Upór Chiraca

Upór Chiraca

Paryż stał się reprezentantem milionów ludzi, którzy w wielu krajach protestują przeciw wojnie

Polscy komentatorzy międzynarodowej sceny politycznej sugerują, że sprzeciw Francji wobec wojny w Iraku wynika z pobudek ekonomicznych lub też z obawy o reakcję paru milionów obywateli i rezydentów pochodzenia arabskiego. Jest to tylko w drobnej mierze słuszne i dowodzi zupełnego zwątpienia w możliwość istnienia szerokiej wizji politycznej, z której wynikają pryncypialne zasady. Tymczasem tak jest właśnie w tym przypadku.
Gdyby tylko było to możliwe, Francja zaakceptowałaby zapewne sytuację, w której Stany Zjednoczone podejmują się roli żandarma świata. Jest to jednak figura czysto teoretyczna. Stany Zjednoczone, nawet przy współdziałaniu z sojusznikami, roli takiej odegrać po prostu nie są w stanie. Owszem, możliwe są punktowe zwycięskie uderzenia na Grenadę, Panamę, Afganistan, wreszcie Irak. Już jednak w przypadku Korei Północnej, Iranu czy Wietnamu (co zostało sprawdzone) staje się to nierównie bardziej skomplikowane. Gdyby chodziło o Chiny, Rosję, Indie, Indonezję, ogół krajów arabskich… całkowicie wykluczone. Cóż bowiem z ewentualnego sukcesu militarnego, skoro

niemożliwa jest jakakolwiek dalsza kontrola sytuacji?

Z niemożności tej wynika dość oczywisty wniosek. Oto w skali globalnej skazani jesteśmy na działania dyplomatyczne w najszerszym tego słowa, obejmującym również naciski ekonomiczne, rozumieniu. Działania zbrojne są ostatecznością nie tylko z powodów moralnych, ale też dlatego, że pozostawiają urazy i nienawiść budzące chęć zemsty i żywiące terroryzm. To prawda, że amerykańskie rakiety mogą wybuchnąć w każdym zakątku świata. Dotyczy to jednak również bomb terrorystów. Skądinąd, wbrew pięknodusznym zapewnieniom o „chirurgicznych bombardowaniach”, jedne i drugie z rzadka tylko okazują się precyzyjne.
Reżim Saddama Husajna jest zbrodniczy. Tego akurat Francja nigdy nie negowała. Nie warto wykazywać, że podobnych i gorszych dyktatorów jest na świecie niemało. To akurat żaden argument. Nie musimy też małostkowo przypominać, że to właśnie Stany Zjednoczone przez długie lata popierały Saddama, widząc w nim świecki bastion przeciw fundamentalizmowi islamskiemu, a później dozbrajały, kiedy walczył ze sprawiającym wówczas Waszyngtonowi większe kłopoty Iranem. Ale to właśnie Irak, nie Korea Północna, Iran czy Libia, zaakceptował mające go rozbroić inspekcje ONZ. Oczywiście, zrobił to contre coeur, pod przymusem, ale zrobił. Oczywiście, oszukiwano inspektorów, utrudniano im pracę, kierowano na fałszywe tropy. Francja nigdy tego nie negowała, więcej: konsekwentnie popierała wszelkie inicjatywy mające na celu wzmocnienie i rozszerzenie kontroli. Nie da się jednak zaprzeczyć, że upór i kompetencje inspektorów zaczęły powoli przynosić skutki i nic nie pozwala powiedzieć, że możliwości ich działania zostały wyczerpane. Właściwie nie powiedziały tego nawet Stany Zjednoczone, ograniczając się do dosyć apodyktycznego stwierdzenia, iż „cierpliwość się wyczerpała”. Trudno jednak brać całkowicie na serio słowa prezydenta Busha, który jednym tchem zapewnia, że Irak stanowi zagrożenie dla cywilizowanego świata oraz że USA rozgromią go w trzy dni. Albo-albo.
Kwestia Iraku

nie ogranicza się do tego jednego państwa.

Jest on bowiem częścią połączonego kulturą, religią, tradycją i językiem świata arabskiego. Mało ważne, że Liga Krajów Arabskich jednogłośnie zaprotestowała przeciw planom ataku na Irak. Sprawa jest dużo poważniejsza i głębsza. Pisze Steven Runciman o dawnych dziejach: „Zwycięstwa każdej krucjaty były zwycięstwami wiary. Jednak wiara, której nie wspiera mądrość, jest rzeczą niebezpieczną. W długim procesie wzajemnych oddziaływań i integracji Wschodu z Zachodem, z którego urodziła się nasza cywilizacja, krucjaty stanowiły epizod tragiczny i destrukcyjny”. Dlaczego? Ponieważ przekształciły islam tolerancyjny w wojujący, a co jeszcze ważniejsze, zaszczepiły w kulturze arabskiej kompleks wroga z Zachodu, który stał się wręcz elementem jej tożsamości. Dalsze dzieje kompleks ten niestety utwierdzały i petryfikowały poprzez rekonkwistę, kolonializm etc., prowadząc do paroksyzmu nienawiści, z którego wyrasta współczesny fundamentalistyczny terroryzm. Atak na Irak trend ten umacnia z nieobliczalnymi konsekwencjami. Jest więc ogromną zasługą Francji, że swoim śmiałym sprzeciwem wobec użycia przemocy w stosunku do kraju arabskiego podważyła w jakiejś mierze manichejską wizję fundamentalistów. To jest prawdziwe uderzenie w Osamów bin Ladenów, których polityka amerykańska wzmacnia i popycha do ostateczności.
To właśnie widmo wojen krzyżowych i zaszłości historyczne zadecydowały w ogromnej mierze o tragicznej niemożliwości dialogu żydowsko-arabskiego. Cóż z tego, że połowa mieszkańców Izraela zrośnięta jest z orientalną tradycją, że są obiektywne podstawy do wzajemnego zrozumienia. Państwo żydowskie postrzegane jest przez Arabów jako jeszcze jeden akt agresji Zachodu. Dlatego też francuskie nawoływanie do niepogłębiania przepaści stanowi szansę dla Izraela. Natomiast irackie ofiary jeszcze bardziej

zradykalizują skrajne ugrupowania

palestyńskie i rzucą w ich ramiona multum dotąd powściągliwych lub szukających dróg wyjścia.
Co dostajemy w zamian? Jakie korzyści przynosi atak na Irak? Obalenie jednego krwawego bydlaka. Bardzo dobrze, choć akurat nie bardzo wiadomo, co go zastąpi, gdyż demokracja przynoszona na bagnetach niekoniecznie musi się przyjąć. Przejęcie przez Stany Zjednoczone kontroli nad irackimi polami naftowymi, co ułatwi wywieranie nacisków na korzystające z nich kraje Wspólnoty Europejskiej. Dosyć to jednostronna radość. Ale z ręką na sercu – co więcej?
W międzyczasie polityka Francji już jej przynosi korzyści. Uwaga opinii publicznej na tyle jest skoncentrowana na Iraku i jego obrzeżach, że jakby uszła jej uwadze historyczna (pierwsza na tym szczeblu) wizyta prezydenta Republiki w Algierii. Sukces tej inicjatywy, otwierający drogę do uregulowania nareszcie wielu uciążliwych, ciągnących się od wojny o Algier problemów był możliwy między innymi dlatego, że Francja z dawnego imperialisty i kolonizatora zmienia swój image w krajach arabskich na rozumiejącego pośrednika. Nie bez znaczenia jest też fakt, choć jego skutki nie będą bezpośrednie, że stał się Paryż wyrazicielem i poniekąd reprezentantem tych milionów, które w różnych krajach protestowały przeciw wojnie. Tworzy to, co już jest odczuwalne, atmosferę życzliwości dla Francji i zwiększa jej polityczne wpływy. Istotne też, że prezydent znalazł się na jednej długości fal z własnym narodem i Francuzi przekonali się, że potrafią mówić jednym głosem, co jest doświadczeniem mogącym procentować w przyszłości. Zaś za pęknięcia w gmachu jedności europejskiej historia nie obwini Francji, Niemiec, Belgii, Grecji… Wręcz przeciwnie. Jestem o tym głęboko przekonany.

Autor jest profesorem Sorbony

Wydanie: 13/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy