„Wielka Gra” bez powrotu

„Wielka Gra” bez powrotu

Teleturnieje wiedzy nie mają już takiej siły przebicia jak legendarna „Wielka Gra”, ale nadal wciągają polskiego widza

Kiedy próbował przekonywać kolejnych prezesów Telewizji Polskiej do wznowienia „Wielkiej Gry”, Wojciech Goljat zawsze spotykał się z argumentem, że miała słabą oglądalność i że w dzisiejszych czasach trzeba robić zupełnie inną telewizję. – Co więc mogłem na to poradzić? – pyta retorycznie ten siedmiokrotny zwycięzca teleturnieju, prezes Stowarzyszenia Sympatyków Teleturnieju „Wielka Gra”, powołanego zaraz po jej zdjęciu z anteny w 2006 r., podczas spontanicznego spotkania ok. 40 laureatów.

Determinację tej grupy potwierdzają dwa segregatory pism, które Goljat regularnie wysyłał do prezesów TVP, począwszy od Bronisława Wildsteina. Do Jacka Kurskiego pojechał nawet z posłanką PiS, ale przyjął ich jedynie wygadany dyrektor jednej z komórek organizacyjnych.

Legendy telewizji

Autorstwo „Wielkiej Gry” przypisuje się Ryszardowi Serafinowiczowi z redakcji teleturniejów. Pomysłodawca wzorował się na zagranicznych programach, np. z telewizji włoskiej, tworząc rodzimy format, którego start nastąpił 25 listopada 1962 r. Teleturniej szybko zdobył uznanie rosnącej widowni, a prowadzący, przystojny 40-latek, stał się idolem kobiet. Mężczyźni łaskawszym okiem spoglądali na asystentkę Serafinowicza Joannę Rostocką. I to ona zagrała samą siebie w filmie telewizyjnym z 1974 r. „Gra” z cyklu „Najważniejszy dzień życia”, w którym jako uczestniczka teleturnieju wystąpiła Ryszarda Hanin.

Jak pisze Maciej Bernatt-Reszczyński w książce „Wielka Gra Serafinowicza” (Warszawa 2016), początkowo zawodnicy odpowiadali na pytania przy stoliku, a po etapie wstępnym byli prowadzeni przez Rostocką do kabiny dźwiękoszczelnej, gdzie walczyli o główną nagrodę w wysokości 25 tys. zł. Kariera Serafinowicza skończyła się na fali antysemityzmu 1968 r. i z rozpędu zastąpiła go Joanna Rostocka. Potem krótko był Janusz Budzyński, a wreszcie – od 1975 r. – Stanisława Ryster, która broniła się przed tym, jak mogła, ale dostała wyraźne polecenie od prezesa Macieja Szczepańskiego. W tym czasie, za sprawą Wojciecha Pijanowskiego, zmieniono również zasady gry; w pierwszym etapie dwóch zawodników toczyło pojedynek, w drugim – pytania zadawali eksperci, a w trzecim – gracz wybierał jeden z dwóch zestawów znajdujących się na kole.

Zawodowcy i amatorzy

Zawsze jednak obowiązywała podstawowa zasada: gracz nie mógł startować w dyscyplinie, którą uprawiał zawodowo. Co najwyżej mogło to być jego hobby i z wieloma takimi zapaleńcami przez 44 lata „Wielkiej Gry” mieliśmy do czynienia. Na przykład Jan Wolniakowski (18 wygranych!) był z zawodu ekonomistą, a mierzył się z postaciami literackimi i historycznymi. Jego atutem była fotograficzna pamięć, szybko się uczył, bez względu na okoliczności. Znana jest anegdota o tym, jak został zaproszony na nagranie do „Wielkiej Gry” podczas odbywania służby wojskowej po studiach. Armia nie tylko nie czyniła mu wstrętów, ale jeszcze wydelegowała porucznika, aby asystował pchor. Wolniakowskiemu w przyswajaniu wiedzy w wojskowej bibliotece. W zamian dowództwo jednostki zażyczyło sobie kilku miejsc na widowni w studiu.

W podobnych tematach startował również Mariusz Machnikowski, matematyk z Trójmiasta, który odpowiadał na pytania o życie i twórczość Żeromskiego, Mickiewicza, Lermontowa, Steinbecka, Michała Anioła czy Giuseppe Verdiego. W sumie od początku lat 90. wygrał 10 razy. Czy należał do pupilków Stanisławy Ryster? – Jeśli znany zawodnik i nowicjusz uzyskali tę samą liczbę punktów, zawsze wybierała „świeżą twarz” – odpowiada Machnikowski. Natomiast zdarzało się, że wznawiając trudny temat, powierzała go doświadczonemu zawodnikowi, wiedząc, że się nie wystraszy. Tak było z Wojciechem Goljatem, któremu dwa lata przed końcem teleturnieju przydzieliła temat „Księstwo Warszawskie”.

Pieniądze to nie wszystko

Pochodzący z Olsztyna zawodnik skończył kierunek budowa okrętów na Politechnice Gdańskiej, ale że miał stypendium fundowane przez Olsztyńskie Zakłady Opon Samochodowych, zaczął pracę w tym największym przedsiębiorstwie regionu. Chciał jednak ubarwić sobie życie, więc zgłosił się do „Wielkiej Gry”. A że historią interesował się od dziecka, pojechał na eliminacje z tematu „Polska Piastów”. Zabrakło mu kilku punktów, nieudany był też start z bitew morskich i dopiero za trzecim podejściem trafił przed kamery – temat: „Imperium mongolskie od Czyngis-chana do Tamerlana”. Dziś śmieje się, że w pojedynku miał pecha, pewnie dlatego, że jego rywalem był Mariusz Paech. Wreszcie w 1987 r. Wojciech Goljat wygrał program z tematu „Wawel”, otrzymując 100 tys. zł. Kupił za to lodówkę i małą wódeczkę do opicia nagrody.

– Po tym zwycięstwie odnotowałem kolejny sukces, tym razem zawodowy. Dostałem awans na szefa zaopatrzenia w fabryce opon – pamięta Wojciech Goljat, choć nie jest pewny, czy była to konsekwencja wygranej w teleturnieju, czy raczej kierownictwo doceniło jego talent organizacyjny. Później jeszcze sześć razy z rzędu odbierał główną wygraną, zyskując na popularności oraz powiększając stan konta.

Nagrody wzrastały w miarę inflacji, by w 1994 r. dojść do 100 mln zł. Po denominacji było to 10 tys. zł, a w 2006 r. już 40 tys. zł. Nawet przy 10-procentowym podatku to kupa forsy, praktycznie przeciętny roczny zarobek. Zawodnicy zaprzeczają jednak, by jeździli na Woronicza zarabiać pieniądze. „Wielką Grę” traktowali jako wielkie wyzwanie, sprawdzenie wiedzy i umiejętności radzenia sobie ze stresem przed kamerami.

– To była pozytywna grupa ludzi odbiegających od przeciętnej – wspomina Stanisława Ryster. – Nigdy sobie nie zazdrościli, a raczej doradzali, jeśli ktoś wcześniej startował z podobnego tematu. Kiedy grał Jan Majewski z Olsztyna, wszyscy mu kibicowali. Chociaż wygrał jedynie dwa razy, zgłaszał się na każde eliminacje, w których tylko mógł brać udział. Owszem, zwycięzcy „Wielkiej Gry” dzwonili do mnie, że za wygraną pojechali na wycieczkę do Hiszpanii lub innego kraju, odwiedzili jedno muzeum czy drugie, ale pieniądze nie były dla nich celem samym w sobie.

Wiedza i trochę szczęścia

Legenda TVP, bo za taką trzeba uznać Stanisławę Ryster, potwierdza, że chociaż lubiła swoich „etatowych” zawodników, nigdy nie ułatwiała im drogi do finału. Przyznaje natomiast, że preferowała kobiety, których zgłaszało się bardzo mało. Jeśli więc któraś uzyskała w eliminacjach tyle samo punktów co mężczyzna, była wyznaczana do zasadniczej gry. Ot, taki parytet. Jedną z laureatek była Mirosława Konik-Obst, nauczycielka nauczania początkowego z Czempinia w Wielkopolsce, siedmiokrotna laureatka „Wielkiej Gry”. Startowała od lat 90., głównie z tematów literackich oraz jednego malarskiego (Francisco Goya). Gdy usłyszała o eliminacjach, zgłaszała się i w ciągu dwóch tygodni czytała wszystko, co znalazła na ten temat, robiąc z lektury notatki. Zawsze z książek, choć z czasem pojawił się internet. Jednak ani ona, ani eksperci nie uznawali tego źródła za wiarygodne.

– Przede mną kobiety już wygrywały, chociaż cały czas dominowali mężczyźni. Tak jak chyba i w innych teleturniejach wiedzy, co nie znaczy, że są od nas mądrzejsi – podkreśla pani Mirosława. Dla niej samo wystąpienie w telewizji i sprawdzenie swojej wiedzy w oczach środowiska, gdzie każdy zna każdego, było dużym wyzwaniem. Doceniano jej sukces czy zazdroszczono wygranej? – Głośno mnie doceniano, a w zazdrość nie wnikam – odpowiada dyplomatycznie.

Jedynym zawodnikiem, który publicznie przyznawał się, że w teleturniejach występuje dla pieniędzy, był Marek Krukowski, filozof z Warszawy, zwycięzca 15 edycji „Wielkiej Gry”, przede wszystkim z tematów muzycznych. W wywiadach ujawniał nawet, że przy uczeniu się, co w jego wypadku oznaczało słuchanie symfonii i koncertów, zażywał miękkie narkotyki. Bo lepiej tę muzykę wówczas wchłaniał. Krukowski nie poprzestawał zresztą na „Wielkiej Grze”, zgłaszał się także do innych teleturniejów, w których mógł zarobić. Na przykład do „Miliarda w rozumie” prowadzonego przez Janusza Weissa. W latach 1993-2004 toczyli tam boje prawdziwi gladiatorzy, a Krukowski wystąpił – zwykle z sukcesem – aż 15 razy. Był to typowy teleturniej wiedzy rodzimej produkcji, w odróżnieniu od dziesiątków programów, w których o zwycięstwie częściej niż wiedza decydowały los lub szybkość reakcji. Tak jak w programie na amerykańskiej licencji „Va Banque”, prowadzonym przez Kazimierza Kaczora, gdzie po usłyszeniu pytania trzeba było jak najszybciej przycisnąć guzik.

Milionerzy są wśród nas

Jako najbardziej nieprzewidywalny i emocjonujący teleturniej w Polsce reklamowano „Awanturę o kasę” (2002-2005), program ATM Grupy prowadzony w Polsacie przez Krzysztofa Ibisza. Rywalizowały w nim trzy czteroosobowe drużyny, z których jedna zdobywała mistrzostwo, by bronić tytułu w następnych programach. Oprócz wiedzy z różnych dziedzin liczyła się umiejętność licytacji pytań, a obie te cechy posiedli młodzi zawodnicy jednej z drużyn, zajmując miejsca w loży mistrzów aż 22 razy. Wygrali w sumie 274 tys. zł i kluczyki do siedmiu samochodów osobowych oraz dwa… ogórki kiszone. Licencję „Awantury” sprzedano potem do Nowej Zelandii.

Teleturniejem mieszanym można nazwać „Postaw na milion” w TVP oraz oparty na brytyjskiej licencji program „Milionerzy” w TVN. Ten drugi gościł na ekranach w latach 1999-2003, potem 2008-2010, by wrócić w lutym 2017 r. W krótszej formule, ale z tym samym prowadzącym – Hubertem Urbańskim. Trzeba najpierw przejść casting (można drogą internetową), potem wygrać eliminacje w studiu, a wreszcie w świetle jupiterów zasiąść na fotelu. Niektórych zżera trema, ale zdarzają się zawodnicy, którzy wykazują rażący brak wiedzy i nie pomaga im nawet możliwość wyboru odpowiedzi spośród czterech wariantów ani korzystanie z kół ratunkowych: pytania do publiczności, 50:50 i telefonu do przyjaciela („przyjaciel” jest odizolowany od pomocy naukowych). W polskiej edycji po 1 mln zł wygrali: Krzysztof Wójcik (2010), Maria Romanek (2018) i Katarzyna Kant-Wysocka (2019).

Do łask wróciło też „Koło Fortuny”, zapoczątkowane w TVP przez Wojciecha Pijanowskiego na zagranicznej licencji w 1992 r. Przetrwało sześć lat, po przerwie prowadzili je Stanisław Mikulski i inni aktorzy, a od półtora roku gospodarzem jest piosenkarz Rafał Brzozowski. To zabawa raczej dla krzyżówkowiczów; kiedyś literki haseł na tablicy odkrywała Magda Masny, a teraz równie zmysłowa Izabella Krzan. Tyle że literki są już elektroniczne, no i prowadzący śpiewa piosenki.

Po zdjęciu z anteny „Wielkiej Gry” typowym teleturniejem wiedzy pozostał praktycznie tylko „Jeden z dziesięciu”, oparty na brytyjskim formacie, prowadzony od 1994 r. przez Tadeusza Sznuka. Dziennikarz ten, o dużej kulturze byciai i obdarzony radiowym głosem, stwarza klimat, który od lat przyciąga widzów i graczy. Chociaż np. Marek Krukowski w wywiadzie dla portalu naTemat.pl twierdził, że „to zupełne szaleństwo, wszystko tam się robi po omacku”, Tadeusz Sznuk mówi: – Pewnie każdy teleturniej wymagający od uczestników odpowiedzi na pytania, jest teleturniejem wiedzy. Choć „Jeden z dziesięciu” nie zapowiada milionów, nie ma komputera losującego pytania, a od graczy wymaga się tylko odpowiedzi na wcześniej przygotowane pytania. Oraz opanowania nerwów. No i refleksu, bo czas do namysłu krótki.

Teleturniej jest trudny, mimo to – jak podkreśla Tadeusz Sznuk – wciąż przyciąga nowych zawodników, a „zawodowcy” tacy jak Krukowski stanowią 15-20%, mogąc ponownie startować po czteroletniej karencji. Reguły są proste, a widzowie chętnie sprawdzają swoją wiedzę przed ekranem. Pewnie to jest receptą na sukces. Aczkolwiek Wojciech Goljat uważa, że do utrzymania „Jednego z dziesięciu” przyczyniła się walka jego stowarzyszenia o przywrócenie „Wielkiej Gry”. Byli gracze od Stanisławy Ryster zrobili bowiem taki raban, że kierownictwo TVP wolało nie ryzykować zdjęcia podobnego teleturnieju, oglądanego średnio przez prawie 2 mln widzów.


Moja przygoda z teleturniejem
Miałem okazję dwukrotnie być uczestnikiem teleturnieju, a raz towarzyszyłem koledze. Krzysztof Celej z Olsztyna już w 1994 r. zaprosił mnie jako partnera do programu „Gra”, prowadzonego w TVP Wrocław przez aktora Pawła Królikowskiego. Zabawa przypominała ping-pong, tylko w wersji elektronicznej, a po wygraniu punktu zawodnik rozwiązywał jedno hasło krzyżówki. W finale zmierzyliśmy się z małżeństwem z Poznania i wygraliśmy… 100 mln zł, czyli – po denominacji – 10 tys. zł brutto (podatek 10%). Gdy wręczano nam nagrodę, zapytałem bezczelnie prowadzącego, czy to prawdziwe pieniądze. On gorączkowo potwierdził, ale przejąłem plik od kolegi, przeczesałem palcami i okazało się, że banknoty były tylko z wierzchu, a w środku – czyste kartki. Opisałem to potem w lokalnej gazecie, ale nie mogłem tego zrobić wcześniej niż po emisji programu. Podpisaliśmy bowiem zobowiązanie, że do tego czasu nie będziemy ujawniać kulis teleturnieju. Prawdziwe pieniądze też dostaliśmy dopiero po emisji „Gry” na antenie.

Drugi raz z tym samym kolegą pojechałem – jako osoba towarzysząca – na teleturniej ATM Grupy „Życiowa szansa”, prowadzony przez Krzysztofa Ibisza w latach 2000-2002. Kolega nie wszedł do głównej rozgrywki (śmiał się, że jest mało telewizyjny, a pod tym kątem wybierał psycholog), został za to „graczem pod telefonem”. Jeśli zatem główny zawodnik nie znał odpowiedzi na pytanie, mógł zadzwonić do „pana z Warszawy”, „pani z Krakowa” czy „pana z Olsztyna”, choć wszyscy oni czekali na połączenie w… korytarzu przed studiem. Potem ujawniłem tę drobną mistyfikację w gazecie, co mi ostro wypomniał jeden z producentów, gdy spotkałem go ponownie już w czasie nagrywania „Awantury o kasę”. Każda drużyna otrzymała na początek 5 tys. zł, a nasz kapitan Krzysztof Celej już w pierwszym pytaniu postawił całą stawkę va banque. Dzięki takiej ryzykownej grze doszliśmy do finału, lecz nie daliśmy rady mistrzom, którzy przebijali nas nie tyle wiedzą, ile większym stanem konta.


Fot. Zygmunt Januszewski/TVP/East News

Wydanie: 17-18/2019

Kategorie: Media

Komentarze

  1. amelie2
    amelie2 23 kwietnia, 2019, 16:47

    Przy dzisiejszym stanie umysłu większości Polaków ogłupionych POPISowo po1989 roku nie ma szans na wznowienie Wielkiej Gry. Wystarczy obejrzeć jeden odcinek Milionerów i spalić sie ze wstydu, że ma się takich debilnych rodaków.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy