Wielki świat oczami hostess

Wielki świat oczami hostess

Bywają wszędzie tam, gdzie bawi się Towarzystwo. Są elementem scenografii. Jak szklanka, taboret. A szklanki się nie widzi

Patrycja Królak (93-64-93) ma dziś w siatce suszarkę i mini. Za szkołę biznesu płaci 700 zł miesięcznie. Skapitulowała. Woli je „wystać”, niż wysłuchiwać pytań o zawodowe doświadczenie. Patrycja nie jest dekoracyjną gąską w typie „miła aparycja, do wszystkiego”. Promocje serków obsługują płotki. Jej przepustką do stania pod ścianami wielkiego świata jest osobowość, która wygrywa w castingach.
Gdy czasach PRL-u Himilsbach wychodził z domu, stawiał kołnierz i klął refleksyjnie: „Drogi budują, a iść nie ma gdzie”. Dziś realia się odwróciły. Łatwiej trafić na business-lunch, charytatywny dinner czy New Year-coctail niż na autostradę. A tam na wielki świat.
Dla stojącej po drugiej stronie bufetu zaczyna się on od 170 cm wzrostu, od którego szyją rozmiarówkę firmowych ubrań. Ona, hostessa, grzecznie wskaże drogę, zgrabnie przemknie z tacą, umiejętnie zmieni rolę z naiwnej blondynki na eksperta albo przyjaciółkę. Niby infantylna, niby niewidoczna. Podgląda? Owszem, ale niechcący. Coś usłyszy? Mimochodem. Zresztą ma nakaz zapominania… Na przykład tego, kogo na samplingu (rodzaj degustacji) Red Bulla w Zachęcie trzeba odpędzać, żeby nie rozkradał zamkniętych puszek, albo kto w Teatrze Stu nadgryzł jabłko z wosku zdobiące stół na benefisie Katarzyny Gertner. I niech gwiazdki nie plotą u Wojewódzkiego na kanapie, że warszawka i krakówek je mierżą. Już one wiedzą swoje o gwiazdkach.
Plotkują ze mną na ucho. Świat po drugiej stronie bufetu powinien być niemy.

Wejść w kontekst

Stylowo ułożone przystawki na Trzecich Mistrzostwach Polski w Składaniu Życzeń Świątecznych i Noworocznych zebrani kontemplują niecierpliwie przez dłużące się chwile oficjałki. Wreszcie. Ze sceny zaproszono do stołów, swojsko nazywanych przez hostessy korytem. Skulona pod widelcami, razem z czołówką polskiej estrady pcha się i Zuzanna. Nie z powodu apetytu.
Szef Solidnej Firmy, fundator rautu, mówił dziewczynom (brunetki w kucyk, blondynki bez) krótko: skakać wokół znanych twarzy. Skakanie polega na tym, że Zuzanna ma natychmiast podstawić talerzyk Markowi Majewskiemu, „temu z telewizji”, żeby ciepłego satyrykowi nie zabrakło. „Sam sobie nałożę”, odburknął, gdy ukłoniła się z wybranym pod swój gust poczęstunkiem. Zagryzła wargi. Nie może przecież stroić fochów. Żeby tylko dyskretnie odłożyć półmisek na parapet… Wśród tego, czego Zuzannie nie wolno, jest zakaz jedzenia na sali. „Czy to ktoś publiczny?”, ciągnie Zuzię za rękaw znany profesor. W zasadzie nie może odpowiedzieć: „Nie wiem”. „Nie wiem” też jest na liście zakazów…
Gdy Patrycja biegnie na casting, nie powinna być zbyt „zabudowana”. Ma mówić przejrzyście i unikać grymasu gapowatego cielątka. Mimozy nie robią kariery. – Rzeź, masakra – Patrycja krzywi się na myśl o castingu, jakby szła na koński targ. Jest! Przeszła. Będzie apetycznie krążyć wokół nowej wersji toyoty. Nie musi znać się na pojemności silnika, ale czerwone paznokcie i samonośne pończochy 15 DEN są konieczne (inaczej polecą po stawce). Do tego złota sukienka bez pleców, projektowana tak, aby wodziła na pokuszenie (koszt zniszczenia obcisłej firmówki, czyli 450 zł, poniesie sama). Na targach Motor Show 2003, gdzie mają zjechać wszyscy wielcy gracze, Patrycja, dodatek do tła, będzie tworzyć aurę wokół auta przez… staranne selekcjonowanie, kogo wpuści do środka. W tym celu najlepiej zerkać na zegarki i metki. Przeciętnych należy grzecznie przeprosić, że menedżer nie dojechał z kluczykiem. Trzy dni machania rzęsami i słuchania w kółko tej samej relaksacyjnej płyty to równowartość 493 zł.
Zresztą to nawet nie zasługa Patrycji, że idealnie się nadaje do toyoty. Wszystko zależy od wyobrażeń zleceniodawcy. A ponieważ ideałów wdzięku jest tyle, ilu szefów w firmach, baza danych hostess urosła w potężną sieć podzieloną na rozmiary i regiony. „Są atrakcyjne, solidne i przygotowane do pracy w różnych warunkach. U nas znajdziesz swój model”, agencje reklamują towar, który zamawiać powinno się według psychologii doboru do biesiady. Bo psychologia nie jest bez znaczenia. Na balach charytatywnych uroda i wymiary obsługi muszą być raczej neutralne (zdecydowanie poniżej 175 cm wzrostu), żeby nie peszyć krępych żon i szefowych przeróżnych fundacji. Podczas męskiego rautu wskazane jest natomiast piękno wyzywające, z kolei na latynoskim party smukła blondynka byłaby dysonansem.
Dlatego Zbigniew Szary z Alf SA starannie selekcjonuje hostessy według ankiety, w której oprócz punktów „erotyka, topless – tak, nie”, przepytuje o detale. – To logiczne, że dziewczyna z ulotką na festynie ma odróżniać się od tłumu – tłumaczy. – Ale obsługa VIP-ów nie musi być piękna. Wystarczy, że potrafi zgrabnie wejść w kontekst. Bankiet wymaga od niej figlarnego: „Jak pan do nas dojechał?”, „Czy taksówkarz miał kasę fiskalną?” – Zbigniew Szary uchyla rąbka tajemnicy służbowych konwersacji. – Gdy w hotelu Jan III Sobieski sponsorowaliśmy finał „Znak Jakości”, wiadomo było, ile trwa przejście od drzwi na parkiet. To jak taniec, w którym ona prowadzi.
Przejście korytarzem to czas, w którym hostessa musi rozpoznać, czy gość jest górą, czy dołem. Byłoby nietaktem postawić dyrektora firmy w gorszym miejscu, niż zajmuje jego akwizytor. Ale ten kurs przechodzi się już w praktyce. Poziom trudności raczej przeciętny. Bo choć wielki świat ma budowę hierarchiczną, zmieniają się tylko układy. Karuzela z kilkuset nazwiskami zarejestrowanymi w komputerach public relation jest ta sama. Po kilku bankietach dziewczyna już sprawnie rozsadza „ojców założycieli”, aranżuje, kto kogo powinien dostrzec w pierwszej kolejności, o kogo się „otrzeć”. Bankiet ze swoją dramaturgią spełnia funkcję referencji, a pierwsze minuty są punktem kulminacyjnym – do kogo VIP podejdzie spontanicznie, ile potrwa uścisk rąk, co stół mówi o wpływach (jeśli party jest zasiadane, miejsce przy stole zależy od intensywności szumu wokół nazwiska).

Elyta u Tymochowicza

Sprzedają uśmiech wedle ustalonych stawek. Przeciętnie 10 zł na godzinę. Ale to na nich bankietowe budżety oszczędzają najwięcej. Na efekciarstwie już nie. Dla szpanu organizator lekką ręką zafunduje gościom nawet byka – symulator rodeo, z rehabilitantem na wszelki wypadek. Bo polski dorobkiewicz, żeby się wylansować, musi urządzić coś spektakularnego, o czym będzie się mówiło z takim uznaniem jak ostatnio o Harrym Potterze. A to nie jest proste. Bufonada z atrakcjami oswaja się szybko. W Warszawie czy Krakowie już prawie nie ma miejsca, które do celów biesiadnych nie służyło. Gdy podwoje zamków w Czersku i Kurniku się otrzaskały, znudziły galerie, muzea i kopalnia w Wieliczce, hitem stały się chłopskie karczmy z tropieniem żubra o północy. Ale do tzw. świeżyzny trafić można tylko z polecenia. Tak jak do karczmy Różyca, skrytej w uroczych łęgach Białobrzegów. – Dostosowuję się do wymagań – niechętnie, jak przystało na obsługę, odpowiada właściciel. – Jeśli trzeba, to się przebieram z rodziną i robię domowy teatr albo wyścigi w workach, gdy zespół chce się zintegrować.
Różyc ma dystans do wielkiego świata. Niby ten świat klepie go u progu po ramieniu, jak dobrego przyjaciela, ale potem, na święta, dostaje dwie kartki: z życzeniami od miejscowego proboszcza i sklepu.
Hostessy chichoczą, że najgłośniej dzwonią perły z Jabloneksu. Dorobkiewicz to dla nich, obserwatorek, które o salonach wiedzą sporo, jeden z najzabawniejszych pracodawców. – Łyka nowinki jak kaczka kluski – mówią. – Nawet złą podpałkę do grilla potrafi odebrać jako efekt specjalny.
– Niestety, pieniądz, który wjechał na parkiety, jest coraz częściej z pierwszego pokolenia. A to pozwala jedynie bawić się w wielki świat – ocenia elity Jerzy Iwaszkiewicz, bywalec, zjadliwie przemycający w „Vivie!” pikantne „kto gdzie”. – Towarzystwo przychodzi raczej w komplecie, bo w Polsce nie pokazać się znaczy, że wypadłeś z gry, umarłeś albo siedzisz. Ale udawanie zawsze śmieszy. Naprawdę wielki pieniądz już tego nie musi.
Dr Jacek Kucharczyk, socjolog i wiceszef Instytutu Spraw Publicznych, twierdzi, że brak umiejętności brylowania może zastąpić pozycja, czyli pieniądz lub wpływy. – Niezdarnym, ale ważnym wiele się wybacza. Zresztą sztuka odczytania „kodów dostępu” się sprofesjonalizowała. Od tego są dziś fachowcy.
Czego elyta nie wyniosła z domów, może dziś wyszlifować na kursach u Piotra Tymochowicza.
Dlatego Zuzanna, wrażliwa na blichtr, nie robi się malutką mróweczką, gdy musi wziąć płaszcz od „ważnego misia”. – Może nawet – zastanawia się – on jest zwyczajny, tylko inni robią wokół atmosferkę: „Ach, to ten”. Wtedy odruchowo przybierają pozy. Zuzannę, która niedawno obsługiwała sztywny świat dyplomatów, śmieszy ta zabawa w powagę: – Idę cichutko po schodach, a jakiś mięśniak z BOR-u rzuca mnie na ścianę, bo właśnie prowadzi premiera. Oni sami wymyślili te chwyty niedostępności. A po co? Żebym się bała powiedzieć premierowi „Dzień dobry” na ulicy?
Zuzia, studentka dwóch ambitnych kierunków i córka zamożnych rodziców, którzy inwestują w nią duże pieniądze, wcale nie musi oglądać wielkiego świata zza futryny. Ale ma frajdę, gdy chociaż czasem kupi za swoje.
Ciemnowłosa Kamila (70-65-90), drugi rok pedagogiki, „stoi”, bo podeszła do życia ambicjonalnie. Gdy tata zachorował, nie chciała, żeby odszedł z myślą: co teraz. Wtedy ktoś jej podpowiedział, że zmienił się właściciel „Focusa” i szukają dziewczyn, by to uczcić. Kamila, która dorabia, chodząc wśród VIP-ów z koszyczkiem ulotek, zauważyła, że dobrze jest „się lansować” w plenerze, na przykład na Festiwalu Filmów w Kazimierzu albo gonitwie na Służewcu, w loży oddzielonej od reszty bramką. Nigdy nie widziała tylu kapeluszy z rondami co na Derbach Warszawskich. Jak w „Dynastii”.
Bo bywać należy z umiarem. Premiera tak, bal charytatywny też, wernisaż owszem. Ale otwarcie letniego ogródka już wątpliwe. Duży procent drugiej ligi bywalców, którą hostessy nazywają bankietowym dołem, to drugorzędne twarze z seriali. Potem te same twarze zasilają strony „Życia na Gorąco”. Bardzo natomiast wypada iść na Ewę Minge.

We fraku, z ogórasem

W holu Politechniki kłapią drzwi. Jest? Nie, to tylko Joanna Racewicz. Znów kłap. Nina Terentiew. Jeszcze chwila. Musi przyjść. Napięcie… Na pokazie mody Ewy Minge panowie w czarnych garniturach kręcący się u drzwi są od tego, by zakomunikować: „Obcym wstęp wzbroniony”. Jest! W otoczeniu innych czarnych panów wchodzi sama Jolanta Kwaśniewska. Bywa rzadko, jeśli nie wymaga tego dyplomatyczny protokół. Tym większy zaszczyt dla pokazu (zresztą zwykle sprytnie łączonego z akcją charytatywną).
Klucz jest zawsze ten sam. Impreza z największą pompą jest wtedy, gdy na bramce obmacują gości. Wówczas można nawet liczyć, że w drzwiach stanie sam prezydent (o tych rękach wyciągniętych do uścisku marzy się najbardziej). A gdy państwo Pendereccy, Kulczykowie, Niemczyccy chociaż musną szalem podwoje, raut trafia do stosownych rubryk. Tylko wyselekcjonowane dziewczyny mają zaszczyt skakać wokół wielkich, co swoją obecność dawkują starannie: Bogusława Lindy, Krystyny Jandy, Janusza Gajosa, Joanny Szczepkowskiej. Ale Aleksander Gudzowaty już nie. Wielki pieniądz lubi ciszę.
Im bardziej nobliwe nazwiska na bilecikach, tym więcej zabiegów. Gdy Sergiusz Selmowicz, właściciel agencji cateringowej, obsługującej prestiżowe rauty, czuwa nad menu, które ma zaszczycić prezydentowa, zgodnie z procedurą BOR-u, wyznacza osobę do próbowania alkoholi.
Ale choć osoba szybko przestaje nadawać się do pracy, choć to dla prezydentowej był ten kurczak na słodko w połówkach ananasa, którego próbki skrzętnie sprawdzały rządowe służby, i to dla niej wyznaczono osobistego kelnera, Jolanta Kwaśniewska nie uszczknie ze stołu nawet ociupiny. Nigdy jeszcze obsługa nie ujrzała jej z tzw. gratisem, czyli talerzykiem w ręku. Ścisłej czołówki też nie. Nawet jeśli skacze się specjalnie jak wokół Grażyny Torbickiej, która, mówią dziewczyny, bywa dlatego, że się o niej pisze, a nie odwrotnie. Ale rzadko się uśmiecha do „pospólstwa”.
Aczkolwiek, po aferze Rywina, prezydent apelował do dyplomacji o zaniechanie aktywności bankietowo-towarzyskiej w kręgach mediów i biznesu, rangę balang mocno podnoszą politycy. Ale nie z gremiów solidarnościowych. Te dawno wypadły z parkietu. Z kolei mimo awansów Samoobrona nigdy nań nie wpadła (hostessy chichocą, że to intelektualne ryzyko dla organizatora). Mocno bywa natomiast czołówka SLD: Józef Oleksy, Jerzy Jaskiernia, Marek Borowski, Ryszard Kalisz. Leszek Miller na salony wprowadził już nawet wnuczkę. Prawica bywa również. Ale bardziej selekcjonuje zaproszenia. Złośliwi mówią, że snobuje się na „niebywanie”.
Ania, gdy zaczęła otwierać kapsle z piwem za bufetowym stołem, nie może się nadziwić, że politycy, którzy w telewizji napadają na siebie, tu rozmawiają jak starzy przyjaciele, a duzi biznesowi gracze, dla których pracuje, są z dyplomacją po imieniu…
Modelki już zeszły z wybiegu. Choć bankiet u Ewy Minge dopiero się rozkręca, prezydentowa wymknęła się szykownie jak zawsze. Nawet nie spojrzała na stół, gdzie śliczna Maryla z Hajnówki, zrobiona a la Jagna serwuje chłopskie jadło. Jest trend na polskość, dlatego coraz częściej w miejsce egzotycznych wynalazków karmi się „świat” patriotycznie rodzimym cholesterolem, czyli smalcem z ogórasem na zagrychę.
Maryla, która na ten wieczór przyjechała do stolicy wraz ze swojskim menu podlaskiego hotelu, bezbłędnie rozpoznaje kody. Gdy wznoszą toast, wie, że ma wyjść lub stać na baczność, żeby nie rozpraszać swoją nic nieznaczącą osobą. Nawet gdyby obrus się zagiął albo drapała w szyję białowieska kryza. Pierwsza też za nic na świecie nie zagadnie. „Proszę”, „Dziękuję” owszem, ale „Czy smakowało?” byłoby już nadużyciem.

Bal samców

Sergiusz Selmowicz zawsze powtarza obsłudze, że musi mieć poczucie własnej wartości.
Bo wielki świat lubi ukąsić. „Mówię: ucz się córciu, bo skończysz jak TA”, czasem takie szepty odbijają się od ścian. Wtedy hostessy zaciskają zęby. Przecież pracują twarzą, ktoś zapłacił za uśmiech, który powinien przypominać reklamę budyniu… Ale najtrudniej zachować poczucie wartości, gdy trzeba świergotać do tych, co za futryną zdejmują obrączki. Patrycja nie raz chciała dać w twarz, zawołać żonę, zrobić szum… Na przykład wtedy, gdy na balu wódki Finlandii, która do polewania zatrudniła „wysokie z dużym biustem”, ubrali ją w lateksowy kostium z reniferem i wcisnęli na plecy beczkę z pompką. „Uśmieeech”, syczały po kątach menedżerki. Ale Patrycji wcale nie było do śmiechu, gdy podtatusiały pan umyślnie potracił ją tak, że wypuściła z rąk gadżety. Gdy się schyliła, dostała klapsa. „Uznaję to zachowanie za bardzo niestosowne”, wycedziła. Właściwie mruknęła. Prawie do siebie.
– I te obrzydliwe łapy, od których zasłania się biust ulotkami – syczą dziewczyny. Ale nie owijają w bawełnę. Opięte sukienki przecież informują: odsłaniasz, znaczy, można patrzeć. Za darmo, bo tobie już zapłacili. Hostessy szepczą, że w niektórych hotelach zdarzają się nawet pokoiki na górze, ale nikt nikogo nie przymusza…
Bankietowy savoir-vivre rozluźnia się wraz z porą dnia. „Rozluźnia” się też image. O ile w południe dozwolone są kostiumy ufoludków z firmowym logo, wieczorem dziewczyny nabierają seksapilu. Joasia Kozłowska omijała wszystkie lustra na party Canal Plus. Za 15 zł na godzinę zawiązali jej ociupinę materiału na biuście i wytapirowanej do góry na tzw. kurę kazali tańczyć i nie odmawiać. Gdy Michał Milowicz już odsłonił tors z łańcuchem grubości nadgarstka Joasi, klepiąc obsługę po pośladkach, pląsała, wykrzywiając twarz w uśmiechu. – Latanie wokół VIP-ów było szkołą życia – wspomina.
„Ślinotok” towarzyszy męskim party. – Krzyczą: ta wulgarna młodzież – gniewa się Ola Modrzyńska. – A dlaczego żaden psycholog nie zanalizuje, dlaczego tam jedyny temat to kawały o dziewicach, przerywane podskubywaniem nas z figlarnym: „Ty pewnie wianek już zrzuciłaś”? Czy ktoś się odważy nie pękać ze śmiechu przy świństewkach prezesa renomowanej firmy samochodowej?

Ola już rozszyfrowała, dlaczego na fety dla „ważnych” agencje nie wezmą cielątka do obsługi. Mogłoby zacząć z „ważnymi misiami” chichotać. – Bo to taka gra: misie nas prowokują. Ale misie wiedzą, ile nam wolno.
– Boże! Tyle fantów za składanie życzeń?! Musieli wiedzieć, w czyje ręce pójdą – Zuzanna rozszyfrowała czar sponsorowanego przekupstwa. O życzeniach noworocznych już nikt nie pamięta. Z party wychodzą ostatni goście. Zuzia w białej bluzce, trzęsąc się przy drzwiach, podaje płaszcze. Grzecznie przytrzymuje szeleszczące worki makaronu, podczas gdy damy wkładają ręce w futerka. Na pustej sali został tylko stojak, który jeszcze przed chwilą tak kształtnie dekorowały czerwone paczki Malmy.

Kto ma kompleks?

Telewizja? Zwykle filmuje początek. Kto w czym, za ile i obok kogo. Potem gasną flesze.
Róża Opalińska, studentka architektury i córka repatriantów ze Lwowa, nie lubi, gdy na tacy, z której rozdaje ulotki, kończy się wabik, czyli krówki albo długopisy. Wtedy trzeba pracować mimiką. Dla Róży to żenada, gdy wielki świat zakłada czapeczki świętego Mikołaja i przebiera się w charytatywność. Wtedy liczy z nudów satynowe szale i broszki. Marki Róża poznaje na oko. Zresztą metki lubią być na wierzchu. Czasem chce krzyknąć do tego pana, co zaparkował alfę romeo, że widziała go w południe pod barem mlecznym… Ale nie krzyknie. Dziś ten pan jest o całe światy wyżej od niej, Barbie z fosforyzującym logo na sukience. Róża trochę temu światu ma za złe, że aby kupić zagraniczne magazyny o architekturze, podtrzymuje prezesom kupony metrowej wielkości na dobroczynnej aukcji.
Ale dokładnie wie, czego chce. Nie każda, jak Róża, umie się przyznać, że z całej siły ściąga wzrokiem „ważnych misiów”. Bo nieśmiały cel hostessy to dać się zauważyć. Niejedna słyszała, jak do którejś podszedł fotograf z samego „Cosmopolitan” i zaproponował sesję gratis. „Ta twarz się sprzeda”, marzą, że znajdzie się ten, co wyłoży na portfolio jej oczu 2 tys. zł (cena dobrego foto-CV do renomowanej agencji). Ale życie to nie bajka.

Ola, której pieniądze ze „stania” schodzą na korki do matury, rozpoznaje „świeżych”, czyli pieniądze z pierwszej ręki, po rozmowach równie łatwo jak Róża marki. – „Zrobiłem synowi złotą kartę w Citibanku”, „Posłałem córkę na francuski kurs chodzenia po wybiegu” – przytacza strzępki podsłuchanych historii. Oprócz żurnalistów „totalnym krachem” Ola nazywa firmy medyczne i finansjerę: – Przy koszulach złote spinki, a w kieszeniach marynarek włożony ukradkiem jednorazowy cukier. – Ludzie się za siebie nie wstydzą – kiwa głową Ola, która trochę lepiej czuje się na zapleczu wernisaży, gdzie jest ponoć większa selekcja zapraszanych, jakiś tenor da minirecital, zejdą się goście z ambasady i wszyscy zdawkowo wymieniają się refleksjami o Zachodzie. Nawet konsumują w lepszym stylu.

A skoro Polacy za siebie się nie wstydzą, to one wstydzą się za nich. Z dezaprobatą odnotowują u krajowej dyplomacji nawet pośniegowe trepy do garnituru. I niesympatyczny zapach kilkudniowych koszul u pewnych prezesów. – Kompromitacja – krzywi się Zuzanna, która patrząc na zbierane do szklanej kuli wizytówki, potwierdzała sobie w duchu: no tak, śmierdzi, znaczy Polak. – Czy on naprawdę myśli, że na konferencji „Rozwój rynków wschodnioeuropejskich” ubije interes z obcym?
Punktualność, podobnie jak świeże kołnierzyki, też nie jest mocną stroną naszej socjety. – Wpada do holu taki znany z sejmowej mównicy: „Nie wie pani, kto jestem? Jak to?! Już się zaczęło? Beze mnie?!” – Zuzanna streszcza ekonomiczne sympozjum z perspektywy korytarza hotelu Gromada. – Przecież są telefony. Można powiadomić. Dlaczego zagraniczny nie czuje się jak królewicz?
Bo na przykład na Amerykanina żadna nie powie złego słowa. Zagadnie: „How are you?”, podsunie talerzyk. Widać, że zanim założył krawat, niejeden biurowiec posprzątał. Amerykanin hostessę traktuje jak człowieka. Wschodnie nacje już nie. Ale one z kolei mają wrodzoną dyscyplinę. Na hasło „Czym chata bogata” tylko Wschód ustawia się w równiutką kolejkę do bufetu…
Jak bankiet stary, hostessa i wielki świat lekceważą się nawzajem. Ponoć transformacja ustrojowa jeszcze wyostrzyła zawirowania w poczuciu wartości. Kiedyś gazety pisały, że ręce są ważniejsze niż głowa. Dziś kredo się odwróciło. – Dlaczego te dziewczątka są takie sfrustrowane? – irytuje się znany salonowy lew. – Że noszą się w lateksie? Pięknie podkreśla figurę. Ja też zakładam krawat, żeby nie stwarzać dysonansów. Co, wielki świat je napada? Przecież są elementem scenografii. Jak szklanka, taboret. A szklanki się nie widzi.

Bywalcy mówią zgodnie: problem w psychice Polaka, więźnia poprzedniego układu, to kompleks roli usługowej. Słowem, to sprawa obsługi, że ma poczucie niespełnienia, dlatego że jest obsługą. Można być przecież złą hostessą i doskonałą. Bywalcy też przysięgają, że elity dziś już nie te, co na początku lat 90. Nabrały klasy.
– Kto tu właściwie ma kompleksy? – zastanawia się prof. Lechosław Gapik, psycholog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. – Po jednej stronie jest ona, z poczuciem funkcji paprotki, którą podskubuje, kto chce, w roli, w której cechy nie są tak istotne jak zewnętrzne oblicze, dwuznacznej w powszechnym mniemaniu (współczesnej, wyemancypowanej kobiecie niezbyt dobrze się kojarzy). Po drugiej stronie jest elita, wciąż na tyle słaba, że odczuwa neurotyczną potrzebę zaznaczenia pozycji czyimś kosztem. Tak tworzy się przepaść.
Trzeciego dnia krążenia wokół toyoty śródstopie Patrycji zaczyna buntować się przeciw szpilkom. Jeszcze tylko kilka godzin. Parę metrów w jedną stronę. Zwrot. Powrót. Znów kilka metrów… Najgorszy kryzys jest wtedy, gdy dopada Patrycję raptowne uczucie senności. Patrzy na „wielkich graczy”, jakby patrzyła na film. Flesze, dekoracje, degustacje. Niby jesteś tu, a nie ma ciebie wcale.

***

Wielki świat zbiera się po to, żeby od czasu do czasu zrobić rozeznanie, czyli przesiać swoich od obcych, przypuszczają nieme obserwatorki. Sztuczne ognie, flesze, oklaski… Potem w małych pokoikach rosną kupki kwiatów z bankietowej ekspozycji, nierozszabrowane „gifty”, orzeszki, czapki z daszkiem i… niesmak. Czasem pomieszany z żalem, a czasem z odrobiną zazdrości…


Snobowanie na bywanie
– „Spożycie” wyszło dziś z mody. Jeśli na bankiecie nie trzeba pić pod szefa, butelka wina idzie na siedem osób.

– Gdy liczy się na gości z wysokiej półki, najlepiej urządzić party w poniedziałek, bo wtedy nieczynne są teatry.
– Pod względem bufonady od lat w czołówce są bankiety telewizji prywatnych, z Canal Plus na czele.
– Jeśli firma ma pieniądze, do konferansjerki powinna wziąć Manna i Maternę.
– Najchętniej bywają drugoplanowe postacie z seriali: Olga Borys („Lokatorzy”), Aldona Orman („Klan”), Olga Bończyk („Na dobre i na złe”). Lubią się zabawić Jerzy Gruza, Anna Korcz, Hanna Bakuła, Małgorzata Potocka, Englertowie, Pazurowie i Zofia Czernicka, niezmiennie z Krzysztofem Kolbergerem u boku.

 
Tańczy biznes z polityką?
Zorientowani mówią, że ostatnio polityka, po krótkim „niebywaniu”, wyszła z podziemia na balu z okazji 10-lecia „Linii specjalnej”, bratając się leciutko z biznesem. Czy to źle? – Nie może nas dziwić, że te sfery się znają – tłumaczy kontrowersyjny mariaż dr Jacek Kucharczyk z Instytutu Spraw Publicznych. – Gdy w latach 90. nastąpił wzrost gospodarczy, wypadało chwalić się sukcesem. I nie widziano nic zdrożnego w tym, że biznes spotykał się z polityką. Jedni i drudzy chcieli zademonstrować zwycięstwo nad starym systemem. Potem przyszły lata chude i ostentacyjna konsumpcja przestała być dobrze widziana. Tym bardziej w czasie planu Hausnera i afery Rywina. Na styk biznesu i dyplomacji opinia też spojrzała ostatnio mniej łaskawie. Ale nie popadajmy w purytanizm. Ciemne interesy można robić wszędzie. Może trochę towarzyskiej samodyscypliny by się przydało, lecz z punktu widzenia walki z korupcją to raczej drugorzędna sprawa. Są groźniejsze zjawiska niż bankiet.

„Towar”, czyli hostessa
– Wśród agencji hostess do czołówki należą: DEM’a Promotion Polska, TEQUILA/BTL, Yet oraz V&P.
– Przeciętna stawka na godzinę zależy od rodzaju imprezy: w PSD, czyli punktach sprzedaży detalicznej (po prostu hipermarketach), wynosi netto 6-8 zł. Wyżej stoi HORECA (hotele, restauracje, kawiarnie) – 10-12 zł. Najwyższa półka to targi i bankiet – od 50 od 500 zł dniówka (plus premia, jeśli VIP-y chwalą).
– W Warszawie stawki są najwyższe. Podobnie jest w Poznaniu i nadmorskich kurortach w okresach ruchu. Dla porównania mała wałbrzyska agencja Modeling dostaje zlecenia nawet za 3 zł/godz.
– O kontrakty na usługi hostessy firmy walczą w przetargach, rozpisując swoje oferty.
– Duże agencje są skomputeryzowane. Jeśli szukają hostess w regionie Śląska, włączają filtr „śląskie”, a następnie rozsyłają maile do dziewczyn, które w formularzu podały województwo.
– Idealny rozmiar obsługi to szczupła wysoka „M”, na którą szyje się reprezentacyjną garderobę.

 

Wydanie: 8/2004

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy