Dilerzy mocniejsi od aptek

Dilerzy mocniejsi od aptek

Pomimo legalizacji w 10 stanach USA czarny rynek marihuany kwitnie

Gdy w 2013 r. prezydent Pepe Mujica uczynił z Urugwaju pierwsze na świecie państwo, w którym konsumpcja marihuany została w całości i bezwarunkowo zalegalizowana, światowa opinia publiczna uznała to raczej za egzotyczny eksperyment niż początek globalnego trendu. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło. O marihuanie zaczęto mówić także w kontekście jej właściwości medycznych i zastosowania w leczeniu przewlekłego bólu oraz niektórych typów nowotworów. Przybyło badań naukowych pozwalających precyzyjniej określić skutki konsumpcji tej substancji. Ucywilizowanie debaty publicznej o marihuanie było możliwe również dzięki jej dekryminalizacji w kolejnych miejscach na świecie. Co prawda, jej użycie bez względu na cel jest dziś zgodne z prawem jedynie w Kanadzie, Urugwaju i 10 stanach USA, ale wręcz lawinowo wzrosła w ostatnich latach liczba państw, które konsumpcję i posiadanie marihuany zdekryminalizowały. W dużym skrócie oznacza to, że władze państwowe mają prawo zatrzymywać osoby konsumujące bądź posiadające tę substancję i ją rekwirować, jednak przyłapani nie podlegają karze więzienia ani grzywny. Tego rodzaju rozwiązania wprowadzono już praktycznie we wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej, w Rosji, w Norwegii, w Hiszpanii i w części stanów Australii. Postępuje też depenalizacja marihuany do celów medycznych. Jako lek (lub substancję składową w farmaceutykach) można ją stosować w 33 stanach USA i wielu krajach Europy – m.in. w Niemczech, we Włoszech, w Holandii, a od 1 listopada 2017 r. w Polsce.

Biznes Jordana D.

Dekryminalizacja posiadania, konsumpcji czy handlu marihuaną nie oznacza, że wszyscy dilerzy przeszli na jasną stronę. Wręcz przeciwnie – w wielu miejscach, gdzie marihuanę można dzisiaj kupić zupełnie legalnie, czarny rynek rozwija się jak nigdy dotąd.

Jednym z takich miejsc jest stan Michigan na północnym wschodzie USA. Pomimo legalizacji konsumpcji marihuany w grudniu ub.r. jej sprzedaż poza oficjalnymi punktami handlowymi osiąga nieznane dotąd rozmiary. Jedną z osób, których status materialny dzięki temu zjawisku wydatnie się poprawił, jest Jordan D., 25-letni mieszkaniec Detroit. Na początku lutego opowiedział swoją historię reporterom „Detroit Metro Times”. Zaczął od tego, że po legalizacji marihuany szybko zauważył ogromną niszę na rynku. Mieszkańcy jego miasta spodziewali się, że substancja stanie się powszechnie dostępna z dnia na dzień, skończą się czasy zapisywania w telefonie numeru do dilera pod fałszywym nazwiskiem i cichych transakcji w samochodzie czy na ulicy. Większość obecnych klientów Jordana przeżyła ogromne rozczarowanie – stan Michigan zalegalizował bowiem rekreacyjną konsumpcję marihuany i jej zastosowanie w terapiach medycznych, ale handel nią dla prywatnych celów pozostał poza granicami prawa. Na terenie całego stanu, mającego prawie 10 mln mieszkańców, znajdują się zaledwie 54 punkty sprzedaży medycznej marihuany autoryzowane przez lokalne władze. Ponadto aby robić w nich zakupy, potrzebne są recepty i udokumentowane wskazania lekarza. Podaż pozostaje zatem mocno w tyle za popytem. Właśnie ten proces trafnie ocenił Jordan, porzucając pracę kelnera i zatrudniając się jako „diler na telefon”. „Jeśli mam dobry dzień, jestem w stanie zarobić nawet 1 tys. dol. na czysto”, powiedział dziennikarzom. Dziś jest jednym z kilkuset dostawców marihuany w swoim stanie, ogłaszających się na portalu Weedmaps.com. Oficjalnie każdy z nich jest jedynie posiadaczem tej substancji, gotowym ją „odstąpić” – bo handel rekreacyjną marihuaną jest wciąż nielegalny. W praktyce jednak wszyscy wiedzą, o co chodzi, a władze pozostają bezradne. Jeśli nie złapią Jordana czy któregokolwiek z dostawców na gorącym uczynku, nie udowodnią im pogwałcenia prawa. A nawet jeśli raz na jakiś czas któryś zostanie przyłapany w czasie transakcji, policjanci najczęściej przymykają oko.

Długa droga do certyfikatu

Przykład Jordana D. i stanu Michigan to znakomita ilustracja pierwszego problemu z dekryminalizacją marihuany. Bardzo często bowiem państwo nie nadąża za konsumentami. Słysząc informację o legalizacji, wielu użytkowników spodziewało się, że marihuana będzie po prostu kolejnym produktem spożywczym dostępnym na sklepowych półkach jak płatki owsiane czy cola-cola. Z oczywistych względów tak się nie stało. Częściowa dekryminalizacja marihuany wymaga bardzo złożonych i dokładnych, nieraz długotrwałych procesów. Ponieważ handlować nią można jedynie w celach leczniczych, ubiegający się o tę możliwość przedsiębiorcy muszą zostać przez władze dokładnie sprawdzeni, a oferowane przez nich produkty – uzyskać certyfikację. To wszystko trwa, nierzadko tygodniami czy miesiącami.

Druga sprawa: nie każdy wierzy w prognozy wielomilionowych zysków z handlu marihuaną. Co prawda, według branżowego portalu Marijuana Business Daily sam omawiany tutaj stan Michigan ma za chwilę zamienić się w rynek o wartości ponad 1,5 mld dol., jednak wielu jego potencjalnych uczestników pozostaje sceptycznych. Boją się inwestować w punkty sprzedaży marihuany z powodu wysokich kosztów wejścia w biznes (certyfikacja, biurokratyczny poślizg opóźniający otwarcie) i z obawy, że ludzie pozostaną wierni swoim dotychczasowym dilerom. Historia Jordana pokazuje, że przynajmniej po części mają rację.

Cena i sentymenty

Innym czynnikiem decydującym o tym, że legalna marihuana przegrywa z czarnorynkową, jest kwestia najbardziej prozaiczna, czyli cena produktu. Tę rywalizację najlepiej widać na przykładzie Kanady, która jako pierwszy kraj z grupy G7, zrzeszającej najbogatsze gospodarki świata, zalegalizowała marihuanę w całości, w każdej formie. Skoro zniknęły wszystkie obostrzenia w handlu marihuaną, wszyscy powinni przejść na legalną ścieżkę. I w tym przypadku nie okazało się to prawdą. Wielu dilerów pozostało na czarnym rynku, bo dzięki niższym cenom wciąż są w stanie wygrać rywalizację z autoryzowanymi punktami sprzedaży. Ray (45 lat) i Gord (44), dwaj kanadyjscy dilerzy handlujący marihuaną od ponad trzech dekad (zaczynali jako nastolatki), opisali swoją pozycję na rynku w wywiadzie dla amerykańskiej edycji dziennika „The Guardian”. Ich zdaniem utrzymują się w branży, bo bez konieczności opodatkowania swojej marihuany i dzięki długiej liście wiernych klientów mogą oferować ceny co najmniej 30% niższe niż w sklepach. Jak dodają, dużą rolę w ich sukcesie odgrywa również masowość konsumpcji marihuany bez względu na jej rodzaj. „Większość użytkowników to nie są koneserzy, nie umieją odróżnić odmian czy mieszanek. Nie mają też na ten cel przeznaczonych wielkich pieniędzy. Chcą po prostu kupić zioło, które ich nie zatruje, i zrobić to w miarę tanio”, mówią dilerzy. W ten sposób doskonale ilustrują różnice między handlem marihuaną a np. alkoholem. W tym pierwszym przypadku dominuje zdecydowanie czynnik cenowy, a nie smakowy. Chociażby dlatego państwu trudno zapanować nad czarnym rynkiem marihuany. Nieopodatkowani dystrybutorzy z definicji będą tańsi od oficjalnych sprzedawców, a jakość, którą ci drudzy mogliby przebić tych pierwszych, nie jest na tyle ważna, by zapewnić zwycięstwo legalnemu biznesowi.

Ray i Gord wskazują jednak jeszcze jeden aspekt, być może najtrudniejszy do wyeliminowania w procesie legalizacji. Przez lata obaj stworzyli z klientami bliskie, niemal przyjacielskie relacje. Uczestniczyli w festiwalach muzycznych i wydarzeniach kulturowych, podczas których wiele osób konsumowało marihuanę, celebrując również dreszczyk emocji związany z nielegalnością tego aktu. Legalizacja zabrała im tę przyjemność, dlatego wracają poza ramy prawa, do stałych dilerów. Gord twierdzi nawet, że dla wielu jego starszych klientów to sposób na poczucie się młodszym, powrót do przeszłości czy nawet szansa na złapanie lepszego kontaktu z własnymi dziećmi. Tego typu sentymentów nie zgasi w nich żaden akt prawny.

Fot. SIPA USA/East News

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy