy

Syrakuzy lutowe – to Syrakuzy wiosenne. Pod drzewami leżą dziesiątki dojrzewających zimą pomarańcz, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki, latają nieliczne motyle. Lutowe Syrakuzy są kolorowe. Biała jest tylko Etna – pokryta śniegiem, zamyka horyzont nad niedaleką Katanią. Zazwyczaj zresztą jest otulona chmurami, też o barwie białej. Czasem – białoszarej.

Syrakuzy założyli przybysze z Koryntu w roku 734 p.n.e. jako drugą grecką kolonię na Sycylii – po Naksosie. Miasto sięgnęło w starożytności kilkuset tysięcy, a może i miliona mieszkańców. Joanna Olkiewicz, autorka książki o Sycylii, podaje, że Rzym za panowania Marka Aureliusza był mniejszy niż 500 lat wcześniej Syrakuzy z czasów tyrana Dionizjosa. Dziś liczą Syrakuzy 117 tys. mieszkańców, a najstarszą budowlą są ruiny świątyni Apollina na wyspie Ortygia; pochodzą z lat 570-560 p.n.e. Kilka kilometrów dalej istnieje wykuty w skale teatr grecki. Latem odgrywa się w nim sztuki greckich tragików – oczywiście jednak po włosku.

Teatr grecki! Zbudował go Damokopos w pierwszej połowie V w. p.n.e. Ale dawno go już nie ma – w początkach III w. p.n.e. został zastąpiony przez teatr obecny: największy na Sycylii, a i tak z rzędami tylnymi, które stopniowo wrastają w ziemię. Jednak pozostało miejsce – to tu wystawiał swe sztuki Ajschylos. Wiadomo, że tutaj pokazał „Persów”, a zapewne także „Oresteję”. Ta trylogia dramatyczna o zbrodni, zemście i miłosierdziu liczy prawie 2,5 tys. lat, lecz wciąż pojawia się w teatrach. Choć nienawiść,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Czy kobiety zmienią Włochy?

Giorgia Meloni szykuje się na drugą kadencję, a jej rząd pobił już wiele historycznych rekordów

Korespondencja z Rzymu

Giorgia Meloni rządzi Włochami od 22 października 2022 r. i przekroczyła już półmetek legislatury. Jej gabinet należy do najdłużej urzędujących – wyprzedził rządy Andreottiego, Craxiego i Draghiego, ustępując jedynie kadencjom Berlusconiego. Pierwsze tysiąc dni upłynęło pod znakiem względnej stabilności politycznej, ale też ostrej debaty na temat priorytetów gospodarczych i społecznych.

Przed wyborami w 2022 r. obawiano się „powrotu faszyzmu”, jeśli do władzy dojdą Bracia Włosi. Nic takiego się nie stało. Partia Meloni okazała się bardziej liberalna niż koalicyjna Liga Salviniego. Sama premier przeszła drogę od politycznej outsiderki do ostrożnej liderki europejskiego formatu, choć nie odcięła się symbolicznie od postfaszystowskich korzeni swojej formacji. Dziś uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych i wpływowych liderek prawicy w Europie. Jej siła tkwi w podwójnej tożsamości: ideowo zakorzeniona w konserwatyzmie i nacjonalizmie, Meloni jest jednocześnie pragmatyczna na arenie międzynarodowej. Włochy nie stały się „drugimi Węgrami”, choć premier konsekwentnie wzmacnia symboliczną narrację o „Bogu, ojczyźnie i rodzinie”.

Osiągnięcia rządu

Gabinet Meloni może też się pochwalić rekordowym poziomem zatrudnienia, ostrożnym zarządzaniem finansami publicznymi, zmniejszeniem klina podatkowego, działaniami na rzecz zwiększenia dzietności i ochrony siły nabywczej rodzin. Budżet na 2026 r., o wartości ok. 18 mld euro, zaplanowany jest powściągliwie. W polityce gospodarczej rząd postawił na stabilność finansów publicznych, unikając frontalnej konfrontacji z Brukselą.

Podkreślana jest również terminowa realizacja Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (PNRR), opiewającego w latach 2021-2026 na ok. 194,4 mld euro ze środków unijnych, powiększonych o fundusz krajowy do ok. 225 mld euro. Ósma rata (12,8 mld euro) została zatwierdzona pod koniec 2025 r. Mimo to znaczna część funduszy musi zostać wydatkowana przed 31 grudnia 2026 r., co stanowi poważne wyzwanie administracyjne.

Rząd rozpoczął reformy strukturalne, w tym zmiany w wymiarze sprawiedliwości. W dniach 22-23 marca 2026 r. odbędzie się referendum konstytucyjne w kwestii tzw. reformy Nordio (od nazwiska ministra sprawiedliwości Carla Nordia – przyp. aut.). Ponieważ dotyczy ono zmian w konstytucji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Brama Sycylii

Palermo dzień i noc pulsuje życiem i muzyką

Dla większości podróżujących na południe Włoch wrotami do Sycylii stają się Messyna lub Katania. Dwa główne sycylijskie porty, którędy wiedzie o wiele krótsza i łatwiejsza droga na wyspę, szczególnie dla podróżujących samochodem. Ale dla mnie, niemającego żadnych terminów, nieśpieszącego się do żadnego hotelu, podróż na Sycylię wiedzie nie przez Messynę, ale drogą morską z Neapolu. (…)

Tą najpiękniejszą bramą do tajemniczej i nieziemsko pięknej wyspy, bramą uchylającą się leniwie, jak drzwi Sezamu przed Aladynem, by olśnić go kolejnymi odsłonami swego bogactwa, jest Palermo. Dawny fenicki port – po fenicku Panormos – dziś już prawie metropolia, bardzo przypominająca Neapol. Dzień i noc pulsuje życiem i muzyką, rozciągając się wzdłuż szafirowej zatoki Morza Tyrreńskiego, w zaklęśnięciu gór północnego wybrzeża zwanym Złotą Konchą (Conca d’Oro). Nad nią wybrzusza się podobny do Wezuwiusza ciemny garb skały Monte Pellegrino, pochylając się nad autostradą i białą nitką plaż, a wyżej, podobna jak w Neapolu, ukośnie opadająca ku morzu muszla miasta, z frontami gotyckich i barokowych kościołów, pałacami i muzeami kipiącymi od dzieł sztuki. Lecz jest tu coś, czego w Neapolu nie ma: to czerwone kopuły mauretańskich budowli i szare blanki zamków normańskich, ślady panowania Maurów i Normanów nad tą ziemią. To po nich Sycylijczycy odziedziczyli dumę, dzikość i urodę swej rasy.

Górska rozpadlina dzieli stok miasta na pół, w jej dnie sączy się rzeczka podsychająca, jak zawsze na Sycylii. Ta nosi nazwę Oreto. Ale że w tym kraju nic nie jest jednoznaczne, w jej górnym biegu, na przekór suszy, rozkwitają wspaniałe sady cytrusowe: to jest miejsce narodzin słynnych mandarynek ciaculli.

Wczesnym wieczorem, gdy w Neapolu dzielnica portowa dopiero rozpala swe światła, budząc się do prawdziwego nocnego życia, nasz prom do Palermo, podobny do sennego białego węgorza, odbije wkrótce od nabrzeża, połknąwszy przedtem nieskończoną procesję rozturlanych walizek z ich właścicielami, dziećmi, samochodami. Dziś jest wigilia długiego weekendu majowego i na promie wszystkie kajuty zajęte. Ludzie rozkładają się na kanapach i na podłodze, w korytarzach i salonach. Przez całą noc pruć będziemy fale Morza Tyrreńskiego, morza pamięci, aż nad ranem, z morskiej fali, której kłębiąca się wzdłuż burty koronka pian przywodzi na myśl „Narodziny Wenus” Botticellego, wyłoni się Sycylia. Wpierw pojawi się szary kontur w oddali, nad którym krzyczą pierwsze mewy, który coraz bardziej jaśnieje i różowieje, w miarę jak poranek rozpala niebo, gasząc najpierw gwiazdy, a na końcu lampę latarni morskiej przy wejściu do zatoki.

Trudno nie myśleć, że te same fale,

Fragment książki Grzegorza Musiała Dziewięć miast włoskich i inne opowieści, Zysk i S-ka, Poznań 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Od pochodni do podium

Włochy szykują się na zimowe igrzyska Mediolan-Cortina 2026

Korespondencja z Włoch

XXV Zimowe Igrzyska Olimpijskie Mediolan-Cortina 2026 coraz bliżej. W ostatnich tygodniach sportowcy niosący olimpijską pochodnię przemierzyli Wenecję Euganejską i Nizinę Padańską w ramach podróży przez Włochy. Trasa prowadziła do Mantui, łącząc historyczne miasteczka i regiony będące symbolem tożsamości północnych Włoch. Gdy pochodnia dotarła do miasta, ulice wypełniły się mieszkańcami i turystami, którzy czekali na biegaczy niosących olimpijski ogień.

Sztafeta rozpoczęła się 26 listopada 2025 r. symbolicznym odpaleniem świętego ognia w Olimpii. Po uroczystym przekazaniu płomienia Włochom i przetransportowaniu go do kraju, 4 grudnia 2025 r. prezydent Włoch Sergio Mattarella przyjął i zapalił znicz na dziedzińcu Pałacu Kwirynalskiego w Rzymie, oficjalnie inaugurując podróż pochodni, która została od niego odpalona. Podczas ceremonii, w której uczestniczyli przedstawiciele świata sportu, samorządowcy i wybitni sportowcy – wśród nich tenisistka Jasmine Paolini – prezydent przekazał przesłanie pokoju i wezwał do olimpijskiego rozejmu, podkreślając jednoczącą rolę igrzysk.

Trasa licząca 12 tys. km prowadzi przez wszystkie regiony Włoch, ponad 60 miast będących etapami i ponad 300 miejscowości: od Koloseum i fontanny di Trevi w Rzymie, przez wenecki Canal Grande, po symboliczne miejsca odrodzenia, takie jak zniszczona przez trzęsienie ziemi Amatrice czy dzielnica Scampia w Neapolu.

– Każdy krok tej podróży przez nasze miasta przypomina światu o sile sportu w budowaniu mostów i przełamywaniu barier – podkreślał Giovanni Malagò, prezes Fundacji Mediolan-Cortina 2026. – To trasa łącząca korzenie z przyszłością, gościnność z innowacją i celebrująca to, co najlepsze w duchu włoskim.

Za organizację sztafety odpowiada potężna machina logistyczna, będąca efektem ponad dwóch lat planowania. Konwój o długości niemal 200 m porusza się z prędkością 4 km/godz., a każdy dzień rozpoczyna się o godz. 7.30 i kończy ok. 19.30 zapaleniem znicza w mieście będącym następnym etapem. Celem jest „stworzenie olimpiady, która wyjdzie na ulice” poprzez dziesiątki wydarzeń towarzyszących: koncerty, festyny miejskie, programy edukacyjne dla szkół i inicjatywy społeczne. Finał tej niezwykłej podróży nastąpi wieczorem 6 lutego 2026 r. w Mediolanie – w dzień ceremonii otwarcia igrzysk – gdy płomień dotrze na Stadion San Siro.

Po raz pierwszy w historii igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich jednocześnie zapłoną dwa znicze w dwóch różnych miastach. Wykonane z aluminium lotniczego i zaprojektowane przez Marca Balicha we współpracy z Lidą Castelli oraz Paolem Fantinem zostaną zapalone w idealnej synchronizacji przy Arco della Pace w Mediolanie oraz na Placu Dibona w Cortinie d’Ampezzo. Znicze rozkładają się i składają, osiągając średnicę od 3,1 do 4,5 m.

Zimowe igrzyska powracają do Włoch po 20 latach od imprezy w Turynie. Stawka jest znacznie wyższa niż sportowe medale. Mediolan-Cortina 2026 to projekt, który ma połączyć dwa światy: globalną metropolię finansową i alpejskie kurorty Dolomitów. Dla rządu i samorządów to wizytówka turystyczna. Dla krytyków – zbyt kosztowny eksperyment infrastrukturalny.

Co, gdzie, kiedy i przede wszystkim za ile?

Mediolan-Cortina 2026 to jedna z najbardziej „rozproszonych” imprez w historii zimowych igrzysk. Rywalizacja odbędzie się w trzech regionach: Lombardii, Wenecji Euganejskiej i Trydencie-Górnej Adydze. Mediolan stanie się centrum sportów lodowych: hokeja, łyżwiarstwa figurowego i short tracku. Cortina d’Ampezzo i Dolomity – sercem sportów alpejskich, takich jak zjazdy narciarskie, supergiganty i kombinacje.

Igrzyska potrwają ponad dwa tygodnie i obejmą kilkadziesiąt konkurencji medalowych. Organizatorzy podkreślają też rolę transmisji telewizyjnych i cyfrowych, które przyciągną młodszą publiczność i pozwolą oglądać zawody tym, którzy nie mogą przyjechać.

Na zawody szykują się prawdziwe legendy narciarstwa, w tym Włoszka Federica Brignone, która odzyskała formę po ciężkiej kontuzji w zaskakującym tempie i będzie chorążą Włoch, oraz Amerykanka Lindsey Vonn, która wróciła do sportu z zamiarem zostania najstarszą medalistką igrzysk, a także gwiazdy z poprzednich olimpiad, takie jak Tina Maze, Viktoria Rebensburg, Martin Schmitt, Markus Eisenbichler oraz biatlonistki Tiril Eckhoff i Sandrine Bailly, co zapowiada emocje na najwyższym poziomie.

W narciarstwie biegowym Polskę reprezentować mają doświadczeni zawodnicy, w tym Izabela Marcisz i Maciej Staręga.

Szczególne zainteresowanie budzi kwestia biletów. Według zapowiedzi ceny są zróżnicowane: od relatywnie dostępnych wejściówek na eliminacje po pakiety premium na finały. Dziennik „Corriere della Sera” zwraca uwagę, że „organizatorzy chcą uniknąć wizerunku olimpiady tylko dla elit”, i zapowiadają pulę biletów subsydiowanych dla młodzieży oraz szkół. Zresztą na oficjalnej stronie igrzysk można sprawdzić rozpiętość cenową. Bilety na ceremonię otwarcia na San Siro wahają się od 260 do 2026 euro za osobę. Pakiety gościnne z typowym mediolańskim aperitivo zaczynają się od 3250 euro, a premium – od 8950 euro za osobę. Bilety na poszczególne konkurencje sportowe w Mediolanie i w Cortinie rozpoczynają się od 150 i 350 euro za osobę, wersja premium może kosztować kilka tysięcy euro.

Równolegle rozwija się sektor tzw. turystyki olimpijskiej. Biura podróży oferują pakiety łączące zawody sportowe z pobytem w Dolomitach, zwiedzaniem Mediolanu i gastronomicznymi trasami w Lombardii i Wenecji Euganejskiej. Dla branży hotelarskiej to ogromna szansa, ale też test wydolności infrastruktury. Miejsc noclegowych już brakuje.

Mediolan przygotowuje się do roli gospodarza wizerunkowego. Miasto kierowane przez lewicowego burmistrza Giuseppe Salę modernizuje transport publiczny, inwestuje w przestrzenie wokół hal sportowych i planuje strefy kibica. Dla metropolii to kolejny etap budowania marki globalnego centrum biznesu i kultury. Władze miejskie podkreślają, że igrzyska mają pozostawić trwałe dziedzictwo: nowe linie komunikacyjne, rewitalizowane dzielnice i infrastrukturę sportową dla mieszkańców.

Cortina d’Ampezzo stoi przed innym wyzwaniem. To luksusowy kurort, który musi pogodzić prestiż z masową turystyką. Lokalna prasa alarmuje o presji na ceny nieruchomości i ryzyku przeciążenia infrastruktury. Mieszkańcy obawiają się, że miasto straci kameralny charakter, który przez dekady budował jego markę. Jednocześnie wielu przedsiębiorców widzi w igrzyskach szansę pokoleniową. Restauratorzy, hotelarze i przewodnicy górscy liczą na długofalowy wzrost zainteresowania regionem. To tu ścierają się dwa obrazy przyszłości: Dolomity jako spokojny kierunek VIP albo jako globalna arena sportowo-turystyczna.

A co po igrzyskach?

Zimowa olimpiada we Włoszech od początku budzi kontrowersje i dzieli opinię publiczną. Skala inwestycji sięga miliardów euro. Centroprawicowy rząd Giorgii Meloni oraz lewicowy burmistrz Mediolanu podkreślają, że igrzyska przyśpieszają projekty, które i tak były konieczne. Krytycy zwracają uwagę, że prace realizowane pod presją terminów są znacznie droższe, a ich jakość często pozostawia wiele do życzenia. Dziennik „La Repubblica”, analizując przygotowania do igrzysk, ostrzega przed „ryzykiem spirali kosztów” i powtórzeniem błędów poprzednich olimpiad, gdzie część obiektów po zakończeniu zawodów straciła funkcję.

Minister infrastruktury i transportu Matteo Salvini w wywiadzie dla prasy podkreślał, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wojna w rzymskim metrze

Youtuber kontra gangi kieszonkowców

Korespondencja z Rzymu

W rzymskim metrze od dawna trwa cicha wojna. Dobrze zorganizowane gangi kieszonkowców bezkarnie okradają turystów. W podziemiach coraz częściej dochodzi też do bójek, pościgów i prób samosądu. Wzmocniona ochrona nie działa, ambasady ostrzegają swoich obywateli, a władze miasta milczą, by nie wywołać paniki. W tej próżni pojawił się „samotny mściciel” – youtuber Cicalone, który postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.

Ostatni incydent, do którego doszło zaledwie kilka tygodni temu, na długo pozostanie w pamięci mieszkańców Wiecznego Miasta.

12 listopada 2025 r. na stacji metra Ottaviano, niedaleko Watykanu, brutalnie pobito Simone Ruzziego, znanego jako Cicalone – byłego boksera i obecnie youtubera dokumentującego działalność gangów kieszonkowców. Atak był szybki, zaplanowany i przeprowadzony z wyraźną intencją. Uczestniczyło w nim kilka osób. Ruzzi otrzymał ciosy w twarz, a gdy upadł, kilkakrotnie kopnięto go w głowę. Silny cios wymierzono także ochroniarzowi, który próbował interweniować. Napastnicy zastraszali świadków, uniemożliwiając nagrywanie zajścia. Napaść – ewidentnie o charakterze zemsty – zakończyła się po kilku minutach, zanim policja zdołała cokolwiek zrobić.

– Mogli mnie zabić – powiedział Cicalone jeszcze w karetce, pokazując opuchniętą twarz.

Choć zdawał sobie sprawę, że jego działalność naraża go na wrogość zorganizowanych grup złodziei, skala przemocy zaszokowała zarówno jego, jak i opinię publiczną. Od wielu miesięcy jego nagrania z rzymskiego metra, publikowane na YouTubie, przyciągały ogromną widownię. Cicalone pokazywał, jak działają kieszonkowcy: jak obserwują turystów, jak koordynują swoje akcje i jak reagują w sytuacji zagrożenia. Nie unikał przy tym konfrontacji – często wchodził między podejrzane osoby, by je odstraszyć lub zniechęcić. Zdarzało mu się prowadzić mediacje między złodziejami a okradzionymi turystami – nakłaniał tych pierwszych do oddania dokumentów. W podziemiach metra wielokrotnie dochodziło do bójek i wypadków.

W lutym ub.r. 26-letni kieszonkowiec narodowości francuskiej, uciekając przed funkcjonariuszami po cywilnemu, wbiegł do tunelu na stacji Colosseo, blokując ruch pociągów na kilkanaście minut. W maju w tunelu między stacjami Anagnina i Cinecittà znaleziono ciało mężczyzny potrąconego przez pociąg; obok leżały skradziony telefon i portfel. Ofiara pochodziła z Ameryki Południowej.

O rzymskim youtuberze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Jaki jest Leon XIV?

Skończyły się czasy, gdy papież mógł decydować sam. Liczą się układy sił w Kościele.

Korespondencja z Rzymu

Marco Politi – watykanista, włoski dziennikarz i pisarz, od 50 lat śledzi historię oraz politykę Watykanu. Biograf trzech papieży. Autor bestsellerów „Jego Świątobliwość. Jan Paweł II i nieznana historia naszych czasów” (napisany razem z Carlem Bernsteinem) i „Joseph Ratzinger. Kryzys papiestwa” oraz licznych książek, w tym trylogii poświęconej papieżowi Franciszkowi. Publikował na łamach „Il Messaggero”, „La Repubblica”, „Il Fatto Quotidiano”. Przez sześć lat, w okresie od Gorbaczowa do Jelcyna, był korespondentem w Moskwie.

Dla wielu obserwatorów wybór Leona XIV był niespodzianką. Co się działo przed konklawe?
– Konklawe odbyło się po dziesięciu latach wojny domowej w Kościele katolickim, wywołanej przez środowiska ultrakonserwatywne po synodach o rodzinie, kiedy papież Franciszek w swoim posynodalnym dokumencie Amoris laetitia zdecydował się dopuścić do komunii rozwiedzionych żyjących w ponownych związkach. To właśnie podczas dwóch synodów o rodzinie, w latach 2014 i 2015, zaczęli się organizować kardynałowie o poglądach konserwatywnych. W obronie tradycyjnej rodziny zebrano 800 tys. podpisów – inicjatywę inspirował amerykański kardynał Raymond Leo Burke – a setki biskupów przyłączyły się do akcji. Później pojawiły się książki, organizowano kongresy i konferencje na ten temat. Ostatecznie Kolegium Kardynalskie wystosowało do papieża list, w którym przedstawiono wątpliwości natury teologicznej. Wśród sygnatariuszy były także osobistości pierwszego planu, jak kard. Carlo Caffarra we Włoszech, były arcybiskup Bolonii, postać o dużym znaczeniu, czy też kard. Joachim Meisner w Niemczech, również należący do czołowych hierarchów. A za tymi, którzy występowali publicznie, stało wielu innych myślących podobnie jak konserwatyści.

Pisał pan o tym w ostatniej książce „Niedokończone. Dziedzictwo Franciszka i walka o jego sukcesję”. Była to bardzo zaciekła wojna…
– Przez te dziesięć lat grupy ultrakonserwatywne dodatkowo wzmacniało wykorzystanie mediów: ataki i polemiki odbijały się echem na całym świecie. Tego nie było jeszcze za czasów Jana Pawła II ani Pawła VI. W kilkutysięcznym umbryjskim miasteczku pewnego dnia sąsiadka przyniosła mi nagranie z nagraniem wideo abp. Viganò, byłego nuncjusza w Stanach Zjednoczonych, niezwykle ostrego wobec Franciszka. Jego zarzuty nie ograniczały się do odejścia od tradycyjnej linii doktrynalnej. Sam abp Viganò, dziś ekskomunikowany, twierdził nawet, że Bergoglio jest sługą Szatana i został wybrany w sposób nieprawidłowy. Tego nie było w czasach Wojtyły, który rządził Kościołem bez sieci mediów społecznościowych – za ich pośrednictwem każda wypowiedź natychmiast dociera na wszystkie kontynenty.

Dlatego podczas majowego konklawe obawiano się, że skrzydło ultrakonserwatywne będzie bardzo silne, już wtedy było jasne, że dysponuje ono ok. 30% głosów.

Wśród wymienianych kandydatów nie było Prevosta, a faworytami byli Włosi, nie Amerykanie. Co się stało za zamkniętymi drzwiami kaplicy Sykstyńskiej?
– Na konklawe ultrakonserwatyści nie zdołali przeciągnąć na swoją stronę umiarkowanego centrum, także tych umiarkowanych, którzy mieli zastrzeżenia do niektórych decyzji papieża Franciszka. Ultrakonserwatyści nie mieli charyzmatycznego kandydata. Dysponowali kandydatem wysokiej klasy, bo kard. Péter Erdő z Budapesztu, były przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy, to znakomity kanonista, jednak nie potrafił zdobyć szerszego poparcia, co było widać już w pierwszym głosowaniu. Był też inny silny kandydat, bardziej umiarkowany mediator, kard. Pietro Parolin.

Potem pojawiła się niespodzianka – na pewno dla kardynałów amerykańskich – w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Radość bycia z innymi

Co roku staram się na 6 grudnia być w Alicante. A to z powodu odbywającej się tam tego dnia wielkiej parady, związanej z obchodami święta narodowego Hiszpanii, Dnia Konstytucji. Także w tym roku spędziłem tam mikołajkowy wieczór. Cóż to był za spektakl! Zgromadził tysiące osób wzdłuż Rambli – głównej ulicy miasta. I wcale nie dominowali turyści, których skądinąd w tym roku było wyjątkowo wielu (w tym setki naszych rodaków). To głównie miejscowi podziwiali i nagradzali oklaskami kilkanaście orkiestr dętych, dziesiątki zespołów tanecznych, przejazd wielu platform z przeróżnymi żywymi obrazami, hidalgów (szlachciców) na koniach oraz reprezentacje poszczególnych cechów. Większość występujących była w strojach ludowych, wielu w przebraniach historycznych.

Każdego roku ujmuje mnie w tej paradzie wspaniałe połączenie tradycji narodowej, prezentowanej bez zadęcia i tromtadracji, uśmiech występujących i szczera życzliwość widzów. Wygląda na to, że całe miasto jest zaangażowane w to wielkie, radosne wydarzenie. Jego uczestnicy muszą godzinami przygotowywać się do występu, co ogromnie podziwiam, dowodzi to bowiem, jak ważna dla mieszkańców Alicante jest chęć bycia razem, okazania siły wspólnotowości, jak dużo czasu poświęcają pielęgnowaniu dumy ze swojej małej i dużej ojczyzny. Wzrusza mnie też uczestnictwo osób w bardzo zróżnicowanym wieku, od dzieci, przez młodzież, aż do ludzi starych. Często maszerują w jednym szeregu. Widać, jak bardzo wszyscy się cieszą z bycia tego dnia razem. A potem fiesta trwa niemal do rana.

Również w dzień restauracje i bary są pełne. I, co najważniejsze, ludzie ze sobą rozmawiają! Nie gapią się każdy w swój telefon, co tak często obserwuję u nas. Powtarzam, Hiszpanie cieszą się z bycia razem (łagodny klimat nader temu sprzyja). Pokazuje to, że lokalna kultura może z powodzeniem przeciwstawić się hiperindywidualistycznym presjom dzisiejszego turbokapitalizmu, nastawieniu na walkę i konkurencję, które skutecznie rozbija delikatną tkankę wspólnotowości. Dlatego lubię być w Hiszpanii,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Ostatnia kolonialna, pierwsza faszystowska

Włoska okupacja Etiopii w latach 1936-1941 pochłonęła ok. 600 tys. ofiar

W Polsce długo funkcjonował i chyba jeszcze funkcjonuje stereotyp włoskiego żołnierza z okresu II wojny światowej utrwalony w filmie „Giuseppe w Warszawie” – polskiej komedii wojennej z 1964 r. w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Film opowiada o szeregowcu dezerterującym z włoskiej armii ekspedycyjnej w ZSRR i ukrywającym się w okupowanej przez Niemcy Polsce. Widzowi pokazano banał o sympatycznym amancie, kochającym piękne kobiety, śpiew, wino i makaron. Nie dramat, ale komedię.

Niestety, prawda o faszystowskich Włoszech i ich armii była inna. Polityka Mussoliniego opierała się na tych samych imperialnych urojeniach, co polityka Hitlera, naznaczona była tą samą szowinistyczną pogardą dla ofiar i nie liczyła się z niczym. Włoskie siły zbrojne, identycznie jak niemieckie, dokonywały podboju z najwyższą brutalnością i dopuszczały się zbrodni przeciw ludzkości. Zostawiły po sobie spaloną ziemię w Libii, Etiopii, Albanii, Grecji, Jugosławii i na froncie wschodnim. Jeśli dziś o tym się nie pamięta, to tylko dlatego, że po 1945 r. włoscy zbrodniarze wojenni – dzięki przychylności USA i Zachodu – nie ponieśli odpowiedzialności za swoje czyny.

Włochy jako pierwsze państwo faszystowskie dokonały 90 lat temu przestępczej i niesprowokowanej przez ofiarę agresji. Okrągła rocznica najazdu Włoch na Etiopię (nazywaną wówczas Abisynią) minęła w europejskich mediach bez większego odzewu.

Wybitna włoska dziennikarka i pisarka Oriana Fallaci tak podsumowała w 1977 r. podbój Etiopii przez faszystowskie Włochy: „Trudno dziś jeszcze pisać beznamiętnie o zmarłym Hajle Syllasje. Ponieważ trudno zapomnieć, że na niego napadliśmy, obrzuciliśmy obelgami, okradliśmy go z jego kraju za sprawą niepotrzebnej wojny, którą rozpętał Mussolini 42 lata temu. W 1935 r. my też mieliśmy swój Wietnam. Nazywał się Etiopia. Kto traktuje Wietnam jako coś nowego, zapomina albo nie wie, że aby założyć tam imperium, spadliśmy na głowę narodowi, który nie wadził nikomu i który bronił się za pomocą bosego wojska, uzbrojonego praktycznie tylko w szable. Zapomina albo nie wie, że zaatakowaliśmy ten naród eskadrami Balba i Ciana, bombardując bezbronne wsie, szpitale Czerwonego Krzyża, uciekające rodziny. Wysłaliśmy oddziały marszałka Badoglia, zrzucając trujący gaz, siejąc zniszczenie i grozę. Wysłaliśmy Czarne Koszule gen. Grazianiego, plamiąc się masowymi egzekucjami, najnikczemniejszymi masakrami” („Wywiad z historią”, Warszawa 2012, s. 407).

Sen o imperium

Mussolini już w 1919 r. twierdził, że imperializm jest „odwiecznym i niezmiennym prawem życia”. Od początku swoich dyktatorskich rządów w 1922 r. planował utworzenie w basenie Morza Śródziemnego i w Afryce imperium włoskiego, które miało być nowoczesną wersją starożytnego Imperium Romanum. Plany te przyśpieszyły po światowym kryzysie gospodarczym (1929–1933), z którego Włochy wychodziły bardzo powoli – negatywne skutki gospodarcze w sektorze produkcji przemysłowej i zatrudnienia utrzymywały się do 1936 r.

By odwrócić uwagę społeczną od sytuacji wewnętrznej, reżim faszystowski rzucił hasło odbudowy Imperium Rzymskiego, zdobycia nowych ziem i rynków zbytu. Wojna imperialistyczna miała być sposobem na poprawę bytu narodu włoskiego. Zignorowano, tak samo jak w Niemczech hitlerowskich nieco później, na przełomie lat 1937 i 1938, sceptyczną opinię niektórych wyższych dowódców wojskowych. Wątpiących zastąpiono cynicznymi karierowiczami i bezwzględnymi wykonawcami najbardziej zbrodniczych rozkazów, takimi jak generałowie, a wkrótce marszałkowie Emilio De Bono i Rodolfo Graziani, którzy zyskali przydomki „katów Etiopii”.

Pretekstem do agresji na Etiopię stały się tzw. incydenty w Gonderze i Ueluel. 17 listopada 1934 r. rzekomo miał miejsce atak żołnierzy etiopskich na konsulat włoski w Gonderze, dawnej stolicy Cesarstwa Etiopii. Natomiast 5 grudnia 1934 r. oddział wojska etiopskiego pilnujący bezpieczeństwa komisji granicznej natrafił w oazie Ueluel w prowincji Ogaden – 60 km od granicy Etiopii z Somali Włoskim (kolonią włoską w południowej części Półwyspu Somalijskiego, istniejącą w latach 1905-1936) – na oddział włoski liczący 60 żołnierzy, wspierany przez dwie tankietki CV 3/33. W większości byli to kolonialni żołnierze somalijscy, tzw. dubaci. Oddział włoski zaatakował znacznie liczniejszą jednostkę etiopską. W walce zginęło 110 żołnierzy etiopskich oraz 30-50 włoskich i somalijskich. Pozostali przy życiu żołnierze z włoskiego oddziału wycofali się w kierunku Somali Włoskiego.

Sympatia międzynarodowa była po stronie zaatakowanych Etiopczyków, ale propaganda Mussoliniego oskarżyła o atak stronę etiopską. Tak rozpoczął się tzw. kryzys abisyński. Prowokacje w Gonderze i Ueluel, które dostarczyły Mussoliniemu casus belli, przywołują skojarzenia z późniejszymi hitlerowskimi operacjami typu false flag, takimi jak prowokacja gliwicka i incydent w Venlo.

Podobnie postawa Wielkiej Brytanii i Francji wobec kryzysu abisyńskiego zdaje się zapowiedzią polityki appeasementu z lat 1938-1939, czyli

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

W rzymskim lustrze

Prezydent może osłabiać rząd nie tylko w ten sposób, że wetuje ustawy. Ma również inne narzędzia, m.in. szeroko opisywaną możliwość niepowołania na stanowisko ambasadora RP osoby wskazanej przez MSZ. Tak działał Andrzej Duda (kto o nim dziś pamięta?) i tak działa Karol Nawrocki.

Na pewno odmowa podpisania nominacji ambasadorskich jest dla szefa MSZ mało komfortowa, nie ułatwia także pracy szefom placówek. Ale czy ambasady paraliżuje, bo szarżyk to nie ambasador? Różnie z tym bywa.

Rzecz polega bowiem na tym, że już w czasach rządów PiS, gdy partia ta miała wszystkie ośrodki władzy w swoich rękach, dochodziło do przedziwnych sytuacji związanych z ambasadorami i ambasadami. I często przez wiele miesięcy placówkami kierowali chargé d’affaires a.i. I – uwaga – Polska dobrze na tym wychodziła.

Przykładem niech będą Włochy. Obecnie ambasadą w Rzymie kieruje Ryszard Schnepf, chargé d’affaires a.i., postać szczególnie atakowana przez polską prawicę. Duda wołał, że nigdy mu nominacji nie podpisze, Nawrocki to potwierdza. I teraz samo się nasuwa pytanie: czy w związku z tym polska ambasada zupełnie podupadnie i stosunki polsko-włoskie całkowicie uschną?

Warto przypomnieć, że Ryszard Schnepf był w karierze ambasadorem w Urugwaju,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Zabita, bo była kobietą

We Włoszech kobietobójstwo stało się odrębnym przestępstwem zagrożonym karą dożywocia.

Korespondencja z Rzymu

25 listopada, w Międzynarodowym Dniu Eliminacji Przemocy wobec Kobiet, parlament dokonał historycznego aktu: Izba Deputowanych jednogłośnie zatwierdziła art. 577 bis Kodeksu karnego. Przepis ten uznaje, że zabójstwo kobiety motywowane dyskryminacją, z nienawiści, z potrzeby kontroli czy chęci dominacji albo w celu „ukarania” kobiety za odmowę, zakończenie relacji czy próbę odzyskania wolności nie jest już zwykłym zabójstwem, lecz zbrodnią o jednoznacznie zdefiniowanym charakterze.

W ten sposób państwo przyznaje, że część aktów przemocy to nie przypadkowe tragedie, lecz brutalny wyraz uprzedzeń i nierówności, wymagają więc stanowczej odpowiedzi prawnej i społecznej. Jeszcze dekadę temu termin femminicidio funkcjonował głównie w środowiskach akademickich i w języku organizacji walczących o prawa kobiet. Dziś stał się nie tylko pojęciem medialnym, lecz także kategorią prawną, zmieniającą sposób postrzegania przemocy ze względu na płeć.

Dotychczas sprawca zabijający kobietę dlatego, że jest ona kobietą, odpowiadał wyłącznie za zabójstwo – motywacja płciowa pozostawała w tle. Nowe przepisy zmieniają ten paradygmat: oprócz faktu odebrania życia podkreślają społeczne i genderowe źródła zbrodni. Definicja zaczerpnięta z Enciclopedia Treccani, włoskiej encyklopedii powszechnej, brzmi: „zabójstwo kobiety ze względu na to, że jest kobietą”. To sformułowanie znalazło odzwierciedlenie w tekście ustawy.

„Oczywiście próba znalezienia odpowiedzi na rzeź, której jesteśmy świadkami – na życie odbierane poprzez tortury, pobicia czy stalking – to krok naprzód, który może dawać nadzieję. Ale tej drogi nie da się pokonać, opierając się wyłącznie na często nieskutecznej represji. Trzeba ją przejść wspólnie, z udziałem organizacji i stowarzyszeń, by naprawdę zrozumieć problem, od środka – napisała na blogu Roberta Bruzzone, psycholożka sądowa i kryminolożka, jako komentarz do decyzji parlamentu. – Kobiety potrzebują moralnej zmiany: stałej edukacji, zaczynającej się już w dzieciństwie, od szkoły, od budowania sieci wsparcia i solidarności, od świadomości zakorzenionej w zbiorowej mentalności, że zbrodnia przeciw kobiecie nie jest przestępstwem »drugiej kategorii« i nie można jej bagatelizować słowami: sama tego chciała”.

Ustanowienie przestępstwa kobietobójstwa to symboliczne potwierdzenie tego, o czym organizacje kobiece mówią od lat. Nadanie mu rangi prawnej podkreśla wagę problemu i zobowiązuje państwo do prowadzenia spójnej polityki ochrony. W tle pozostaje jednak pytanie, które coraz częściej wybrzmiewa we włoskim społeczeństwie: dlaczego – mimo rosnącej świadomości i zaostrzania prawa – kobiety nadal giną z rąk tych, którzy powinni je chronić? Czyli byłych lub obecnych mężów, partnerów i narzeczonych.

Dramatyczna plaga

Po dwóch głośnych kobietobójstwach – śmierci Giulii Cecchettin i Giulii Tramontano – które na długie miesiące wstrząsnęły Włochami i wywołały falę protestów, wydawało się, że wreszcie coś się zmieni.

22-letnia Giulia Cecchettin zniknęła w nocy 11 listopada 2023 r., po wyjściu do centrum handlowego z byłym chłopakiem. Jej ciało owinięte w foliowe worki odnaleziono tydzień później, na dnie jaru. Filippo Turetta przyznał się do zbrodni. Motywem była zemsta za zerwanie. W grudniu 2024 r. sąd skazał go na dożywocie, a w październiku 2025 r., po wycofaniu apelacji, wyrok stał się prawomocny.

Nie mniej wstrząsająca była historia 29-letniej Giulii Tramontano, będącej w siódmym miesiącu ciąży. 27 maja 2023 r. w jej mieszkaniu pod Mediolanem partner

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.