Tag "Żydzi"

Powrót na stronę główną
Andrzej Romanowski Felietony

Tryptyk chłopski. I. Zgorszenie w Markowej

Markowa – to duża wieś nieopodal Łańcuta, w dzisiejszym województwie podkarpackim. Od roku 1985 istnieje tu mały skansen, a od roku 2016 – instytucja o szumnej nazwie Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów.

Idę najpierw do skansenu. Przewodnik objaśnia, że w Markowej żyły trzy kategorie chłopów: kmiecie, zagrodnicy i komornicy. Natychmiast kieruję się do chałupy zagrodnika. Czytam, że pochodzi ona z drugiej połowy XIX w. Mój pradziadek, Tomasz Bytnar, urodził się w roku 1862: był zagrodnikiem w nieodległej wsi Ostrów. Zatem jego dom i obejście musiały tak właśnie wyglądać.

Ale to wszystko, czego dowiaduję się w Markowej. Reszta jest już kłamstwem. Co bowiem znaczą obecne w skansenie informacje, że w średniowieczu okoliczne ziemie „przechodziły z rąk do rąk”? Przecież to były ziemie ruskie! Do Korony Królestwa Polskiego wcielił je – wraz z Rusią Halicką – dopiero Kazimierz Wielki. W Markowej, gdy tylko coś przeczy polskiej rdzenności, musi być przemilczane.

Skansen informuje też, że wieś powstała w XIV w. na prawie niemieckim oraz że założyli ją osadnicy. Ba! Ale jacy osadnicy? Skąd przybyli? Polscy władcy – poczynając od księcia śląskiego Bolesława Wysokiego – ściągali osadników z krajów niemieckich. Ściągał ich również Kazimierz Wielki. Założyciele Markowej przywędrowali z Saksonii, Łużyc i Dolnego Śląska. Byli Niemcami. Powstającą wieś nazwali Markenhof (Markhof). Ale to także przeczy polskiej rdzenności, więc musi być przemilczane.

A przecież tak Markowa, jak i sąsiednia, mniejsza od niej Albigowa (Helwygeshof, Helwigeshau, Helwigau) to były – w województwie ruskim Korony Polskiej – wyspy niemieckie. Po niemiecku mówiono tu prawie 400 lat: do pierwszej połowy XVIII w. I nikomu to nie przeszkadzało. Zaczęło przeszkadzać dopiero w wieku XIX, gdy pewien ksiądz patriota (w Polsce są sami księża patrioci) uznał, że nazwiska niemieckie trzeba wykorzenić: usuwał im więc ostatnią literę. I tak Teichman został Tejchmą (Józef Tejchma pochodził właśnie z Markowej), a Uhlman (Ulman) – Ulmą. I oto przede mną Muzeum Ulmów.

Zbrodnia dokonana w marcu 1944 r. przez nazistów (niemieckich i jednego czeskiego) była nawet w warunkach okupacji czymś niesłychanym. Za ukrywanie ośmiorga Żydów zapłaciła życiem cała markowska rodzina: Józef i Wiktoria Ulmowie oraz ich sześcioro dzieci w wieku

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Osadniczy terror

Żydowscy osadnicy na Zachodnim Brzegu prowadzą kampanię strachu, wykorzystując taktyki znane z działań Państwa Islamskiego

Zachodni Brzeg Jordanu jest w coraz trudniejszej sytuacji. Teren, który według porozumień z Oslo miał się stać w przyszłości częścią niepodległego państwa palestyńskiego, nieustannie terroryzują siły izraelskie i fanatyczne grupy uzbrojonych i zamaskowanych osadników żydowskich, których wciąż przybywa. A przecież z punktu widzenia prawa międzynarodowego żydowskie osiedla na terytoriach palestyńskich są nielegalne.

Dla Izraelczyków jednak legalność ma niewielkie znaczenie. W ich narracji Zachodni Brzeg to dzisiaj „terytoria sporne”, a znaczna część klasy politycznej i obywateli jest wrogo nastawiona do koncepcji jakichkolwiek ustępstw terytorialnych wobec Palestyńczyków. Stąd rosnąca liczba osiedli i samych osadników.

Na Zachodnim Brzegu Jordanu, terenach, które Żydzi nazywają Judeą i Samarią, żyje obecnie przynajmniej 540 tys. osadników. Zalicza się do nich często także niemal 250 tys. żydowskich mieszkańców Jerozolimy Wschodniej, którą Palestyńczycy uznają za potencjalną przyszłą stolicę ich państwa, na co nigdy w porozumieniach i propozycjach pokojowych nie przystali Izraelczycy. Bywało to powodem przerywania rozmów. Jerozolima jest w końcu miastem świętym dla Żydów, a dla Palestyńczyków Al-Kuds – takie miano nosi w języku arabskim – to nie mniej istotne centrum religijne i ośrodek kultury.

Rosnąca liczba żydowskich osadników i ich domów jest dla Palestyńczyków problemem o tyle, że kurczy się obszar, na którym mogą żyć i swobodnie się poruszać. Około 60% Zachodniego Brzegu to dzisiaj tzw. Strefa C, pozostająca pod wyłączną kontrolą izraelską. Właśnie tam znajduje się większość żydowskich osiedli, w tym już dość duże i uznawane za legalne przez izraelskie władze miasta Modi’in Illit z populacją sięgającą 90 tys. czy Ariel – znane z uniwersytetu, na którym kształci się ok. 17 tys. studentów.

Znaczna liczba Palestyńczyków mieszka w Strefie A, która oficjalnie pozostaje pod wyłączną kontrolą Autonomii Palestyńskiej. W praktyce wyłączność ta funkcjonuje dziś jedynie na papierze.

Ostatni chrześcijański przyczółek

Przekonali się o tym m.in. mieszkańcy At-Tajjiby, ostatniej wyłącznie chrześcijańskiej miejscowości na terenie Autonomii Palestyńskiej. At-Tajjiba jest już miejscem wymierającym. Funkcjonują tu trzy parafie – rzymskokatolicka, greckokatolicka i melchicka. Ojciec David P. Khoury, który prócz tej drugiej prowadzi lokalną szkołę i aktywnie działa na rzecz konserwacji zabytków, wspólnie z proboszczem parafii melchickiej o. Jackiem Abedem zebrali środki na budowę 16 mieszkań dla potrzebujących parafian z At-Tajjiby. Ojciec Jack Abed jest postacią bardzo popularną, zwłaszcza wśród odwiedzających miejscowość. Chętnie zaprasza podróżnych do kościoła, opowiada jego historię i dzieli się swoją. Urodził się w Jafie, starożytnym mieście dzisiaj wchłoniętym przez Tel Awiw. Zrzekł się obywatelstwa izraelskiego i wyjechał do At-Tajjiby na znak protestu i solidarności z Palestyńczykami. Wszyscy trzej proboszczowie, bo także rzymskokatolicki ks. Bashar Fawadleh, otwarcie protestują przeciwko przemocy, której ofiarami padają z rąk osadników palestyńscy chrześcijanie.

Miejscowość słynie również z browaru Taybeh, prowadzonego przez Madis Khoury, córkę jednego z założycieli i prawdopodobnie pierwszą i jedyną mistrzynię piwowarstwa na całym Bliskim Wschodzie. Powstanie browaru w 1994 r. nie obyło się bez kontrowersji w muzułmańskim społeczeństwie palestyńskim,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Krótka pamięć apologetów NSZ

Pamiętając o zbrodniach UPA nie można zapomnieć o Wierzchowinach

6 czerwca minie 81. rocznica krwawej rzezi, jaką urządzili tzw. żołnierze podziemia niepodległościowego we wsi Wierzchowiny w powiecie krasnostawskim. Przeszło 300-osobowy oddział Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” wymordował ok. 200 mieszkańców, głównie kobiety i dzieci, tylko dlatego, że byli Ukraińcami i podejrzewano ich o sprzyjanie nowej władzy. Zbrodnia w Wierzchowinach była największą, do jakiej doszło w Europie tuż po zakończeniu II wojny światowej.

W Kancelarii Prezydenta RP zapytałem:

1. Czy Karol Nawrocki potępia zbrodnie, których dopuścili się Polacy na współobywatelach narodowości ukraińskiej w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu?

2. Dlaczego Karol Nawrocki nigdy nie uczcił pamięci osób, które zostały zamordowane przez tzw. żołnierzy wyklętych we wsi Wierzchowiny?

3. Jaki jest stosunek prezydenta do zbrodni w Wierzchowinach? Czy dla Karola Nawrockiego Mieczysław Pazderski jest bohaterem, czy zbrodniarzem?

Nie dostałem odpowiedzi, co jest wymowne. Zbrodnia w Wierzchowinach jest niewygodnym tematem dla najwyższego przedstawiciela władzy. Będąc prezesem IPN, Karol Nawrocki wyrzucił z pracy w lubelskim oddziale dr. Mariusza Zajączkowskiego, historyka zajmującego się problematyką stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947. Jako oficjalny powód usunięcia podano „zniewagę” prezesa IPN, tj. rzekome zamieszczanie w mediach społecznościowych inwektyw pod adresem Nawrockiego. Jednak faktyczna przyczyna była inna.

„Przede wszystkim za niewłaściwe z punktu widzenia polskich nacjonalistów piśmiennictwo naukowe i publiczne wypowiedzi na temat stosunków polsko-ukraińskich w latach 40. XX w. Czyli krytyczne ustosunkowanie się do jednostronnej narracji narodowej. (…) Na przykład wskazywanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Po ludzku trzeba żyć

Wielokulturowość Podlasia to slogan. Tu wszędzie rozmawiało się po swojemu

Marek Chmielewski – sołtys podlaskiej wsi Orla, działacz samorządowy i aktywista w Sieci Forum Dialogu. W 2025 r. za działalność na rzecz przywracania pamięci o lokalnej społeczności żydowskiej został laureatem Nagrody POLIN przyznawanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich od 2015 r. Nagroda POLIN „to wyróżnienie dla osób i organizacji, które często po cichu, z dala od świateł reflektorów, ocalają od zapomnienia historie, miejsca i ludzi. Przywracają pamięć, edukują, budują mosty między przeszłością a teraźniejszością, między społecznościami, między ludźmi”.

Mówisz o sobie „jestem Europejczykiem”. Co to znaczy?
– Jestem Polakiem, z pochodzenia Rusinem, ale jestem też Europejczykiem, a to znaczy, że jestem otwarty i wyzwoliłem się z tych wszystkich nacjonalizmów, ksenofobii, rasizmów.

Jak to zrobiłeś?
– Pod koniec lat 80. jeździliśmy na Białoruś spekulować, a jak się spekulowało, to poznawało się ludzi i nawiązywało przyjaźnie. Zaprzyjaźniłem się z parą równolatków, Żanną i Tonikiem. Jak spekulujesz, to zajedziesz, sprzedasz spodnie i tydzień po knajpach chodzisz. Chodziliśmy więc po knajpach. Tu walił mi się świat, trudno było w tym wszystkim się odnaleźć i nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale za wszystko winiłem Żydów, jak u Brauna. Pojechałem do Żanny i Tonika ponownie po jakichś dwóch latach. Gdy Żanna mnie zobaczyła, wybiegła przed dom i krzyczy: „Marek, nie mów nic o Żydach, bo mój papa z mamą przyjechali!”. „Ona to Żydówka”, pomyślałem. Nie wiem, gdzie tym nasiąknąłem, ale okazałem się wielkim idiotą.

Dziś ze swoją otwartością idziesz mocno pod prąd. Czy wielokulturowość Podlasia wpłynęła na twoją postawę?
– Wielokulturowość Podlasia to slogan. Miałem szczęście lub nieszczęście urodzić się tutaj i do końca podstawówki nie wiedziałem nawet, kim są katolicy, bo moi rodzice byli prawosławni. Tu wszędzie rozmawiało się po swojemu. Mój dziadek był pisarzem i chłopi przyjeżdżali do niego furmankami. Petent szedł po ćwiartkę, pili ćwiartkę, petent opowiadał, a dziadek podanie pisał, tyle że już po polsku „zgodnie z powyższym, jak i poniższym”. Produkował te podania masowo. Później ojciec to samo robił.

A ty?
– A dla mnie to był parterowy świat i marzyłem, by w piętrowym budynku zjechać na poręczy. Gdy byłem mały, mama powiedziała: „Na kolonię cię zapisałam”. Nie wiedziałem, co to kolonia, ale powiedziałem: „Dobrze, pojadę na tę kolonię, ale czy ona będzie piętrowa? Ma być piętrowa i ma być poręcz, bym mógł zjechać”. Mimo że byłem w przedszkolu i w szkole, nie umiałem mówić dobrze po polsku. Raz zima była, to słomę omłóconą wynosili, dzieci się pałętały i kumpel mówi: „Będzie ognisko”. Ognisko? Nowe słowo. Podpalili słomę, ale dorośli szybko zareagowali, ugasili, oczywiście dostaliśmy łupcowanie konkretne. Jakiś czas później pani z wiejskiej szkoły wysłała uczennice popytać po wsi, czy ktoś chce chodzić do ogniska. Gdy to usłyszałem, wbiłem się ze strachu pod łóżko. Nie wiedziałem, że chodzi o ognisko szkolne. Tak rozumiałem polski. Innym razem pani powiedziała do koleżanki: „Jakie ty masz ładne warkocze”. Wszyscy się śmiali. Kosy to tak, ale warkocze to jak coś warczy. Wyobraź sobie, w jakiej my tu enklawie żyliśmy!

Jak się z niej wyrwałeś?
– Chciałem iść do technikum w Białymstoku, ale posłali mnie do rolniczówki w Rudce koło Brańska, gdzie już są lewosławni, bo my tak mówimy, że S19 dzieli Podlasie na prawosławnych i lewosławnych. Potem trafiłem do wojska, do Hajnówki, co było dziwne, bo wszyscy gdzieś daleko, a ja do Hajnówki. Okazało się, że mnie namierzyli, bo szukali muzykantów. Grałem wtedy na basie i słuchałem rocka. Najbardziej lubiłem Dżem, ale słuchałem też TSA, Martyny Jakubowicz i Oddziału Zamkniętego. To były moje klimaty. Jak wszyscy słuchałem również Maanamu czy Perfectu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Jest czas i nie ma czasu

Im dłużej pędzimy swój żywot, tym szybciej i nieubłaganie nadchodzi moment narodzin nowego roku. Znużenie życzeniami niespełnialnymi, które sobie powtarzamy niestrudzenie co te trzysta kilkadziesiąt dni, nie powstrzymuje nas przed robieniem tego wciąż i wciąż. Zupełnie jakbyśmy byli zanurzani w jakimś kotle niepamięci, z dobrą miną wartą lepszej gry szczerzymy się do kolejnych kalendarzy i pogrążamy w rytualnie pustych podsumowaniach, rankingach, wyścigach. Autor roku, książka roku, piosenka roku, termostat roku, choroba roku, śmierć roku, film roku, szczoteczka do zębów roku – i tak nie pamiętamy, co było przed rokiem, dwoma, trzydziestoma… Co zatem pamiętamy, nie mówiąc o życiu osobistym, w którym bliscy odchodzą, inni przychodzą na świat, coś się kończy i nie wiadomo, czy coś innego w ogóle się zacznie. Ktoś kupił dom, ktoś inny go stracił…

Jest ponadreligijnym skarbem kultury biblijna Księga Koheleta, z fascynacją i tęsknotą wracam do tego krótkiego, być może najpiękniejszego tekstu o przemijaniu, marności nad marnościami, o czasie w końcu, bo on jest głównym bohaterem tekstu, gdzie pojawia się owa fraza „nic nowego pod słońcem”. Wszystko było, koło czasu kręci się coraz szybciej. Tak się zaczyna w katolickim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia:

„Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, / jaki zadaje sobie pod słońcem? / Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi, / a ziemia trwa po wszystkie czasy. / Słońce wschodzi i zachodzi, / i na miejsce swoje spieszy z powrotem, / i znowu tam wschodzi. / Ku południowi ciągnąc / i ku północy wracając, kolistą drogą wieje wiatr / i znowu wraca na drogę swojego krążenia. / Wszystkie rzeki płyną do morza, / a morze wcale nie wzbiera; / do miejsca, do którego rzeki płyną, / zdążają one bezustannie. / Mówienie jest wysiłkiem: / nie zdoła człowiek wyrazić [wszystkiego] słowami. / Nie nasyci się oko patrzeniem / ani ucho napełni słuchaniem. / To, co było, jest tym, co będzie, / a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: / więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem. / Jeśli jest coś, o czym by się rzekło: / »Patrz, to coś nowego« – / to już to było w czasach, / które były przed nami. / Nie ma pamięci o tych, co dawniej żyli / ani też o tych, co będą kiedyś żyli, / nie będzie wspomnienia u tych, co będą potem”.

Mamy też jedyne „żydowskie” tłumaczenie Biblii, którego dokonał w przebogatej i odmiennej polszczyźnie Izaak Cylkow, pierwszy rabin Wielkiej Synagogi na Tłomackiem w Warszawie, zmarły w 1908 r. Sama postać i jego dzieło translatorskie doświadczyły powrotu po latach zapomnienia; w tekstach towarzyszących swoim tłumaczeniom przywołał Cylkowa (i mocno się nim inspirował) Czesław Miłosz, od lat niestrudzenie krakowskie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Dyskurs humanistyczny

Józef Michał Rosenblatt (1853-1917) to postać w dziejach Krakowa przełomu XIX i XX w. niezwykła. Profesor prawa karnego na Wszechnicy Jagiellońskiej, wybitny adwokat, wieloletni radny miejski. W każdej z wymienionych dziedzin swojej aktywności miał osiągnięcia niebywałe. Jako profesor prawa karnego był prekursorem pozytywizmu, wyraźnie wyprzedzając epokę zdominowaną przez konserwatywny klasycyzm, który reprezentował drugi, współczesny mu profesor prawa karnego, Edmund Krzymuski. Od tego ostatniego różniło Rosenblatta również to, że był zwolennikiem dopuszczenia kobiet do studiów.

Jako młody adwokat bronił w krakowskim procesie Waryńskiego i towarzyszy, a jego mowa obrończa została później wydrukowana w wydanym w Wiedniu zbiorze najlepszych mów obrończych wygłoszonych przed sądami c.k. monarchii. Radnym miejskim był przez kilka kadencji, przyczyniając się do rozwoju miasta. Postać niezwykła i wielce dla nauki polskiej i dla Krakowa zasłużona.

Ku swemu zdumieniu przekonałem się niedawno, że wyjaśnienia wymaga, czy Rosenblatt był Żydem, czy tylko „żydowskiego pochodzenia”. Sklasyfikowanie Rosenblatta wedle przepisów ustaw norymberskich okazało się niezbędne dla recenzenta jednego z polskich czasopism uniwersyteckich.

Ale po kolei. Ktoś napisał artykuł o książce Rosenblatta wydanej w roku 1900. Rozważał w nim, czy książka ta jest bardziej podręcznikiem, czy monografią. Takie problemy, jak widać, omawia się w ramach naukoznawstwa. Wysłał tekst do szacownego czasopisma uniwersyteckiego. Redakcja, zgodnie z procedurą, przed publikacją wysłała artykuł do oceny recenzenta. Jak można się domyślać, do osoby z pozycją akademicką.

Ów akademik wśród

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak olsztyńska Borussia przekraczała granice

35 lat temu grupa entuzjastów stworzyła Wspólnotę Kulturową Borussia

W czasie transformacji ustrojowej, gdy uwaga społeczeństwa skupiała się na sprawach materialnych, 18 osób z Olsztyna i okolic postanowiło założyć stowarzyszenie odwołujące się do zróżnicowanego dziedzictwa regionu i „budowania nowej wiedzy, nowej kultury i postaw życiowych” mieszkańców Warmii i Mazur, by zmierzać z tym wielokulturowym bogactwem w stronę zjednoczonej Europy.

– Wcześniej praktycznie mówiło się o tym niewiele albo wcale, bo dominowała polityka budowania jednorodnego społeczeństwa. Bez wspominania, że do końca wojny były tu Prusy Wschodnie – podkreśla Kornelia Kurowska, przewodnicząca Wspólnoty Kulturowej Borussia.

– Owszem, w takich filmach jak „Sami swoi” pojawiały się wątki przesiedlenia Polaków z ziem wschodnich na zachodnie i północne, ale bez naświetlenia, z czego ta migracja wynikała i jakie spowodowała konsekwencje – dodaje Ewa Romanowska, członkini zarządu stowarzyszenia.

Prawdziwa eureka

Obie kobiety kierują dziś Borussią, czyli stowarzyszeniem i utworzoną w 2006 r. fundacją, która kontynuuje i wspiera idee starszej organizacji. Ale zaczęły w niej działać kilka lat po starcie przedsięwzięcia nazwanego wówczas Wspólnotą Kulturową. Jej założycielami byli historyk prof. Robert Traba i poeta Kazimierz Brakoniecki.

Ten pierwszy tak mówił w niedawnym wywiadzie prasowym: „Ja wymyśliłem ideę, a Kazimierz w pierwszym etapie wypełnił ją intelektualną treścią. A potem bywało zmiennie”. Tu wyliczył kilkanaście osób, które ich wspierały, w tym Iwonę Liżewską, niedawno zmarłego Wiktora Knercera, pisarkę i poetkę o białoruskich korzeniach Tamarę Bołdak-Janowską, poetkę Alicję Bykowską-Salczyńską oraz historyków Andrzeja Rzempołucha i Norberta Kasparka, a także Warmiaków Marię Anielską-Kołpę i prof. Huberta Orłowskiego. „Uważam, że wówczas powstanie i działanie Borussii były prawdziwą eureką. Nie mieliśmy żadnych wzorców, jedynie własną wiedzę, potrzebę tworzenia, kreatywnego działania. Mieliśmy też intuicję. Byłem przekonany, że mój pomysł musi się udać, skończy się sukcesem, nawet jeżeli okupiony gigantycznym wysiłkiem i niezamierzonymi błędami”, akcentował prof. Traba.

Sama nazwa Borussia jest odniesieniem do historii regionu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Ukryte ślady zbrodni

Żydzi z Olkusza byli jednymi z pierwszych, którzy zginęli w nowo powstałej komorze gazowej w KL Auschwitz II-Birkenau

W czerwcu 1942 r. Żydzi z Olkusza zostali przez niemieckich nazistów wywiezieni na śmierć. Byli jednymi z pierwszych, którzy zginęli w Czerwonym Domku, pierwszej komorze gazowej w KL Auschwitz II-Birkenau. W dwóch transportach kolejowych 13 i 15 czerwca wywieziono z olkuskiego getta ok. 3 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci. Byli wśród nich także liczni Żydzi z Chorzowa, przesiedleni do Olkusza w czerwcu 1940 r.

Od kilku lat na terenie dawnego obozu Birkenau, w miejscu, gdzie znajdował się Czerwony Domek, w którym masowo zabijano ludzi cyklonem B, czczona jest pamięć olkuskich Żydów zamordowanych 83 lata temu. 13 czerwca 2025 r., w przeddzień obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady, odbyła się uroczystość upamiętniająca pierwszy transport do Auschwitz, który wyruszył 14 czerwca 1940 r. z więzienia w Tarnowie.

Nazista na dworcu

Zachowały się zdjęcia Żydów oczekujących na pociąg, którym mieli pojechać z dworca w Olkuszu do Oświęcimia. Razem z Żydami, pilnowanymi przez umundurowanych Niemców i żydowskich policjantów, sfotografowany został niejaki Friedrich Kuczynski. Na jednym ze zdjęć stoi w mundurze, podparty lewą ręką pod bok, w prawej trzyma pałkę. Przygląda się Żydom, których wcześniej selekcjonował w olkuskim getcie i posłał na śmierć – jako tych, którzy nie nadają się do obozów pracy.

Friedrich Kuczynski był Niemcem, urodził się w 1914 r. w rumuńskiej Suczawie. Z zawodu był nauczycielem gimnazjalnym, władał francuskim i rumuńskim. Podczas wojny został pracownikiem urzędu, który w roku 1940 utworzył Reichsführer SS Heinrich Himmler – powołując specjalnego pełnomocnika Reichsführera SS i szefa Niemieckiej Policji ds. Zatrudniania Obcych Narodowości na Górnym Śląsku. Funkcję owego pełnomocnika powierzono SS-Oberführerowi Albrechtowi Szmeltowi, prezydentowi policji we Wrocławiu. Kierownikiem mieszczącego się w Sosnowcu Wydziału „J” (ds. żydowskich) w tym urzędzie został zaś wspomniany Kuczynski, mający wówczas 26 lat. Po wojnie został osądzony i stracony w więzieniu w Sosnowcu 22 lutego 1949 r.

Dwa pociągi, których odjazd nadzorował Kuczynski, najprawdopodobniej przez Szczakową i Mysłowice, w dwudniowych odstępach zawiozły olkuskich Żydów na dworzec towarowy w Oświęcimiu. W jego obrębie w 1942 r. uruchomiono Alte Judenrampe (starą rampę żydowską) między obozami Auschwitz i Birkenau. Tu przybywała większość pociągów z Żydami od wiosny 1942 r. do maja 1944 r.

Czerwony Domek

Olkuskich Żydów, gdy już pozostawili na rampie bagaże, zaprowadzono, przypuszczalnie pieszo, do nowo powstałej komory gazowej, pierwszej w Birkenau. Znajdowała się ona w odległości ok. 2 km, za brzozowym lasem, poza aktualnymi granicami byłego obozu. Stał tam dom, należący wcześniej do polskiej rodziny, kiedyś mieszkającej w wysiedlonej przez Niemców wsi Brzezinka. Niemcy dom zarekwirowali i wczesną wiosną 1942 r. zaadaptowali na komorę gazową. Od koloru ścian z czerwonej cegły zwany był Czerwonym Domkiem lub bunkrem nr 1.

Na drzwiach domu, którego okna zamurowano, umieszczony został napis „Do łaźni”. Na powierzchni ok. 90 m kw., podzielonej na dwie części, w latach 1942-1943 naziści zamordowali dziesiątki tysięcy Żydów. Po szczelnym zamknięciu drzwi esesmani wrzucali przez otwory w ścianach kryształki cyklonu B, z których wydzielał się cyjanowodór.

Tam właśnie zostali zaprowadzeni Żydzi z Olkusza. Najpierw do sąsiadujących

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Skale obrzydliwości

Narodowy socjalizm i katolicyzm tworzą nadzwyczaj toksyczną miksturę, chłeptaną przez niezliczone rzesze obywateli Polski, a potem wyrzygiwaną publicznie ku uciesze gawiedzi i przy rosnących słupkach poparcia dla skrajnej prawicy. Naród karmiony takim koktajlem wyrodnieje, brunatnieje i hołubi swoich harcowników za to, że „mówią, jak jest”, a cokolwiek by mówili podłego, nikczemnego, jadowitego i haniebnego, poprzedzają to katolickim „Szczęść Boże”, cytatami z Biblii lub puentują głośną modlitwą. W odstępie kilkudziesięciu godzin Kaczyński ze swoją świtą zdążył pobłogosławić „obrońców granic”, Bąkiewicz wygłosić do kamer i mikrofonów swoje faszystowskie credo, Duda w obłąkańczym słowotoku uznać, że Polsce potrzeba wieszania zdrajców, a Braun zanegować istnienie komór gazowych i zacytować „naukowe” opracowania dotyczące mordów rytualnych. Owóż, ja osobiście wolę mordy rytualne od mord narodowych socjalistów katolickich, którzy najwyraźniej postanowili odbić w Polsce rząd dusz.

Nie dziwię się, że puszczają nerwy już nawet największym stoikom rodem z krakowskiej szkoły ekumenizmu i tolerancji – nawet Tomasz Fiałkowski, jeden z tytanów intelektualnych „Tygodnika Powszechnego”, napisał na swoim Facebooku o obecnej Polsce, że to „obrzydliwy, gówniany kraj”. Tu już nie czas na język ezopowy, o Polsce należy pisać tak, jak Thomas Bernhard pisał o Austrii, której obywatele dewocję i ksenofobię wyssali z mlekiem matek i której nie mógł darować hipokryzji – ci sami obywatele, którzy ekstatycznie witali Hitlera na Heldenplatz w 1938 r., po wojnie przybrali pozę ofiar nazistowskiego reżimu. O ironio, Bernhard wytchnienie odnalazł w Polsce, którą wspominał najrzewniej, zwłaszcza czas, który spędzał w towarzystwie Stanisława Leca na Nowym Świecie – ale inna to była Polska, inne demony w niej się budziły – te, których Bernhard najbardziej nienawidził, dopiero teraz urosły w siłę.

Ci sami fanatycy, gotowi zabić w obronie dobrego imienia ojczyzny, stawiający pomniki i muzea reprezentantom narodu, który jakoby masowo i z narażeniem życia ukrywał Żydów, dzisiaj gorliwie polują na imigrantów i tropią ludzi, którzy w człowieczym odruchu chcieliby dopomóc uchodźcom. Milion spośród nich oddało głos w ostatnich wyborach prezydenckich na skrajnego antysemitę, bezkarnie głoszącego teraz kłamstwo oświęcimskie i znieważającego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki

Fałszywe świadectwo

Mit Żyda, niewiernego i niewdzięcznego wobec ojców Kościoła, był wałkowany na wszelkie sposoby

Artur Nowak: Jednym z fundamentów antyżydowskiego mitu są mordy rytualne. Nie da się ominąć tego tematu, jeżeli chcemy wyjaśnić historię prześladowań Żydów w różnych okresach historii. Zakładam, że nasi czytelnicy mają jakąś wiedzę na ten temat, ale nigdy dość dekonstrukcji tego mitu, a w zasadzie oszczerstwa. Zanim jednak zaczniemy rozmawiać o szeroko opisanych, zwłaszcza w literaturze amerykańskiej, mordach rytualnych, powiedzmy o innych pomówieniach mających zohydzić Żydów. Byli oni przedstawiani jako ci, którzy szerzą zarazy dziesiątkujące średniowieczne społeczeństwa.

Stanisław Obirek: Literatura na temat różnych sposobów oczerniania Żydów jest nie do ogarnięcia. Właściwie każdy szanujący się autor, który zajmuje się stosunkami żydowsko-chrześcijańskimi, wcześniej czy później pisze na ten temat książkę. Ich lektura jest dość przygnębiająca i w pewnym sensie monotonna, bo pojawiają się ciągle te same motywy, o których również w naszych rozmowach ciągle wspominamy.

Jednym z najlepszych znawców problematyki chrześcijańskiego antysemityzmu był zmarły w 2010 r. amerykański historyk Robert Michael, który napisał na ten temat wiele książek. Ale dwie zasługują na szczególną uwagę. „Holy Hatred: Christianity, Antisemitism, and the Holocaust” z 2006 r. („Święta nienawiść. Chrześcijaństwo, antysemityzm i Holocaust”), w której wykazuje, że bez długiej historii chrześcijańskiego antysemityzmu nie byłoby Holokaustu. Czy, ujmując rzecz jeszcze mocniej, to chrześcijaństwo utorowało drogę do Zagłady europejskich Żydów. Drugą książką jest „A History of Catholic Antisemitism: The Dark Side of the Church” z 2008 r. („Historia antysemityzmu. Ciemna strona Kościoła”). Obie powstały z potrzeby dania świadectwa prawdzie, bez której nie można sobie wyobrazić poprawnych stosunków między tymi dwiema grupami religijnymi.

Pierwsza składa się z pięciu rozdziałów, z których każdy jest małą monografią na tytułowy temat. Najpierw czytelnik otrzymuje szeroką panoramę chrześcijaństwa jako religii z gruntu antysemickiej, która doprowadziła do Holokaustu. Kolejno mamy omówione antyżydowskie traktaty ojców Kościoła, przemoc w okresie średniowiecza. Dwa ostatnie rozdziały poświęcone są ze względów oczywistych Niemcom, ze szczególnym uwzględnieniem kontynuacji wątków antysemickich od Lutra do Hitlera. Ostatni rozdział koncentruje się na wpływie Hitlera na tożsamość narodu niemieckiego. Druga ze wspomnianych książek, choć objętościowo skromniejsza, obejmuje znacznie szersze obszary tematyczne i koncentruje się w dużym stopniu na papiestwie. Mamy tu porównanie świata pogańskiego z katolikami, które nie wypada korzystnie dla tych drugich.

Robert Michael pokazuje też, jak w teologii chrześcijańskiej na długo przed Fryderykiem Nietzschem odwrócono wartości i jak bardzo zmasowany był wysiłek oczerniania Żydów. No i obrazuje, jak prawo rzymskie zostało użyte do dyskryminowania Żydów.
– Pojawiają się wątki znane z poprzedniej książki, jak średniowieczna przemoc i pogłębianie się procesu zniesławiania Żydów w okresie wypraw krzyżowych. Autor zatrzymuje się dłużej nad antyżydowską polityką papiestwa, a w ostatnich rozdziałach przygląda się antysemityzmowi trzech krajów: Austro-Węgier, Francji i Polski. Kończy rozważania analizą współczesnej polityki papiestwa i refleksją nad charakterem katolickiego rasizmu.

Jak wspomniałem, to tylko jedna z wielu propozycji książkowych, by poznać ciemną stronę historii chrześcijaństwa, w której mentalność antysemicka do dzisiaj jest mocno obecna. Przyprawianie Żydom rozmaitych gąb trwają od wieków.

Dominikanin Giordano da Rivalto, czyli Jordan z Pizy, który żył w latach 1260-1311, pisał, że Żydzi kontynuowali mordowanie Chrystusa, kradnąc hostię, i powtarzali ukrzyżowanie, atakując ją, jakby była ciałem. Brzmi to makabrycznie.
– Dobrze, że go wspominasz, bo Robert Michael poświęca mu sporo uwagi w swoich obu książkach. Jest on o tyle ciekawym przykładem antysemity, że był jednym z najlepiej wykształconych ludzi swego czasu, a wioska Rialto, z której pochodził, do dzisiaj szczyci się nim jako poprzednikiem Dantego ze względu na piękno dialektu toskańskiego, jakim się posługiwał. I to właśnie ten znakomicie wykształcony teolog jest autorem w samej rzeczy makabrycznych koncepcji.

Przywołajmy fragment jego rozważań z „Holy Hatred”, by zdać sobie sprawę z tego, o czym mówimy: „[Żydzi] są źli w sercu i nienawidzą Chrystusa ze złą nienawiścią (…) gdyby mogli, ukrzyżowaliby Go na nowo każdego dnia (…). Są znienawidzeni na całym świecie, ponieważ są źli wobec Chrystusa, którego przeklinają”. Te słowa nie pozostały bez konsekwencji. Jak pisze dalej Michael: „Giordano twierdził, że był obecny, gdy chłopiec Jezus w cudowny sposób pojawił się na hostii sprofanowanej przez Żydów. Z dumą twierdził, że ten cud pobudził chrześcijan do zamordowania 24 tys. Żydów w ramach kary za ich zły czyn”. Nawet jeśli te dane są przesadzone, dają nam pojęcie o straszliwym spustoszeniu

Fragmenty książki Artura Nowaka i Stanisława Obirka Antysemickie chrześcijaństwo, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.