Upiorne lato

Upiorne lato

Pierwszy dzień jesieni, za nami upiorne lato. Upiorne nie tylko dlatego, że wciąż trudno zapomnieć o 10 mln rodaków, uznających, że najlepszym prezydentem Rzeczypospolitej będzie Andrzej Duda. Oraz o innych 10 mln, które odwróciły się plecami do Polski i w dniu wyborów pozostały w domach. Frekwencja była wyjątkowo wysoka, lecz i tak myślę, czy nie warto by (wzorem np. Brazylii) wprowadzić w Polsce głosowania obowiązkowego. Ale ba! Ktokolwiek by coś takiego zaproponował, zafundowałby sobie wyborczą klęskę. A obowiązkowe wybory w Brazylii i tak nie uchroniły tego kraju przed Jairem Bolsonarem. „Nie było lata. Jesień szła od wiosny / Jak ziąb – od wody, jak od dzwonu kręgi”. Wiersz Stanisława Grochowiaka wraca do mnie, gdy przypominam sobie inne zjawisko minionych miesięcy: odchodzenie. Od wiosny bowiem odchodzili moi mistrzowie, mentorzy, znajomi, przyjaciele… Jeszcze 29 maja umarł Jerzy Pilch. Znakomity pisarz, obdarzony niepowtarzalną frazą. I mój rówieśnik, nawet o rok młodszy. Od lat mieszkał w Warszawie, jednak czas naszej młodości (ogółem prawie 20 lat) przepracowaliśmy razem w Krakowie – najpierw w „Gołębniku”, czyli na polonistyce Uniwersytetu Jagiellońskiego przy ulicy Gołębiej, potem w redakcji „Tygodnika Powszechnego” przy sąsiedniej ulicy Wiślnej. Niespełna dwa miesiące po Pilchu, 19 lipca, umarł inny członek „gołębnikowej” społeczności: były rektor UJ, prof. Franciszek Ziejka. W przeciwieństwie do Jurka całe życie spędził w murach uniwersyteckich. A staż mojej z nim znajomości był imponujący, bo to on, jako sekretarz komisji egzaminacyjnej, przyjmował mnie latem 1968 r. na studia. Pamiętam go jako długowłosego młodziana, typ łagodnego Słowianina… A gdy jesienią tamtego roku studia rozpocząłem, pierwsze ćwiczenia w mojej grupie prowadził doc. Julian Maślanka. Teraz on (od dawna już profesor) również zmarł – nieco ponad półtora miesiąca po Ziejce. Stale tego samego upiornego lata. Rozmiary felietonu nie zmieszczą najkrótszej nawet charakterystyki tych ludzi: ani ich dorobku, ani ich sławy. Ale jednego nie sposób zapomnieć: Ziejka był jedną z ofiar nagonki lustracyjnej. Wiedziałem, jak to przeżywał – nieraz o tym rozmawialiśmy. Choć przecież mógł być ponad to: był – jak to się mówi – „czysty”, a jego zasługi dla Uniwersytetu Jagiellońskiego postawiły go w rzędzie największych rektorów. Czy mania lustracyjna skróciła mu życie? Byliśmy w zażyłości, mówiliśmy sobie po imieniu, lecz nie mam odwagi o tym wyrokować. Żałoba dotknęła tego lata nie tylko Kraków. W Warszawie 20 sierpnia zmarł prof. Andrzej Walicki. Przez dziesięciolecia żył w izolacji od opiniotwórczego mainstreamu: przemilczany, a jeśli nie dało się przemilczeć – atakowany, zwykle brutalnie. Zaszczycał mnie swą przyjaźnią – jeszcze w maju br. dał temu wyraz na łamach PRZEGLĄDU. Osobiście prawie się nie znaliśmy, wymienialiśmy tylko listy. Kiedyś, w Krakowie, z nim i z prof. Bronisławem Łagowskim, oboma myślicielami odległymi od mainstreamu, uczestniczyliśmy w panelu „Kuźnicy”. Potem prezes „Kuźnicy”, doc. Andrzej Kurz, zaprosił nas na kolację i wtedy miałem okazję porozmawiać z Walickim bezpośrednio. I dłużej. A Henryk Wujec? Od roku 1990 zasiadaliśmy w gremiach kierowniczych najpierw Ruchu Obywatelskiego Akcji Demokratycznej, potem Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Oczywiście Henryk (z nieodłączną żoną Ludką) odgrywał zawsze rolę istotną, podczas gdy ja – zapatrzony w Tadeusza Mazowieckiego i Jacka Kuronia – byłem wobec niego (i wobec nich) mało samodzielny, wtórny. Ale szybko nawiązaliśmy przyjaźń i raz, w roku 1997, w moim mieszkaniu w Krakowie, spędziłem z Wujcami sylwestra. Później nasze drogi się rozeszły (protestując przeciw ustawie o IPN, wystąpiłem z partii), ale po latach Henryk podszedł do mnie i powiedział, że w sprawie IPN racja była po mojej stronie. Nie musiał tego mówić, tym bardziej więc było to wzruszające. A Ewa Demarczyk, której niezwykłe piosenki towarzyszyły mojemu późnemu dzieciństwu i młodości? A Wojciech Karpiński, którego książki pochłaniało się przez lata – w „drugim obiegu” i oficjalnym obiegu? Tych dwojga ofiar minionego lata nigdy nie poznałem osobiście, chcę więc na koniec wspomnieć dwie kobiety, ze śmiercią których odeszło na zawsze międzywojenne Wilno. Prof. Maria Janion urodziła się wprawdzie (w roku 1926) w Mońkach na Podlasiu, ale potem, aż do tzw. repatriacji w roku 1945, mieszkała w Wilnie. Wielka uczona, mistrzyni kilku pokoleń polonistów, całym życiem świadczyła o tym, czego dziś nienawidzi PiS.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2020, 39/2020

Kategorie: Andrzej Romanowski